Karolina Chojnacka

Sophia Flörsch krytykuje pomysł stworzenia kobiecej, wyścigowej serii w e-sporcie

Niemiecka zawodniczka na swoim Twitterze, w niezbyt przychylnych słowach, skomentowała pomysł e-sportowej serii tylko dla kobiet.

W Series Esports League to zupełnie nowa inicjatywa mająca na celu promocję kobiet w sim racingu, o czym pisałyśmy już wcześniej:
W Series startuje z nową serią e-sportową tylko dla kobiet 

Do serii dołącza również polska zawodniczka: Gosia Rdest dołącza do W Series Esports League!

Sophia Flörsch, zawodniczka Formuły 3, nie jest jednak zachwycona ideą wirtualnych wyścigów tylko dla kobiet.

Dajcie spokój, czy to żart? Segregacja za komputerem. Dziewczyny, e-sport jest w 100% neutralny płciowo. Jest tyle e-sportowych wydarzeń, w których mogą brać udział dziewczyny i chłopcy. Za darmo. Co to za marketing. Taka jest gorzka prawda.

– napisała na swoim Twitterze.

Flörsch już wcześniej krytykowała ideę W Series, potępiając segregację płciową, która według niej leży u źródeł całej koncepcji.

Zgadzam się z argumentami – ale całkowicie nie zgadzam się z rozwiązaniem, kobiety potrzebują długoterminowego wsparcia i zaufanych partnerów, ja chcę konkurować z najlepszymi sportowcami. Proszę porównać to z ekonomią: czy potrzebujemy oddzielnych kobiecych zarządów / doradców? Nie. To zła droga.

Niemiecka zawodniczka wielokrotnie w wywiadach podkreślała, że nie potrzebuje taryfy ulgowej i chce się ścigać na równych zasadach zarówno z kobietami, jak i mężczyznami.

Na sezon 2020 Sophia Flörsch ma podpisany kontrakt z Campos Racing, gdzie będzie się ścigać u boku Alessio Deledda i Alexa Peroni. Jest pierwszą kobietą, która wystąpi w mistrzostwach F3, odkąd ta seria powstała przez połączenie GP3 i Europejskiej Formuły 3.

Sophia Flörsch: chcę wygrywać z mężczyznami, to moja motywacja

Najnowsze

Oświetlenie UV w kabinie samochodu – czyli jak Hyundai walczy z COVID-19

Temat COVID-19 wciąż nie schodzi z pierwszych stron przeróżnych mediów, a podstawową formą ochrony przed zarażeniem się nim, jest utrzymanie wysokiego standardu czystości. A jak o nią zadbać w naszym samochodzie? Tu nieoczekiwanie z pomocą przychodzą inżynierowie Hyundaia.

Obecnie, by zdezynfekować wnętrze samochodu, trzeba udać się do firmy, która jest wyposażona w odpowiedni sprzęt. To jednak kosztuje i pochłania czas, a jak mówi powiedzenie – czas to pieniądz. A co, gdyby tak spróbować zrobić to we własnym zakresie? Zapewne takie pytanie pojawiło się w głowach inżynierów Hyundaia, którzy wpadli na prosty, acz genialny pomysł.

Przeczytaj także: Koronawirus w samochodzie. Jak porządnie zdezynfekować wnętrze?

Hyundai Motor Group - Oświetlenie UV w samochodzie

Jak powszechnie wiadomo, światło ultrafioletowe ma właściwości sterylizacyjne, w tym zdolność do likwidacji wirusów. Dlatego Hyundai postanowił zacząć badania nad możliwością użycia go w kabinie samochodu. A w jaki sposób? Bardzo prosty: źródło ultrafioletu miałoby znaleźć się w lampkach, które na co dzień oświetlają wnętrze auta. Jak twierdzą Koreańczycy, to idealny sposób na walkę z koronawirusem, gdyż rozkład światła z tychże lampek pozwala w tym samym czasie wysterylizować siedzenia, wykładziny, deskę rozdzielczą czy też kierownicę. Co więcej, oprócz możliwości odkażających powierzchnie, Hyundai bada zdolność takiego rozwiązania także do neutralizowania patogenów unoszących się w powietrzu. Niestety oprócz wspomnianych zalet, światło ultrafioletowe ma też swoją „ciemną” stronę, a mianowicie może działać niszcząco na materiały wykończeniowe w samochodzie, ale przede wszystkim jest szkodliwe dla ludzkiej skóry. To oznacza, że może być stosowane wyłącznie w pustej kabinie, a to wymusza odpowiednie procedury, takie które zapobiegną nieszczęściu, do którego rękę może przyłożyć choćby rozkojarzony właściciel pojazdu lub pozostawione w środku dziecko.

Przeczytaj także: Hyundai i Uber planują wprowadzenie latających taksówek

Hyundai Prophecy EV Concept

Pomysł na dezynfekcję zamkniętych przestrzeni światłem ultrafioletowym nie jest niczym nowym, bo po raz pierwszy taką operację przeprowadzono już w latach 30. ubiegłego wieku. Miało to miejsce w USA, w Filadelfii, a celem było odkażenie budynków w jednej z tamtejszych szkół, co zakończyło się sukcesem. Obecnie lampy emitujące światło ultrafioletowe są wykorzystywane do dezynfekcji m.in. wagonów metra, różnych miejsc publicznych czy też szpitalnych sal operacyjnych.

Przeczytaj także: Test: Hyundai Kona Hybrid – bardziej przyjazna środowisku

Hyundai Prophecy EV Concept

Wracając jednak do meritum. Jak widać, znów prawdziwe okazało się stare porzekadło głoszące, że potrzeba jest matką wynalazku. Niestety, Hyundai nie podał żadnej daty ani nawet przedziału czasowego, w którym można by spodziewać się zastosowania takiego rozwiązania w samochodach na szeroką skalę. Dlatego nie pozostaje nam nic innego, jak cierpliwie czekać na dalszy rozwój wydarzeń…

Źródło: Hyundai Motor Group

Najnowsze

Lexus BX – pomysł japońskiej marki na taniego crossovera?

Jeszcze nie opadł dobrze kurz po debiucie nowej Toyoty Yaris Cross, a już pojawiają się pogłoski mówiące o tym, że Lexus ma chrapkę na zbudowanie podobnego samochodu, który byłby najmniejszym i najtańszym w ofercie tej japońskiej marki.

Pojawienie się takiego auta z logo Lexusa z jednej strony nie dziwi, a z drugiej zaskakuje. Budowanie przez marki premium małych samochodów nie jest ani niczym nowym, ani wyjątkowym – tak robi Mercedes, BMW czy Audi. Jednak jeszcze w 2018 roku, gdy debiutował Lexus UX, czyli najmniejszy obecnie crossover w palecie Japończyków, amerykański oddział firmy twierdził, że w ofercie producenta nie będzie niczego w cenie niższej niż 30 000 dolarów – choć nie wiadomo, czy mowa była o rynku globalnym czy amerykańskim. Tak czy inaczej, wiele wskazuje na to, że to ma się zmienić i prawdopodobnie doczekamy się małego „babySUV-a” od Lexusa.

Przeczytaj także: Lexus UX 300e – pierwszy elektryk japońskiego producenta z zasięgiem do 300 km

Jak donosi chiński portal Autohome, nowy model ma się nazywać BX (pierwsza litera ma wskazywać na przynależność samochodu do segmentu aut miejskich) i bazować na wcześniej wspomnianym Yarisie Cross. Zmiany? Owszem. Naturalnie największe z nich obejmą nadwozie, które ma nawiązywać do obecnej gamy modelowej submarki Toyoty, a największą zmianą będzie zapewne stanowić przepastny grill, tak charakterystyczny dla Lexusa już od ładnych kilku lat. By podkreślić pochodzenie premium modelu BX, nadwozie z pewnością zostanie „doposażone” w odpowiednią liczbę chromowanych elementów. Uzupełnieniem całości może być obniżenie zawieszenia względem „biedniejszego” brata, tak by nadać autu bardziej sportowy wizerunek. Podobne zabiegi jakościowo-wizualne zostaną prawdopodobnie przeprowadzone także we wnętrzu samochodu, gdzie z pewnością zagoszczą skórzane dodatki, tworzywa z wyższej półki cenowej czy systemy informacyjno-rozrywkowe znane dobrze z Lexusa.

Toyota Yaris Cross

Mały BX z dużą dozą prawdopodobieństwa będzie korzystać z tego samego zespołu napędowego co Yaris Cross. To oznacza, że pod maską znajdzie się napęd hybrydowy czwartej generacji o łącznej mocy 116 KM, którego podstawę będzie stanowić silnik benzynowy o pojemności 1.5 litra. W standardzie napęd będzie przekazywany na przednie koła poprzez bezstopniową skrzynię biegów CVT. Portal Autohome nie wyklucza pojawienia się wersji F, która w standardzie może być wyposażona w napęd na wszystkie cztery koła. Trudno powiedzieć czy topowa odmiana dostanie jakiś zastrzyk dodatkowej mocy, ale znając Lexusa, nie oprze się on tej pokusie – zresztą litera F w nazwie tej japońskiej marki do czegoś zobowiązuje.

Przeczytaj także: Test Lexus UX 200 2.0 VVT-I D-CVT F-Sport

Według doniesień, przewidywana cena Toyoty Yaris Cross nie powinna przekroczyć granicy 30 000 dolarów (ok. 27 800 euro). Czy to oznacza, że  BX rzeczywiście będzie „tanim” Lexusem? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo cena „biedniejszego” brata będzie już dosyć blisko oscylować wokół granicznej wartości, o której wspominał amerykański oddział japońskiej marki. Jedno jest pewne, jeśli podejrzenia chińskiego portalu się spełnią, BX będzie najtańszym Lexusem, a czy będzie kosztować 29 999 dolarów czy 30 001 dolara, to dla potencjalnych kupców nie będzie miało raczej wielkiego znaczenia.

A kiedy i gdzie można spodziewać się nowego modelu? Prawdopodobnie nie wcześniej niż 2 lata po debiucie Yarisa Cross, czyli w 2023 roku. Z kolei rynkami, na które trafi, będą zapewne Azja i Europa. Choć już teraz widać po komentarzach pojawiających się na amerykańskich stronach internetowych, że jeśli Lexus zdecydowałby się wprowadzić tam do swojej oferty tego małego crossovera, to może on liczyć na spory popyt – szczególnie w świetle obecnej i nadchodzącej globalnej sytuacji ekonomicznej spowodowanej COVID-19.

Źródło: Autohome.com.cn

Najnowsze

Karolina Chojnacka

Ustanowić 25 rekordów świata – niektórych do tej pory nie pobito. Dokonały tego wspólnie cztery zawodniczki!

Jest 7 maja 1937 roku. Cztery kobiety, ubrane w ciepłe wełniane swetry, skórzane kurtki i czapki oraz ochronne gogle, pozują dziennikarzom na torze w Montlhéry do pamiątkowego zdjęcia. Zaraz rozpoczną ściganie, nieświadome jeszcze, że za parę dni zapiszą się na zawsze w historii sportu motorowego.

W Yacco Speed Trial wzięły udział cztery Francuzki: Odette Siko, Hellé Nice, Simone des Forest i Claire Descollas. Zadanie nie było łatwe: przez 10 dni, każda z nich miała na zmianę przez trzy godziny, dniem i nocą, jeździć po torze, utrzymując prędkość powyżej 140 km/h. Jedyną akceptowalną przerwą w jeździe była ta na błyskawiczną zmianę kierowców.

Samochodem, którym miały tego dokonać, był ogromny Mathis Matford z silnikiem V8, o pojemności 3600 cm3, przez zespół nazywany pieszczotliwie „Claire”. Pozbawiony był pasów bezpieczeństwa, a jego szerokie, skórzane siedzenie, było niesamowicie twarde i nieresorowane.

Przeczytaj też: Przypominamy najbardziej wybitne zawodniczki sportów motorowych

Niełatwe początki
Kapitanem zespołu została Odette Siko. Jak na prawdziwego szefa przystało, pełniła funkcję lidera na torze, a także rozjemcy w garażu między zawodniczkami, które za sobą nie przepadały. Claire Descollas i Simone des Forest nie ukrywały swojej niechęci do Hellé Nice. Odette często musiała łagodzić napiętą atmosferę między kobietami.

Przeczytaj też: Helle Nice – wyklęta legenda F1

Początkowo rywalizacja miała się rozpocząć 7 maja. Jednak pierwsze podejście do planowanego pobicia rekordów prędkości nie powiodło się. Po trzech dniach, po nieudanym wyjeździe Descollas, zawody odwołano. Zawodniczki się jednak nie poddały. 19 maja wznowiono próbę pobicia 10-dniowego rekordu szybkości.

Simone des Forest i Odette Siko w 1935 r.

Niebezpieczne wyzwanie
Odette Siko, jako kapitan, wybrała dla siebie najtrudniejszą i najbardziej zdradliwą porę dnia na rozpoczęcie ścigania. Był to wschód słońca, kiedy niskie promienie odbijały się od maski Matforda, znacznie ograniczając widoczność. Równie niebezpieczne godziny zmierzchu wybrała na swoją jazdę Hellé Nice. Z kolei Descollas i des Forest pociły się w gorącym majowym upale.

Nice, po latach wspominając te szaleńczą jazdę, powiedziała, że czuła się na owalnym torze w Montlhéry jak szczur w klatce. Jednak jedno ze zdjęć wykonanych w trakcie Yacco Speed Trial pokazuje, że była spokojna i skoncentrowana na drodze.

Fotografowie nie tylko uwiecznili sukces kobiecego zespołu, ale przyczynili się też do niebezpiecznych sytuacji na torze. Pokonując jedno z okrążeń z prędkością 180 km/h, Simone des Forest zauważyła fotografa rozłożonego dokładnie na linii jej jazdy.

Gdyby przesunął się o cal, byłoby po nim. I po mnie też. Miałam nadzieję, że będzie zbyt przerażony, żeby się poruszyć. I był.

– wspominała po latach Francuzka.

Przeczytaj też: Kobiety w sporcie motorowym – przed 1950 rokiem

Rekordowa jazda
W ciągu 10 dni zawodniczki przejechały 30 tysięcy kilometrów ze średnią prędkością 140 km/h, wyznaczając 25 nowych rekordów świata – 10 rekordów długodystansowych i 15 międzynarodowych rekordów grupy C. Większości z nich nie pobito do dziś.

Każda z zawodniczek otrzymała na pamiątkę tego wydarzenia broszkę w kształcie litery „V”, z rubinami i brylantami. Francuska prasa okrzyknęła je mistrzyniami, a o ich sukcesie pisali dziennikarze we Włoszech, Niemczech, Wielkiej Brytanii, a nawet Stanach Zjednoczonych.

Odette Siko

Łącząc się we wspólnym celu Odette Siko, Hellé Nice, Simone des Forest i Claire Descollas, odłożyły na bok różniące je spory i pokazały całemu światu, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych.

Najnowsze

Paula Lazarek

Supra GR 450 – japońska legenda po tuningu zrywa asfalt i wygląda obłędnie

Tuner Manhart znany jest z mocnych modyfikacji w samochodach BMW. Tym razem wziął na warsztat Suprę - to po prostu musiało się udać!

Supra GR 450 na warsztatcie u znanego tunera otrzymała sporą dawkę mocy – 110 KM i 150 Nm momentu obrotowego – to brzmi naprawdę obiecująco! Jak wiadomo seryjnie produkowana Toyota Supra pod maską ma 340 KM, które aż rwą się do szybkiej jazdy, a do tego 500 NM. Z pewnością już skalkulowaliście, jaką teraz ma moc ta stuningowana Supra – tak, 450 KM i 650 NM. Do tego wszystko trafia na tylną oś! Tylko driftować!

Supra GR 450

Jak tunerzy z Niemiec osiągnęli takie parametry? Lwią częścią sukcesu jest solidne przeprogramowanie mapy silnika ECU, a także nowy układ wydechowy ze stali nierdzewnej lub włókna węglowego. Carbonersi już zacierają ręce z wrażenia! Tuner dodatkowo obniżył zawieszenie i dodał 20-calowe felgi aluminiowe. Czerwone smaczki tu i ówdzie dodają pazura i charakteru. Przyszłym właścielom tej szalonej Supry tuner może jeszcze zaproponować, oczywiście za sporą dopłatą, nowy katalizator oraz opcję usunięcia filtra GPF.

Supra GR 450

Ile kosztuje takie cacko? Niestety nie udało nam się zdobyć informacji o cenie, wciąż jest nieujawniona, ale seryjna Supra kosztuje ponad 300 tysięcy złotych z trzylitrowym silnikiem pod maską. Także Manhart Supra z pewnością tania nie będzie, ale dla prawdziwych sympatyków japońskiej marki podobno cena nie gra roli, bo najważniejsze są wrażenia, których tu z pewnością nie zabraknie. To ewidentna obietnica dobrej zabawy!

Najnowsze