O tym jak żyć w podróży i z podróży motocyklowych opowiada Barbara Grad

Basię zawsze ciągnęło do motocykli i podróżowania. A odkąd poznała Piotra Kowalczyka - jej życie toczy się przede wszystkim na motocyklu i w odległych, egzotycznych krajach.

Co było pierwsze – miłość do motocykli czy do Piotra?
Pierwsza na pewno była miłość do motocykli. Początkowo wiele kilometrów pokonałam jako pasażer, czasami jeżdżąc z zupełnie przypadkowymi osobami. Nadszedł jednak taki moment, że funkcja „plecaczka” przestała mi wystarczać. To była chwila, impuls. Tego samego dnia zapisałam się na kurs prawa jazdy kategorii A, a dwa tygodnie później, będąc jedynie po części teoretycznej kursu, kupiłam swój pierwszy motocykl – Hondę NX250, którą przywiozłam w bagażniku Lanosa z Gdyni do Rzeszowa. Ów motocykl do dziś przynosi wszystkim swoim właścicielkom szczęście, ze mną zresztą było podobnie. Był moim towarzyszem przygód przez pierwszy rok.

Galerię zdjęć z podróży motocyklowych Basi i Piotra obejrzysz tu.

Dwa dni po odebraniu prawa jazdy, wyruszyłam samotnie w dwutygodniową podróż dookoła naszej, pięknej Polski. Cała trasa liczyła 4500km i było to coś niesamowitego! Tylko ja, motocykl i moje zerowe motocyklowe doświadczenie (śmiech). Po powrocie poproszono mnie, abym o podróży opowiedziała szerszej publiczności i wtedy właśnie poznałam Piotrka…

Barbara Grad i Piotr Kowalczyk – Sahara Zachodnia
fot. www.podrozemotocyklowe.com

Jak Ci szła nauka jazdy i kiedy na motocyklu poczułaś się pewnie?
Kurs przeszedł bezboleśnie, jednak do dziś wspominam mojego instruktora jazdy, który jak mantrę powtarzał, że hamulca przedniego się nie używa (śmiech). Egzamin na szczęście zdałam za pierwszym razem, ale tak naprawdę, dopiero po egzaminie zaczęła się prawdziwa szkoła. Od początku ciągnęło mnie w las… Choć każda kałuża wydawała się wielka jak jezioro – to musiałam w nią wjechać, w piach również i w błoto też. Na samym początku zaliczyłam mnóstwo gleb, na szczęście nieszkodliwych i dla mnie, i dla motocykla. Bałam się ostrych zakrętów, kamienistych i szutrowych serpentyn, a na widok piachu wpadałam w histerię! Ale to było kiedyś… Dziś pozbyłam się fobii i lęków – choć jeżdżę krótko, bo dopiero 2,5 roku, to nawinęłam sporo kilometrów. Każdy z nich był kolejnym, jednym z wielu – krótkim kursem nauki jazdy. Teraz czuję się na motocyklu pewnie, choć wiem, że nie ma motocyklisty doskonałego i każda trasa to nowe doświadczenia, kolejna nauka i większe umiejętności. Jazda, zwłaszcza w terenie bawi mnie i cieszy, jednak cały czas z tyłu głowy czuję respekt, zarówno przed motocyklem jak i tym, co może spotkać mnie na drodze.

Czy ucząc się jeździć motocyklem, wiedziałaś już, że będziesz nim długodystansowo podróżować? Kiedy powstał pomysł wspólnego podróżowania?
Tak, ale nie wiedziałam, że aż tak daleko. Jako pasażer odwiedziłam Rumunię, Czarnogórę, Słowację i wiedziałam, że chcę to kontynuować. Trzy miesiące po odebraniu prawa jazdy kat. A zdecydowałam się na podróż do Maroka, już z Piotrkiem. Wszystkie moje decyzje są podejmowane spontanicznie, tak samo było i w tym przypadku. Po prostu spakowałam manatki i pojechałam do Maroka. Łatwo nie było – wróciłam poobijana, zmęczona, ale szczęśliwa, bogatsza o nowe doświadczenia i przekonana, że chcę więcej! Wtedy, tuż po naszym pierwszym wspólnym Maroku, podjęliśmy decyzję, że od teraz podróżować będziemy razem. Wtedy też, na stałe zamieniłam wyprasowaną, korporacyjną garsonkę na wiecznie zakurzone motocyklowe wdzianko…

Wyprawa motocyklowa – poradnik. Kliknij tu.

Czy Piotr przed poznaniem Ciebie też podróżował?
Oboje wcześniej podróżowaliśmy. Piotr zwiedził kawał świata jako fotoreporter, a następnie motocyklista. Ja podróżowałam na wiele sposobów: samolotem, lokalnymi środkami transportu, stopem. Zawsze ciągnęło nas w świat i bez znaczenia było, czy są to Góry Świętokrzyskie czy drugi koniec globu. Motocykle w moi życiu pojawiły się dość późno, ale zawładnęły mną całkowicie! Jasne było dla mnie, że to właśnie na motocyklu poznam cały świat. Piotr miał podobne zdanie i to nas właśnie połączyło…

Czy w Waszym związku panuje równouprawnienie? Jak dzielicie się obowiązkami i jak podejmujecie decyzje?
Podział około-podróżniczych obowiązków mamy dość jasny, choć nigdy nie rozdzielaliśmy ich wobec siebie specjalnie – wszystko wyszło spontanicznie i w praktyce. Ja jestem odpowiedzialna za wszelkiego rodzaju maile, papierologię, kontakty z ludźmi i ewentualnymi mediami. Pamiętam o koniecznych zakupach, dokumentach, tłumaczeniach i ubezpieczeniach – 10 lat spędzonych w korporacji nie poszło na marne (śmiech). Piotrek jest tym technicznym, bo dba o nasze motocykle, samochód, lawetę. Wie, które części trzeba dokupić i co, na dany wyjazd należy zabrać. No i robi fantastyczne zdjęcia. Nie kłócimy się, a raczej sprzeczamy, zawsze jednak dochodząc do porozumienia. W praktyce jednak, wygląda to tak – że ja towarzyszę Piotrkowi w warsztacie, pomagam mu, a on czyta moje wypociny i sugeruje ewentualne zmiany. Uzupełniamy się, decyzje podejmujemy wspólnie i ufamy sobie. Te kilkanaście podróży pokazało, że możemy na sobie polegać, a decyzje podjęte samodzielnie, będą tymi decyzjami, które podjęłaby też druga strona. W domu za to jest jasny podział – ja gotuję, Piotrek zmywa (śmiech).

Barbara Grad i Piotr Kowalczyk – Nenufary w Gambii
fot. www.podrozemotocyklowe.com

Jakimi motocyklami podróżujecie i na ile spełniają Wasze oczekiwania?
Oboje podróżujemy dwudziestoletnimi Yamahami XT600, ja wersją zwykłą a Piotrek Tenere. To stare, jednocylindrowe, wytrzymałe i przemyślane konstrukcje. Śmiejemy się, że zestaw naprawczy do naszych motocykli to trytytki i power tape, i rzeczywiście w większości przypadków ten zestaw się sprawdza. Jednak nawet w przypadku poważniejszej usterki, jesteśmy w stanie poradzić sobie z nią przy pomocy lokalnych mechaników, także w Afryce. Kochamy nasze motocykle, ale traktujemy je jako sprzęty użytkowe, kolejna rysa, pęknięcie czy zadrapanie, tylko dodają im charakteru i nie spędzają nam snu z powiek. Nasze motocykle nie są może demonami prędkości, nam to jednak zupełnie nie przeszkadza – bo niespieszna prędkość pozwala cieszyć się podróżowaniem, a sprzęty pokazują pazur dopiero w momencie, kiedy zjeżdżamy z asfaltu. Staramy się omijać główne szlaki turystyczne, a odwiedzany kraj poznawać właśnie „od zaplecza”. Nasze motocykle nadają się do tego doskonale i mimo, że do najlżejszych nie należą – radzą sobie dobrze, prawie w każdym terenie. Dostosowanie ich do naszych potrzeb zajęło nam trochę czasu i energii, stopniowo przerabialiśmy je na bardziej komfortowe, wygodniejsze i sprawdzające się nawet na długich dystansach. Choć właściciele nowych motocykli nieraz śmieją się z nas, to my jesteśmy wierni naszym maszynom… Bo tak naprawdę – nie ważne czym, ważne żeby wyjść z domu i ruszyć w świat!

Gdzie do tej pory byliście? Jak wybieracie cele swoich podróży?
Jest taki kraj, który uzależnił nas od siebie całkowicie – Maroko. Wracamy tam kilka razy w ciągu roku i choć często podróżujemy tymi samymi trasami, to wszystko zachwyca nas niezmiennie. To kraj kontrastów, zielonych gór Rif, ośnieżonych szczytów Atlasu, czarnej, kamienistej hamady i złotych piasków Erg Chebbi. Fascynująca, zapierająca dech kraina. Niespiesznie w ciągu dwóch tygodni przemierzamy Maroko i zwykle kończy się – na około 3500-4000 tysiącach kilometrów. Wystarczająco, by poznać ten kraj i cieszyć się jazdą.

Barbara Grad w Mauretanii
fot. www.podrozemotocyklowe.com

W Afryce udało nam się odwiedzić również Mauretanię, Senegal i Gambię, więc można powiedzieć, że przez te 7000 km, które wtedy zrobiliśmy – liznęliśmy skrawek prawdziwego, czarnego kontynentu. Kolejny cel naszych podróży to Azja Centralna, odwiedziliśmy już Kirgistan, docierając tam przez Rosję i Kazachstan. W tym roku wybieramy się również do Tadżykistanu i Mongolii, do której dojechać chcemy przez piękne góry Ałtaju Rosyjskiego.

Nie ma konkretnego powodu, dla którego jeździmy właśnie tam. Często spełniamy swoje marzenia z młodości lub błądzimy palcem po mapie, wybierając miejsca, które najbardziej nas interesują. A takich jest wiele: Islandia, Ameryka Południowa, Syberia, aż do Władywostoku – na to również przyjdzie czas… niebawem (śmiech).

Jakie trasy i gdzie były dla Ciebie najtrudniejsze pod kątem techniki jazdy motocyklem?
Nie będę obiektywna, bo na pierwszy wyjazd do Maroka pojechałam, mając prawo jazdy na motocykl dopiero od trzech miesięcy. Później było już tylko lepiej. Maroko to górskie, kamieniste trasy z milionami zakrętów, to piasek głęboki do kolan, strome szutrowe podjazdy i zjazdy, strumyki, suche rzeki, i jeszcze wiele atrakcji. Wracając myślami do wszystkich naszych wyjazdów – to jednak Maroko uznałabym za najtrudniejsze. Wiadomo, każdy off da się objechać pięknym asfaltem, ale jechaliśmy właśnie w takie przeprawy, na własne życzenie. Nieraz się bałam albo lekko panikowałam – ale takiej szkoły i tych doświadczeń nie zdobyłabym nigdzie indziej, każda gleba była tego warta… (śmiech).

Gdzie i jakie warunki klimatyczne dały Wam najbardziej w kość?
Ja ogólnie źle znoszę upały. Jeżdżę wtedy w minimalnej ilości ubrań, zakładając wszystkie ochraniacze, prawie na gołe ciało. Najnowocześniejsze kurtki z milionem wywietrzników odkładam na bok, gdy temperatura przekracza 30 stopni. Najgoręcej bywa w Maroku. Kiedyś pojechaliśmy tam we wrześniu i zdarzały momenty, że silnik parzył przez motocyklowe spodnie. Stanowczo wolę chłodniejsze klimaty, ale jestem w stanie znieść i upał, by zobaczyć coś, czego jeszcze nie widziałam. W Azji za to lubi padać, a wysoko w górach nieraz budził nas przymrozek – jednak zimno i deszcz znoszę dzielnie, wtedy pogoda drażni za to Piotrka.

Na ile Wasze podróże są spontaniczne? Jak wybieracie miejsca na nocleg?
Na wyjazdach preferujemy hotele tysiącgwiazdkowe (śmiech) – spanie pod gołym niebem każdy, kto z nami jedzie ma zagwarantowane! Namiot i śpiwór to podstawa. Często jedziemy przed siebie, a na nocleg wjeżdżamy w pierwsze krzaki kilometr od drogi. Modyfikujemy trasy, zmieniamy plany, więc nie do końca wiemy – gdzie będziemy jedli i gdzie będziemy spali. Owszem, mamy swoje ulubione miejsca – do których zawsze, gdy jesteśmy w okolicy lubimy wrócić, ale nie mamy grafiku, marszruty i rozpisek na każdy dzień. Decydujemy o przebiegu trasy wspólnie, na bieżąco i to się sprawdza.

Kobiety w podróżach motocyklowychprzeczytasz o nich tu.

Co w Waszych podróżach wymaga wcześniejszego przygotowania?
Są wyjazdy wymagające większego zaangażowania, jak choćby nasza podróż do Gambii i Senegalu. Potrzebowaliśmy wiz, szczepień i jako takiego rozeznania w temacie. Wystarczył nam na to miesiąc – bo tyle czasu minęło od podjęcia decyzji do startu. Nie planujemy niczego z wielkim wyprzedzeniem, nasze przygotowania trwają krótko, a pakujemy się na wyjazd w dwie godziny przed ruszeniem w drogę. Jedyna formalność, która zabiera trochę więcej czasu to wizy, staramy się więc (o ile to możliwe), robić długoterminowe i wielokrotne które służą nam przez dłuższy czas.

Nocleg w takich okolicznościach nad oceanem w Maroko to musi być coś!
fot. www.podrozemotocyklowe.com

W jakim kraju biurokracja kosztowała Was najwięcej nerwów?
Mauretania i Senegal! Kiedy przygotowywaliśmy się do wyjazdu do Gambii wszyscy ostrzegali nas przed mauretańsko-senegalską granicą w Rosso. Kilka razy usłyszeliśmy, że to jedna z najgorszych granic na świecie! Śmiałam się z tego odpowiadając, że jeśli poradziliśmy sobie z granicami: rosyjską, kazachską i kirgiską – to poradzimy sobie i z tą. Jak się później okazało, bardzo się myliłam. Granica okazała się poligonem doświadczalnym na turystach i ich wytrzymałości: tłumy funkcjonariuszy, przebierańców, majfrendów, policji i celników, a w dodatku – każdy coś od nas chce! Zabuliliśmy wtedy kupę kasy, odwiedziliśmy kilkanaście okienek, wypełniliśmy stos formularzy a formalności i tak nie miały końca. Do dziś nie wiemy, które opłaty były konieczne, a które po prostu od nas wyłudzono. Granicę w końcu przekroczyliśmy, ale zmęczyła nas okropnie. Staraliśmy się zachowywać spokój w imię zasady „This is Africa”! Im się przecież nigdzie nie spieszy, na wszystko mają czas i tą taktykę zastosowaliśmy w drodze powrotnej, kiedy powtarzaliśmy procedurę po raz drugi… Siedzieliśmy na tej granicy kolejną godzinę, powoli robiło się ciemno, więc spokojnie, całkowicie poważnie zaczęliśmy rozbijać namioty tuż przy posterunku (śmiech). Zadziałało i w kilka minut zostaliśmy przepuszczeni na drugą stronę.

Mówisz, że porzuciłaś pracę w korporacji, jednak do podróżowania konieczne jest zaplecze finansowe – jak sobie radzicie, nie pracując?
Kiedy rzucałam pracę w korporacji postanowiliśmy jedno – żyć z pasją! A później dodaliśmy jeszcze – żyć z pasji. Podróżować pragnie wiele osób, ale czas, obowiązki rodzinne i służbowe nie pozwalają na wielotygodniowe bycie w drodze. Wielu znajomych zazdrościło nam naszych wyjazdów, więc postanowiliśmy zrobić coś, by następnym razem mogli z nami pojechać. Zapakowaliśmy motocykle na lawetę i przeciągnęliśmy przez zaśnieżoną, szarą Europę do Hiszpanii, a stamtąd już tylko rzut beretem do Afryki. Podzieliliśmy się kosztami transportu, a to, co zostało – wystarczyło nam na podróż. I tak już zostało… Teraz ciągniemy motocykle regularnie do Hiszpanii, Kirgistanu czy Nowosybirska w Rosji. Dla nas to część podróży tej, tylko we dwoje. Nie mamy dużych potrzeb, nie bawią nas najnowsze gadżety, nowoczesne samochody, większość roku i tak spędzamy w ubraniach motocyklowych, więc taki minimalistyczny sposób na życie w naszym przypadku, sprawdza się jak najbardziej. A dzięki temu podróżujemy, poznajemy nowych ludzi i cały czas coś się dzieje…

Czyli motocyklami nie podróżujecie sami?
We dwójkę jeździmy praktycznie tylko po Polsce, a w pozostałych wyprawach towarzyszą nam ludzie i są to przeważnie znajomi lub znajomi znajomych. Oboje lubimy towarzystwo, nowych ludzi, wieczorne rozmowy i poznawanie świata oczami innych. Poza tym w grupie jest raźniej, weselej i bezpieczniej. Zasada jest jedna – rozdzielamy się, jeśli nasz biwakowo-spontaniczny sposób podróżowania komuś nie odpowiada. Zawsze staramy się uprzedzać o trudach i niewygodach podróży, spaniu pod namiotem, myciu się w rzece i wcinaniu lokalnych smakołyków. Na szczęście trafiamy na fantastycznych ludzi z którymi planujemy kolejne, wspólne podróże.

Barbara Grad z „modelami” w Senegalu.
fot. www.podrozemotocyklowe.com

Jak się czujesz wracając z podróży do domu? Czy czujesz, że dom jest twoim miejscem na ziemi czy wprost przeciwnie – poczekalnią do dalszych podróży?
Kiedy jestem w podróży nie tęsknię za domem, czekam raczej na to, co przyniesie kolejny dzień – co mnie spotka za następnym zakrętem i jakich ludzi przyjdzie mi poznać. Myślę, że jeżeli miałabym podróżować przez kilka lat i przez ten czas nie miałabym perspektywy powrotu do domu, to nie tęskniłabym za nim. Zaczynam tęsknić dopiero dwa-trzy dni przed powrotem, im jestem bliżej kraju i własnych czterech kątów – to coraz częściej myślę o własnym łóżku, wannie i przyjaciołach, którzy tutaj są. Nie traktuję domu, jak poczekalni, choć tak czasami nasz dom wygląda, szczególnie kilka dni przed i po wyjeździe. Przez te kilka dni czy tygodni, kiedy w nim jestem, staję się prawdziwą kurą domową (śmiech). Kuchnia to moje królestwo, wspólne śniadania, domowe obiady, leniuchowanie przed telewizorem – to już prawie rytuały. Staramy się cieszyć tymi chwilami domowego życia i z każdego czerpać jak najwięcej, ale nawet wtedy długo nie usiedzimy na miejscu – są przecież Bieszczady, Mazury czy choćby okoliczne ścieżki rowerowe.

Jakie macie plany na dalszą przyszłość? Będziecie podróżować, mieszkać w Polsce czy w innym państwie?
Wszystkiego po trochu. Zawsze z wielką przyjemnością wracamy do kraju, tu są nasze rodziny, przyjaciele, ukochane góry i Mazury, gdzie na łódce spędzamy wolny czas. To jest takie nasze miejsce na ziemi. Ale nie możemy się powstrzymać od sprawdzania cen nieruchomości w miejscach, które nas zachwycają. Traktujemy to jednak, jak dobrą zabawę i zawsze stwierdzamy, że nas nie stać (śmiech). Nie planujemy zaprzestać podróżowania, bo jest jeszcze tyle miejsc, które chcielibyśmy odwiedzić. Nasze plany opiewają kilka najbliższych lat, w 2016 roku chcielibyśmy wyjechać na motocyklach spod domu i dojechać, aż do Władywostoku, by tam przebić się promem do Japonii. Takie jedno z wielu marzeń… Za kilkanaście lat przesiądziemy się pewnie na wygodniejsze motocykle i spakujemy więcej leków do apteczki, ale życia bez podróży na chwilę obecną sobie nie wyobrażamy (śmiech).

Zdrowie w podróży motocyklowej – nasz cykl artykułów przeczytasz tu.

Zwiedzacie kraje, odmienne od naszego kulturowo – czy ludzie są wobec Was przychylni? Ufacie nieznajomym, czy macie kłopoty z komunikacją z nimi?
Będąc w drodze, w obcym kraju musimy ufać nieznajomym, ale zachowując przy tym zdrowy rozsądek. Częścią podróży są spotkania z mieszkańcami i bardzo je sobie cenimy. Nie ma czegoś takiego jak bariera językowa, bo ja mówię po angielsku, Piotrek mówi rosyjsku i to wystarcza, by dogadać się w większości krajów. Jeśli jednak te dwa języki się nie sprawdzają – zostaje język migowy, a bardzo łatwo pokazać gestem, że chce się spać, jeść, pić czy zachwycić się odwiedzanym właśnie miejscem i poinformować o tym przypadkiem spotkanych tam ludzi. Nie ma wyjazdu bez teatrzyku, czyli biegających po restauracji motocyklistów krzyczących „ko ko ko” i wymachujących umownymi skrzydełkami (śmiech). Wieprzowinę i wołowinę też da się pokazać, a nawet jajko nie przysparza kłopotów – tylko jest po prostu śmieszniej. Wychodzimy z założenia, że jeśli dwie osoby niemówiące w tym samym języku chcą się dogadać – to im się to uda! Ostatnio z wylądowaliśmy z awarią motocykla w Casablance i pod swoje skrzydła przygarnął nas lokalny motocyklista, niestety nie mieliśmy wspólnego języka. Z pomocą przyszedł translator Google, siedzieliśmy przy jednym komputerze i pisaliśmy do siebie (śmiech). Udało się nam bardzo przyjemnie spędzić noc, jak i naprawić motocykl!

Barbara Grad i jej motocykl.
fot. www.podrozemotocyklowe.com

Czy zdarzyła się jakaś sytuacja zagrażająca zdrowiu, życiu podczas tych podróży? Gdzie czuliście się najmniej bezpiecznie?
Nie potrafię wymienić miejsca, gdzie czuliśmy się niebezpiecznie, no może Mauretania była krajem, przez który chcieliśmy jak najszybciej przejechać, by dotrzeć do Gambii. Ale nawet tam nie czuliśmy zagrożenia, raczej obojętność mieszkających tam ludzi. Nie byliśmy do tej pory w krajach, gdzie trwają konflikty czy występuje bardzo wysokie zagrożenie chorobami. Tam gdzie jeździmy, niebezpieczeństwo mogą stwarzać tylko ludzie, drobni złodzieje czy kierowcy na drogach. Podobnie jest w naszym kraju, więc staramy się wspólnie nie nakręcać i przy zachowaniu podstawowych zasad bezpieczeństwa – nie myśleć, co by się stało gdyby… Bo w ten sposób można stracić całą przyjemność z podróżowania.

Wbrew pozorom, najwięcej krzywdy potrafimy zrobić sobie sami – brawura, zbieg okoliczności, zagapienie i wypadek gotowy! Dobrze, jeśli kończy się to tylko nieszkodliwą wywrotką, gorzej, jeśli złamaniami i ranami. Zawsze, bez wyjątku wykupujemy przed podróżą ubezpieczenie zdrowotne w najszerszym z możliwych zakresie, prosimy również o to ludzi, którzy z nami podróżują. Takie ubezpieczenie wiele razy pomogło nam w trudnych sytuacjach.

Zdarzyły się Wam bądź współtowarzyszom podróży, takie konkretne kłopoty zdrowotne, wypadki?
Tak, na przestrzeni wszystkich wyjazdów mieliśmy trzy groźniejsze wypadki i jeden poważniejszy problem żołądkowy. Nie dotyczyło to jednak nas, a naszych towarzyszy podróży. Dwie złamane nogi i jeden obojczyk. Zaskakujące było to, że najpierw obojczyk złamał jeden z naszych kolegów w Maroku, a następnie rok później, ten sam kolega złamał nogę w Kirgistanie. Pies wybiegł mu na drogę – wywrotka nie wyglądała na groźną, jednak motocykl niefortunnie go przygniótł. Skończyło się odwiezieniem do szpitala (bo w Kirgistanie nawet do tragicznych wypadków pogotowie nie jeździ) i monitorowaniem sprawy telefonicznie. Na szczęście zadziałało ubezpieczenie i znajomy w ciągu kilku dni z całkiem poprawnie złożoną nogą, dotarł do Polski. Zabawniejsza sytuacja była z zatruciem żołądkowym w Maroku, bo kolega nie był w stanie oddalić się od toalety na metr! Przyjechał lekarz, zrobił zastrzyk, poinformował, że to było opium i odjechał. Problem nie minął, ale koledze już to zupełnie nie przeszkadzało, bo jechał dalej, biegał w krzaki, ale był szczęśliwy i głupkowato się uśmiechał (śmiech).

To teraz spytam odwrotnie – czy zdarzały się sytuacje, które podbudowują wiarę w bezinteresowność ludzi, ich otwartość, życzliwość? W jakim kraju jest pod tym kątem najlepiej?
Takie sytuacje zdarzają się, co chwilę. Mówiłam już o marokańskim motocykliście, który zgarnął nas z autostrady i kiedy przez 200km ciągnęłam na sznurku drugi motocykl. Simon nas przygarnął, nakarmił, napoił i zorganizował mechaników, którzy poradzili sobie z problemem w godzinę. Często ludzie zapraszają nas pod swój dach, choćby tylko po to, by pokazać nam jak mieszkają i poczęstować nas kawą. Nieraz na środku pustyni, pojawia się człowiek z dzbankiem herbaty i uśmiechem politowania – widząc jak się męczymy w piachu. Na gesty bezinteresownej pomocy i życzliwości, można liczyć w każdym kraju, ale im dalej od miejsc turystycznych jesteśmy – tym tych gestów jest więcej, przynajmniej tych darmowych (śmiech). W pamięć zapadła nam Gambia, która nie bez powodu zwana jest „Uśmiechem Afryki”. Kraj biedny, maleńki żyjący jedynie z tego, co dała im natura, a dała niewiele… To tam ludzie uśmiechają się cały czas, są ciebie ciekawi, zapraszają do domów, częstują, czym mogą, a prawie każdy na ulicy zapyta się, co u ciebie słychać?

Czy na podróżowanie o takim zasięgu zdecydowałabyś się samotnie? Czy mężczyzna u bok podnosi komfort podróży i obniża poziom stresu?
Tuż po mojej samotnej objazdówce dookoła Polski, planowałam w kolejnym roku objechać samotnie dookoła Bałkany. Myślę, że przyszedłby czas i na Azję, i Afrykę. Jednak przygotowania zajęłyby mi znacznie więcej czasu i energii, bo przygotować musiałabym się też pod względem technicznym. Ale tak, pojechałabym. Jedni nazywają to odwagą, inni brakiem wyobraźni – nie ważne (śmiech). Jednak nie da się ukryć, że podróżowanie we dwoje, to coś więcej! To chwile zachwytu, uniesienia, jak i strachu, którymi w każdej chwili możesz podzielić się z drugą osobą. To wspólne przeżywanie każdego etapu, wspieranie się, pomoc, śmiech i radość… Bardzo doceniam to, że możemy podróżować, wspólnie dzieląc ze sobą, zarówno te ciężkie, jak i wspaniałe chwile. Ale… dość tego romantyzmu, podsumowując – z mężczyzną łatwiej, prościej i raźniej, a z ukochanym mężczyzną też znacznie przyjemniej (śmiech).

Macie oficjalną stronę i bloga – piszecie razem czy jedno z Was?
Naszą oficjalną stroną jest www.podrozemotocyklowe.com i to na nią wrzucamy wszystkie galerie, i filmy z wyjazdów, a blog (http://blog.podrozemotocyklowe.com) jest jej uzupełnieniem. Oboje jesteśmy za te strony odpowiedzialni i po równo dzielimy się obowiązkami. Piotrek z racji tego, iż przez dwadzieścia lat był zawodowym fotoreporterem – odpowiedzialny jest za zdjęcia. Ja zajmuję się opisami i wszelkimi zmianami na stronie. Wymaga to współpracy, gdyż napisana przeze mnie relacja, musi być kompatybilna z wybranymi przez Piotrka zdjęciami, a wybranymi czasami z tylko jemu znanych powodów (śmiech).

Teraz masz etap „kury domowej”? A Jaki jest plan na najbliższy rok i w jakich grupach?
Tak, teraz pławię się w domowym zaciszu i jest mi z tym dobrze. Spędzam jednak sporo czasu przy komputerze, bo powoli przygotowujemy się do kolejnych wyjazdów. Pod koniec maja ruszamy do Mongolii. Będzie to nasz pierwszy raz w tym kraju i ze zniecierpliwienia przebieramy nogami jak małe dzieci (śmiech). Jedziemy tam dziesięcioosobową grupą, z czego większość to znajomi, którzy byli z nami już w Maroku czy Kirgistanie. Zapowiada się kolejny, fantastyczny wyjazd! W sierpniu zaś, ruszamy po raz kolejny do Kirgistanu, jednak tym razem chcemy pojechać dalej i odwiedzić też Tadżykistan, spróbujemy dotrzeć jak najbliżej Korytarza Wahańskiego. Później pozostanie nam, już tylko myśleć o styczniowym Senegalu i Gambii – chcemy tam wrócić, by zobaczyć wszystko to, czego ostatnim razem nam się nie udało. Świat jest przecież taki piękny…

Najnowsze

Simona De Silvestro debiutuje za sterami bolidu F1

Młoda Szwajcarka, Simona De Silvestro, która od tego sezonu jest częścią zespołu Saubera, miała okazję jako kierowca rozwojowy przez dwa dni (26-27 kwietnia) prowadzić bolid. Pojazd szwajcarskiej ekipy (model C31) został wyposażony w specjalną mieszankę opon Pirelli; nie miał natomiast systemu KERS.

Celem 25-letniej zawodniczki jest znalezienie zespołu Formuły 1 na sezon 2015. Obecnie Szwajcarka musi uzyskać superlicencję, która jest przepustką do wielkiego świata Formuły 1.

Więcej o Simonie de Silvestro dowiesz się klikając tu.

– Pomimo tego, że wiedziałam od dawna, że będę prowadzić bolid F1, nie byłam zbytnio zdenerwowana. Dopiero po „kółku” instalacyjnym zdałam sobie sprawę z faktu, że właśnie wykonałam pierwsze okrążenie bolidem Formuły 1! Co do samych odczuć, to przeciążenia są znacznie większe niż te, których doświadczałam w IndyCar. Największe wrażenie zrobił na mnie docisk oraz hamowanie. Jednak jestem zadowolona z mojego debiutu – powiedziała Simona de Slivestro.

Zadowolony z jazd był również Paul Russell, inżynier wyścigowy ekipy Sauber.

– Simona wykonała świetną robotę i od początku było wiadome, że jest ona świetnym kierowcą. To był świetny start i nie można prosić o więcej – zakończył Russell.

Simona przejechała w sumie 112 okrążeń w Sauberze C31 sprrzed dwóch lat. Testy odbyły się na torze Ferrari Fiorano w pólnocnych Włoszech.

Najnowsze

Żelki Speedy w kształcie Porsche od Marii Sharapovej

Do linii produkcyjnej Sugarpova -  firmy produkującej słodycze, której właścicielką jest ambasadorka Porsche, tenisistka Maria Sharapova - dołączył cukierek o nazwie Speedy kształtem nawiązujący do… Porsche 911.

Żelki Sugarpova Speedy
fot. Sugarpova
Żelki Sugarpova i ich wynalazczyni Maria Sharapova.
fot. Sugarpova

Nikomu chyba nie trzeba przedstawiać Marii Sharapovej. Znakomita tenisistka, oficjalna ambasadorka marki Porsche, właścicielka zindywidualizowanego modelu Panamery (o czym pisałyśmy wcześniej tu) oraz założycielka  firmy Sugarpova produkującej słodycze. W dzisiejszym artykule właśnie o tę ostatnią firmę nam chodzi. Możecie zapytać dlaczego na portalu motoryzacyjnym pojawia się temat słodyczy? Spieszymy z odpowiedzią.

O legendarnym Porsche Janis Joplin przeczytasz tu.

Sugarpova jest na rynku od 2012 roku. Linia słodkości (głównie żelków i gum do żucia) sygnowana tą marką, staje się coraz bardziej popularna i rozpoznawalna na świecie. Należy się spodziewać, że zyski firmy wzrosną w niedługim czasie, albowiem do 14-stu dotychczasowych rodzajów żelków i gum do żucia, (które już sprzedają się świetnie) Maria Sharapova ”dodała” żelki  o nazwie Speedy. Ich kształt inspirowany jest samochodami Porsche, a konkretnie modelem 911. Te kolorowe żelki kryją w sobie śmietankowo-jogurtowe nadzienie.

Sharapova przyznała ostatnio, że kształt 911 to dla niej coś perfekcyjnego i że jest to jej ulubiony model Porsche.

Promocja żelków rozpoczęła się od eventu w Stuttgarcie, gdzie sama Maria zaprezentowała nowy, 15-sty smak w ramach swojej słodkiej kolekcji. Wydarzenie zostało zorganizowane przy pomocy marki Porsche.

Maria Sharapova i jej nowe żelki Speedy
fot. Sugarpova

Można dyskutować o gustach, na przekór opinii, że nie powinno się tego robić. Będąc więc trochę pod prąd, osobiście muszę przyznać, że z całej serii żelków, (wśród których znaleźć można między innymi kształty: damskich torebek i butów, ust, misiów, ślimaków i tęczy) najbardziej ”mniam” wydają mi się te, które właśnie wchodzą na rynek. Przypadek? Nie sądzę.

Motoryzacja górą! Zawsze.

A Wy jakiego jesteście zdania?

Historia Porsche 911 Turbokliknij tu.

 

Maria Sharapova twierdzi, że 911-tka to najpięniejsze auto Porsche.
fot. Porsche

Najnowsze

Gosia Rdest 10. po I rundzie Volkswagen Castrol Cup

W mijający weekend na węgierskim Hungaroringu odbyła się pierwsza runda Volkswagen Catrol Cup 2014. Jedyna kobieta w stawce, Gosia Rdest ukończyła sobotni wyścig na dziesiątym, a niedzielny na dwunastym miejscu. W klasyfikacji generalnej cyklu zajmuje wysokie, dziesiąte miejsce.

Do rywalizacji w tegorocznym Volkswagen Castrol Cup zgłosiło się 22 zawodników z 8 krajów. Wśród nich jest jedna kobieta. Gosia Rdest, po dwóch latach rywalizacji w singleseater’ach zdecydowała się na przesiadkę do przednionapędowego Golfa GTI. Do obu weekendowych wyścigów startowała z czternastego pola startowego próbując przebić się na wyższe pozycje.

Gosia Rdest w Volkswagen Castrol Cup 2014 – I runda – Hungaroring
fot. materiały prasowe Gosi Rdest

– Na torze przez cały czas była walka, poziom rywalizacji w Pucharze VW CC jest bardzo wysoki. Od początku dzisiejszego wyścigu jechaliśmy bardzo blisko z Adamem Rzepeckim, zajmowałam pozycję z przodu, więc moja jazda musiała być bardziej defensywna. Duże znaczenie miało rozegranie sytuacji z użyciem Push-to-Passów, co się udało i Adam nie zdołał mnie wyprzedzić. Sam start na pewno nie był taki jak wczoraj. Na drugim okrążeniu starałam się uniknąć kolizji i przez to sporo straciłam, a jeśli po starcie zrobi się luka, to ciężko potem ją nadrobić. Cały czas budowałam tempo wyścigowe.  Warunki na torze bardzo się zmieniły. Auto znacznie szybciej się dogrzało, opony dużo szybciej złapały przyczepność. Starałam się dać z siebie, jak zawsze 110%. Jak wiadomo, stan fizyczny zawodnika jest bardzo ważny, potrzebny do odpowiedniej koncentracji. Cieszę się, że przed sezonem włożyłam dużo pracy w przygotowanie fizyczne, dzięki temu było mi łatwiej walczyć z chorobą podczas jazdy. Oczywiście na pewno czułabym się dużo pewniej podczas jazdy czy analizy danych bez bólu gardła czy zatok. Jak na możliwości, które miałam było dobrze. Już powoli myślami jestem na kolejnej rundzie w Lausitz. Jest to nowy tor, więc będzie na pewno sporym wyzwaniem. Miałam okazję poznać go na symulatorze, więc myślę, że podczas kolejnych wyścigów będzie coraz lepiej – podsumowała swój start Gosia Rdest.

Volkswagen Castrol Cup 2014 – I runda – Hungaroring
fot. materiały prasowe Gosi Rdest

Gosia Rdest urodziła się w 1993 roku w Żyrardowie. Swoją przygodę ze sporem motorowym rozpoczynała od kartingu. W sezonie 2011 wywalczyła tytuł Mistrza Polski w klasie KF2. Swoich sił próbowała też we włoskiej lidze kartingowej, gdzie wywalczyła m.in. pierwsze miejsce w 21 Trofeo d’Autunno w kategorii KF2 oraz trzecie miejsce w czwartej rundzie Mistrzostw Włoch, również w kategorii KF2. W sezonie 2012 Gosia rywalizowała w BRDC Formula 4 – brytyjskich mistrzostwach Formuły 4, gdzie była jedyną kobietą w stawce, a sezon ukończyła z nagrodą Who Zooms Award za największą ilość wyprzedzeń w sezonie. Na swoim koncie odnotowała aż siedemdziesiąt dwa udane ataki na rywali. Jako jedna z 12 kobiet została zaproszona przez VW Motorsport i Komisję Kobiet w Motosporcie FIA na eliminację Pucharu Scirocco R-Cup. Jej autorytetem jest Aryton Senna, a wielkim sportowym celem – zostać pierwszą Polką startującą w wyścigach Formuły 1.

Volkswagen Castrol Cup to międzynarodowy cykl wyścigowy organizowany przez Volkswagen Racing Polska i Volkswagen Group Polska. Zawodnicy rywalizują w Volkswagenach Golfach GTI przygotowanych w identycznej specyfikacji. W sezonie 2014 wyścigi VWCC zostaną rozegrane na Hungaroringu (Węgry, 25-27 kwietnia), Lausitzringu (Niemcy, 23-25 maj), Torze Poznań (13-15 czerwca), Autodromie Most (Czechy, 8-10 sierpnia), Slovakiaringu (Słowacja, 22-24 sierpnia), Autodromie Brno (Czechy, 12-14 września). Finałowa runda odbędzie się w Poznaniu w dniach 26-28 września.

Gosię Rdest w sezonie 2014 wspierają: Castrol Polska, firmy  EMKA S.A. i  EMKA TRANS oraz Chrono Online – dystrybutor zegarków Epos.

Najnowsze

Pierwsze podium Zuzanny Ścibior na quadzie w tym sezonie!

Niedawno odbyła się pierwsza eliminacja Amatorskich Mistrzostw Czech i Moraw, w których startująca na quadzie Zuzia Ścibior zajęła swoje pierwsze miejsce na podium tego sezonu.

Zuzanna Ścibior to młodziutka zawodniczka starująca w kilku dyscyplinach na quadzie – przede wszystkim w Quadcrossie, ale także w Cross Country i Quad Speedway. Swoją przygodę z quadami zaczęła w 2005 roku od zawodów w Romanówce. W tym sezonie zamierza uczestniczyć na swojej Yamaha YFZ 450 w dwóch klasach: Quad Junior w Mistrzostwach Polski oraz Quad Hobby w Mistrzostwach Czech i Moraw.

Zuzanna Ścibior na pierwszej eliminacji Amatorskich Mistrzostw Czech i Moraw.
fot. materiały prasowe Zuzanny Ścibior

Zuzia rozpoczęła sezon 2014 od startu w pierwszej eliminacji Amatorskich Mistrzostw Czech i Moraw. W ubiegłorocznych zawodach zdobyła na nich drugie miejsce w klasyfikacji indywidualnej oraz Wicemistrzostwo Czech w klasie Ladies klasyfikacji generalnej. Było to nie lada oisiągnięcie, ponieważ Zuzia wystartowała wówczas ze startą 40 punktów, co było spowodowane nie obecnością na pierwszej rundzie CRC. Tym razem jednak I rundy nie odpuściła i odrazu stanęła na podium.

Zuzanna Ścibior (w środku) na pierwszej eliminacji Amatorskich Mistrzostw Czech i Moraw.
fot. materiały prasowe Zuzanny Ścibior

– W tym roku podjęłam decyzję, że muszę podnieść sobie „poprzeczkę” i pójść do klasy o poziom wyżej, aby ścigać się z facetami. Wystartowałam w klasie Quad Hobby jako jedyna kobieta. I opłacało się. Dzień nie zaczął się dobrze, ponieważ przywitał nas deszcz i szare chmury. Nie było ulewy, ale żaden zawodnik bagna na torze nie lubi. Na szczęście nie trwało to długo. Słońce pojawiło się na niebie chwilę przed naszym pierwszym startem. Atrakcje towarzyszyły mi od samego początku. Podczas treningów miałam problemy z quadem i tak naprawdę cudem udało mi się wykonać 5 wymaganych okrążeń, aby zakwalifikować się do wyścigu. Co również spowodowało, że na treningu czasowym nie wykonałam najszybszego okrążenia i nie uzyskałam dobrego miejsca na linii startowej.

Zuzanna Ścibior na pierwszej eliminacji Amatorskich Mistrzostw Czech i Moraw.
fot. materiały prasowe Zuzanny Ścibior

Stres był ogromny, bo złe miejsce na starcie powoduje, że zawodnik zazwyczaj wychodzi źle ze startu. potem jest bardzo trudno przebijać się przez zawodników. Jeszcze bardziej stresujące było to , że nie znałam umiejętności swoich przeciwników i nie wiedziałam czy będzie mi łatwo kogoś wyprzedzić czy też nie. Pokłony należą się mechanikowi, który w dość krótkim czasie zlikwidował usterkę i maszyna w wyścigach pokazała na co ją stać  W obu wyścigach wyszłam ze startu w pierwszej trójce. Pierwszy bieg ukończyłam na 4 pozycji, natomiast drugi na 3 pozycji. Po zsumowaniu punktów z obu biegów uzyskałam 3 lokatę w klasyfikacji generalnej. Jestem bardzo zadowolona z siebie i mam nadzieję ze utrzymam tą pozycje do końca sezonu albo ją polepszę. Pogoda dopisywała do końca dnia.

Zuzanna Ścibior na pierwszej eliminacji Amatorskich Mistrzostw Czech i Moraw.
fot. materiały prasowe Zuzanny Ścibior

Było piękne słońce i cieplutko. Zawody zostały bardzo dobrze zorganizowane. Tor był pięknie przygotowany, nawet jak spadł deszcze. Trzymajcie kciuki, bo za dwa tygodnie kolejna runda!

Jak się Zuzi wiodło w sezonie 2013? Oto filmowa kompilacja.

Najnowsze