Porsche wynalazcą hybrydy szeregowej

Hybryda szeregowa wywodzi się z poczatku XX wieku, a za jej pomysłodawcę uważa się Ferdynanda Porsche. Za najprostsze szeregowe hybrydy można uznać lokomotywy elektryczne czy też pojazd wyposażony w silnik elektryczny doładowywany agregatem spalinowym. Jednak i dziś ten rodzaj zasilania hybrydowego znajduje szerokie zastosowanie.

Przykład rozwiązania układu napędowego w francuskim wozie bojowym, który ma wejść do produkcji od 2020 roku
Rys. Motocaina

Przykładem współczesnych zastosowań hybrydy szeregowej  będzie autobus miejski Mercedes Citaro czy wojskowe pojazdy AHED będące elementem amerykańskiego programu Future Combat System.

Prekursorem tego kierunku był Ferdynand Porsche, który już w 1900 roku skonstruował Lohner-Porsche Mixte: czterocylindrowy silnik o mocy 15 KM był połączony bezpośrednio z 80-woltowym dynamo. Wygenerowany prąd przepływał do silników elektrycznych przyłączonych do piast przednich kół lub był kierowany do baterii buforowej. Samochód ten jest uznawany za pierwsze seryjne auto hybrydowe na świecie.

Hybrydą szeregową nazywamy układ, w którym silnik spalinowy nie jest połączony mechanicznie z kołami auta i służy tylko do napędu generatora prądu elektrycznego, a do poruszania auta wykorzystuje się silnik (silniki) elektryczny. Przy takiej konfiguracji jednostka spalinowa może przez cały czas pracować w optymalnym zakresie obrotów (silniki elektryczne nie wymagają stosowania skomplikowanych skrzyń biegów).

Przeczytaj też o hybrydzie równoległej. Kliknij tu.

Najnowsze

Renault zawieszone

Renault nie wystąpi w 11. wyścigu Mistrzostw Świata Formuły 1 w Walencji. Kara została nałożona na zespół za wypuszczenie bolidu Fernando Alonso z pit stopu z niewłaściwie zabezpieczonym kołem w trakcie niedzielnego wyścigu o GP Węgier.   

Zespół Renault
fot. Renault

Błąd mechaników Renault w umocowaniu prawego przedniego koła samochodu spowodował jego poluzowanie i w konsekwencji koło spadło, kiedy Hiszpan znajdował się już na torze.
Sędziowie stwierdzili, że mechanicy z pełną świadomością braku jednego z zabezpieczeń wypuścili kierowcę z pitlane. Co więcej, nie poinformowali natychmiast zawodnika o zaistniałej sytuacji, mimo że Alonso kontaktował się z zespołem podejrzewając, że ma przebitą oponę.
Hiszpan dotarł ponownie do garażu na trzech kołach ale zmuszony był do rezygnacji z dalszego udziału
w wyścigu ze względu na uszkodzenia powstałe po zajściu.

W obliczu ostatnich tragicznych wydarzeń mających miejsce w trakcie wyścigów decyzja sędziów wydaje się w pełni zasadna.

Renault ma 48 godzin na złożenie apelacji od powyższej decyzji i 8 dni na jej uzasadnienie. Od decyzji władz będzie zależeć czy Fernando Alonso i Nelsinho Piquet będą mogli wystartować w dniach 21-23 sierpnia w GP Europy.

 

 

Najnowsze

Motocyklowa wyprawa do Portugalii

Sobota, 10.07.2004

Według planu mieliśmy wyruszyć w sobotę rano. Jednak Tomek przez całą noc składał motocykl, a rano się okazało, że pompka paliwowa  nie działa.

Zaczęło się gorączkowe szukanie pompki. Udało się załatwić podciśnieniową od Jakuba, ale założenie jej wymagało kilku przeróbek i wizyty u tokarza. A na miejscu okazało się, że znajomy ma dobrą pompkę do Hondy w garażu. Tak więc wieczorem założona była właściwa pompka, a podciśnieniowa z kompletem do montażu zapakowana w sakwie.

 

Niedziela, 11.07.2004

Ruszamy około 10. Pierwsze 80 km mija bez problemu. Po przekroczeniu granicy Tomka motocykl zaczyna się buntować. W końcu odpala i jedziemy. W połowie drogi do Brna powtórka z rozrywki. Przed Brnem zaczyna lać. Zakładamy przeciwdeszczówki i jedziemy dalej. Z krótkimi przerwami deszcz towarzyszy nam przez całe Czechy. Mijamy Pragę. Kolejne problemy z VFR-ką pieszczotliwie nazwaną Pszczółką. Tomek dochodzi do wniosku, że pompka ma problemy z zaciąganiem, gdy jest mało benzyny. Za Pilznem mijamy granicę. Czechy  żegnają nas piękną tęczą, której oba końce widzimy na tle lasu. Hura! Wiem, gdzie się kończy tęcza.

Kierujemy się na Norynbergę, docieramy do autostrady i pędzimy. Oczywiście deszcz nam towarzyszy. Po 22 zaczynamy się rozglądać za spaniem. Jesteśmy zziębnięci i zmęczeni. Zjeżdżamy z autostrady i znajdujemy pensjonat w Aich. Namiot można rozbić za darmo, a za pokój ze śniadaniem musimy zapłacić 46 euro. Temperatura i deszcz przekonują nas do luksusu. I dobrze. Błyskawicznie zasypiamy. Przejechaliśmy 920 km.

 

Poniedziałek, 12.07.2004

Pobudka o 7.00 i wymiana pompki na podciśnieniową. Śniadanie i o 9 wyjeżdżamy. Tomek zdecydowanie chwali zmianę pompki. Deszcz szybko sobie przypomina, że powinien nam towarzyszyć. Niestety nadal są drobne problemy z VFR-ką. Na szczęście już nie gaśnie.

Dojeżdżamy do Francji i w Mulhouse i bezpłatnymi drogami przez Belford, Besancon i Chalon sur Saone jedziemy w stronę Vichy.

Tomek wymyśla, że problemem mogą być świece. Ponieważ jest już późno rozglądamy się za noclegiem. Wjeżdżamy na podwórze gospodarstwa zapytać się o kemping, a miły gospodarz oferuje nam miejsce w stodole, bo pada. Korzystamy z radością. Motocykle też się mieszczą i odpoczywają po 770 km.

 

Wtorek, 13.07.2004

Ranek budzi nas słoneczny. Wskakujemy na motorki i jedziemy szukać salonu Hondy w Vichy. Udało nam się trafić, ale salon jest zamknięty. na szczęście przemiła Francuska na Virago 535 rozumie, że szukamy „bugies”  i prowadzi nas do salonu Suzuki. Tam kupujemy świece i wymieniamy je. Ruszamy dalej. Przejeżdżamy przez Clermont-Ferrand, Tulle, Bergerac, Mont de Marsan i górskimi drogami jedziemy w stronę Bayonne …. Pszczółka sprawuje się dobrze, tylko czasami coś ją jeszcze blokuje. W domu trzeba będzie sprawdzić gaźniki.

Chmury sobie o nas przypomniały, ale na szczęście już nie pada. Wieczorem docieramy w okolice Bayonne i szukamy noclegu Znajdujemy pole namiotowe z zamkniętą recepcją w Labenne nad oceanem. Jednak na nasze zdecydowane wtargnięcie strażnik znajduje recepcjonistkę i legalnie rozkładamy namiot – za 20,10 euro. Tego dnia przejechaliśmy 663 km, a od początku wyprawy 2335.

 

 

 

Środa, 14.07.2004

Po śniadanku podjeżdżamy nad ocean, robimy zdjęcie i w drogę. Po kilkunastu kilometrach wjeżdżamy do Hiszpanii w miejscowości …… HUUURA! Okolice San Sebastian są górzyste, ale drogi są dobre, a widoki malownicze. Pędzimy w stronę Burgos, robiąc przerwę drugo-śniadaniową w Villabona. W Burgos przerwa na zwiedzanie katedry.

I znowu bezpłatną autostradą mkniemy do Salamanki. Tam dłuższ przerwa na zwiedzanie i kolejne zdjęcia.

No i kierunek Portugalia.

Pszczółka przypomina nam, że jedzie z nami i przepala żarówkę  w tylnej lampie. Zjeżdżamy więc na stację w miejscowości Sancti Spiritus i malutka rozbiórka tylnej owiewki. Żarówka wymieniona i można jechać dalej. Jest już 22 wjeżdżamy więc do Cidudad Rodrigo i tam znajdujemy miły kemping – 14.20 euro od osoby – dla obsługi godzina nie jest problemem. Przed snem jeszcze krótki spacerek, rzut oka na podświetlone mury obronne twierdzy i zasypiamy. Tego dnia przejechaliśmy 685 km.

 

Czwartek, 15.07.2004

Tomek po śniadaniu pucuje Pszczółkę, pakujemy rzeczy i podjeżdżamy do centrum miasteczka. Kamienne mury i budynki robią wrażenie. Ale czas nas goni, słońce przypieka (nareszcie), a Portugalia czeka.

Wjeżdżamy koło 13, czyli w południe czasu lokalnego. Na liczniku od domu już 3041 km. Hura.

Nad drogą wita nas transparent „Welcome to the stadium of Europe” – to pozostałości zakończonych mistrzostw Europy w piłce nożnej. Po drodze mamy niespodziewany postój, policja wstrzymuje ruch. Nagle słyszymy bum, a nad drogą pojawia się chmura kurzu – wysadzano skały, bo zbytnio wisiały nad drogą. Po 20 minutach jedziemy dalej. W miasteczku St.Comba Dao zauważamy stację z karcherem. Robimy więc przerwę, jemy obiadek, a motorki w tym czasie stygną. o obiedzie Tomek myje Shadowkę, której było przykro, że Pszczółka jest czysta, a ona nie. Ruszamy ze stacji, oba motorki są śliczne i błyszczące. W Shadowce zaczęła  nawet świecić lampka z podświetlenia tablicy. Może ona faktycznie była trochę zaniedbana?

Kierunek Las Bucos. Najsłynniejszy las w Portugalii – to tam Napoleon poniósł pierwszą porażkę.

Trochę wyboistą drogą wspinamy się na szczyt wzgórza z punktem widokowym. Dookoła zieleń, zupełnie inny krajobraz niż w spalonej słońcem Hiszpanii.

Robimy zdjęcia i dalej do Combrii. Miasto zwiedzamy z siodełek motocykli. Sympatyczny kierowca pilotuje nas w stronę centrum. Zatrzymujemy się u stóp schodów – dużo ich …. wspinamy się, żeby zobaczyć z bliska te wszystkie cuda i na górze okazuje się, że jest tam tylko placyk …. no cóż u podnóża schodów jemy kolacyjkę i podziwiamy kwitnące drzewa.

Ruszamy w stronę Lerii. Już z daleka widać zamek położony ponad miastem. Późne popołudnie, życie toczy się leniwie, spacerowicze …. aż nie chce się ruszać

Kolejny punkt programu to klasztor w Bathalem. Jedziemy drogą … i nagle wyłania się przed nami zza zakrętu oszałamiająca budowla. Podjeżdżamy i z bliska robimy zdjęcia. Jest już około dwudziestej a do Faro kawał drogi.

Pomimo więc, że do Fatimy zostało nam tylko 20 km postanawiamy zostawić sobie zwiedzanie na następny raz. Po drodze jest za to zamek Porto de Mos – jest już za późno, żeby zwiedzać, ale zdjęcie i obejrzenie mozaiki naprzeciw zamku jeszcze nam się udaje.

Dostajemy smsa od Eddiego, czy jesteśmy już blisko … no cóż zostało tylko 350 km. Ruszamy więc dalej. Docieramy do autostrady i dojeżdżamy do Santarem płacimy po 1,50 euro. Cena jest przystępna, drogi krajowe zatłoczone decydujemy się więc jechać na wybrzeże autostradą. Jest pusto. Droga mija nam błyskawicznie. Przy bramkach miny nam rzedną, bo podsumowali nas na 15 euro od motocykla … co robić. Sms od Ediego z pytaniem gdzie jesteśmy i prosimy, żeby chłodził już piwo. Ostatnie 40 km i podjeżdżamy do bramy. Jest po 2 w nocy, a ruch jak w dzień. Ciągle ktoś podjeżdża. Zaraz podbiega do nas Steven, woła Eddiego i Petera. Kupuję bilety, wypijamy po zimnym piwku i wjeżdżamy na zlotowisko. Rozbijamy namiot, trochę jeszcze rozmawiamy po czym padamy. Tego dnia przejechaliśmy 680 km, a od początku wyprawy 3700. Uff.

 

Piątek, 16.07.2004

 

Wstajemy i poznajemy resztę ekipy, tzn. Sally – dziewczynę Petera, Maggie i Dava oraz Helen i Doga. Piątek to czas na zwiedzanie terenu zlotu, zakupy w supermarkecie i łapanie słońca na plaży.

 

Motocykli i ludzi wszędzie mnóstwo. Odpoczywamy po podróży. Wieczorem koncert, piwo.

 

Sobota , 17.07.2004

Od rana Tomek pucuje motocykl, żeby wjechać na wystawę. Podjeżdżamy do miejsca, gdzie „selekcjonerzy” wybierają motocykle. Moje elfiki niestety nie kwalifikują się, ale Tomek wjeżdża. Do 14 dalej pucuje motocykl, a ja zbieram muszelki i pływam w oceanie.

O 14 publiczność wchodzi podziwiać motocykle. Zaczynają też podawać tradycyjnie sardynki z grila z winem. Mniam.

Tomka motocykl budzi zainteresowanie, ale nagrody otrzymują produkcje rodzime. Spróbujemy następnym razem.

Oglądamy sobie kramiki w „wiosce handlowej” gdy przy stoisku Hell’s Angels jeden z Hellsów pyta: „Where did you buy this cap?” Chodzi mu o moją czapkę z Warki. Odpowiadam, że w domu, w Polsce. Okazuje się, że to Polak, który od dawna mieszka w Lizbonie. Rozmawiamy z nim i jego dziewczyną. Jak miło usłyszeć polski tak daleko od domu.

Obiadek zlotowy, a wieczorem tradycyjnie koncerty, piwo, rozdanie nagród. Balujemy do późna.

 

Niedziela, 18.07.2004

Wstajemy wcześnie, czyli koło dziewiątej, jemy śniadanko, które dostajemy w ramach wejściówki i Tomek jedzie motocyklem na sesję zdjęciową do hiszpańskiego czasopisma. Potem lunch i plaża. Niestety Sally musi wracać do domu – leci samolotem, a po drodze wrzuca nam kartki na lotnisku.

A wieczorem najlepsza impreza dla wytrwałych, czyli jedzenie i picie do bólu za darmo. Muzyka, tańce, totalny luz.

 

Poniedziałek, 19.07.2004

Zbieramy się wcześniej i koło dziewiątej już spakowani wyruszamy ze wszystkimi w stronę Hiszpanii. Chcemy zatankować dopiero w Hiszpanii, gdzie paliwo jest dużo tańsze. Niestety w pewnym momencie mój motocykl robi buuu i się zatrzymuje. Okazuje się, że w zbiorniku sucho. Jechałam ostatnia, więc tylko Tomek się zatrzymał. Dolewa mi benzyny od siebie i się okazuje, że u Niego też resztki. Jakoś ruszamy, wjeżdżamy do Hiszpanii i Tomka motocykl robi buu. Stoimy. Eddie dzwoni i pyta, co się dzieje. Wyjaśniamy. Zatrzymuje się koło nas motocykl. Pokazują, że jak pojedziemy tym zjazdem, to zaraz będzie stacja w Ayamante. Niestety miasteczko jest pod górkę i motocykl się zatrzymuje. Podchodzę kawałek i widzę znak – stacja 500 m. Udaje mi się złapać okazję i podjechać w obie strony. Hurra! Mamy benzynę. Tankujemy oboje do pełna. W tym czasie dojeżdża też do nas Peter z baniaczkiem. W trójkę docieramy do pozostałych. Czekają na stacji benzynowej. Okazuje się, że Helen coś ugryzło i pojechali do szpitala, dotrą do nas później.  Jeszcze tylko problemy z alarmem w Harleyu Colina i już jedziemy do Sewilli.

W Sewilli przerwa na soczek i zwiedzanie katedry oraz zamku. Stoimy w kolejce po bilety, gdy Tomek się orientuje, że nie ma kluczyków z motocykla, i że chyba zostały w stacyjce. Bieganie w upale nie należy do przyjemności, ale na szczęście motocykl i kluczyki czekają tam, gdzie je zostawiliśmy.

Odechciewa nam się już zwiedzania wnętrza katedry. Rozdzielamy się – Maggi i David jadą w stronę Toledo a my do Granady. Upał dokucza. W pewnym momencie usypiam i automatycznie przyspieszam, doganiam Tomka, ale Jego głośny wydech budzi mnie. OK. Udajemy, że jest ok. Na jednym z zakrętów coś się dzieje z moim przednim kołem, ledwo udaje mi się utrzymać motocykl. Na najbliższej stacji sprawdzamy ciśnienie – jest 1,5 atmosfery, więc dopompowujemy do 2. Ale nadal na zakrętach przy prędkości ponad 130 km nie jest tak jak być powinno.

Docieramy koło 19 do Granady, znajdujemy kemping, rozbijamy namioty. Pyszne spagettii z torebki i dołączamy do Eddiego, Petera, Colina i Stevena. Sangria, piwo i gadanie do późna. Tomek ma non stop lekcje angielskiego, ale widać olbrzymią różnicę w porównaniu z rokiem ubiegłym. Tego dnia przejeżdżamy około 500 km.

 

Wtorek, 20.07.2004

 

Pobudka, śniadanie i jedziemy zwiedzać La Alhambre – największy zamek Maurów w Europie. Brak czasu zmusza nas jedynie do pobieżnej wizyty, a powinno się na to poświęcić co najmniej dwa dni. No i ruszamy w Sierra Nevada drogą, która jest najwyżej położoną drogą w Europie. Tomek z Eddiem i Peterem ruszają na swoich sprzętach do przodu, a ja i Colin dostosowujemy prędkość do naszych dostojnych motocykli. Na górze okazuje się, że zwykły turysta może wjechać tylko na wysokość 2600 m, dalej jest Park Narodowy. Jemy lunch z widokiem na śnieg w lipcu w Hiszpanii, robimy sesję zdjęciową i wracamy w dół. Widoki zapierają dech.

Kierujemy się autostradą w stronę Madrytu. Nocleg i spotkanie z pozostałymi planujemy w Toledo. Pogoda jest nie do wytrzymania. Upał działa na mnie usypiająco. W pewnym momencie oczy mi się same zamykają, a ręka dodaje gazu, doganiam Tomka, ale na szczęście Jego głośny tłumik budzi mnie. Jedziemy dalej. Nasi Walijczycy coraz bardziej się spieszą postanawiamy się rozdzielić i spotkać dopiero w Toledo. Przy pierwszej nadarzającej się okazji odbijamy z autostrady w stronę Ciudad Real i zwykłą drogą  (430/401)jedziemy dalej. Przejeżdżamy przez senne miasteczka i docieramy do Sonesca. Krajobraz jest inny niż widziany z autostrady, nie jest taki monotonny, w pewnym momencie widzimy z daleka zameczek. Jest super. Ruszamy dalej. Dojeżdżamy do Toledo, znajdujemy kamping, rozbijamy namiot koło wszystkich i ruszamy na zwiedzanie miasteczka, Jest prześliczne. Na wzgórzu, otoczone murami, z mnóstwem kościołów.

A wieczorem pożegnalna kolacyjka w knajpie i sesja fotograficzna. I znowu około 500 km za nami.

 

Środa, 21.07.2004

Czas się rozjechać. Oni na północ a my na wschód.

Omijamy Madryt i jedziemy w stronę Zaragozy. Czujemy się jak w Stanach. Kaniony, krajobrazy pustynne no i oczywiście upał.

W Faro dostaliśmy reklamówkę kampingu w Pirenejach „przyjaznego motocyklistom” i postanawiamy tam dotrzeć. Jedziemy drogą 330 w Huesce robimy zakupy – przede wszystkim kalmary, które nam smakują i chcemy je przywieść do domu. Pireneje zachwycają. Co trochę przystanek i podziwianie krajobrazu. Droga A132 prowadząca do ANZANIGO i kempingu nie jest w najlepszym stanie ale widoki całkowicie to rekompensują.

Nareszcie! Jest kemping. Za 13 euro od osoby (motocyklisty) można przenocować, zjeść obiad i śniadanie.

Jeszcze kąpiel w basenie i zwiedzanie kempingu. Jest pomnik zbudowany przez klub na cześć ich kolegi, który zginął w wypadku, jest też i ściana płaczu.

Do obiadu siadają wszyscy przybyli tego dnia motocykliści (5 Hiszpanów, 2 Portugalczyków, 3 Francuzów i my). Dostajemy pyszne „markowe” wino. Im mniej wina tym lepiej wychodzi nam konwersacja z Francuzami. Pod koniec wieczoru dochodzimy do perfekcji w rozmowie na migi i szczątkowej znajomości francuskiego.  Gwiazd jest mnóstwo a cisza oszałamia. Przed snem mamy jeszcze spotkanie w łazience z żabką i śpimy.

Przejechaliśmy 450 km.

 

Czwartek, 22.07.2004

Tomkowi śniło się, że jeździł bez oleju w silniku, więc na dzień dobry kontrola – no i faktycznie wypadałoby dolać do obu motocykli, kończy się nam też smar do łańcucha. Jedyny sklep motocyklowy w okolicy jest w miasteczku JACA ale to dla nas po drodze, więc nie ma problemu. Akurat pod sklep podjechała VFR-ka więc możemy sobie porównać motocykl przed i po przeróbce. No no….

Ruszamy drogą 330;260;136 w stronę granicy. Asfalt dobry, zakręty zmuszają do koncentracji. Docieramy do miasteczka Eauxbones i po krótkiej przerwie ruszamy przez góry do Lurdes. Droga jest dosyć wąska, ale dobra. Mnóstwo zakrętów. Pod szczytem robimy przerwę na lunch. Na tej wysokości ( 1794 m ) nie ma już takiego upału. No i jedziemy dalej. Za jednym z zakrętów wita nas stado owiec, które właśnie drogę wybrały sobie za miejsce postoju. Dobrze, że zakręty zmuszają nas do redukcji prędkości, bo niechybnie byłaby baranina na kolację.

Lourdes rozczarowuje nas. Tłumy ludzi, sklepikarze, kramiki. Jednym słowem centrum handlu nie religii. Uciekamy.  Pogoda jest okropna, gorąco i strasznie duszno. Nie jesteśmy w stanie jechać, a oczy same się zamykają. Znajdujemy więc przyjemną łączkę i robimy przerwę na drzemkę za Tarbes. Około 17 ruszamy dalej. Przez Auch, Larrazet, Montauban i Caussade.

Minęła już 22 zaczynamy więc szukać jakiegoś kempingu. Jest. W miejscowości Caylus. Ale oczywiście brama już zamknięta na głucho. Udaje się, bo właściciel jeszcze był i otworzył bramę. Ważna informacja – kempingi we Francji czynne są do 22.00, potem zostaje nocleg na dziko.

Prysznic, kolacja i spać. Tego dnia przejechaliśmy tylko 360 km, ale za to z super widokami.

 

Piątek, 23.07.2004

Wstaję wcześnie – tzn. tak koło ósmej i jadę do miasteczka po świeżutkie croissanty. Do tego kawa i mamy typowe francuskie śniadanie.

Ruszamy dalej – chcemy dzisiaj przejechać przez Francję. Nasza trasa to: Villefranch de Rouergue; Figeac; Avrillac i bezpłatna A 75 do Clermont Ferrand.

W Vichy robimy zakupy i przerwę obiadową. Udało nam się, bo tuż przed nami było tu urwanie chmury. No i wreszcie nie jest tak parno. Ponieważ jest już popołudnie decydujemy się na autostradę i od Chalon Sur Saone do samej granicy prujemy bez przeszkód. Nie jest też bardzo drogo – po 8 euro. Warto było, bo pewnie nie wyjechalibyśmy z Francji. W Niemczech przerwa na ciepłą kolację i dalej w drogę.  Na północy (czyli tam, gdzie jedziemy) widać kolorowe błyski na niebie. Niestety Tomek mówi mi na stacji, że to nie festyn tylko burza. Miał rację. Przed Baden Baden zaczyna mżyć.

Szukamy jakiegoś noclegu. jest już po 22 i na kemping nas wpuszczą, ale motocykle muszą zostać przed bramą. Nie jest to dobry pomysł więc jedziemy dalej. W pierwszym hotelu cena 96 euro jest dla nas nie do przełknięcia, ale w drugim, w samym Baden Baden jest już lepiej – z wstępnych 79 euro dochodzimy do 59 ( i to ze śniadaniem), a ponieważ deszczyk zamienia się w ulewę nie mamy wyjścia.

Okazuje się, że pokój za 59 euro jest na trzecim piętrze bez windy …. wnosimy wszystkie graty, motocykle parkujemy pod parasolami między stolikami i padnięci zasypiamy. A za nami 990 km.

 

Sobota, 24.07.2004

Pobudka, śniadanie (mniam mniam – dobre i dużo: pełen wybór ze szwedzkiego stołu), pakowanie i w drogę. Deszcz towarzyszy nam przez cały kraj. Jedziemy znaną już trasą, czyli autostrady A5 i A6. Za Norynbergą robimy przerwę na jedzenie.

Kawałek drogi między Norynbergą a granicą czeską jest jeszcze jednopasmowa z ograniczeniem prędkości do 60 km/h. Ale co to dla nas. Zbliżamy się do kolejnej grupki samochodów. Wyprzedzam ciężarowy, a przede mną osobówka jadąca za policją. Tomek robi to samo. Udajemy, że to nie my i grzecznie się wleczemy. W końcu policja skręca. No to my myk, wyprzedzamy osobówkę i samochód z dużą przyczepą. Ups… przyczepę ciągnie kolejna policja. Pozostaje nam dodać gazu i zniknąć. Na szczęście kończy się tylko na podwyższonym poziomie adrenaliny.

Na granicy mamy przygodę z celnikiem niemieckim. Ponieważ nie zna motocykli marki ICON, pyta się co to jest. Tomek pokazuje na silnik z napisem Honda. Na to celnik: „Papiren”. No i jak sprawdzał numery na ramie to dotkną chłodniczki, która wbrew nazwie była gorąca …. nauczy się, jak traktować motocyklistów.

Podróż przez Czechy mija bez przygód. Pod Pragą robimy zakupy w markecie – wódka brzoskwiniowa, Złoty Bażant no i oczywiście orzeszki pistacjowe. Pod Brnem przerwa na ciepłą kolację – wreszcie ceny są jakieś normalne. No i około 22 docieramy do Polski. Na granicy formalności trwają chwilę i już w kraju. Ostatnie 80 km i przed północą meldujemy się w domu po przejechaniu 1200 km.

 

11 dni jazdy, trzy dni zlotu i 7700 przejechanych km. Nieźle.

 

Najnowsze

A jednak Lewis Hamilton!

Aktualny Mistrz Świata po raz pierwszy w tym sezonie stanął dzisiaj na podium. Tak jak przewidywaliśmy, Lewis Hamilton zaatakował już na starcie. Miał także trochę szczęścia.

Fernando Alonso nie miał dzisiaj powodu do zadowolenia
fot. Renault

Niedziela na Hungaroring z pewnością zapisze się w pamięci Fernando Alonso jako jeden z nieprzyjemnych dni w jego karierze.
Na skutek niedokręcenia koła przy zmianie podczas pit stopu, Hiszpan stracił szansę na walkę o dobrą pozycję w wyścigu o GP Węgier. Oczywiście, można  zastanawiać się, czy startujący z pole position Alonso byłby w stanie wygrać wyścig, ale jak pokazują ostatnie zdarzenia, nie wiemy co może stać się w następnych sekundach naszego życia.

Niesamowita jest zbieżność przypadków jakie mają ostatnio miejsce
na torach. Tydzień temu zginął uderzony urwanym kołem Henry Surtees. W sobotę ważąca 800 g sprężyna, która „odpadła”
z samochodu Rubensa Barrichello uderzyła w głowę Felipe Massę. Dzisiaj, prawdopodobnie po błędzie mechaników Renault, mogliśmy obserwować jak w poprzek toru Formuły 1 odbija się koło bolidu Fernando Alonso. Na szczęście, Hiszpan znajdował
się w miejscu, gdzie nie przejeżdżał żaden inny kierowca. Ludzki błąd zniweczył jednak szansę na zdobycie dobrej pozycji i kilku punktów przez byłego Mistrza Świata.

Na najwyższym stopniu podium stanął dzisiaj Lewis Hamilton.
Już start w wykonaniu młodego Brytyjczyka wskazywał na to,
że ma on duże szanse na świetny wynik. Startujący z 4.

Lewis Hamilton
fot. Daimler

miejsca kierowca McLarena używając KERS zyskał jedną pozycję. Szczęśliwie dla niego z wyścigu wycofali się zarówno Fernando Alonso jak i Sebastian Vettel zajmujący wyższe pozycje po kwalifikacjach.

Już po pierwszym zakręcie w trakcie walki o pozycje na skutek kontaktu z bolidem Kimiego Raikkonena Sebastian Vettel stracił pięć miejsc. Uszkodzone przednie skrzydło musiało zostać wymienione. Niespodziewana potrzeba zjazdu do mechaników spowodował wyjazd na jeszcze dalszej pozycji. Na 30. okrążeniu przwdopodobnie na skutek awarii silnika Sebastian Vettel zakończył swój udział w GP Węgier. Wyprzedzony na starcie przez Lewisa Hamiltona Mark Webber utrzymał trzecią pozycję do końca wyścigu. 

Bardzo dobry występ zaliczył dzisiaj Kimi Raikkonen. Kierowca Ferrari startował z 7. pola i tak jak Lewis Hamilton wykorzystał dodatkową moc pochodzącą z KERS. Już na pierwszym okrążeniu zajmował 4. pozycję. Po wycofaniu się z wyścigu Fernando Alonso i po wyprzedzeniu Webbera w trakcie pit stop na 19. okrążeniu nie oddał już 2 miejsca.

Mimo nie najlepszych rokowań po kwalifikacjach, bardzo równą jazdę pokazali kierowcy Toyoty. Zarówno Timo Glock jak i Jarno Trulli  startowali z pozycji poza pierwszą dziesiątką a zakończyli wyśćig odpowiednio na 6. i 8. miejscu.

Nie miał szczęscia ponownie Adrian Sutil z zespołu Force India, który prawdopodobnie na skutek awarii samochodu już na pierwszym okrążeniu wrócił do swojego garażu.

GP Węgier nie przyniosło także niespodzianki co do możliwości BMW Sauber. Nick Heidfeld i Robert Kubica zyskali kilka pozycji ,ale nie udało im się zdobyć punktów i zakończyli wyścig odpowiednio na 11.
i 12. miejscu.

Z ogromnym zainteresowaniem wszyscy obserwowali poczynania najmłodszego zawodnika na torze  Jaime Alguersari, który zastąpił w zespole Toro Rosso Sebastiena Bourdais. Hiszpan bez większego problemu poradził sobie w swoim pierwszym wyścigu F1, kończąc go na 15. pozycji przed swoim kolegą z zespołu Sebastienem Buemi.

W 10. Grand Prix 2009 znów na czele stawki pojawiły się zespoły McLaren i Ferrari, tak jak to bywało w zeszłym sezonie. Nie odegrali dzisiaj żadnej istotnej roli kierowcy Brawn GP. Jensonowi Buttonowi udało się zdobyć 2 punkty, a Rubens Barrichello musiał zadowolić się 10. pozycją.

Poz.

Nr

Driver

Team

Liczba
okrążeń

Czas

Poz.
startowa

Punkty

1

1

 Lewis Hamilton

McLaren-Mercedes

70

1:38:23.876

4

10

2

4

 Kimi Räikkönen

Ferrari

70

+11.5 sek

7

8

3

14

 Mark Webber

Red Bull

70

+16.8 sek

3

6

4

16

 Nico Rosberg

Williams

70

+26.9 sek

5

5

5

2

 Heikki Kovalainen

McLaren-Mercedes

70

+34.3 sek

6

4

6

10

 Timo Glock

Toyota

70

+35.2 sek

13

3

7

22

 Jenson Button

Brawn-Mercedes

70

+55.0 sek

8

2

8

9

 Jarno Trulli

Toyota

70

+68.1 sek

11

1

9

17

 Kazuki Nakajima

Williams

70

+68.7 sek

9

10

23

 Rubens Barrichello

Brawn GP

70

+69.2 sek

12

11

6

 Nick Heidfeld

BMW Sauber

70

+70.6 sek

15

12

8

 Nelsinho Piquet

Renault

70

+71.5 sek

14

13

5

 Robert Kubica

BMW Sauber

70

+74.0 sek

18

14

21

 Giancarlo Fisichella

Force India

69

+1 okr.

16

15

11

 Jaime Alguersuari

Toro Rosso

69

+1 okr.

19

16

12

 Sebastien Buemi

Toro Rosso

69

+1 okr.

10

Wyc.

15

 Sebastian Vettel

Red Bull

29

+41 okr.

2

Wyc.

7

 Fernando Alonso

Renault

15

+55 okr.

1

Wyc.

20

 Adrian Sutil

Force India

1

+69 okr.

17

Najnowsze

Motocykle dedykowane kobietom

Coraz więcej kobiet dosiada jednośladów. Można to zjawisko określać normą, ciekawostką czy trendem. Dostrzegli to już jakiś czas temu producenci motocykli, którzy zaczynają dedykować określone modele specjalnie paniom. Prezentujemy pięć takich „kobiecych" maszyn.

Czego szukają dziewczyny myśląc o kupnie własnej maszyny? Przede wszystkim motocykla, który byłby przyjazny użytkowniczce tj. poręczny w prowadzeniu z nisko umieszczonym siedzeniem. Nie każda dziewczyna ma wzrost modelki i siłę fizyczną kick-bokserki.

fot. Suzuki

Suzuki Gladius (od 2009)
Gladius w prostej linii wywodzi się od Suzuki SV. Jego konstruktorzy w wielu elemnetach po prostu skopiowali poprzednika, stosując przy tym najnowsze technologie i rozwiązania. Linia motocykla wyraźnie nie jest ani drapieżna, ani agresywna. Gladiusowa rama w stosunku do tej z SV robi wrażenie lekkiej, wręcz ażurowej. Chociaż SV waży – 187 kg, to SFV zwany Gladiusiem – 202 kg. Jednostka napędowa również wywodzi się w prostej linii z SV650. To czterosuwowy, dwucylindrowy silnik w układzie V o mocy 72 KM z elektronicznie sterowanym wtryskiem paliwa. Plusy Gladiusa, które doceni nasza płeć to: niskie siedzenie, regulacja przedniego zawieszenia i klamek, oraz mały luksus: wyświetlacz biegów.

 

fot. Ducati

Ducati Monster 695 (2006-2008)
Lekki (168 kg na sucho), wąski i zwinny. Klasyczna sylwetka nieustająco zachwyca: okrągła lampa, dwa analogowe zegary, widelec upside-down, kratownicowa rama, długi, smukły zbiornik paliwa. Drapieżności dodają dwie puszki wydechów i dźwięk chłodzonego powietrzem silnika z rozrządem desmodromicznym. Moc 73 KM osiągana przy 8500 obr/min, w zupełności wystarcza, by cieszyć się z każdego kilometra. Amatorki umiarkowanie sportowej jazdy będą w zupełności usatysfakcjonowane. W mieście dokuczać może zbyt mały promień skrętu,

Monster potrafi też kaprysić przy ruszaniu, niemile szarpiąc. Jednak to bez wątpienia rasowy Włoch.

 

fot. KawasakiNinja250r.net

Kawasaki Ninja 250R (od 2008)
Motocykl modny jak kopertówka. Z daleka sprawia wrażenie rasowej wyścigówki, z bliska okazuje się, że jest to właściwie niewielki motocykl. Podczas jazdy jednak okazuje się jednośladem z charakterkiem. Ninja 250R to smukła i zwinna maszyna. Waży tylko 154 kg. Czterosuwowy, chłodzony cieczą silnik z ośmiozaworową głowicą ma zużycie paliwa, jakiego pozazdrościłby niejeden czterosuwowy skuter klasy 50 ccm. A Ninja to przecież dwieściepięćdziesiątka, która kręci się do 14 000 obr/min! Nie jest wariacją na temat poprzedniej 250 o tej samej nazwie, czyli GPZ 250, która z europejskiego rynku zniknęła w 2004 roku. To całkowicie nowa konstrukcja o małym, lecz sportowym sercu. 

fot. Suzuki

Suzuki SV650 (od 1999)
Motocykl został po raz pierwszy zaprezentowany na monachijskich targach Intermot w 1998. Do sprzedaży wprowadzono go w roku 1999 i od początku sprzedawany był w dwóch wersjach: N (naked) i S (z półowiewką). SV650 posiadał wiele rozwiązań zastosowanych wcześniej w modelu TL1000. Najbardziej rzucającym się w oczy podobieństwem między modelami była aluminiowa rama spawana z rur o owalnym przekroju oraz dwucylindrowy silnik w układzie V. W odróżnieniu od TL1000, SV650 okazał się być motocyklem niezawodnym i trwałym. Jego zwarta i lekka konstrukcja oraz to, że praktycznie nie miał odpowiednika wśród japońskiej konkurencji sprawiło, że mimo kilku wad (np. zbyt miękkie przednie zawieszenie) model ten okazał się rynkowym sukcesem w wielu krajach.

fot. HD

Harley-Davidson Sportster 883 (od 1993)Najtańszy sposób na posiadanie Harleya. Silnik Evolution o pojemności 883 cm3 ma doskonale rozpoznawalny gang. Kobieta wygląda na nim świetnie. Sportster 883R to idealne rozwiązanie dla kogoś, kto chce, żeby jego pierwszy motocykl miał charakter. Specyficzny, retro-charakter.

 

 

Źródło: Motorcycle News

Najnowsze