Test Opel Adam Rocks – Rock(S) & Roll

Lifestylowy maluch - czemu nie? - pomyślał Opel i stworzył adresowane do kobiet stylowe miejskie auto. Nazwał je… męskim imieniem, po czym postanowił nadać mu cech terenowych. Co z tego wyszło?

Adam i Ewa
Oficjalnie nazwa Adam jest hołdem dla Adama Opla – założyciela marki Opel – choć my wiemy, jak duży wkład w funkcjonowanie firmy wniosła Sophie Opel – żona Adam (opowieść o tym przeczytasz tu). Mimo to wciąż nie do końca rozumiem jakimi przesłankami kierował się Opel, nazywając akurat takie auto jego imieniem. Nie chodzi wcale o to, że Adam nie wygląda jak Enzo czy LaFerrari, czyli modele nazwane imieniem i nazwiskiem założyciela marki z Maranello. Jednak nazwa Adam zdecydowanie bardziej pasowałaby do czegoś bardziej reprezentacyjnego w gamie modelowej Opla. Z drugiej strony, jeśli weźmiemy pod uwagę, że Adam mógłby nazywać się Karl, jak nieco większy od niego i nie tak urodziwy inny model Opla, łatwo dojść do wniosku, że Adam może stworzyć niezłą parę. Nie tylko z Ewą, ale każdą jego właścicielką o dowolnym imieniu.

Przeczytaj też nasze inne testy samochodów Opel:
Test Opel Adam Slam 1.4 100 KM – pokuszenie
Test Opel Ampera – samochód z napędem elektrycznym
Test Opel Insignia Country Tourer 195 KM BiTurbo 4×4 – żelazna dama
Test Opel Corsa 1.0 Turbo 100 KM 3d i 1.0 Turbo 115 KM 5d – niepokonane
Pierwsza jazda – Opel Adam. Małe rzeczywiście jest piękne?

Precz z nudą!
Już w momencie premiery najmniejszego Adama, poza niecodzienną stylizacją nie przypominającą niczego z logo Opla co znaliśmy do tej pory, jednym z jego głównych atutów była możliwość wszechstronnej indywidualizacji. Ofertę obejmującą trzy wersje wyposażeniowe i szeroką gamę wesołych kolorów od razu poszerzono o kilkanaście gotowych pakietów stylizacyjnych oraz niezliczoną gamę dodatków w postaci kolorowych pasów, kalkomanii i naklejek.

Dzięki temu proces konfiguracji Adama porównać można do zakupów w sklepie pełnym wspaniałych torebek, butów i wszelakich dodatków. Wiadomo, taki shopping wymaga sporo czasu i w zasadzie jedynym co nas ogranicza jest nasza wyobraźnia i kwota, jaką na te marzenia zamierzamy przeznaczyć. Jakby tego było mało, Opel „nie ułatwia” nam zadania sukcesywnie rozszerzając rodzinę Adama. Poza pojawiającymi się nowymi wariacjami zestawień kolorystycznych czy wyposażeniowych auta, niedawno pojawiły się również dwa zupełnie nowe modele w gamie – Adama S i Adama Rocks – nasz dzisiejszy bohater.

Rocks – to brzmi dumnie
O ile Adam S wyposażony w ogromne koła, równie okazałą lotkę dachową i przede wszystkim mocny 150-konny silnik ma zdecydowanie sportowe ambicje, Adam w wersji Rocks przede wszystkim ma bojowo i groźnie wyglądać. Jego silna osobowość nie jest tu mierzona w koniach mechanicznych, lecz w nieco wyższym od seryjnego prześwicie nadwozia oraz szeregu dodatków zarezerwowanych tylko dla tej wersji.

Trzeba przyznać, że kontrastujące ze sobą żywe kolory dachu, felg, karoserii i wnętrza oraz otwierany szeroko materiałowy dach, który składa się w harmonijkę zdecydowanie wyróżnia małego Opla z potoku podobnych do siebie czarnych lub szarych aut. Nie bez znaczenia są również przychylne reakcje jakie Adam Rocks wywołuje na innych kierowcach i przechodniach obojga płci. Tym niemniej owa „zjawiskowość” Adama Rocks wciąż nie jest w stanie być „bardziej męską” czy choćby „uinisex”.

Adam i Ja
Fakt, że Adam jest sporo mniejszym autem od Corsy widać doskonale zanim jeszcze spojrzymy i porównamy wymiary obu Opli. Warto wziąć to pod uwagę jeśli zamierzcie wykorzystywać Adama (jakkolwiek to brzmi) do czegoś więcej, poza okazjonalnym wypadem na zakupy, do pracy czy w krótkie trasy w towarzystwie jednej, a od biedy trzech koleżanek. Jeśli natomiast tylko w tych wymienionych celach, niewielkie różnice w przestronności wnętrza miedzy Adamem i Corsą na korzyść tej drugiej nie powinny być decydującym kryterium przy zakupie. Tym bardziej, że mniejszym, a więc bardziej zwrotnym autem w mieście, łatwiej się jeździ i parkuje.

Radosny charakter Adama Rocks  przeniesiono także do jego wnętrza. Akcenty w słonecznym kolorze znajdziemy spoglądając na deskę rozdzielczą, czy fotele. Opel zapowiadał, że poziom wykonania i wykończenia w Adamie będzie pozytywnym zaskoczeniem i słowa dotrzymał. Spasowanie oraz jakość plastików robi bardzo dobre wrażenie, podobnie jak ergonomia czy design centralnej części kokpitu. Z przodu na fotelach Adama siedzi się naprawdę wygodnie, a poczucie przestronności jest niemal takie jak w kompaktowym aucie. Gorzej, jeśli chodzi przestrzeń dla pasażerów tylnej kanapy, ale po pierwsze taka jest natura Adama, po wtóre ciasno będzie nie nam, lecz tym, którzy zechcą i zgodzą się tam podróżować. Dobrze, gdyby pasażerowie mieli jedynie bagaż podręczny, w innym przypadku miejsca w bagażniku może nie wystarczyć dla wszystkich.

Miłym i w dodatku seryjnym dodatkiem wersji Rocks, jest miękki dach SwingTop. Czas potrzebny do jego całkowitego otwarcia to raptem pięć sekund, po których cieszyć się możemy nieskrępowanym dopływem świeżego powietrza w kabinie podczas przejażdżek. Chociaż można go zasuwać i zsuwać w czasie jazdy z prędkością do 140 km/h, realnie patrząc przyjemność obcowania z naturą kończy się najpóźniej po osiągnięciu prędkości 100 km/h. Wtedy bowiem rześkie powietrze zmienia się w huragan, który co prawda nie burzy naszych fryzur, ale generuje w kabinie natarczywy hałas, a w uszach nieprzyjemne dudnienie.

Po zasunięciu płachty materiału Adam Rocks jeździ bardzo przyjemnie. Auto cechuje dość sztywno zestrojone zawieszenie i krótki rozstaw osi, co może mieć wpływ na relatywnie zmniejszony komfort jazdy. Szczególnie na nawierzchniach gorszej jakości czy przejazdach przez progi zwalniające. Adam prowadzi się przewidywalne. Gdyby tylko układ kierowniczy miał więcej „czucia” a niewyłączalny układ ESP nie ingerowałby z taką zaciętością, Adam byłby niemal idealny. Na pochwałę zasługują wyjątkowo dobrze wyprofilowane fotele wypełnione specjalną pianką ortopedyczną. Może fakt ten nie jest w stanie spowodować rozładowania korka, ale przynajmniej stojąc w rzędzie ślimaczo przesuwających się aut, fotele Adama są w stanie zapewnić nam większy relaks.

Adam się ceni
Lifestyle nigdy nie był tani. Tyczy się to również „modnych” samochodów. Za dopracowane i wystylizowane w najdrobniejszych szczegółach miejskie stylowe auta producenci niemalże w każdym przypadku wystawiają słone ceny. Chyba jedynym wyjątkiem od tej reguły może być Citroen C4 Cactus, znacznie większy samochód teoretycznie grający w zupełnie innej lidze, niż Opel Adam czy Fiat 500. Jednakże biorąc pod uwagę, że za podobne pieniądze otrzymujemy podobnie duży ładunek stylu jaki ma każdy Opel Adam, nie mówiąc o wersji Rocks, na pewno może to dać do myślenia. Poza testowaną przez nas wersją 115-konną, wkrótce w gamie Opla pojawi się także Rocks S, napędzany identycznym jak Adam S, 150-konnym silnikiem. Warto dodać, że w obecnej ofercie wyprzedażowej rocznika 2015 Opel oferuje rabaty na wszystkie modele Adama. W przypadku wersji Rocks sięgają one nawet 6000 złotych. 

Na TAK
Ciekawy projekt nadwozia, niebanalny i oryginalny wygląd wersji Rocks nie mającej w zasadzie ścisłej konkurencji, ogromna możliwość personalizacji wyglądu zewnętrznego i wnętrza auta, bogatsze niż konkurenci wyposażenie seryjne Adama (np. seryjna klimatyzacja), dynamiczny i oszczędny silnik, sześciobiegowa skrzynia biegów.

Na NIE
Wysoka cena zakupu jak na auto segmentu A, ciasnota na tylnej kanapie, śladowy bagażnik, w ofercie tylko trzydrzwiowe nadwozie.

Konkurenci: Fiat 500, Lancia Ypsilon, Alfa Romeo Mito, Ford Ka, Toyota Aygo, Volkswagen Up, Skoda Citigo, Peugeot 108.

Ceny:
Opel Adam Rocks – od 60 200 złotych (1,2 Ecotec 70 KM)
Opel Adam Rocks 1,0 Ecotec Start&Stop 115 KM – od 71 300 złotych
Testowany – ok. 87 000 złotych.

Dane techniczne Opel Adam Rocks

Silnik:

Benzynowy,R3

Pojemność skokowa:

999 cm3

Moc:

115 KM przy 5000-6000 obr./min

Maksymalny moment obrotowy:

170 Nm przy 1800-4500 obr./min.

Skrzynia biegów:

Manualna, 6 biegów

Prędkość maksymalna:

196 km/h

Przyspieszenie 0-100 km/h

9,9 s

Długość/szerokość/wysokość:

3747 x 1966 x 1493 mm

Najnowsze

Goodc

Motocyklowa randka w… Kapadocji

Joanna Bielak pieszo i rowerem odwiedziła wiele krajów, ale gdy w jej życiu pojawił się Paweł z motocyklem - podróżowanie nabrało nowego wymiaru. A randka w Kapadocji była na tyle udana, że teraz snują wspólne plany, już na dwa motocykle.

Zdradź nam, czym się w życiu zajmujesz i od kiedy bliskie Ci jest podróżowanie?

Na co dzień mieszkam w Krakowie, choć pochodzę z Warszawy. Zawodowo uczę ludzi pływać i prowadzę treningi personalne. Działam na własną rękę, dlatego mam dość dużo wolnego czasu i przez kilka ostatnich lat podróżowałam z plecakiem pieszo i na rowerze. Rowerem przejechałam Norwegię (Nordkapp), Maroko (Góry Atlas, Sahara), Peru i trzy razy zaliczyłam kultową trasę tzw. Transalp (wyprawa z plecakiem przed Alpy). A bez roweru, rok temu zwiedziłam Iran.

Kiedy i jak poznałaś Pawła? To prawda, że wspólny wyjazd motocyklem do Kapadocji był Waszą randką?

Tak, wypad potraktowaliśmy jak randkę, która powie nam coś więcej o sobie, bo znaliśmy się wcześniej, raptem ok 2-3 miesiące. A tu czekało na nas 17 dni razem non stop i brak możliwości udawania – przy takiej podróży nie da się mieć ciągle makijażu, czy choćby myć się codziennie (śmiech). Wychodzą różnice charakteru lub przyzwyczajenia i niby obydwoje wcześniej podróżowaliśmy, ale na inne sposoby. Wspólna podróż na początku znajomości pokazuje druga osobę w pigułce i nie ma miejsca na sentymenty: wracasz albo z kimś, albo sam/sama (śmiech).

Jak przeszliście ten egzamin z bycia razem? Było trudno czy w naturalny sposób się zgraliście?

Zgraliśmy się dosyć szybko, ale nie powiem, że było łatwo (śmiech). Obydwoje uwielbiamy rządzić i nie raz szliśmy – jak my to nazywamy „na barany”. Podczas podróży również pierwszy raz się ostrzej pokłóciliśmy, a zaczęło się od… prysznica. Ja, po wielogodzinnej jeździe i kasku na głowie marzyłam, żeby pierwsze co zrobić to pójść pod prysznic (o ile taki się na trasie pojawi), a Paweł nie mógł zrozumieć, dlaczego najpierw nie rozbijamy namiotu i nie gotujemy (śmiech). Mimo to okazało się, że odbieramy rzeczywistość w bardzo podobny sposób, kręcą nas podobne sytuacje, ciekawią podobne miejsca itp. Uwielbiam podróżować z Pawłem, bo w stu procentach mu ufam i wiem, że poradzimy sobie w każdym momencie podróży.

Dlaczego wybraliście ten właśnie kierunek?

Pomysł na Kapadocję wyszedł bardzo spontanicznie. Wiedzieliśmy, że mamy kilkanaście dni wolnych i sprawdziliśmy na mapie, gdzie w tym czasie można dojechać i co zobaczyć. W Stambule i w Atenach mieliśmy znajomych, u których mogliśmy się zatrzymać, a sama Kapadocja urzekła nas podczas oglądania zdjęć w internecie. Obydwoje wolimy naturę i kontakt z ludźmi, niż muzea, a ponieważ jesteśmy żądni nowych wrażeń, to w skład odwiedzanych miejsc znalazło się 13 krajów, w tym dwie wyspy: Kos i Santorini.

Które z tych odwiedzonych po drodze krajów najbardziej Cię urzekły? Które zaskoczyły i czy miło?

Opisując po kolei, to na pewno Stambuł – jako miasto kontrastów, w którym nie sposób się nudzić. Grecja przywitała nas piękną pogodą i dobrym asfaltem, a Macedonia czy Rumunia – to moim zdaniem miejsca kompletnie niedoceniane przez Polaków! Popularne są teraz wyjazdy do Tajlandii, a ja każdemu poleciłabym zobaczyć najpierw piękne jezioro Ochrydzkie, zatopione kościoły i klasztory pochowane w niedostępnych miejscach. Bliżej, taniej i niesamowicie mistycznie. Plusem jest też to, że nie potykasz się o turystów (śmiech).

Czy Kapadocja spełniła Wasze oczekiwania?

Tak, Kapadocja rzeczywiście jest bajkowa! Nie znajdziecie tam bardzo nachalnej turystyki, a spacerowanie po dolinach i formacjach skalnych sprawia, że można się poczuć jak w grze komputerowej. Picie tureckiej herbaty, tuż pod wielkim skalnym fallusem – na pewno robi wrażenie (śmiech). Niestety nie udało nam się skorzystać z głównej atrakcji regionu, czyli lotu balonem, z powodu zbyt silnego wiatru przez cały okres, w którym tam byliśmy. 

Jakieś przygody, których nigdy nie zapomnisz?

Takie podróże robi się przede wszystkim dla przygód, więc było ich mnóstwo! W Grecji uciekaliśmy przed niedźwiedziem, który, jak powiedzieli nam miejscowi – okazał się być wielkości dużego psa i absolutnie nie zagrażał naszemu życiu czy zdrowiu (śmiech). W Turcji, w miejscowości Konya miałam absolutny kryzys, bo nie dość że byłam bardzo zmęczona, po prawie 700 kilometrach jazdy, to jeszcze zamarzałam. A okazało się, że w całej miejscowości nie ma żadnego miejsca noclegowego, oprócz 5-gwiazdkowego hotelu, który pochłonąłby nasz cały wyprawowy budżet! Spaliśmy w końcu w namiocie na polu przy autostradzie, a zaniepokojeni tą dziwną sytuacją mieszkańcy z okolicy, świecili w nocy latarkami i krążyli wokół w asyście psów.

A motocykl podbił Twoje serce?

Wyjazd z Pawłem do Kapadocji to moja pierwsza podróż motocyklowa, gdzie byłam pasażerką, czyli tzw „plecaczkiem” (śmiech). I na tyle mi się to spodobało (a może znudziła mi się „bezczynność” tej roli), że skończyłam właśnie kurs na prawo jazdy kat. A i czekam tylko na egzamin, który będzie w marcu. Obecnie rozglądam się za motocyklem i planujemy z Pawłem większy, kilku-miesięczny wyjazd.

Jakie motocykle Ci się podobają? Za jakim modelem się rozglądasz?

Przed dłuższym wyjazdem zależy nam, żeby nasze motocykle miały zbliżone komponenty – zawsze łatwiej jest wtedy wymienić części w razie awarii, czy wieźć przez tysiące kilometrów ten sam komplet opon, a nie dwa różne. Paweł jeździ na BMW F800 GS, a ja rozglądam się za trochę mniejszą wersją, np. F650 GS czy ewentualnie Dakar – choć ten może się okazać trochę za wysoki. Nigdy nie kręciły mnie ścigacze, zamiast prędkości wolę właściwości terenowe (śmiech). Wcześniej, kiedy jeździłam na rowerze – też wybierałam model górski, gdyż poza utartymi szlakami więcej się dzieje, a  tam na typowo szosowych oponach nie pojadę.

Jakie zauważyłaś plusy podróżowania motocyklem w stosunku do innych, testowanych przez Ciebie sposobów podróżowania?

Głowna różnica to zasięg. Na rowerze robiłam średnio ok. 100 km dziennie, a motocyklem jestem w stanie zrobić nawet 7-8 razy tyle. Z plecakiem poruszać się można pieszo lub autobusami/stopem, ale po jakimś czasie jest to bardzo męczące. No i trzeba się dostosować do rozkładu jazdy lub innych osób. Motocykl jest cudownym kompromisem: wjedzie prawie wszędzie, po drodze odczuwasz zapachy, pęd powietrza i bawisz się na zakrętach (śmiech). To wolność, ale też i duża odpowiedzialność, bo jazda na motocyklu wymaga umiejętności – odpowiadasz w końcu za swoje życie, a niekiedy i pasażera. Tak samo, jak na rowerze możesz zatrzymać się w dowolnym miejscu (no może nie na autostradzie) i po prostu zasnąć na trawie czy zrobić sobie piknik – co z Pawłem bardzo lubimy. I to jest właśnie ta esencja, nie do podrobienia!

Jaka jest Twoja wymarzona podróż? Gdzie i dlaczego tam?

Bardziej niż konkretne miejsca interesuje mnie typ podróżowania. Marzę o tym, żeby doświadczyć w życiu jeszcze trzech typów podróży. Pierwszy planuję z Pawłem i jest to tzw. „życie w drodze”. Kilka miesięcy poruszania się non stop, najlepiej właśnie na motocyklu, ale z przerwami na trekking w górach, czy po prostu kilkudniowe zwiedzanie „z buta”. Bez pośpiechu i konkretnego planu, za to z otwartością na to, co ma się wydarzyć. Drugim moim marzeniem jest samotna podróż, do której bardzo powoli dojrzewam i na pewno chciałabym, żeby był to wyjazd tzw. „duchowy”. Do głowy przychodzi mi znany szlak do Santiago de Compostela w Hiszpanii, którzy ludzie pokonują w kilka tygodni pieszo lub na rowerach. W moim przypadku nie miałoby to nic wspólnego z religią, ale okolice są piękne, a sam szlak niezbyt wymagający – akurat na pobycie sam na sam ze sobą. I w końcu trzeci typ podróży, to mam nadzieję, kiedyś z dzieckiem. Z podziwem śledzę blogi podróżujących rodziców z dziećmi. To musi być inny wymiar podróżowania…

Macie dalsze, wspólne plany motocyklowe?

Jak najbardziej mamy wspólne plany i już od czasu podróży do Kapadocji zrobiliśmy kilka mniejszych wypadów, zarówno na motocyklu, jak i bez, m.in. Ukraina-Mołdawia-Rumunia, Toskania. Powróciliśmy też na 7 dni do Stambułu, który nas oczarował po drodze do Kapadocji. Jeśli nic się nie zmieni, to w 2017 roku rzucamy wszystko i jedziemy, już na dwóch motocyklach, do Chin lub Mongolii (dokładna trasa jeszcze do ustalenia). Zależy nam na podróżowaniu powoli, chcemy dużo zobaczyć i zakosztować życia w drodze.

Najnowsze

Anna Cieślak i Maciej Stuhr ambasadorami Mitsubishi w Polsce

Polski oddział firmy Mitsubishi Motors nawiązał współpracę z cenionymi aktorami - Anną Cieślak oraz Maciejem Stuhrem, którzy będą pełnić rolę ambasadorów marki.

Ceniona aktorka i zdobywczyni licznych prestiżowych nagród, Anna Cieślak, została ambasadorką najpopularniejszego w Polsce modelu Mitsubishi ASX.

Anna Cieślak zasłynęła rolami odegranymi w wielu filmach fabularnych – „Dlaczego nie”, czy „Śluby panieńskie”, a także w popularnych polskich serialach, m.in. „Na wspólnej”, „Czasie honoru” i „Glina”. Ważnym momentem w karierze aktorki był film autorstwa Franco de Pena „Masz na imię Justine”, gdzie wcieliła się w rolę młodej kobiety będącej ofiarą handlu ludźmi – znakomita gra przyniosła jej natychmiastowe uznanie krytyków, publiczności oraz wiele nagród w Polsce i zagranicą. Anna Cieślak zdecydowała się czynnie zaangażować i odważnie wspierać swoim wizerunkiem działania na rzecz walki o prawa i ochronę kobiet, jako wolontariuszka Fundacji La Strada. Aktorka unika blasku fleszy i uważnie dobiera propozycje współpracy.

– W tym roku czeka mnie dużo pracy i wiem, że w natłoku obowiązków pomoże mi dobry samochód. Nie mogę doczekać się, kiedy zasiądę za kierownicą mojego ASX’a. Zakochałam się w tym modelu od pierwszego wejrzenia. Bardzo podoba mi się dynamiczna sylwetka, a napęd na 4×4 to dla mnie nie tylko poczucie bezpieczeństwa, ale też wspomnienie wakacji i zapowiedź przygody – powiedziała aktorka zapytana o pierwsze wrażenia. – Cieszę się ze współpracy z Mitsubishi i z radością czekam na realizację naszych wspólnych planów – dodała Anna Cieślak.

Maciej Stuhr jest uważany za jednego z najbardziej utalentowanych polskich aktorów. Dzięki niebywałemu kunsztowi aktorskiemu oraz wszechstronności widocznej w doborze ról, zarówno dramatycznych, jak i komediowych, stał się symbolem polskiego kina i teatru. Wybitny aktor cieszy się ogromną sympatią widzów i szacunkiem krytyków filmowych. Znany jest z filmów, takich jak „Śluby Panieńskie”, „Pokłosie”, „Obława” i ponad 50-ciu innych, w tym z najnowszego przeboju „Planeta Singli”, obejrzanego w ciągu zaledwie 10 dni od premiery przez niemal milion widzów. Maciej Stuhr zasłynął jednak nie tylko z aktorskich dokonań – z wykształcenia jest psychologiem, a w 2009 roku został dawcą szpiku kostnego, czym uratował życie 6-letniej dziewczynki.

17. lutego Maciej Stuhr zasiadł za kierownicą Mitsubishi Outlandera PHEV – hybrydowego SUV-a z elektrycznym napędem na cztery koła.

– Jestem „gadżeciarzem” i nic na to nie poradzę –  po prostu lubię to! Lubię nowinki, nowe technologie, które w prosty sposób poprawia jakość mojego życia, a do tego są efektowne. O Mitsubishi wiedziałem dotąd tyle, że odnosi sukcesy w sportach motorowych – to jednak było dla mnie odległe i abstrakcyjne. Zacząłem interesować się ich działaniami, kiedy poczytałem o staraniach na rzecz ekologii. Od paru lat staram się prowadzić ekologiczny tryb życia i dbam o to, jaką planetę pozostawimy po sobie naszym dzieciom. Ekologiczny profil Outlandera PHEV jest powalający. Zaskoczeniem dla mnie przy pierwszej jeździe była dynamika elektrycznych silników. Przyspieszają wspaniale, a do tego w niesamowitej ciszy. Samochód jest bardzo przyjemny dla oka na zewnątrz i w środku. Napęd 4X4 z 3 silnikami – czego chcieć więcej. I na koniec prawdziwa rewelacja – to, że Outlander bierze zakręt – wiesz tylko dlatego, że widzisz, że droga skręca. W środku praktycznie tego nie czujesz! Niesamowita rzecz – powiedział Maciej Stuhr zapytany o współpracę z marką.

Zarówno Maciej Stuhr, jak i Anna Cieślak deklarują, że w przyszłości chętnie podzielą się bardziej szczegółowymi wrażeniami z jazdy.

Najnowsze

Nowa Honda MSX125 – już na wiosnę w Polsce

Oto odmieniony, odmłodzony, choć nadal mały, uliczny wojownik, którym Honda chce powalczyć o nie-motocyklistów z prawkiem kategorii B.

Honda MSX 125 ma chłodzony powietrzem silnik o pojemności 125 cm3, dość ekscentryczny wygląd o chce zawojować serca posiadaczy prawa jazdy kategorii A1 i B, szukających ekonomicznego środka transportu kierowców dojeżdżających do miasta, właścicieli pojazdów campingowych i innych, którzy na motocyklu jeżdżą w celach rekreacyjnych.

Na sezon 2016 gruntownie przeprojektowano maszynę nadając jej ostrzejszą sylwetkę i znacznie więcej charakteru „małego, ulicznego wojownika”. Nowy bak paliwa i panele boczne są zintegrowane. Na nowo rozmieszczono także reflektory wykonane w technologii LED, także z tyłu. Podwyższono siedzenie kierowcy i dodano krótki, podwieszony wydech.

Zmodernizowana Honda MSX 125 będzie dostępna u dealerów Hondy w całej Europie od wiosny 2016.

Najnowsze

Goodc

TankGirls w trasie (video)

Michelle to jedna z dwóch blogerek TankGirls, która postanowiła odwiedzić Namibie i zasypane pustynią domy. Przygoda zaczęła się jednak od… rozbitego nosa!

Michelle (Kraai) zawsze była zafascynowana zdjęciem, przedstawiającym pokój w którym była pustynia. Intrygowało ją to miejsce i pociągało, aż dowiedziała się, że jest całkiem niedaleko – w Namibii. To było tzw. „miasto duchów” Kolmanskuppe, wybudowane dla poszukiwaczy diamentów. Gdy ich zasoby się skończyły (1908-1956), zupełnie wymarło, a jego budynki przejął piach pustyni.

Początek wyprawy był nieco przewrotny i to dosłownie – skończyło się rozbitym nosem, wstrząśnieniem mózgu i niesprawnym motocyklem:

Jednak Kraai nie poddała się i na innym motocyklu osiągnęła swój cel:

Więcej kobiecych przygód Kraai & Skinny możecie zobaczyć na blogu: http://www.tankgirls.co.za

Najnowsze