Szpadzistki na motocyklach – niezwykła sesja fotograficzna

Sesja motocyklowa z udziałem szermierzy na wózkach inwalidzkich? Dlaczego by nie?! Materiał o tym, jak pokonywać własne bariery!

Niepełnosprawni na motocyklu – a może pełnosprawni? Czytaj nasz materiał tutaj

Niedawno napisała do nas Patrycja, czerpiąca z życia energiczna muszkieterka na wózku inwalidzkim. Zwróciła się z prośbą o udostępnienie informacji o tym, że wspólnie z dziewczynami z drużyny planowały sesję fotograficzną. Poszukiwały u nas idealnego modela, którym okazał się być motocykl w roli głównej. Padło pytanie do czytelniczek Motocainy o udostępnienie jednośladu do zdjęć.

Muszkieterki należą do Integracyjnego Klubu Sportowego AWF. Czerpią z życia garściami i są pełne uśmiechu, radości i życia. Na sesji pojawiła się nasza czytelniczka razem z Yamaha Wild Star 1600, komentując później, że „przywitali ją uśmiechnięci ludzie z silną energią życiową i wielkim zaangażowaniem dla swojej pasji. Wszystkie osoby z poczuciem humoru, w różnym wieku, polscy medaliści, olimpijczycy, obecni i przyszli oraz zasłużeni członkowie tej sekcji, znani między innymi z telewizji, pierwszych stron gazet.”

Fot. Klub Sportowy AWF

Jak mówią same bohaterki wydarzenia pomysł sesji powstał dość spontanicznie. „Można powiedzieć, że na początku zaczęło się niewinnie. Chciałyśmy się spotkać i zrobić sesję zdjęciową. Pomysł się rozwijał i tak o to małymi krokami, dzięki bezinteresownej pomocy i wsparciu wspaniałych ludzi, udało nam się zaprosić do współpracy fotografów, fryzjerów i wizażystki. Sesja nabrała całkiem profesjonalnego wymiaru i rozpędu. Zrobiliśmy burzę mózgów i wpadliśmy na pomysł sesji na „ostro” czyli w rockowym klimacie. Chcieliśmy pokazać osoby niepełnosprawne w innym świetle i odejść od stereotypów. Chcieliśmy też wypromować nasz sport.”

O niepełnosprawnych w sportach motorowych pisałyśmy wcześniej tutaj

Sama sesja oprócz ciężkiej pracy włożonej w jej zorganizowanie, okazała się świetną zabawą. Początkowym pomysłem było zrobienie sesji wyłącznie w strojach szermierczych, ale ostatecznie wybrano rockowy kontrast z motocyklowym pazurem. Pomysł urodził się w głowie Patrycji Haręzy, której marzeniem było usiąść na motocyklu i pozować na nim, zamiast na wózku.

Fot. Klub Sportowy AWF

Sesja odbyła się na terenie Akademii Wychowania Fizycznego, gdzie mieści się sala sportowa, na której trenują zawodniczki. Same określają to miejsce swoim drugim domem zatem nie wyobrażały sobie lepszego. Zresztą, organizatorem był Integracyjny Klub Sportowy AWF, a pomysłodawczyniami same zawodniczki wraz z Alicją Nowicką rehabilitująca szermierzy na wózkach.

Jak napisała Monika, czytelniczka Motocainy, w podsumowaniu tej akcji: „Byłam pod wrażeniem, jaką wielką przyjemność sprawiliśmy nowo poznanym walecznym i dzielnym szermierzom. My udostępniliśmy nasz wolny czas i motocykl, a w zamian otrzymaliśmy spojrzenie na życie z zupełnie innej perspektywy. Zapamiętam Waszą serdeczność, miłe rozmowy, malujące się zadowolenie  na radosnych twarzach i spokój, kiedy mogliście się odprężyć i w skupieniu pozować do zdjęć. Po tym spotkaniu w  mojej głowie  kołacze  się pytanie: Kto w naszym społeczeństwie jest bardziej niepełnosprawny i kto stawia najwięcej  barier niepełnosprawnym?”

Motocyklistów było ostatecznie trzech. Monika i Oscar, którzy dowiedzieli się o akcji z naszego portalu oraz rehabilitant AWF Michał wraz z Hondą CB500.W sesji wzięło w sumie udział sześć kobiet i sześciu mężczyzn trenujących szermierkę. Ludzi, którzy na codzień pracują, mają rodziny i prowadzą zwykłe życie.

Fundacja Trzciana zapronowała pomoc w powstaniu kalendarza na rok 2014 ze zdjęciami z sesji. Zapraszamy do obejrzenia galerii.

Najnowsze

Prezenty świąteczne od Mini

Jak co roku listopad i grudzień to czas zakupu świątecznych prezentów. Tradycyjnie już MINI Lifestyle przygotowało specjalną kolekcję upominków dla niej, dla niego oraz dzieci.

Torebka MINI Big Duffle Bag
fot. Mini

Całą kolekcję produktów świątecznych od Mini zobaczysz w naszej galerii – kliknij tu.

Dla niej
Torebka MINI Big Duffle Bag to idealna rzecz dla entuzjastki podróży i sportu. Torebka w stylu retro ma dwa uchwyty i odpinany długi pasek. Dostępna jest w jedenastu mocnych kolorach, również w złotym.

Czapka MINI Lapeer Hat zimą zapewni dobrą izolację dzięki futrzanym nausznikom.

Bluza MINI Sweat Hoodie to sportowa bluza z kieszeniami i kapturem jest idelana na długi zimowe domowe wieczory. Różowe wypełnienie i suwak dodają jej charakteru.

Dla niego
Rower MINI Folding Bike Lime z pewnością będzie odznaczał się pośród gwiazdkowych prezentów. Aluminiowa rama, koła 20 cali, osiem przerzutek tworzą szybki i zwinny rower. Wystarczy kilka ruchów i rower się składa. Dodatki specjalne to pompka wmontowana w sztycę siodełka i adapter KLICKfix do mocowania akcesoriów.

Rower MINI Folding Bike Lime
fot. Mini

Walizka MINI Rooftop Cabin Trolley to idealna rzecz do podróży, zarówno służbowej jak i weekendowej. Walizka ma sztywne ścianki i ozdobiona jest wyścigowymi paskami – jest lekka i pomieści sobie wyjątkowo dużo rzeczy. Walizka ma cztery kółka w sportowym stylu.

Zegarek MINI Chronograph Watch (srebrny lub czarny) wyróżnia się sportowym wzornictwem i wieloma funkcjami. Jest wodoodporny (do 100 metrów), ma stoper, tachometr, wyświetlacz daty i podświetlane wskazówki.

Dla małych i dużych
Splątane kable odejdą do przeszłości dzięki MINI Zipper Earplugs. Słuchawki z przewodem o kształcie zamka błyskawicznego nie będą się plątać. Dostarczają doskonałego dźwięku i dostępne są w kolorze białym lub czarnym.

Dzięki myszce komputerowej MINI Liquid USB Mouse miejsce pracy nie będzie nudne! W przezroczystej części myszy pływa sobie malutki samochód MINI Cooper. Myszka dostępna w kolorze czarnym lub białym, z nadrukiem Black Jack i czerwonym lub jasnym kablem USB.

MINI Baby Racer
fot. Mini

MINI iPad Sleeve (odpowiedni dla Ipada 2 i 3) to idealne ochrona dla tabletów. Zamykany na zamek pokrowiec jest dostępny w dwóch rodzajach – szachownica lub pas, takie jak na pokrywie silnika MINI.

Dla dzieci
MINI Baby Racer to samochód przeznaczony do zabawy dla dzieci w wieku od półtora roku do trzech lat. Dostępny w kolorze czerwonym i w czekoladowym brązie. Tablicę rejestracyjną można dowolnie spersonalizować. Przednie światła samochodu są takie, jak w „dorosłej” wersji MINI. Podobnie jak pasy na pokrywie silnika. Zabawka ma zaokrąglony przód, co z pewnością wpłynie na bezpieczeństwo podczas zabawy w domu.

MINI Snow Rocker,przeznaczony dla dzieci powyżej 10 roku życia, jest gwarancją świetnej zabawy na śniegu. Do wybory pasy w stylu MINI albo flaga Wielkie Brytanii.

MINI Bulldog Big – to najlepszy kompan do dziecięcych zabaw. Piesek z pluszu ma czarną chusteczkę i smycz z logo MINI.

www.MINI-shop.com

Najnowsze

eCall, bCall i sCall już w roku 2015 – tylko co to jest?

Już wkrótce w całej Europie kierowcom zostanie zaoferowany system mający na celu ratowanie życia osób poszkodowanych w wypadkach drogowych. Pomysł jest znakomity – aplikacja eCall umożliwia nawiązanie automatycznego połączenia z numerem alarmowym 112 i powiadomienie służb ratunkowych o potencjalnie niebezpiecznym zdarzeniu. Dzięki temu, w razie nieszczęśliwego wypadku system sam, bez udziału kierowcy, wezwie pomoc.

Oczywiście poprawa bezpieczeństwa na drogach jest szczytnym celem, jednak przy tej okazji toczy się gra o nasze pieniądze. Można się bowiem obawiać, że producenci samochodów będą chcieli wykorzystać infrastrukturę służącą bezpieczeństwu do świadczenia szerokiej gamy usług, na które będą oni mieli monopol. Rozwój technologii telekomunikacyjnych i informatycznych sprawił, że do motoryzacji szybkim krokiem wkracza telematyka, a nasze samochody już za chwilę będą same przekazywały i odbierały mnóstwo rozmaitych informacji. Oprócz służącej bezpieczeństwu usługi eCall, czyli powiadamiania o nagłych wypadkach, oferowana będzie również usługa bCall – powiadamianie o awarii pojazdu, oraz sCall, która służyć będzie serwisowaniu samochodu. Jeżeli koncernom samochodowym uda się utrzymać na nie wyłączność, będzie to oznaczało ograniczenie wolnej konkurencji oraz pozbawienie konsumenta prawa wyboru. Przełoży się to automatycznie na gwałtowny wzrost cen. Słowem, monopoliści skutecznie wydrenują nasze portfele.

Już niedługo
Wszystkie funkcje eCall, bCall i sCall zostaną udostępnione europejskim użytkownikom już w 2015 roku. Do tego czasu w Unii Europejskiej ma powstać infrastruktura zdolna obsługiwać tę technologię. Szacuje się, że już dziś 40% samochodów wyposażonych jest w  systemy telematyczne, lecz są one uśpione. Od 2015 roku wszystkie nowe typy pojazdów będą obowiązkowo wyposażane w system eCall, który ma być narzędziem wspomagającym kierowców, z drugiej jednak strony może być źródłem wielu nadużyć. Platforma eCall będzie bowiem bazą do wprowadzania rozmaitych aplikacji pokrewnych, które oferować będą mogli wyłącznie producenci samochodów, o ile prawo europejskie nie zagwarantuje otwartości tego systemu.

Oczywiście, koncerny samochodowe zrobią wszystko, by system pozostał zamknięty dla niezależnych producentów, dystrybutorów i warsztatów. Rzecz jasna, producenci pojazdów będą zapewniać, że chodzi im o bezpieczeństwo i interes klientów, podczas gdy jak zwykle,  toczy się gra o (nasze) pieniądze. Brzmi to poważnie, dlatego też polscy politycy powinni pilnie poprzeć rozwiązania antymonopolowe. Ale nim do nich przejdziemy, puszczając wodze wyobraźni, wybiegnijmy w niedaleką przyszłość.

Jak ma funkcjonować eCall?
fot. ADAC

Rok 2017: Kowalskiego przypadki w drodze do pracy
Jan Kowalski, jak zwykle spóźniony, pobiegł na parking i wskoczył do samochodu. Wcisnął guzik engine start, lecz zamiast odgłosu rozrusznika usłyszał przeciągłe piknięcie. Zanim zdążył się na dobre zaniepokoić, ciepły alt asystenta pokładowego (akurat Kowalski wybrał opcję głosu kobiecego) poinformował go, że: „za 500 kilometrów nastąpi aktualizacja oprogramowania. Opłata w wysokości 250 złotych zostanie pobrana z twojego konta”. Jak wiadomo, mózgiem samochodu jest komputer, a jego oprogramowanie musi być regularnie aktualizowane, by wszystko należycie działało. O tym Kowalski przeczytał w instrukcji pojazdu. Niestety przy okazji każdego upgrade’u  właścicielowi aktualizuje się nie tylko oprogramowanie ale i stan konta. Kowalski najchętniej zrezygnowałby z tych „teleaktualizacji”, gdyż odniósł wrażenie, że auto jeździ po nich dokładnie tak samo jak przedtem. Nie mógł jednak tego zrobić, ponieważ w rozdziale pt. „Warunki gwarancji” wyraźnie napisano, że jest ona ważna tylko wtedy, kiedy aktualizacje oprogramowania realizowane są na bieżąco. Wszelkie nieautoryzowane ingerencje w oprogramowanie skutkują zaś natychmiastową utratą gwarancji.

Kowalski westchnął i ruszył. Nie ujechał jednak nawet kilometra, kiedy asystent pokładowy odezwał się po raz wtóry. Tym razem poinformował go o tym, że system autodiagnostyczny wykrył przekroczenie dopuszczalnego zanieczyszczenia filtra cząstek stałych i konieczna jest natychmiastowa wizyta w ASO, celem przeprowadzenia wymuszonej regeneracji filtra. „Za 100 metrów skręć w lewo” – polecił asystent, próbując nakłonić Kowalskiego do zboczenia z trasy i odbycia nieplanowanej wizyty w najbliższym ASO. Tym razem jednak Kowalski spieszył się i postanowił zignorować te zalecenia. Ale przed złym losem nie da się uciec. Dwadzieścia minut później, kiedy Kowalski stał w porannym korku, na desce rozdzielczej rozbłysła kontrolka check engine, a ciepły damski głos poinformował go z czułością, że z powodu uszkodzenia filtra cząstek samochód przechodzi w tryb awaryjny. Auto zwolniło do 5 km/h, a zrozpaczonemu Kowalskiemu pozostało tylko zjechać na pobocze. Po chwili jednak, niezawodny asystent pokładowy zakomunikował uroczyście: „informacja o awarii została przekazana, proszę czekać na pomoc”. I rzeczywiście, dosłownie kwadrans później pojawiła się laweta, która wciągnęła na swój grzbiet auto Kowalskiego, a następnie udała się do ASO – jak łatwo się domyślić, tego samego, do którego Kowalski nie chciał się udać sam, po dobroci.

Już na miejscu okazało się, że filtr cząstek nadaje się do wymiany, która kosztowała w ASO tyle, że przewóz lawetą wydał się przy tym kosztem zupełnie nieistotnym. Jedyną pociechę dla Kowalskiego stanowił fakt, że nie musiał za usługę w autoryzowanym serwisie płacić gotówką. Po prostu stosowna kwota została mu pobrana z konta.

Rok 2013: Jak ochronić Kowalskiego
Postęp technologiczny jest nieunikniony. Opisana powyżej sytuacja to realistyczny obraz tego, co czeka nas w niedalekiej przyszłości – pytanie, czy już w roku 2015, czy kilka lat później. Brak odpowiednich uregulowań prawnych sprawi, że nowe technologie telematyczne będą uzależniały nas od operatora systemu (w tym przypadku wybranego przez producenta samochodu), z kolei dostawcy usług i aplikacji telematycznych będą zmuszać kierowców do płacenia za coraz więcej produktów, z których nie będzie można zrezygnować.

Aby tej sytuacji uniknąć, należy użytkownikom zagwarantować prawo wyboru pomiędzy wieloma różnymi usługami i aplikacjami dostarczanymi przez różnych producentów, w tym również tych niezależnych od koncernów samochodowych. Dostawcy tych aplikacji muszą zaś mieć możliwość nieskrępowanego działania na rynku. To zagwarantuje zdrową konkurencję i obniży koszty utrzymania samochodu.

Trwające prace legislacyjne nad przepisami regulującymi wdrożenie technologii telematycznych dają nam szansę zadbać o nasze Prawo Wyboru – po to, aby móc skorzystać z usług warsztatu wybranego przez nas, a nie narzuconego przez „asystenta pokładowego” (czytaj: producenta samochodu). Systemy te powinny opierać się na platformie o otwartym dostępie dla wszystkich operatorów usług. Warto zauważyć, że „otwarta platforma” jest niczym więcej jak określonym środowiskiem informatycznym, w którym realizowane mogą być rozmaite aplikacje, również te pochodzące od dostawców zewnętrznych. Cecha „otwartego dostępu” implikuje możliwość nieograniczonego korzystania, co nie oznacza, iż pozbawiona jest systemu certyfikacji, zapewniającego pełne bezpieczeństwo użytkowników. Właśnie nad tym trwają dyskusje w Unii Europejskiej, a polski rząd wkrótce będzie musiał wybrać, czy opowiada się za wolną konkurencją dla dobra 18 milionów kierowców, czy też monopolem producentów samochodów.

Najnowsze

Motocyklem do Toskanii – samotna podróż Kasi Choby

"Motocykl kupiłam trzy miesiące przed wyprawą. "W koło komina" zrobiłam około 1500 kilometrów. Zaliczyłam jeden weekendowy kurs doszkalający jazdę na motocyklach enduro. No i w trasę.... Samotnie, do Toskanii" - relacjonuje Kasia Choba.

fot. z archiwum Kasi Choby

Przedstawiamy relację z motocyklowej podróży Katarzyny Choby na BMW F650GS. Nie redagowałyśmy tekstu ponieważ niesie on ze sobą wiele emocji.

Relacja
Trasa wyniosła 4200 kilometrów, a podróż trwała niecałe dwa tygodnie. Czasem było strasznie, czasem było śmiesznie, ale na pewno było warto.

21 lipiec 2013 ( niedziela)
Stan licznika 38000
Wszystko chyba przygotowane. Kierunek Zieleniec.
8.30 Pogoda piękna, jak na zamówienie. Moto zapakowany.
9.30 ruszam.
Po 30 km pierwsza awaria. Nie działają kierunkowskazy i światła… bezpieczniki. Jestem niedaleko Piotrkowa Kujawskiego więc zjeżdżam na stację i dzwonię po Darka. Jest za 10 minut, kupujemy cały zapas bezpieczników naprawiamy awarię ( już wiem gdzie się je zmienia). Wyjeżdżam ze stacji… i bach!!! Leżę!!! Moto przechylony już do wylotu, w ostatniej chwili zobaczyłam skuterek bez świateł, postanawiam go przepuścić i …. gleba!! Złamana klamka od sprzęgła!!! Ku…a mać!! Trzęsą mi się ręce, co teraz??? Poxylinka i sprzęgło się skleja. Czy się sklei, nie wiem. Czekam i piszę dziennik podróży… Jak na pierwsze trzy godziny podróży to sporo…Mam nadzieję, że się sklei… Dzwonić do Darka straszny obciach. Jak można się przewrócić wyjeżdzające ze stacji benzynowej?!!? Rany boskie. Piję kawę, czekam. Daję poxylince godzinę… Nie skleiła się. Trzeba było od razu dzwonić do Darka. Nie śmiał się aż tak bardzo… Przyjechał, popiszczał że się nie da, że nie każda klamka pasuje do każdego moto… Ubłagałam go żeby sprawdził. Pojechał do swojego warsztaciku i przywiózł. Trochę za krótką i plastikową, ale pasowała. Można jechać! Co to miało być??? Teraz z respektem podchodzę to tego, że za plecami wiozę jakieś 45 kilo bagażu… Jeszcze tylko raz wysiadł bezpiecznik… Więc stop na stacji. Rozmontowanie kufra, zdjęcie torby, wypięcie kanapy, nowy bezpiecznik – siedzi! Zapięcie kanapy, zamontowanie kufra i torba na expander… Ale to już pikuś! Pojechałam. Prędkość przelotowa 100 km/h. Na obwodnicy Wrocławia też. Wyprzedziłam tylko starego kampera na białoruskich rejestracjach… Dojechałam. Widoki za Wrocławiem piękne. Góry porośnięte lasem. Kłodzko, Duszniki Zdrój, Polanica Zdrój.. Droga do Zieleńca nie taka straszna jak zimą. Poszło gładko. Zieleniec zaliczony. 430 km. Motuś na 11 litrach zrobił prawie 400 km. Już myślałam, że zepsuła się kontrolka od paliwa…

22 lipiec 2013 ( poniedziałek)
Wszystko fajnie. Pani Jola w Zieleńcu ugościła bardzo fajnie. Jadę. Priorytet zmienić klamkę zanim popsuje się skrzynia biegów bo jest niedopasowana i nie wysprzęgla do końca. Kierunek Kłodzko. ( w druga stronę niz Praga ale trudno). Zmienili, ale też nie jest idealnie. Jadę w stronę Pragi. Kolejny mechanik motocyklowy w Hradec Kralowe. Teraz jest idealnie, 18 euro nie moje, ale pasuje. Zajęło mi to parę ładnych godzin. Pan Czech u mechanika nie polecał pchać się do Pragi o 15.00. Gorąco. Powiedział, że się ugotuję bo wjadę do centrum po 2 godzinach. No to jadę obwodnicą w kierunku Pilzna. Jadę i jadę. Jadę i jadę… Prędkość przelotowa 110 – 120 km/h wyprzedzam ciężarówki! 2 długaśne tunele na obwodnicy, 3 pasy w jedną stronę. W pierwszym momencie – strasznie!! Huczy! Tiry przede mną i za mną…Światełka punktowe i ciemno! Dałam radę. Drugi już nie był taki straszny. Wstęp przed Alpami. Zjechałam z autostrady i chciałam jechać krajową drogą do Pilzna ale zrezygnowałam po 20 km. Droga fajna, ale tyłka nie urywa. Raczej monotonnie a w miasteczkach światła. Wracam na autostradę, przyzwyczaiłam się. Dla moto za darmo. Ruch umiarkowany i

fot. z archiwum Kasi Choby

uwaga…uwaga, stacje benzynowe co 10 km! Jak oni to zrobili??? U nas po wjeździe na autostardę trzeba się modlić, żeby nie zabrakło benzyny a nie daj Boże jak trzeba skorzystać z toalety  🙂 Dobra, ustawiam w nawigacji adres kempingu z neta. W miarę blisko centrum Pilzna, nad jeziorkiem. Wyprowadziła mnie w ogródki działkowe… Rany boskie… Elektronika i ja to dwie różne rzeczy. Jadę na nos i z jednym zapytaniem lekko wstawionych i na maxa opalonych Czechów docieram. Naturist Camp… Podejrzane sobie myślę… ale może, że drzewa i jezioro…? Nie. Naturyści. W necie tego nie napisali. A może to nie ten..? Ale nie chce mi się już szukać. Szef powiedział, że mogę zostać bo to niby dla naturystów i nie- naturystów… ale wszyscy są na golasa!!! Zrzucam pancerz – dżinsy, buty prawie do kolan (30 st.C) i kurtkę ale zostaję w koszulce i spodenkach… Jako jedyna! 🙂 Wieczorkiem nastąpiła integracja… A już szłam spać. Czy sznaps? Bo oni mają rum..? Potem się już ubrali oczywiście bo zrobiło się chłodniej…:) Ciurala za caravanem.. – to jedno z łagodniejszych słówek i powiedzeń po czesku które zapisałam sobie w dzienniku podróży :))

23 lipiec 2013 (wtorek)
Śniadanko z golasami. Ładna pogoda, wręcz upał. Lekki kacyk wiec nie jest łatwo. Golasy ugościły na maxa. Dali kufel herbaty, kanapeczki, miło i sympatycznie. No to w drogę. Kierunek Inssbruck. Zaraz za Pilznem zaczęły się fajne górki. Jakiś Park Narodowy, las, kręta droga. Fajnie. Za jakiś czas skończyły się górki i zrobiło sie nudno. Trochę autostrady 70 km. Strasznie!  Niemcy pędzą 180 km/h a ja biedna malutka walczę z ciężarówkami. Wieje, trzeba uważać wyprzedzając tira bo może nadlecieć porche carrera czy inne BMW. Spadam z tej autostrady. Umęczyłam sie strasznie. Jakiś obiad w między czasie. Przełknąć ledwo coś można bo gorąco tak, że mózg się lasuje. Rezygnuję z Insbrucka. jadę w kierunku Rosenthaim. Odbijam w bok nad jezioro Chimsee. Docieram na kamping. Nie jest lekko. Żar z nieba się leje. Niemcy trochę pomagaja, ale żeby jacyś wylewni i super sympatyczni byli to nie powiem. W porównaniu do Czechów wypadają blado. Kemping kołchoz. Pełno ludzi, namiot przy kamperze, kamper przy namiocie. Zadyma. Sklep zamknęli zanim się zorientowałam więc za piwo trzeba płacić 3 euro. Niedogodności rekompensuje widok z plaży. Po drugiej stronie jeziora Alpy. W całej okazałości! Robi wrażenie, nie powiem. Niemcy południowo – wchodnie nie zrobiły na mnie dużego wrażenia. Motuś sprawuje się bardzo dobrze, choć myślałam, że wyzionie ducha razem ze mną  na tej durnej autostradzie. Jutro wjeżdzam w te góry co widzę przed sobą siedząc przy stoliku i pijąc piwko… Zobaczymy, lekko nie będzie, ale cóż… raz kozie… motor. Dziś dystans ok 350 km. Wieczorkiem przyjechała rodzinka z Gdańska. Rozbijali sie po ciemku biedaki, jakoś dali radę. Wspólne piwko tuż przed zamknięciem knajpy. Jedno kupione, jedno spod stołu. I tak juz zamykali, ale pani Niemka nie omieszkała nam zwrócić uwagi, że to nie ładnie i mamy już sobie iść… No cóż, niemiecka gościnność nie zachwyca. Gdańszczanie trochę podpowiedzieli co i jak w tych Alpach bo oni zjechali całe. Miło, sympatycznie. Spać.

24 lipiec 2013 ( Środa )
Śniadanie w kołchozie, jak to śniadanie w kołchozie… Bułka z serkiem topionym nawet kawałka pomidora ani ogórka nie uświadczyłam. No nic. Zapchałam się, pojechałam. Kierunek Insbuck.  Przerwa na zupę ( rosół z paczki, makaron, trochę warzyw i… parówka. Wow!) Już nie pamiętam czy jeszcze w Niemczech czy juz w Austrii. Znalazłam drogę którą mogę okrążyć Insbruck. Na mapie żółta, pod koniec biała. Myślę dam radę. Jadę, okazała się piękna. Widoki pierwsza klasa! W miarę szeroka, trochę serpentynek, ale wcale nie tak strasznie. Jest pięknie, dość wysoko, szczyty na wyciągnięcie ręki. Jeszcze wcześniej piękne jezioro w górach z lazurową wodą. Niespodzianka bo nawet nie zwróciłam na nie uwagi śledząc mapę. Tankowanko na stacji w Austrii tuż przed granicą z Włochami ( na takiej, żeby bratu dołożyć się do premii:)) i Italy!!! Krajobraz za bardzo się nie zmienia tylko knajpek trochę więcej. Nie dziwne, kto by tam chciał często jeść zupę z parówką? Droga w kierunku Bolzano od czasu do czasu ( jeszcze po stronie austryjackiej przecina się z autostardą na gigantycznych estakadach! Wow!! Jak oni to zrobili i nie zbankrutowali??? W głowie się nie mieści… Spotyka mnie pierwszy w mojej motocyklowej karierze deszcz… We Włoszech, hmmm myślałam, że tu latem nie pada. A jednak. Przeczekuję go na przystanku autobusowym. Pada intensywnie ale krótko. Jadę dalej. Rozglądam się pomału za kempingiem. Jest, ok 35 km przed Bolzano. Może tyłka nie urywa ale jest mało ludzi (sami Austryjacy) a jedzenie w knajpie ( zupa rybna) pycha!!! Zupa parówkowa idzie na jakis czas w

fot. z archiwum Kasi Choby

zapomnienie. Jeszcze parę razy pada ale tym raze przeczekuję pijąc piwko w knajpie. Nie podoba mi się ta pogoda… ale mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. Dziś dystans nie za duży 250 km ale serpentynkami za dużo kilosów się nie łyka. No i leje!!! I to jak z cebra! Grzmi, błyska, wkoło wielkie góry. Motuś biedny stoi pod starą, trochę krzywą jabłonką i moknie… biedny. W podłoże na kempingu w przeciwieństwie do tego wczoraj ( klepisko posypane kamieniami) dało się wbić śledzie więc namiot może nie odleci… ale nie mam pewności. Piwo w knajpie 3.5 euro więc po wypiciu dwóch (o.4) schowałam się pod daszek opuszczonej przyczepy kempingowej ( chyba można ją wynająć ) ale tak zaczęło zawiewać, że musiałam uciekać… na piwo za 3.5…

25 lipiec 2013 ( czwartek )
Namiot nie odleciał, nie dość tego nawet nie przemókł! Wszystko gra. O 8.00 jestem już na nogach. Trzeba nadrobić trasy bo juz 4 dzień podróży a ja w lesie. To znaczy w górach ale do Toskanii jeszcze kawał drogi. Śniadanie w knajpie tej od piwa – bułka z masłem i dżemem plus kakao 3.8 euro… No cóż, trzeba bulić jak się nie ma swojego prowiantu bo nie ma gdzie go schować. Pożywiona bułką z dżemem ruszam. Jest pięknie. Namiot i ciuchy trochę zmięgłe ale to nic, wysuszą się w drodze. Kierunek – Jezioro Garda. Niedaleko ok 100 km. Docieram bez kłopotów. Droga piękna. Góry, serpentynki. Chyba niedawno pobudowana bo nazywa się 45 bis. Nie przestają mnie zachwycać drogi w Alpach. Wykute w skale trawersy pomiedzy stromym zboczem a rzeką, tunele, gładki asfalt. No dobra może nie robia im się dziury po każdej zimie bo nie mają mrozów ale wykucie 7 tuneli w drodze nad Jezioro Garda i tak trochę kosztowało. Przed Gardą po drodze, małe jeziorko (w porównianiu do Gardy). Lazurowa woda, jakiś zameczek na skałach. Widoki, że dech zapiera. Nie do ogarnięcia aparatem fotograficznym rozmiar kieszonkowy… Docieram nad Gardę. Północna strona wcina sie ostro w góry. Widok piękny. Takie Morskie Oko wielkości Śniardw. Woda błękitna, na prawdę pięknie! Jadę wzdłuż brzegu, ludziska sie kąpią, pływają na deskach. Miasteczka, knajpki, uroczo. Zatrzymuję się na lanczyk. Jedzonko włoskie nie pozostawia nic do życzenia… pycha. No dobra, Garda zaliczona. Trzeba nadrobić troche kilosów. Kierunek Verona. Nie wjeżdzam do miasta choć i tak mnóstwo świateł i lekkie korki. Włosi na skuterkach pokazali jak pchać się do świateł i stawać jako pierwszym. Nie szczypię się. Jest gorąco. Jadę po pasie do skręcania w lewo po mojej lub po przeciwnej stronie, nie ma znaczenia. Nie wjeżdzam do miasta bo temperatura powyżej 30 st. C i ubranie motocyklowe to rzecz nie do ogarniecia. Kierunek Modena. Zeby okrążyć to miasto i trafic na drogę w góry w kierunku Pizy sporo się namęczyłam. Na pierwszej stacji spytałam, powiedzieli, że w kierunku Milano. Zamotałam się. Na drugiej, że w kierunku Bolonii, (nikt nie mówi po angielsku) tez się zamotałam. Komunikuję się z tubylcami za pomocą mapy i określenia direcione… Na trzeciej w końcu sie dogadałam. Zaczynają sie pomału toskańskie widoki. Cyprysy po 15 m wysokości, górki i te ich domy kryte dachówką z demobilu… 400 km w tyłku więc szukam kempingu. Nauczona doświadczeniem, że na kempingach nie ma sklepu zakupuję winko po drodze żeby nie płacić za piwo majątku. Jest znak jadę. Okazuje się, że kemping jest 25 km w dół drogi która jadę, juz przez chwilę staciłam nadzieję ale jest! Kemping w Montecerreto. Nie ma za bardzo gdzie usiąść z winkiem co je kupiłam wczesniej ( kemping 20 euro) więc wkradam się na terreno privato z ładnym widokiem i sie relaksuję. Piszę dziennik. Latają jakieś dziwne stworzenia, potem się okazuje, że to świetliki :)) Idę spać. Jurto Piza. Co jak co, ale to trzeba zaliczyć. W końcu Toskania.

26 lipiec 2013 ( piątek)
Śniadanko przygotowane na kolanie ale przynajmniej pomidorki i oliwki kupione w miasteczku przy kempingu. Ruszam – Piza. Droga do Pizy to 100 km serpentynek i pięknych widoków. Motuś się wygina na zakrętach, że sama jestem w szoku. Docieram do Pizy bez większych kłopotów. Kirunek centro, no to jadę. Wielgachny mur obronny wokół starego miasta więc wjeżdżam w jedną z bram. Super akurat koło wieży. Nawet motuś dostał zdjęcie z wieżą w tle. Wszystkie te słynne budowle katedra, babtysterium i krzywa wieża na prawdę robią duże wrażenie! Ściągam buciory ukrywam je pod kurtką na motorze, wskakuję w sandałki i w miacho! Ludzi zatrzęsienie. Wszelkiej narodowości. Oprócz wieży i kościoła ( wstęp 5 euro, więc sobie daruję ) zaraz obok Universyteto di Piza no i stare miasto z przepięknymi uliczkami. Zwiedzam, robię zdjęcia. W każdej fontannie po drodzę moczę głowę bo nie sposób wytrzymać. Piza zaliczona i obfotografowana. Jedziemy dalej wybrzeżem na południe.

fot. z archiwum Kasi Choby

Miasteczka nadmorskie piękne. Około 18.00 postanawiam rozejrzeć się za kempingiem bo jutro pojadę jednak w głąb Toskanii. Jest zagłębie kempingowe. Wszystkie nad morzem. Wjeżdżam do jednego – 25 Euro za noc… No nie!!! Jadę dalej. 23 Euro z basenem. Pani w recepcji mówi, że tyle kosztuje wszędzie… Ok. Zostaję z bólem serca… Co to za ceny są w ogóle??? No ale sklep jest przynajmniej więc można kupić piwo za 1 euro a na osłodę przepyszne owoce morza kupione w plastikowym pojemniku na wynos, bo taniej. Małże ośmiornice i kalmary ugotowane w rosołku z pietruszką której nienawidzę ale nie przeszkadzała wcale. Dobra, piwko do plecaka i nad morze. Woda w kolorze takim jak Bałtyk, rozczarowała mnie. Myślałam, że morze Śródziemne zawsze jest lazurowe… Gorąca taka, że w pierwszym momencie nie daje w ogóle ochłody. Zachód słońca, pięknie. Wracam na kemping bo zrobiło sie trochę chłodno, a tu z ostatnim piwkiem nie ma nawet gdzie usiąść… Idę nad basen – zamknięty!!! No nie!!! Człowiek płaci 100 zł za miejsce na budę dla psa i nie ma gdzie piwa wypić??? Przechodzę przez bramę nad basen i mam go całego dla siebie. Foteliki, palmy… miło. Niech mi tylko ktoś podskoczy! Piszę dziennik, dokańczam piwo, basen szumi… idę spać.

27 lipiec 2013 ( sobota)
Śniadanko znowu na kolanie. Buła z pomidorami i parówkami. Może być. Spadam z tego drogiego wybrzeża. Kierunek Siena. Po drodze zachaczam o San Gimiano. Wyczytałam w przewodniku, że warto zboczyc z drogi i wjechać. Widoki po drodze jak zwykle bajkowe. Miasteczko urocze. Bardzo stare mury, domy z kamieni, jakiś zameczek. Turystów sporo. Bardzo dużo motocyklistów. To dobrze, bo pomogli wycofać moto zaparkowany troche z górki i przytrzaśnięty z obu stron przez skuterki. W tle winnica i toskański typowy widok. San Gimiano. Mury miasta. Docieram do Sieny. Chyba wszyscy śpią bo ruchu prawie wcale, jest 15.00. Na jakimś termometrze w drodze do głównego placu temperatura 35 st.C. Dziś rezygnuję z kurtki, jadę w samej koszulce. Rynek w kształcie muszli, po bokach straszliwie stare budynki. Znowu uliczki i fajny klimat. Spadam. Duże miasta są śliczne i cudowne ale czas powyginać moto w regionie Chianti między Sieną a Florencją. Już późno więc rozglądam się za spaniem. Tym razem postanawiam spróbować z agroturisico. Może się uda. Dość mam kempingów. Jest gdzieś koło Castelline in Chianti. Wjeżdzam szutrową drogą 1000 metrów pod górę. Ciągnie się i ciągnie w końcu jest!!! Wow!!! Budynki z kamienia, winnica przy domu… Pukam, stukam nikogo nie ma. Wyłania się Włoszka – turystka, wynajmująca pokój, ni w ząb po Angielsku tylko że ona nic nie wie – tak zrozumiałam… Znajduję po drugiej stronie domu innych rezydentów, chyba Szkoci. Tak jakoś dziwnie mówią, ale przynajmniej po angielsku. Jeden z nich zaprowadza mnie do domu właścicieli troszkę powyżej tego kamiennego. Wołam panią, proszę o spanie w namiocie bo późno a tu pięknie. Pogadała z synem, zgodził się – na parkingu. Ok, może być. Jest super. Ładnie poprosiłam o butelkę wina- dostaję, tzn. kupuję. Razem z winem mała instrukcja, że tu teren Chianti Classico, bo same serce Chianti. Oznacza się je znakiem z czarnym kogutem. Wino pyszne, taras z widokiem na winnice i pagórki. No!!! To jest coś!!!!

28 lipiec 2013 ( niedziela )
Wstaję w miarę wcześnie bo gorąco się robi w namiocie mimo, że stoi w cieniu. Szukam pani. Wszędzie głucho. Tak głupio trochę , pewnie trzeba coś zapłacić, podziękować i się pożegnać. W końcu widzę, jakieś 200 m od domu karmi zwierzaki – osły i kozy, ze swoim czarnym briardem. – chciałabym zapłacić za nocleg, mówię. Ona, że nie trzeba i że have a nice trip… Wow!!! Jak to jest, że te najfajniejsze miejsca kosztują tyle co nic. Wczorajszy wieczór kosztował mnie 11 Euro za butelkę pysznego winka a na kołchozowych kempingach trzeba płacić jak za zboże. Kemping np w Pilznie kosztował mnie 13 Euro z kiełbaską z rusztu i 3 piwkami… Kierunek Fireze. Postanawiam nie wjeżdżać do miasta. Upał taki, że sami Włosi są w szoku. Odcinek od miejsca w którym spałam a Florencją to istna bajka. Za każdym zakrętem piękniejszy dom i cudowniejsze widoki. Florencję okrążam autostrardą w stronę Bolonii. Jest ok, wszystko dobrze oznaczone. Dziś robię sobie lajtowy dzień. ( w końcu jest niedziela) i szukam noclegu. Wjeżdzam na pierwszy napotkany kemping. Nie jest tanio, bo 23 Euro ale trudno. Jest jakiś basen, można sie ochłodzić. Rozbijam moją budę, odpoczywam. Dziś jest na prawdę na maxa gorąco… Co te ludziska widzą w tych kempingach??? Ja nie mam wyjścia. Jest w miarę bezpiecznie, jest gdzie zjeść i kupić piwko. Ale takich jak ja to na palcach u jednej ręki by policzył… Reszta rozbija się z połową dobytku swojego życia i sterczy tydzień albo dwa w ścisku, hałasie i drożyźnie… Nie kumam za bardzo…

29 lipiec 2013 ( poniedziałek)
Dziś nie ma już takiego upału. Wyruszam po śniadanku z tego dziwnego kempingu. W drodze do Bolonii serpentynki że hej!!! Jeszcze trochę toskańskich klimatów ale przed Bolonia zrobiło sie płasko. Kierunek Ferraro i Padva. Zaczyna padać deszcz. Wjeżdżam na stację ale niebo zasnute chmurami na maxa. Nie ma na co czekać. Dziś ambitny plan dostać się w góry na północy Włoch więc kurtka przeciwdeszczowa na plecy i w drogę. Pada… może nie ma ulewy ale tak bez przerwy z półtorej godziny. Szybka przecierana rękawiczką jakoś daje radę. Kusi mnie żeby wjechać do Wenecji ale w deszczu bez sensu… Jadę dalej, kierunek Triento. Za Padvą zaczynają się góry! I to jakie! Ogromne góry! Obiadek na stacji ( panini) bo przecież we Włoszech wszystkie ristorante otwarte są od 18.00… Stacje benzynowe między 12.00 a 15.00 są po prostu pozamykane. Trzeba tak wycyrklować żeby nie

fot. z archiwum Kasi Choby

zabrakło benzyny w tych godzinach bo ewentualnie można się położyć i pospać w cieniu w takim przypadku… Zakrito na zimu… Pozaciągane rolety. Do widzenia. A jak się człowiek zgubi w tych godzinach ( mi się zdarzyło ) to spotkać kogoś na ulicy w miasteczku – to istny cud! Z drogi do Triento odbijam na drogę w kierunku Lienz i zaraz za 3 kilometrowym tunelem:)) skręcam na kemping nad jeziorkiem. (podpowiedziała mi pani na stacji). Niby mogłabym jeszcze pojechać bo dopiero 17.30 ale dobra, popatrzymy, poradzimy. Wow! Kemping piękny, mało ludzi, jezioro lazurowe, góry, piękne widoki! Zostaję. Idę do sklepu piechotką 1 kilometr. Widoki cudowne. serki, szmerki, owoce. Zasiadam z piwkiem nad cudownym jeziorem… i zaczyna padać. Nie padać… lać!!! Błyskają pioruny, zaczyna wiać wiatr no normalnie burza! A było tak pięknie… No nic. Namiot przymocowany dobrze, bo na trawniku, nie odleci. Boję się tylko o motusia żeby się nie zapadł z nóżką w ten trawnik… No zgodnie z zasadą, że im piękniej tym taniej i bardziej komfortowo jest się gdzie schować, usiąść kulturalnie przy stole i na głowę nie pada. (17Euro). Szkoda, że tak leje… Ale dobrze, że się dalej nie snułam tylko tu wjechałam. Rocca – tak nazywa się to miejsce. Między Triento, Padvą z Lienz. Polecam wszystkim. Sami Nederlanden. Dla Włochów chyba za mało tłoku i hałasu :))

30 lipiec 2013 ( wtorek )
Rano się dowiedziałam od jednego z Holendrów, który udostępnił swojego prądu do telefonu, że oni sobie to miejsce upodobali bo skaczą tu ze spadochronami! Wow!!! Ale numer. No może nie wszyscy ale część z nich właśnie po to tu w te góry przyjeżdża. Słonko ładnie świeci , ociągam się trochę bo pięknie tu , no ale w końcu w drogę.  Trzeba się przebić przez Dolomity do Austrii. Żeby nie ściemniać jak stary dziadyga wjeżdżam w jedną z żółtych dróg, a co? Jak Dolomity to Dolomity! (203) Na początku spoko, małe piwko. Z kilometra kilometr robi sie coraz wyżej i bardziej stromo. Podczas przerwy na picie jeden pan sugeruje, że do Cortiny to mogę też pojechać taką białą droga na mapie, bo ładna… no dobra to skręcam i jadę! Ze zwykłych serpentynek i zakrętów 90 st robią się agrafki po 180 st!!! I coraz bardziej pod górę! Jestem na wysokości żywych skał. Już tu tylko trawa rośnie. Jakiś punkt widokowy na samym szczycie. Mnóstwo motocyklistów. Przyjeżdżają tu z połowy Europy żeby powyginać swoje sprzęty na zakrętach i poćwiczyć umiejętności a wśród nich… ja! Motocyklistka która wywala się wyjeżdżając ze stacji benzynowej w Piotrkowie Kujawskim! W taki oto sposób szczyty Dolomitów zaliczone. Motuś pręży swoje 650 cm 3 i jeden cylinder wśród towarzystwa typu Dukati czy inne Bmw, ale takie 1200… My zrobilibyśmy tu wrażenie…ale 10 lat temu. W Cortinie obiadek, skromny bo zupa minestrone, woda i kawka… 14 Euro… A niech to… Kierunek Austria – Lienz czyli tam gdzie zbiegają się trzy drogi przez przełęcze alpejskie. Wybieram po zaciągnięciu języka tą zachodnią. Jest tam tunel płatny ok 10 Euro. Ta środkowa droga to 30 Euro do zapłaty, słynny Grosglockner a wschodnią trzeba przejechać pociągiem przez górę więc odpada. No to lecę trasą 108. W połowie drogi miasteczko Matrei, widzę znak kemping. Jest ok 17.30 więc myślę, polecę dalej, słonko w miarę wysoko. Robi się coraz wyżej i wyżej… Na horyzoncie szczyty ze śniegiem, o nie… Słonko zaraz schowa się za górami i ruch taki podejrzanie mały się robi… Po 10 km poddaję się, zawracam. Gdzie ja tam znajdę spanie w namiocie jak tam śnieg leży??? Wracam te 10 km. Od rana coś strzyka mi w prawym biodrze jak staremu dziadydze ( jednak) pewnie to od tego, że 8 nocy przespałam na ziemi. Ok, mata samopompująca niby lux malina ale w kości włazi… Pytam o pokój na jedną noc. – 30 Euro. – O nie, skwaszam minę i już w myślach rozkładam namiot. – no dobra 20 Euro, mówi pan na kempingu – biorę! Chyba oblężenia na kempingu nie mają, tu są żniwa zimą. Mały pokoik ale jest łóżko z pościelą i łazienka. Szczyt ( już nie pierwszy dziś ) luxusu. Wykostkowany tarasik, krzesełka z poduszkami i widok na Alpy. Jestem zadowolona. I jeszcze do sklepu blisko bo po obiadku za 14 Euro trzeba przyoszczędzić na kolacji…

31 lipiec 2013 ( środa )
Wyspałam się za wszystkie czasy, a już na pewno za ostatnie półtora tygodnia. Pyszne śniadanko i w trasę. Przełęcz drogą 108 nie taka straszna jak ją malują. Szeroka droga, szczyty wielkich gór, człowiek jest taki malutki na swoim motorku w stosunku do nich… ale jest bezpiecznie i komfortowo. Tunel 3.5 km, opłata 10 Euro. Kierunek Bischofshofen. Obiadek i skocznia. Wspięłam się schodami do miejsca w którym kończy się najazd a zaczyna bula, nie dałam rady wyżej. Tylko ten kto wspiął się wzdłuż skoczni narciarskiej i spojrzał na zeskok z góry ma pojęcie o co chodzi w skokach. Jak te chłopaki mogą jechać z samej góry na jajo??? A ta skocznia i tak nie jest jakaś największa na świecie… Jadę na północ. Saltzburg postanawiam ominąć szerokim łukiem od wschodniej strony i wymyślam żółta trasę między miejscowością Pichl a Strobl. Okazuje się, że trudno w nią trafić bo to niby taka pół prywatna droga, trzeba za nią zapłacić 4 Euro, mówi mi pan. Ok, może być. Już sam początek trochę mnie przeraził bo jakoś tak wąsko jak na austryjackie standardy i stromawo, ale co tam, jadę. Święta Panienko z Gwadalupy!!! Toż to szok jakiś!!! Stromo i kręto tak, że jestem posikana w majtki!!! Z jednej strony skały prosto w górę z drugiej przepaść kilkaset metrów w dół! Nawet nie ma jak się zatrzymać żeby zrobić zdjęcie i udowodnić jak tu jest strasznie! Na jednym wypłaszczonym kawałku jednak się zatrzymuję. Ale to jeszcze nie koniec. W tym lesie na pewno mieszkają wilki i niedźwiedzie… 1100 m.n.p.m. wąsą drogą o szerokości jednego pasa. Grosglockner się moim zdaniem chowa! Ok, dałam radę. Na ukojenie nerwów jakieś zagłębie jezior. Piękna lazurowa woda, żaglówki śmigają, wkoło góry. Północ – Passau i Czechy. Jadę tyle ile dałam radę w stronę Pragi. Ok 19.30 pass. Ok 150 km przed stolicą Czech znajduje privat dom. Jest pokój za 12 Euro i do tego wybłaguję 1 piwo od pani z lodówki. Zgadza się. Wysypuję resztę kasy z torebeczki przy pasku. Wszyscy sa zadowoleni, ja chyba nawet bardziej.

01 sierpień 2013 ( czwartek )
Ostatni dzień podróży. Plan jest bardzo ambitny, ok 700 km do domu. Kierunek Praga. Obwodnica Pragi lekko zakorkowana ale co to dla mnie po tym jak się podpatrywało sposób jazdy we Włoszech :)) Droga płaska, w miarę znana więc kilkometry się na liczniku kręcą. 3 tankowania, ze dwie przerwy na jedzenie, picie i odlepienie dzinsów od siodła… Jest w końcu dom!  Obwodnica Wrocławia służyła tym razem do pobijania rekordów prędkości. Bez szaleństw ale dla motusia 140 km/h to i tak spory wyczyn, dla mnie jeszcze większy. 12 godzin jazdy, lekko odpażone pośladki, niewielki ból kręgosłupa, milion zabitych robaków na motusiu i na kasku. Taki jest bilans tego dłłługiego dnia. Duże miasta, małe miasteczka, góry, jeziora, autostrady, małe kręte drogi, proste i nudne drogi, weseli Włosi, smutniejsi Niemcy, goli Czesi, spędy, miejsca odludne… Było wszystko podczas tej podróży wartej każdych pieniędzy i tego czasu który trzeba było na nią zorganizować. Tego co przeżyłam i zobaczyłam nikt mi nigdy nie zabierze… No…demencja starcza może…:)) Motuś okazał się najdzielniejszym sprzętem świata. Zero awarii,( z jego winy) wygodnie i w marę ekonomicznie. Trasa wymagająca jak dla całkiem niedoświadczonej motocyklistki, ale wszystko jest możliwe. Trochę samozaparcia, odwagi i pewnie też trochę szczęścia i się udało!

Powodzenia życzę innym wędrowcom motocyklowym:)

Najnowsze

Subaru Legacy Concept

Subaru Legacy Concept zadebiutuje podczas zbliżającego się tegorocznego salonu w Los Angeles zapowiadając nowe trendy w projektowaniu flagowego modelu japońskiej marki.

Od chwili powstania w 1989 roku, Subaru Legacy zdobywa rynki oferując połączenie silnika boxer i stałego napędu wszystkich kół Symmetrical AWD – podstawowych technologii Subaru. Obecnie w ofercie japońsiej marki znajduje się piąta generacja Legacy, która zadebiutowała w 2009 roku. producent postanowił przy okazji zbliżającej się 25 rocznicy powstania Legacy (w 2014 roku), zaprezentować w Los Angeles Subaru Legacy Concept, który jest zapowiedzią stylizacji nadwozi średniej wielkosci sedanów, mających odzwierciedlać motto: „przyjemność z jazdy i spokój umysłu”.

Subaru Legacy Concept 2014
fot. Subaru

Auto osadzono na szerokich kołach, a sylwetkę podkreślono wydatnymi błotnikami. Karoserię polakierowano na „Ocean Silver Mettalic” – specjalna mieszankę kolorów, która składa się z jasno niebieskiej srebrzanki z metalicznym połyskiem.

Szesciokatny grill został wcześniej zastosowany w Subaru Viziv Concept, prezentowanym na tegorocznym Salonie Samochodowym w Genewie.

Subaru Legacy Concept 2014
fot. Subaru

Motyw wykorzystany przy projektowaniu lamp przednich został zastosowany także w układzie lamp tylnych. Podobny zabieg zastosowano w przypadku stylizacji podwójnej rury wydechowej umieszczonej na brzegu tylnego zderzaka i długimi, umieszczonymi wertykalnie wlotami powietrza na przednim zderzaku. Na spodzie tylnego zderzaka umieszczono dyfuzor oraz aluminiowe dodatki, które mają podkreślać aerodynamikę pojazdu.

Subaru Legacy zapowiada się zatem wybitnie intrygująco. Jeśli księgowi marki nie ograniczą zanadto projektantów przy budowie seryjnego pojazdu, możemy liczyć na jedną z najciekawszych premier w przyszłym roku.

Najnowsze