Volvo pojedzie maksymalnie 180 km/h – wyjaśniamy, o co tak naprawdę chodzi

Szwedzi wywołali spore poruszenie w branży, kiedy zdradzili w zeszłym roku, że zamierzają fabrycznie ograniczyć prędkość swoich samochodów do 180 km/h. Pierwsze takie auta właśnie wyjeżdżają na ulice, a my zastanawiamy się, jak to wpłynie na... cokolwiek.

Bezpieczeństwo jest najważniejsze
Volvo od dekad kojarzone jest z dużym przywiązaniem do bezpieczeństwa, a ograniczenie prędkości maksymalnej jest kolejnym tego wyrazem. Jak wyjaśniają Szwedzi w swoim komunikacie:

Firma Volvo Cars ma najbardziej ambitny program dotyczący bezpieczeństwa w całej branży motoryzacyjnej. Wizja 2020 zakłada, że dzięki nowym systemom bezpieczeństwa już niedługo w Volvo przestaną ginąć ludzie. Firma uznała, że osiągnięcie tego celu nie będzie możliwe bez właściwych postaw samych kierowców.

Badania przeprowadzone przez Volvo Cars wykazały trzy poważne obszary stojące na przeszkodzie osiągnięcia takiego poziomu bezpieczeństwa, by ograniczyć ofiary wypadków do zera. Najważniejszą z nich jest poważne przekraczanie prędkości.

Nie znamy szczegółów tego badania, ale w pełni się z nim zgadzamy – prędkość to największe zagrożenie na drodze. Do większości wypadków i kolizji dochodzi z powodu tego, że kierowca nie zatrzymał się w porę…

Co to znaczy „nadmierna prędkość”?
… tylko nie zawsze musi to znaczyć przekroczenie dozwolonej prędkości. Jeśli wypadniesz z drogi na zakręcie, to policja w rubryce „przyczyna zdarzenia drogowego” napisze „niedostosowanie prędkości do panujących warunków drogowych”. Później zobaczysz w sieci zdjęcie swojego rozbitego auta z nagłówkiem „Przesadził z prędkością, wylądował na drzewie”. Wniosek jest jeden – trzeba coś zrobić z kierowcami przekraczającymi prędkość! I tylko ty będziesz wiedzieć, że tak naprawdę jechałeś przepisowo, tylko droga jest źle wyprofilowana, niedawno padało, a ty od dawna obiecujesz sobie, że odłożysz pieniądze na nowe opony.

Przeczytaj też: Volvo rezygnuje z diesli!

Przyczyn wypadków może być naprawdę dużo, ale wiele z nich można zbyć stwierdzeniem „no to trzeba było jechać wolniej”, a w statystykach i tak wyląduje to jako nadmierna prędkość. O czym chyba Volvo zapomina w dalszej części swojego komunikatu.

Dane Amerykańskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego pokazują, że 25% wszystkich śmiertelnych wypadków, do których doszło na terenie USA w 2017 roku, było spowodowanych nadmierną prędkością. Co roku Amerykanie otrzymują miliony mandatów za przekraczanie ograniczeń prędkości.

Czym jest „nadmierna prędkość”, o której mowa? Bardzo możliwe, że wiele z nich było to typowe „niedostosowanie prędkości do warunków”. „Amerykanie otrzymują miliony mandatów” – to już bardziej wymierny argument, ale nie wiemy jak poważne były to przekroczenia prędkości (i ile było przypadków jazdy ponad 180 km/h). A jest to jakby kluczowe z punktu widzenia Volvo, które chce dać nam twarde dowody na słuszność swojej decyzji.

180 km/h to nie problem?
Limity prędkości w USA mogą różnić się (jak większość rzeczy) w zależności od stanu. Zwykle podaje się, że maksimum na autostradzie do 70 mph, czyli 118 km/h. Ale w niektórych stanach jest to 75-80 mph (121-129 km/h), a na jednym „hajłeju” w Teksasie można poczuć się prawie jak w Polsce, sunąc 85 mph (137 km/h).

A teraz pytanie do publiczności – jak sądzicie, ile z wypadków w USA było spowodowanych tym, że ktoś przekroczył dozwoloną prędkość o 70 km/h? Na autostradzie, która jest najbezpieczniejszą kategorią drogi. Inaczej – jak sądzicie do ilu wypadków by nie doszło, gdyby ktoś nie przekroczył prędkości maksymalnej o 70 km/h, ponieważ ogranicznik prędkości pozwoliłby mu tylko o 62 km/h? Idźmy dalej – jak wiele wypadków miało miejsce w terenie zabudowanym, ponieważ ktoś jechał 200 km/h? No właśnie. Trudno sobie wyobrazić sytuację, w której zmuszenie pirata drogowego do jazdy „tylko” 180 km/h, będzie zbawienny dla bezpieczeństwa drogowego.

Przeczytaj też: Test Volvo V40 T3 Momentum

Ale może taki ogranicznik faktycznie pomoże uniknąć jakiejś niebezpiecznej sytuacji. Na przykład kiedy ktoś mający ochotę pędzić 240 km/h, będzie zmuszony do zadowolenia się 180 km/h i dzięki temu zdąży zahamować, kiedy ktoś nieuważnie wyjedzie na jego pas. Teoretycznie jest to możliwe.

Jeśli powyższa sytuacja będzie miała miejsce, to przecież będzie to dowód na to, że taki ogranicznik ma sens, prawda? Faktycznie trudno protestować przed temperowaniem kierowców, którzy mają ochotę przekraczać prędkość o 100 km/h. A wy sami odpowiedzcie sobie na pytanie, kiedy ostatnio jechaliście szybciej, niż 180 km/h. Spójrzcie na inne samochody podczas jazdy autostradą. Ilu z tych kierowców przeszkadzałoby to, że nie mogą przekroczyć 180 km/h? Dla wielu z nich 140 km/h to i tak za dużo, bo głośno, a auto dużo pali.

Ogranicznik prędkości narzucony przez Volvo to nie problem, bo mało kto jeździ szybciej, a nawet gdyby ktoś chciał, to nie powinien. Nie powinien też łamać ograniczeń, ale na autostradzie najgroźniejsza jest różnica prędkości. Kiedy my jedziemy 140 km/h, a ktoś zasuwa 180 km/h, to jeszcze nie jest ona taka duża.

O co tak naprawdę chodzi?
Oczywiście, że o bezpieczeństwo. Można powiedzieć, że jest to taki pierwszy krok w pewnym kierunku, który zwraca uwagę na problem, ale nie budzi poważnego sprzeciwu. Nie zdziwimy się, kiedy za parę lat Volvo wprowadzi jeszcze bardziej restrykcyjny limit.

Za decyzją Szwedów bez wątpienia przemawia też kwestia kosztów. Jeśli dany model nigdy nie pojedzie szybciej, niż 180 km/h, to oznacza to konkretne oszczędności. Samochody mogą wyjeżdżać z fabryki na tańszych oponach o niższym, indeksie prędkości. Żaden Niemiec nie będzie miał pretensji, że po długiej przejażdżce ze stałą prędkością 220 km/h, jednym ze słynnych autobahnów bez ograniczeń, przegrzała mu się skrzynia biegów. Wystarczy, że się nie przegrzeje przy 180 km/h. Wreszcie projektując nowy model i jego aerodynamikę, nie musimy się martwić o jego stabilność podczas szybszej jazdy.

Rynek i tak ma to w nosie
Pamiętacie szok i niedowierzanie, kiedy Volvo ogłosiło, że największy silnik, jaki trafi pod maskę jego nowych modeli, to 2-litrówka? Niemcy wsadzają nawet V8 pod maskę aut klasy średniej, a w Volvo nie dostaniemy sześciu garów nawet w klasie wyższej? A co z legendą jednostek R5 i świetnymi R6? Skończyły się i już. Jak ta, niepopularna wśród fanów marki, zmiana wpłynęła na sprzedaż?

W lutym Volvo ogłosiło, że w roku 2019 zwiększyło sprzedaż o 9,8 proc., co oznacza, że po raz ósmy z rzędu pobiło rekord sprzedaży. W Polsce sprzedaż Volvo wzrosła o 5 proc. i również był to ósmy rekordowy rok z rzędu. Chyba tych fanów większych silników (do których się zaliczamy!) nie było aż tak wielu. Oparcie gamy na jednostkach 2.0 R4 oraz 1.5 R3 oznaczało dla producenta ogromne oszczędności, a także oszczędziło mu późniejszych problemów.

Przeczytaj też: Test Volvo XC90 D5 Inscription – rodzinny ideał?

W sierpniu 2018 roku Volvo, zapewne nie bez satysfakcji, informowało w swoim komunikacie, że jest „jednym z nielicznych producentów segmentu premium, który może się pochwalić tym, że wszystkie jego obecnie produkowane modele i ich wersje spełniają kryteria WLTP”. Pamiętacie zapewne jakie zamieszanie wprowadziło przejście na nowy cykl pomiaru spalin. Część wersji silnikowych różnych modeli została czasowo wycofana – niektóre z uwagi na rozbudowaną gamę (WLTP wymaga osobnych testów każdej wersji silnikowej i w każdej konfiguracji, która wpływa na zużycie paliwa), a niektóre wymagały wprowadzenia modyfikacji, aby mogły być nadal oferowane. To był naprawdę trudny okres dla wielu producentów. A tymczasem Arkadiusz Nowiński, prezes Volvo Car Poland mówił:

Tuż przed wdrożeniem nowych norm okazało się, że nie wszyscy producenci zdążyli się do nich przygotować. Z polskiego rynku zniknie wiele wersji silnikowych i odmian różnych modeli aut. Nie dotyczy to jednak Volvo. Wszystkie nasze samochody spełniają kryteria WLTP, a nieliczne samochody homologowane wcześniej, mieszczą się w ramach przepisów o Końcowej Partii Produkcji. Najważniejszy komunikat dla naszych klientów jest taki, że po 1 września nadal będziemy oferować wszystkie odmiany naszych aut i przeszły one pomyślnie procedurę WLTP.

Innymi słowy, niepopularna decyzja Volvo nie tylko nie wpłynęła negatywnie na sprzedaż, ale także pomogła im się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Dlaczego o tym mówimy?

Przyzwyczajajcie się
Wyśrubowane normy i niemożliwe do osiągnięcia emisje CO2 wskazują jasno (przynajmniej w Europie), że przyszłością są samochody elektryczne. A elektryki mają zawsze ograniczoną elektronicznie prędkość. Volkswagen e-Golf rozwija 136 KM, ale pojedzie tylko 150 km/h. Nissan Leaf e+ ma aż 217 KM, ale rozpędza się tylko do 157 km/h. Są też wyjątki, ponieważ Polestar 2 pojedzie 205 km/h, ale mówimy tu o samochodzie mającym moc 408 KM! Oczywiście, że każdy z tych modeli pojechałby szybciej, ale producenci narzucili ograniczenie, aby uniknąć przegrzania baterii. I nikt nie ma z tym problemu, ponieważ nawet właściciele Tesli jadą po autostradzie 120 km/h w obawie przed nagłym spadkiem naładowania akumulatorów i w strachu przed brakiem szybkiej ładowarki w pobliżu (o konieczności marnowania czasu przy tej ładowarce nie wspominając).

Przeczytaj też: Test Volvo S60 T6 AWD Polestar

Ograniczenia prędkości elektryków są czymś naturalnym, a obecna unijna polityka sprawia, że producenci będą zmuszani do coraz poważniejszej elektryfikacji gamy. Limiter przy 180 km/h? Jeszcze kilka lat, a okaże się, że to całkiem niezły wynik.

A jaka jest wasza opinia? Ograniczanie prędkości maksymalnej samochodów to naturalny krok w kierunku, w którym podąża motoryzacja? A może ograniczanie wolności klientów? Ograniczanie kosztów pod przykrywką walki o bezpieczeństwo, która na bezpieczeństwo nie wpłynie? Piszcie!

Najnowsze

Wjazd Passatem na parking – wydaje się proste… Nie było

Macie czasem wrażenie, że drogi wjazdowe na parkingi wielopoziomowe są o wiele za wąskie i trzeba bardzo uważać, żeby nie zarysować auta? Z pewnością takie odczucia miała też osoba kierująca tym Passatem.

Już na samym początku tego nagrania widać, że będzie źle. Kierowca Volkswagena jedzie trochę za szeroko i nieco za szybko, ale udaje mu się wycelować we wjazd. Niezbyt dobrze sobie niestety radzi z pracą rąk na kierownicy i nie udaje mu się odpowiednio szybko skręcić w przeciwnym kierunku, żeby uniknąć kontaktu ze ścianą.

Szalona jazda pijanego kierowcy tira

Potem było już z górki – odbicie od prawej ściany, skręt w lewo i odbicie od lewej ściany, no to koła w prawo, gaz cały czas wciśnięty, aż nagle auto w coś zawadziło przodem i stanęło na dwóch kołach! Kiedy wróciło na wszystkie cztery, kierowca miał wreszcie chwilę, żeby ochłonąć i przeanalizować swoją sytuację.

„Ale mu pokazałem” pomyślał motocyklista, prawie doprowadzając do wypadku

Pierwsza rzecz – wyprostować auto. To się udało z małymi tylko problemami. No to teraz już prostooo… o szlag, koła były dalej skręcone! Dobra, do trzech razy sztuka, jak to mówią. Znów do tyłu, koła proste i… udało się. Passat kolebiąc się lekko i chybocąc (od uderzeń w krawężnik lub ścianę) odjechał, a szlaban, niczym kurtyna, opadł, kończąc ten dramat w jednym akcie.

Najnowsze

Szalona jazda pijanego kierowcy tira

Jazda samochodem pod wpływem alkoholu to skrajna głupota i nieodpowiedzialność. Więc jak nazwać jazdę po pijaku zestawem o dopuszczalnej masie 40 ton?

Zaczęło się od telefonu do oficera dyżurnego iławskiej policji, do którego zadzwonił mężczyzna z informacją, że drogą Kisielice-Iława jedzie zespołem pojazdów kierujący, będący prawdopodobnie pod wpływem alkoholu. Zgłaszający dodał, że tir wielokrotnie przekraczał oś jezdni stwarzając zagrożenie w ruchu drogowym.

Policjant w czasie wolnym urządza sobie pościg. Czy to aby rozsądne?

Gdy patrol ruszył we wskazanym kierunku, okazało się, że świadkowie ujęli już kierującego i zabrali mu kluczyki. Mężczyzna został zatrzymany i osadzony w policyjnej celi. Badanie alkomatem wskazało 2,5 promila alkoholu w organizmie. Mieszkaniec powiatu inowrocławskiego po wytrzeźwieniu usłyszał zarzut, a ze swojego zachowania w najbliższym czasie będzie tłumaczył się przed sądem.

Blokował tiry, więc go zatrzymali na pogawędkę. Na środku autostrady

To jak duże zagrożenie stwarzał ten kierowca, możecie zobaczyć na poniższym nagraniu. Pochodzi ono prawdopodobnie z samochodu, którego podróżni powiadomili policję, a następnie zatrzymali tira. Postawa godna pochwały, ale w takich sytuacjach trzeba zachować wyjątkową ostrożność. Pijany kierowca może nie zareagować w porę na widok innego pojazdu blokującego mu drogę, albo przestraszyć się i próbować uciec. Kiedy prowadzi auto osobowe, ryzykujemy kolizją. Kiedy mowa o 40-tonowym zestawie, może zrobić się naprawdę niebezpiecznie.

Najnowsze

CBA ustawiło przetarg pod konkretne auto? Komuś się zamarzył nowy Defender

Przetargi na pojazdy organizowane przez instytucje państwowe rządzą się, podobnie jak pozostałe przetargi, prostymi zasadami. Określamy do jakich zadań potrzebny jest nam nowy samochód, na tej podstawie sporządzamy listę wymogów, które musi spełniać, a następnie wybieramy najkorzystniejszą ofertę. W CBA najwyraźniej kierowano się innymi zasadami.

Idea przetargu jest taka, żeby nie kupować tego, co się akurat komuś podoba, tylko kierować się wyłącznie obiektywnymi przesłankami. Ale co w sytuacji kiedy ktoś bardzo chce na przykład jakiś samochód, ale wymogi prawne zobowiązują go do rozpisania przetargu? To proste – odpowiednio ustala się jego warunki.

Rząd nie kupi 280 samochodów! Wszystko przez koronawirusa?

Tak właśnie jest w przypadku przetargu ogłoszonego przez CBA na „Zakup pojazdu służbowego SUV/terenowy”. Już samo to jest ciekawe – kupno samochodu terenowego do celów operacyjnych jest zrozumiałe. Centralne Biuro Antykorupcyjne przeprowadza czasem akcje w terenie i faktycznie pojazd radzący sobie nie tylko na drogach asfaltowych ma szanse się przydać. Ale tylko jedno takie auto i to o charakterze służbowym?

Dalej jest jeszcze lepiej – samochód biorący udział w przetargu powinien mieć aktywny tempomat, ogrzewanie postojowe, pneumatyczne zawieszenie, elektrycznie sterowany fotel kierowcy, podgrzewane fotele oraz skórzaną tapicerkę (dopuszczalne wstawki z innych materiałów). To mówimy tu o samochodzie terenowym, czy raczej reprezentacyjnym? Dodatki takie jak dwustrefowa klimatyzacja automatyczna, ogrzewana przednia szyba, czujniki parkowania, kamera cofania czy wielofunkcyjna kierownica pomijamy – to elementy czysto praktyczne.

Głębsza analiza warunków zamówienia każe sądzić, że mimo wszystko chodzi o pojazd terenowy, możliwe że operacyjny. Zamawiający oczekuje napędu na cztery koła, blokady tylnego mechanizmu różnicowego, systemu wspomagającego jazdę w terenie, a także snorkela oraz wyciągarki. Ponadto na dachu musi znaleźć się wzmocniony bagażnik, do którego będzie można się dostać po drabince. Określono także minimalne kąty zejścia i natarcia, które muszą wynosić przynajmniej 29 stopni.

Światowy debiut Land Rovera Defender. Znamy polskie ceny!

Czyli chodzi o porządną terenówkę. Może niepotrzebnie bogato wyposażoną (dodatkowe punkty można też dostać za lampy LED oraz zestaw kamer 360 st.), ale taką która poradzi sobie na bezdrożach. Jak myślicie, jakie modele mogą wziąć udział w tym przetargu? Jeep Wrangler? Może Toyota Land Cruiser? Niestety żaden z nich, ponieważ wymagany jest silnik benzynowy o mocy przynajmniej 350 KM! Ten warunek spełnia Mercedes G 500 (422 KM), ale jest potwornie drogi (564 200 zł) i nie ma pneumatycznego zawieszenia. No i teraz zagadka – jaka rasowa terenówka ma wystarczająco mocny silnik i pneumatykę? Hmm…

Tak – zgadliście! Chodzi o nowego Defendera (no dobra, jest on w tytule)! Tak się akurat składa, że Land Rover w nowej odsłonie swojej legendarnej terenówki mocno poszedł w nowoczesne rozwiązania i wyposażenie. Przejawem tego jest na przykład pneumatyczne zawieszenie, które pozwala uzyskać prześwit nawet 291 mm. Aha – prześwit też wpisano w warunki przetargu. W najwyższym ustawieniu musi wynosić przynajmniej… 290 mm. Cóż za przypadek.

Policja dostanie ponad 300 nowych radiowozów

Defender spełnia również kryterium silnika – jego 3-litrowy (wymagane przynajmniej 2,5 l), doładowany benzyniak przekazuje na koła 400 KM. 550 Nm także spełnia wymogi przetargu (przynajmniej 500 Nm). A wiecie że jedną z fabrycznych opcji do tego modelu jest Pakiet Explorer za 17 189 zł, który obejmuje między innymi… zgadliście – bagażnik wyprawowy na dachu (jest też drabinka) oraz snorkel. Wspaniale się składa.

Nikt nie zaprzeczy, że Land Rover Defender to świetny samochód, a jego najnowsza wersja bardzo dobrze sprawdzi się i na asfalcie i na bezdrożach. Wątpliwości budzi jednak czy konieczne jest aż tak bogate wyposażenie i tak mocny silnik. 400-konna wersja przyspiesza do 100 km/h w 6,1 s. To ma być auto pościgowe?

Zdecydowanie najbardziej razi takie określenie warunków przetargu, i to w kilku punktach, żeby jedynie Defender mógł je spełnić. To zresztą w Polsce nic nowego. W marcu przetarg na samochody ogłosił prezes NBP, a jednym z nich miało być auto służbowe dla niego. Tutaj też zostały szczegółowo określone kryteria, jakie modele oferentów muszą spełniać. Na tyle szczegółowo, że dziwnym trafem spełniał je wyłącznie Mercedes GLS koniecznie w wersji 400 d.

Wracając do meritum, CBA to otrzymało już oferty od trzech dilerów Land Rovera. Pierwszy zaproponował kwotę 315 tys. zł, ale za auto z 2-litrowym silnikiem o mocy 240 KM, więc odpada w przedbiegach. Druga propozycja to 344 tys. zł, a więc odrobinę mniej, niż kosztuje bazowy Defender z wymaganym silnikiem. Jeśli ma także konieczne wyposażenie, to jest to ciekawa oferta. Najdroższa propozycja to 430 tys. zł Sporo? Tyle katalogowo kosztuje topowa wersja HSE z Pakietem Explorer. W warunkach przetargu cena ma wagę 60 procent, więc powinna zwyciężyć druga opcja. Ale nie zdziwi nas, jeśli okaże się, że ten egzemplarz nie ma na przykład skórzanej tapicerki albo aktywnego tempomatu i ofertę trzeba będzie odrzucić na rzecz ostatniej.

Najnowsze

Karolina Chojnacka

Sophia Flörsch krytykuje pomysł stworzenia kobiecej, wyścigowej serii w e-sporcie

Niemiecka zawodniczka na swoim Twitterze, w niezbyt przychylnych słowach, skomentowała pomysł e-sportowej serii tylko dla kobiet.

W Series Esports League to zupełnie nowa inicjatywa mająca na celu promocję kobiet w sim racingu, o czym pisałyśmy już wcześniej:
W Series startuje z nową serią e-sportową tylko dla kobiet 

Do serii dołącza również polska zawodniczka: Gosia Rdest dołącza do W Series Esports League!

Sophia Flörsch, zawodniczka Formuły 3, nie jest jednak zachwycona ideą wirtualnych wyścigów tylko dla kobiet.

Dajcie spokój, czy to żart? Segregacja za komputerem. Dziewczyny, e-sport jest w 100% neutralny płciowo. Jest tyle e-sportowych wydarzeń, w których mogą brać udział dziewczyny i chłopcy. Za darmo. Co to za marketing. Taka jest gorzka prawda.

– napisała na swoim Twitterze.

Flörsch już wcześniej krytykowała ideę W Series, potępiając segregację płciową, która według niej leży u źródeł całej koncepcji.

Zgadzam się z argumentami – ale całkowicie nie zgadzam się z rozwiązaniem, kobiety potrzebują długoterminowego wsparcia i zaufanych partnerów, ja chcę konkurować z najlepszymi sportowcami. Proszę porównać to z ekonomią: czy potrzebujemy oddzielnych kobiecych zarządów / doradców? Nie. To zła droga.

Niemiecka zawodniczka wielokrotnie w wywiadach podkreślała, że nie potrzebuje taryfy ulgowej i chce się ścigać na równych zasadach zarówno z kobietami, jak i mężczyznami.

Na sezon 2020 Sophia Flörsch ma podpisany kontrakt z Campos Racing, gdzie będzie się ścigać u boku Alessio Deledda i Alexa Peroni. Jest pierwszą kobietą, która wystąpi w mistrzostwach F3, odkąd ta seria powstała przez połączenie GP3 i Europejskiej Formuły 3.

Sophia Flörsch: chcę wygrywać z mężczyznami, to moja motywacja

Najnowsze