Milla Jovovich i jej motocyklowy wypadek – film

Milla Jovovich, aktorka o nieprzeciętnej urodzie, jest miłośniczką dwóch kółek. Mimo wzrostu charakterystycznego dla "high fashion model", który pozwala jej dosiadać nawet większych i wysokich jednośladów, miewa prozaiczne problemy, jak każdy motocyklista.

Na filmiku, który zamieściła – co wybitnie nam sie podoba – na swoim profilu na Facebooku (kliknij tu) 16 stycznia widać wyraźnie, że Milla Jovovich dała trochę za dużo, nastąpiło szarpnięcie i motocykl położył się na boku, a aktorka wylądowała na nawierzchni. Zdarzenie nie było groźne i artystce nic się nie stało.

Jak na motocyklu radzi sobie Angelina Joliprzeczytasz tu, a Brad Pitt tutaj.

Jovovich przygotowuje się do kolejnej roli, tym razem w filmie „Survivor”, a motocykl na którym ćwiczy to BMW R nine T. W filmie Milla gra pracownicę Departamentu Stanu USA, której zadaniem jest powstrzymać terrorystów przed atakiem na Amerykę. Milla Jovovich nie zdecydowała się na dublerkę czy kaskaderkę, która zastąpiła by ją w scenach jazdy motocyklem. Chwalimy odwagę aktorki i czekamy na film.

 

Najnowsze

Wywiad: Cyril Despres – lubię to poczucie wolności

Celestyna Kubus rozmawia z Cyril'em Depres, który ma na swoim koncie już pięć wygranych w Rajdzie Dakar. Tych pięć tytułów wywalczył dla teamu KTM'a, z którym rozstał się na początku roku 2013. Aktualnie jeździ dla Yamahy i w 2014 właśnie na tym motocyklu wystartował w Rajdzie Dakar - Argentyna Bolivia Chile. Rezultat: czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej i trzy etapowe zwycięstwa.

 

Wywiad Celestyny Kubus  z  Krzysztofem Hołowczycem o Rajdzie Dakar przeczytasz tu.

Cyril Despres, to jeden z najlepszych zawodników startujących w Cross Country Rallies, równorzędny konkurent dla Marca Comy, Chaleco Lopeza czy Joana Barredy. Charakteryzuje go dość agresywny styl jazdy i ogromna pewność siebie. Nie jest typem zawodnika, którego lubi się od pierwszego momentu. Czasami wydaje się być arogancki, choć przy bliższym poznaniu okazuje się, że jest zupełnie inny. Nigdy nie odmawia rozmowy czy zdjęcia z fanami. Ma na swoim koncie już pięć wygranych w Rajdzie Dakar. Tych pięć tytułów wywalczył dla teamu KTMa, z którym rozstał się na początku roku 2013. Aktualnie jeździ dla Yamahy i w 2014 właśnie na tym motocyklu wystartował w Rajdzie Dakar – Argentyna Bolivia Chile. Rezultat: czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej i trzy etapowe zwycięstwa. Gdyby nie problemy z motocyklem, kto wie może i po raz szósty wygrałby „Dakar”. Ale na to musimy poczekać kolejny rok.

Dzienniki Rajdowe Celestyny Kubus z Rajdu Dakar 2009 przeczytasz:
– część pierwszą tu
część drugą tu.

Zapraszam do przeczytania wywiadu z Cyrilem Despres, który zrobiliśmy przed tegorocznym Dakarem. O jego pasji, o Afryce i o tym za co kocha ten sport.

Cyril Depres i autorka wywiadu – Celestyna Kubus
fot. Celestyna Kubus

Dlaczego Rajd Dakar, co ma w sobie takiego, że chciałeś w nim wystartować?

Kiedy byłem dzieckiem mieszkałem w okolicach Paryża, a tam wielokrotnie miałem okazję oglądać przejazd zawodników startujących w Rajdzie Dakar. Bardzo mnie to fascynowało choć wtedy ciężko mi było wyobrazić sobie to, że pewnego dnia będę miał okazję w tym rajdzie wystartować. Motocykle były od zawsze moją pasją, dlatego z czasem zrodził się pomysł aby rozpocząć przygodę z rajdem Dakar.

Co lubisz najbardziej w tym rajdzie?

Przede wszystkim uwielbiam jeździć motocyklem, lubię off road, wolność i nawigowanie. Lubię poczucie wolności pośrodku niczego, to jest coś co uwielbiam ale również kocham rywalizację i walkę o zwycięstwo, sprawia mi to ogromna radość. Rajdy i Dakar to dla mnie miks  tego wszystkiego.

Co najlepiej pamiętasz ze swojego pierwszego Dakaru?

Po raz pierwszy wystartowałem w 2000r. w rajdzie prowadzącym z Dakaru (Senegal) do Kairu w Egipcie i tak na prawdę pamiętam z tamtego czasu wszystko. Pamiętam jak przylecieliśmy do Dakaru i widziałem tych wszystkich świetnych zawodników, znane nazwiska zarówno wśród motocyklistów jak i kierowców samochodów. I ja. Dla mnie było czymś niesamowitym móc startować z bardziej doświadczonymi riderami, w tym samym rajdzie, z tym samym logo na motocyklu. Fantastycznie było tam być i wystartować. Pamiętam, że od samego początku wiedziałem że celem numer jeden jest meta w Kairze pod piramidami, to było dla mnie najlepszą motywacją.

Pamiętasz swoje pierwsze etapowe zwycięstwo?

Pierwszy etap w karierze wygrałem w Afryce w 2001 roku, jadąc na BMW. Dobrze pamiętam że był to etap z Bakel w Senegalu do Tambacoundy. Kilka dni prze tym etapem, a był to jeden z ostatnich mój team zdecydował że nie muszę już być „water boy’em” tylko każdy z zawodników BMW musi jechać po jak najlepszy wynik, tak żeby zapisać się na kartach historii tego rajdu. Liderem wtedy był KTM, dlatego tym bardziej zależało nam na wygranej. Jechałem bardzo dobrze, cisnąłem do samego końca i etap ukończyłem na pierwszym miejscu, wygrywając tego dnia pierwszy odcinek specjalny w mojej karierze. Niesamowite uczucie, coś co zapamiętam na całe życie.

W 2005 roku po raz pierwszy wygrałeś Rajd Dakar, co wtedy czułeś?

To było dość niejednoznaczne uczucie. Na dwa miesiące przed rajdem, razem z Fabrizio Meonim, obiecaliśmy sobie że zrobimy wszystko aby wygrać ten rajd. W ten sposób chcieliśmy uhonorować naszego kolegę, Richard’a Sainct’a który zginął w Egipcie. Powiedzieliśmy, że musimy zrobić wszystko aby niebieskie motocykle były w czołówce, niestety 11 stycznia 2005r. Fabrizio miał wypadek. Dla mnie ukończenie tego rajdu, było w tym momencie jeszcze ważniejsze, bo chciałem to zrobić nie tylko dla Richard’a  ale również dla niego. Nie mogę powiedzieć, że byłem wtedy smutny, ale też nie byłem wesoły, to uczucie które mi wtedy towarzyszyło jest trudne do określenia.

Cyril Depres na dojeżdża do strefy biwakowej.
fot. Celestyna Kubus

Najlepsze chwile w Afryce?

Jest ich na pewno wiele, wtedy kiedy odkrywałem Maroko, Mauretanię, Ghanę z przepięknymi drzewami i górami, to było coś wspaniałego, coś czym nazywamy Czarną Afryką. Jednym z najmilszych wspomnień z całą pewnością jest znalezieni się w jednym z takich miejsc w Mauretanii, gdzie jesteś sam i znajdujesz się po środku niczego. Zwycięstwo w 2007 roku tez należy do miłych wspomnień, pewnie głównie dlatego że o wygraną walczyłem do ostatniego kilometra.

Najgorsze momenty?

Na całe nasze życie składa się wiele rzeczy. Czasem ciężko wyobrazić, sobie że możemy kiedyś ścigać się w najdłuższym rajdzie świata, zostać profesjonalnym riderem, jeździć dla najlepszych teamów i wygrywać rajdy. To jest szczęście, ale poza tymi szczęśliwymi momentami są również te przykre, przede wszystkim kiedy podczas tej rywalizacji tracimy swoich przyjaciół. Ale taka jest rzeczywistość.

Twoja pierwsza myśl kiedy ogłoszono, że Rajd Dakar 2008 zostaje odwołany?

Było mi przykro, przede wszystkim ze względu na ludzi w Afryce. Ten Rajd był z tym kontynentem związany od wielu lat.  Jednak względy bezpieczeństwa są najważniejsze.

Jaka była Twoja reakcja kiedy usłyszałeś, że “klasyk pustyni zostanie przeniesiony do Ameryki Południowej?

Lubię odkrywać nowe, jestem zawodnikiem który lubi jeździć po nowych terenach, odkrywać nowe kraje, miejsca, góry, pustynię… to coś czego szukam. Nie ukrywam, że byłem zaintrygowany i zadowolony z tej decyzji.

Największa różnica między rajdem w Afryce a tym w Ameryce Południowej?

Na pewno organizatorom nie było łatwo w ciągu jednego roku przenieść rajd z Dakaru w Afryce do Ameryki Południowej. Ale poradzili sobie z tym wyzwaniem całkiem dobrze. Oczywiście były drobne niedociągnięcia, gdyż tak na prawdę nie do końca wiedzieli jak w tych krajach jest zimą, jak jest latem, kiedy pada, kiedy jest zimno, kiedy są największe upały i kiedy wieje. Nie mieli jeszcze z tym regionem doświadczeń. Aktualnie jest coraz lepiej, pojawiają się drobne błędy, ale i tak jest już lepiej.

Lubisz te tłumy kibiców wzdłuż trasy czy są oni dla Ciebie zbyt meczący?

Czasami jest tam kilka tysięcy osób stojących wzdłuż drogi, ale takich tłumów nie ma na odcinkach specjalnych tylko w większości na dojazdówkach. To jest część tego rajdu i dobrze wiedzieć że ludzie chcą śledzić nasza rywalizację na żywo, że chętnie oglądają rywalizację w telewizji albo przychodzą na trasę tylko po to żeby powiedzieć nam. cześć. Tak samo było kiedy ja byłem dzieciakiem i czekałem na zawodników przejeżdżających w okolicach Paryża, dla mnie było czymś niesamowitym powiedzieć im po prostu cześć. I to się nie zmieniło przez ostatnie 35 lat od kiedy trwa ten rajd. Ludzie nadal chcą czekać na zawodników przy drodze. Oni są po prostu pod wrażeniem wszystkich riderów którzy przemierzają pustynię, góry, ich kraj.

Wszystko się zmienia, również Rajd Dakar, który bardziej preferujesz ten afrykański czy południowoamerykański?

Nie chcę porównywać i mówić że ten czy tamten jest lepszy, są po prostu inne. Lubię się ścigać zarówno w Afryce jak i w Ameryce Południowej, tak na prawdę na mecie nie ma to dla nas większego znaczenia gdzie się ścigaliśmy bo wciąż mamy do czynienia z najdłuższym rajdem świata. To nadal 8 – 9 tyś km, nadal dwa kółka, dwie opony, off road, jedna kierownica i jeden silnik.  To nadal jest trudny rajd. Ja po prostu jadę tam gdzie w danej chwili jest rozgrywany rajd, dopóki organizatorzy zapewniają nam odpowiednie warunki i bezpieczeństwo, jest ok. To to czego przede wszystkim szukam.

Co myślisz o kobietach startujących w tego typu rywalizacji?

Od samego początku startowałem z kobietami, w moim teamie BMW była Andrea Mayer. Zawsze uważałem, że kobiety startujące w rajdach terenowych musza być na prawdę twarde. Miałem dobre relacje z Andreą, podobnie jest z Laią Sanz, która startuje ostatnio. To jest bardzo trudny rajd pod względem fizycznym i psychicznym, nie jest łatwo, dni są długie, odcinki są trudne. Ale tak naprawdę, to nie ma to większego znaczenia czy jesteś kobietą czy mężczyzną, wszyscy mamy tą samą pasję.

Co najlepiej wspominasz ze startów w Ameryce Południowej?

Zwycięstwo w 2010 roku, w 2012 i w 2013. To jest właśnie to po co się ścigam, zwycięstwa dają mi wiele radości i cieszą cały mój team. Po to właśnie startuję! Poza tym to całkiem miłe uczucie…

Jak ten rajd zmienił się w ciągu ostatnich trzynastu lat?

Oczywiście, że się zmienił. Motocykle się zmieniły, sport się zmienił, ludzie, świat się zmienia i rajd też, choć to nadal jest wiele godzin dziennie spędzonych na motocyklu, w upale, kurzu w przeróżnym terenie to coś co nigdy się nie zmienia się od pierwszego rajdu kiedy Thierry Sabine zamarzył sobie aby rajd wystartował z Paryża do Dakaru. Może nie jedziemy już z Paryża do Dakaru, ale wciąż przemieszczamy się z punktu A do punktu B.  Pod tym względem nie zmienił się tak bardzo.

Co poradziłbyś młodym adeptom tego sportu?

Bardzo ważne jest przygotowanie fizyczne, bądźcie silni, nie jedźcie za szybko, próbujcie uczyć się każdego dnia i czerpać radość z każdego startu. Mam nadzieję, że będzie wam to sprawiało taką przyjemność jak i mnie. To na prawdę niesamowite uczucie.

Cyril Depres na jednym z odcinków specjalnych.
fot. Celestyna Kubus

Najnowsze

Wyniki zawodniczek w Rajdzie Dakar 2014 – podsumowanie

Jakie są wyniki ośmiu kobiet, które wystartowały w Rajdzie Dakar?

O wszystkich zawodniczkach startujących w Rajdzie Dakar 2014 pisałyśmy wcześniej tu.

Nieliczna, ale znacząca garstka kobiet na liście zawodników rajdu Dakar 2014 była tematem naszego artykułu tuż przed startem owego rajdu Za wszystkie trzymałyśmy kciuki i życzyłysmy powodzenia, niezależnie od tego, jaką maszynę prowadziły lub pilotowały.

Oto krótkie podsumowanie.

Motocykle

Laia Sanz zajęła wysokie 16 miejsce.

#50 Laia Sanz

Laia jak zwykle nie zawiodła. Ukończyła Dakar, jadąc jak równy z równym  z przedstawicielami płci przeciwnej. Mimo kary czasowej, zdołała zdobyć 16 miejsce w klasyfikacji generalnej. Najlepszym miejscem mogła pochwalić się po 9 etapie. Była wtedy siódma. Gratulujemy (prawie) bezbłędnej jazdy i dotrwania do końca.

 

Rosa Romero Font nie ukończyła rajdu.

#112 Rosa Romero Font

Dla Rosy Dakar 2014 był z jednej strony szczęśliwy z innej nie. Zawodniczka nie ukończyła rajdu. Wycofała się na piątym etapie. Za to jej mąż – Nani Roma – został zwycięzcą w klasyfikacji generalnej (kategoria: auta), co zdarzyło się już nie po raz pierwszy i na pewno dla obojga jest powodem do radości.

Quady

#259 Camelia Liparoti

Królowa pustyni nie zawiodła swoich fanów i ukończyła Dakar, zajmując najwyższe (wśród wszystkich uczestniczek) miejsce w klasyfikacji generalnej – szczęśliwą 13 pozycję. Ta drobniutka zawodniczka po raz kolejny udowodniła, że quady nie są zarezerwowane tylko dla mężczyzn. Gratulujemy i trzymamy kciuki za to, by (zgodnie z życzeniem Camelii) coraz więcej dziewczyn decydowało się na start w rajdach.

Samochody

Annie Seel została wykluczona z rajdu.

#366 Annie Seel

Szwedzka księżniczka rajdów Annie (w roli pilota) i Gary Connell to pechowa ekipa Dakaru 2014. Zostali wykluczeni z rajdu. Powód: kłopoty z silnikiem, a dokładniej dziura w przewodzie olejowym. Szkoda teamu o tak dużym offroadowym doświadczeniu…

#399 Adriana Alida Andreani

Przysłowie do trzech razy sztuka nie zawsze się sprawdza. Tak też było w przypadku ekipy Adriana Alida Andreani i Antonio Blangino. Przy ich nazwiskach na liście zawodników można znaleźc komentarz : not starting. A więc nie wystartowali w ogóle…

#433 Susan Jones

Beady i Milly czyli małżeństwo Susan i Mike Jones, dowiedli, że ponad 30 letnie doświadczenie w rajdach procentuje. Mimo kary czasowej zdołali ukończyć Dakar. W klasyfikacji generalnej zajęli  51 miejsce. Zapewne zdołali nawiązać też jakieś nowe biznesowe kontakty…

Isabelle Patissier zdobyła 26 miejsce.

#338 Isabelle Patissier

Nasza mistrzyni wspinaczki, wraz ze swoim mężem Thierrym Delli Zotty na siedzeniu pilota, zdobyli fantastyczne 26 miejsce w kategorii aut. Choć nie jest to najwyższe miejsce Isabelle w Dakarze, to niewątpliwie może być z siebie dumna. Pierwsza 30-tka to jest coś!

#444 Alicia Reyna

Debiut Alicii na fotelu pilota można uznać za udany. Dakar ukończony szczęśliwie. W klasyfikacji generalnej team Reyna – Pelayo zdołał uplasować się na 60 miejscu. Mamy nadzieję, że to dopiero początek owocnej współpracy.

Wszystkim Paniom, które dotarły do mety raz jeszcze serdecznie gratulujemy. Tym zaś, którym z jakichś przyczyn nie udało się dotrzeć do mety Dakaru 2014 – trzymamy kciuki, by w przyszłości było już tylko lepiej. Sobie samym zaś życzymy – więcej kobiet w rajdach.

Najnowsze

Test skutera Kawasaki J300 – diabeł tkwi w szczegółach

Oto wrażenia z jazdy pierwszym w historii, europejskim skuterem Kawasaki J300. Czy jest wart zainteresowania?

Jazda Kawasaki J300 to sama przyjemność.
fot. Kawasaki

O modyfikacjach Kawasaki J300 w stosunku do Kymco DT300i przeczytasz tutaj.

Przyznaję – gdy usłyszałam o tym, że Kawasaki wjedzie na rynek Europy z pierwszym skuterem, byłam bliska zakrztuszenia się yerba mate. I nie chodziło tu o japońskiego producenta, do którego szacunek żywię od dawna. Po prostu zawsze miałam wrażenie, że skutery wzbudzają emocje porównywalne do pasji zawodów w hodowli roślin doniczkowych. Ale – jak w filmach – doznałam pewnej przemiany…

Rzut oka na skuter J300 i wszystko wiadomo: wiśniówką na torcie, jak zwykł mawiać Czesław Mozill, jest z pewnością malowanie – jaskrawozielone wstawki na owiewkach, sportowo ukształtowana szyba, czy wykrój świateł nawiązują ewidentnie do stylizacji sportowych motocykli Ninja – czynnik „wow!” na dzielni gwarantowany. Brak tu zbędnych ozdób – jest czysta funkcjonalność. Wszystko pasuje do siebie jak marynarka do spodni – uszyte na idealną miarę.

Co z oczu (i uszu), to z serca
Zanim jednak zajmę miejsce za kierownicą wsłuchuję się w dźwięki dobiegające od ujeżdżanych już przez kolegów J300. Na pewno kojarzycie te warszawskie przecinaki Telepizzy, które jak śmigną Ci przed nosem, to masz wrażenie, że właśnie przejechał koło ciebie cały festiwal Woodstock. A w J300? To właśnie dźwięk jako pierwszy złapał mnie za serce. Nie to, że jest upojny; ale miarowy, spojony. Nie drażni uszu. Jednostka brzmi zatem wyjątkowo dobrze, na swój zautomatyzowany sposób.

Wydawać by się mogło, że design kokpitu będzie pełen odgrzewanych po Kymco gołąbków, a tu niespodzianka – metalowa, matowa obudowa zegarów rozjaśnia kokpit i pozwala na większą czytelność wskazań prędkościomierza, obrotomierza, czy komputera pokładowego (wskazuje m.in. dystans od wyzerowania, zasięg, temperaturę silnika). Przy prawej manetce króluje przycisk zapłonu i świateł awaryjnych. Co ciekawe, stacyjka J300 jest chroniona specjalną zapadką przed próbą mechanicznego uszkodzenia. Kluczyk działa jak pilot zwalniający zapadkę.

Poza praktycznym hakiem do zaczepienia zakupów, czy toreb, dostrzegam schowek z lewej strony przy kierownicy. Jaki duży! Pomieści sporego smartfona, ipoda, małe dokumenty, nawigację (ma wewnątrz gniazdko 12 V), klucze do domu, czy moją nieodzowną szminkę. Niestety sposób jego otwierania został – zdaje się – zaprojektowany z myślą o masochistach. W rękawiczkach trudno go otworzyć, a i bez nich delikatne paznokcie kierowcy mogą się lekko podłamać. Może to kwestia wprawy lub odpowiedniego patentu otwierania – każdy go sobie pewnie wyrobi w miarę użytkowania.

Kawasaki J300 dostępny jest w 3 kolorach lakieru: zielono-czarnym, grafitowym i srebrnym.

Decyduję się na wrzucenie wszystkiego do bagażnika pod kanapą. Przekręcam kluczyk w stacyjce maksymalnie w lewo, siedzisko grzecznie odskakuje do góry, a ja mu tylko lekko pomagam się zdecydować na pełne otwarcie. Lekko, bo w kufrze (niczym w autach) znajduje się siłownik hydrauliczny ułatwiający dotarcie do wnętrza schowka. Jego przepastne przestrzenie i zawartość (apteczka) oglądam uważnie dzięki lampce podświetlającej zwykle czarną czeluść. Idealne rozwiązanie nie tylko na nocne wojaże, ale i w pochmurne dni. Wrzucam tu spory aparat fotograficzny i spodnie motocyklowe na zmianę. Zostaje miejsce na jeden kask.

Wreszcie, żądna jednośladowych wrażeń zasiadam za kierownicą Kawasaki J300. Siedzisko na idealnej dla mnie (mam 170 cm wzrostu) wysokości pozwala przyjąć wygodną, wyprostowaną pozycję. Zarówno dla tych z metra ciętych, jak i dryblasów, kanapa leży na dość uniwersalnym poziomie; odległość dzieląca siedzisko od kierownicy powinno zadowolić nawet osobników z rękami do pasa.

Hajda na koń – miasto
Fakt – jestem podekscytowana. Moje entuzjastyczne nastawienie do jazdy potęguje „motocyklowe” uruchomienie jednostki i obudzenie do życia zegarów – wskazówka sięga na chwilę diabelskiego pola rozkoszy, by błyskawicznie wrócić na swoje niskoobrotowe miejsce. Patrząc na ciemniejące chmury zastanawiam się, czym Kawasaki J300 zamierza przekonać motocyklistkę, której trudno wmówić, że coś może być „dynamiczne”, gdy ma 28 KM i masę 191 kilogramów.

Przeczytaj też nasze inne testy motocykli tej marki: Kawasaki KLE 650 Versys ocenia Joanna Modrzewska; Kawasaki KLX 125 i Kawasaki ER-6n – okiem kobiety.

Zaczyna kropić, padać, a w końcu lać – ruszam. Manewrując wśród kolegów dziennikarzy, którzy dosiedli już swoich rumaków, staram się przebić na czoło peletonu. Niczym w korku, czy ciasnym parkingu usiłuję bez obcierki przedrzeć się do pilota „wycieczki”. Ku mojemu zdziwieniu J300 okazuje się niebywale zwrotny (zwrotność a promień zawracania – czytaj tutaj). Nieduży promień skrętu (kiedy przednie koło jest maksymalnie skręcone) daje poczucie: „ja się nie przecisnę?!”. Co więcej, manewry postojowe lub te przy niedużych prędkościach, ułatwia pewny kontakt stóp z podłożem. Kawasaki wpadło na zacny pomysł, aby „wykroić” nieco podnóżek na wysokości, gdzie zwykle kierowca zestawia na asfalt nogi. Dzięki temu sprytnemu zabiegowi nie czułam się jak westernowy John Wayne z powykrzywianymi na boki nogami, a całkiem nieźle radząca sobie z takimi ćwiczeniami skuterzystka.

Kobiety na Kawasaki J300 prezentują się naprawdę fajnie.
fot. Motocaina.pl, Katarzyna Frendl

Tymczasem czuję, że moje żwawe zapędy zostaną mocno przystopowane ze względu na aurę. Liczę w duchu, że wysoka szyba i ukształtowanie przedniej części skutera uchronią mnie przed stylizacją na „zmokłą kurę”. Jadąc przez miasto powoli zaczynam rozumieć fenomen skuterów. One temperują zapędy, uspokajają; płyniesz nimi jak żaglówką i nie w głowie Ci skoki adrenaliny. Może to zasługa skrzyni automatycznej? Płynnego, liniowego przyspieszania? Bo gdy jedziesz nafaszerowaną sterydami beemką, suzuki, czy hondą, wszyscy próbują zmierzyć się z tobą spod świateł i każdy zezuje na Ciebie jak na potencjalnego rywala. W przypadku Kawasaki J300 nikt nie stara się dotrzymać ci tempa i wcale nie musisz jechać jak wariat. Na skuterze ani ty, ani twoja maszyna nie kipi agresją, masz czas i pokojowe nastawienie do świata.

Co więcej, zamiast pełni rynsztunku, całej motocyklowej uprzęży (często skórzanej), kasku (szczękowego, integralnego), możesz mieć na sobie to samo, ale w lżejszym wydaniu (ciuchy goretex, kask na skuter – ja miałam Shoei J-Cruise). Nawet rękawiczki – skoro nie jeździsz z prędkością światła – możesz mieć jak do operacji chirurgicznych, byle usztywnione gdzie trzeba. Wiadomo: lżej znaczy lepiej (zrozumie to większość kobiet), zwłaszcza na jednośladzie, gdzie każdy gram jest na wagę złota.

W wyposażeniu dodatkowym znalazły się m.in.: top case’y o pojemnościach 39 i 47 litrów, wysoka szyba, torba na drobiazgi zaczepiana między kanapą a bakiem, przykręcany uchwyt do nawigacji, mufki, wodoodporna i wiatroodporna osłona nóg.

Na portugalskich drogach, gdzieniegdzie, muszę pokonać progi zwalniające, omijać studzienki, nieliczne dziury w jezdni. Tu znów – przyzwyczajona do sztywnych jak Pal Azji zawieszeń – mam wrażenie, że na miejsce sprężyn zamontowano ptysie z kremem (5-stopniowa regulacja napięcia wstępnego sprężyny umożliwia dostosowanie zestrojenia zawieszenia do wagi kierowcy czy warunków na drodze, zatem można ustawić sobie bardziej sportowy charakterek pracy amortyzatorów). Co najgorsze – mi się to podoba! Czuję się jak we francuskiej, luksusowej limuzynie, gdzie życie upływa jedynie w komforcie. Wyrwana z relaksującej jazdy nagle muszę zareagować –  na śliskim od deszczu rondzie wystąpił cień nadsterowności, który skwapliwie J300 pomógł mi zredukować. Wygaszanie ewentualnego poślizgu było praktycznie niewyczuwalne. Skuter wybaczył mój błąd – zbyt szybką jazdę po mokrym.

Powoli przestaje padać. Oglądam się ze wszystkich stron – deszcz obszedł się ze mną delikatnie. J300 uchroniło mnie przed śmiesznością. Dla bardziej niż ja przewidujących kierowców, Kawasaki przewidziało płaszczyk ochronny na kolana i mufki montowane na manetki, chroniące dłonie przed zimnem.

Górskie podboje
Rozpogadza się. Opuszczona przeciwsłoneczna blenda w kasku skutecznie poprawia moją widoczność. Przede mną górskie szczyty, do których prowadzi długa prosta – jak by ją wykorzystać? Wiadomo nie od dziś, że przyspieszanie działa na prowadzącego jak szczypta chili w potrawie – dodaje pikanterii jeździe. Jeszcze tylko kilka pojazdów toruje mi drogę do swobody… Dziarsko wyprzedzam auta, co przychodzi Kawasaki z energią porównywalną do motocykla o niedużej pojemności. Raduje także fakt odpowiedniej dawki mocy już od niskich prędkości obrotowych silnika. Odginasz prawy nadgarstek do oporu i już jesteś z przodu peletonu. Maksymalna dozwolona prędkość w Portugalii wskakuje na licznik w mgnieniu oka. Czysta przyjemność! A jaki komfort – szyba skwapliwie ratuje mnie przed niszczycielskim wiatrem.

Pnę się wyżej; dźwięk skutera coraz bardziej demoluje błogą, górską ciszę; tymczasem J300 bohatersko pokonuje poskręcane niczym loki Wodeckiego zakręty. Prawie jak motocykl. Prawie, bo jadę nieco wolniej niż zwykle, tylko właściwie – po co mam się spieszyć? Kiedy widoczki przepiękne, słonko przygrzewa? Deficyt mocy odczuwalny jest jedynie podczas wjazdu pod strome, naprawdę spore wzniesienie; wówczas prędkość szybko wyparowuje. Gdy jednak jest w miarę płasko Kawasaki pozytywnie zaskakuje: w sekwencji zakrętów lewo prawo, J300 z ochotą przytula się do asfaltu z jednej strony i momentalnie – niczym oparzony – odbija w przeciwną stronę. Nie trzeba się specjalnie natrudzić, żeby tego dokonać – to zasługa nisko położonego środka ciężkości, co z pewnością docenią kobiety o słabszej kondycji. Nawet totalnym laikom taka zabawa może sprawić przyjemność.

Nawet w górach, poza miastem, Kawasaki J300 potrafi dostarczyć radości z jazdy.
fot. Kawasaki

Rozstania i podsumowań czas
Muszę oddać kluczyki? Naprawdę? Czuję się jak dziecko, któremu jakiś łobuz właśnie zabrał lizaka. Zerkam na zegary i zużycie paliwa. A właściwie jego brak. Podczas gdy w motocyklu im większa ambicja kierowcy i jego maszyny, tym mniej ekonomiczna jazda (bo przecież stado koni czymś trzeba napoić), w J300 po 150 kilometrach żwawej jazdy nieśmiało drgnęła wskazówka zasięgu. Pozwala mi to sądzić, że Kawasaki zaspokoiło się na tym dystansie niewiele ponad czterema litrami paliwa, co przełoży się na rzadsze wizyty na stacjach i większy zasób funduszy na własne przyjemności. A jako kobieta, mogłabym je mnożyć i mnożyć…

Poza tym, żeby kupić Kawasaki J300, nie musisz sprzedawać nerki (patrz dane poniżej), jak u bawarskiej konkurencji. Za około 20 tysięcy złotych otrzymasz zgrabny, markowy pojazd do jazdy na co dzień, z praktyczny schowkiem, wygodną kanapą, komfortową pozycją za kierownicą i niskim zużyciem paliwa. W komplecie jest elektryczny starter, chłodzony cieczą silnik, automatyczna bezobsługowa skrzynia biegów oraz wtrysk paliwa w jednostce napędowej.

Podczas jazdy J300 odnosi się wrażenie, że zachowuje się niczym elegancka dama – z wrodzonym spokojem, gracją i wdziękiem. Jest przy tym nieco zalotna i zwinna – bardzo rzadko miewa kaprysy. Wszyscy doceniają jej intelekt, szacowne pochodzenie i tradycje rodzinne. Bo przecież Kawasaki ma doświadczenie w produkcji dobrych jednośladów od dziesięcioleci i w tym skuterze to czuć; w protoplaście zmodyfikowano co było trzeba (czytaj tutaj). Zresztą, jak rzekł pewien klasyk*: doskonałość osiąga się nie wtedy, kiedy nie można już nic dodać, ale kiedy nie można już nic ująć. Tak jest z Kawasaki J300.

Podsumowując: jeszcze niedawno uważałam, że dzieci są przydatne, bo małymi rączkami potrafią doczyścić felgi, motocykl musi być szybszy od przeciągu, a samochód z dieslem i automatem to profanacja. Teraz jestem zwolenniczką ograniczenia prędkości przy szkołach, moje auto napędza jednostka wysokoprężna, a ja rozważam kupno J300… Może to starość, a może po prostu rozsądek.

* Antoine de Saint-Exupery

Kawasaki J300
fot. Kawasaki

Dane techniczne Kawasaki J300
Typ silnika: chłodzony cieczą, czterosuwowy, jednocylindrowy
Pojemność 299 cm3
Średnica x skok tłoka 72.7 x 72.0 mm
Stopień sprężania 10.8:1 +/-0.2
Maksymalna moc 20.3 kW {28 KM} / 7,750 obr./min.
Maks. moment obrotowy 28.7 Nm / 6,250 obr./min.
Rozrząd SOHC, 4 zawory
Układ paliwowy: wtrysk paliwa ø 34 mm x 1
Smarowanie: wymuszone, mokra miska
Skrzynia biegów: przekładnia bezstopniowa, sprzęgło odśrodkowe
Przeniesienie napędu: pas
Typ ramy: stalowa
Opona przednia 120/80-14 M/C 58S
Opona tylna 150/70-13 M/C 64S
Zawieszenie przednie 37 mm widelec teleskopowy
Zawieszenie tylne: dwa amortyzatory z 5-stopniową regulacją napięcia
Hamulce przednie: pojedyncza tarcza o średnicy 260 mm, zacisk dwutłoczkowy
Hamulce tylne: tarcza pojedyncza 240 mm, zacisk dwutłoczkowy
DŁ. x SZER. x WYS. 2,235 x 775 x 1,260 mm
Rozstaw osi 1,555 mm
Prześwit 145 mm
Wysokość siedziska 775 mm
Masa własna 191 kg
Poj. zbiornika paliwa 13 litrów
Gwarancja 24 miesiące z możliwością przedłużenia do 48 miesięcy
Cena: 19 900 zł / 21 500 zł (ABS) / 21 500 zł (lakierowanie zielono-czarne)

Najnowsze

Dziewczynka bezbłędnie odgaduje marki samochodów! Film

Mała dziewczynka rozpoznająca marki samochodów lepiej niż nie jeden facet? To możliwe.

Rosyjski Internet przyzwyczaił nas już do filmików z tamtejszych dróg – są to głównie nagrania z osobistych samochodowych kamer, w większości przedstawiające mrożące krew w żyłach sytuacje, które mimo wszystko nie są tragiczne w skutkach. Na portalu You Tube obejrzeć można kompilacje ze zdarzeń drogowych, w których widzimy głupotę i nieobliczalność kierowców a także kompletny brak poszanowania dla przepisów ruchu drogowego oraz dla ludzkiego życia i zdrowia. Wsłuchując się w nagrane dźwięki, usłyszymy często pojawiające się rosyjskie przekleństwa.

Rosjanie lubią wrzucać do Internetu swoje małe produkcje. Nie wszystkie jednak dotyczą złego zachowania na drodze. Są i pozytywne nagrania, jak na przykład to, w którym tata z kilkuletnią córeczką spacerują wzdłuż parkingu, a dziewczynka odgaduje marki samochód po ich logach. Imponujące, bo mała zna praktycznie wszystkie i długo się nie zastanawia nad odpowiedzą. A dumny tata każdorazowo chwali dziewczynkę. Film jest niezwykle pozytywny, zabawny a przy okazji pokazuje ciekawe ćwiczenie dla młodych rodziców, którzy chcieliby rozwijać pamięć i koncentrację u swoich pociech w przyjemnej, niewymuszonej formie. Takie samochodowe MEMORY, tylko że rozgrywane w terenie.

 

Najnowsze