Karolina Chojnacka

FIA zebrała 2 miliony euro na walkę z COVID-19

Internetowa aukcja #RaceAgainstCovid odniosła ogromny sukces. Licytacja pamiątek ze świata sportów motorowych zakończyła się uzbieraniem 2 milionów euro dla Międzynarodowej Federacji Stowarzyszeń Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca na rzecz globalnej walki z COVID-19.

Zainicjowana przez FIA, a w szczególności przez Komisję Kierowców, internetowa aukcja #RaceAgainstCovid obejmowała spory wybór pamiątek przekazanych przez kierowców, zespoły, producentów, sponsorów i artystów ze społeczności sportów motorowych.

Przeczytaj też: Motorsport w walce z COVID-19. Rywale łączą siły

Wśród wystawionych przedmiotów znajdowały się między innymi kaski i kombinezony wyścigowe od Lewisa Hamiltona, Sébastiena Loeba, Michaela Schumachera czy Toma Kristensena, a także samochód pokazowy McLaren MP4-24, dzieła sztuki i oraz możliwość przeżycia ekskluzywnych wrażeń na mających się wkrótce odbyć wydarzeniach wyścigowych.

Prezydent FIA, Jean Todt, powiedział:

Dziękuję całej sportowej społeczności związanej z aukcją #RaceAgainstCovid, która umożliwiła osiągnięcie sukcesu. Jest to konkretny dowód naszej jedności i solidarności w walce z pandemią COVID-19, a szerzej także naszego pozytywnego wkładu w społeczeństwo.

Szef Komisji Kierowców, Tom Kristensen, dodał:

Szczególnie dziękujemy zespołom, organizatorom, producentom, dostawcom i sponsorom, którzy zebrali się razem, aby ofiarować cenne przedmioty. Na tej aukcji zebrano znaczną sumę na rzecz globalnej sprawy, która wpłynie na życia ludzi na całym świecie.

Aukcja #RaceAgainstCovid była pierwszą akcją #PurposeDriven, nowego ruchu społecznego FIA dla społeczności sportów motorowych. W jego ramach FIA dołoży starań, aby działać jako katalizator i przewodnik celów i ambicji sportów motorowych, by odpowiedzialnie przyspieszyć ich pozytywny wkład w społeczeństwo we wszystkich możliwych sektorach, w tym w zakresie zdrowia, bezpieczeństwa, gospodarki, środowiska, edukacji, integracji i różnorodność.

Przeczytaj też: #WeRaceAsOne – nowa inicjatywa Formuły 1 w walce z globalną nierównością

Najnowsze

Aquaplaning – czym jest to niebezpieczne zjawisko i jak się przed nim uchronić?

Dobra przyczepność na drodze to podstawa jazdy samochodem. W głównej mierze zależy ona od zachowania kontaktu opony z drogą. Do utraty przyczepności może dojść na przykład w trakcie intensywnych opadów deszczu, których szczególne natężenie obserwujemy w ostatnich dniach, lub po wjechaniu w głęboką kałużę.

Bieżnik nie jest w stanie szybko odprowadzić wody spod czoła opony i dochodzi do wystąpienia zjawiska aquaplaningu. Ogumienie „pcha” ciecz przed sobą powodując powstanie tzw. klina wodnego. Przyczepność drastycznie spada, woda unosi pojazd, który zaczyna ślizgać się w niekontrolowany sposób. 

Aquaplaning jest szczególnie niebezpieczny dla wszystkich uczestników ruchu drogowego, ponieważ samochód traci skuteczność hamowania i możliwość zmiany kierunku jazdy. Auto zachowuje się wtedy podobnie, jak podczas poślizgu na lodzie – tył pojazdu ucieka na boki, a kierownicą operuje się nienaturalnie lekko. Zjawisko pojawia się tym szybciej z im wyższą prędkością kierowca wjeżdża w większą ilość wody nagromadzoną na drodze lub w koleinach, na oponach o zbyt niskiej głębokości bieżnika i małym ciśnieniu powietrza. Nie da się całkowicie wyeliminować zjawiska aquaplaningu, ale można obniżyć prawdopodobieństwo jego wystąpienia przestrzegając trzech podstawowych zasad. 

Używaj wysokiej jakości ogumienia
Opony renomowanych producentów, jak np. Goodyear, zapewniają bezpieczeństwo w szerokim zakresie warunków pogodowych – nie tylko tuż po ich zakupie, ale też po kilkudziesięciu tysiącach kilometrów użytkowania. Są one technicznie przystosowane m.in. do osiągnięcia najlepszych parametrów jezdnych na mokrej nawierzchni i zachowują wysoką odporność na aquaplaning. 

Przykładowo najnowsza opona letnia Goodyear EfficientGrip Performance 2 została wyposażona w technologię Wet Braking. Mieszanka o niższej sztywności ułatwia wyginanie się klocków i ścieranie wody, a duża liczba krawędzi chwytających o zwiększonej długości umożliwia bardzo sprawne odprowadzanie wody. Wysoką skuteczność opony w warunkach jazdy na mokrej nawierzchni potwierdza ocena ‘A’ na unijnej etykiecie.

Dbaj o stan techniczny i poziom ciśnienia w oponach
Dobrej jakości opony to jednak nie wszystko, aby skutecznie walczyć z aquaplaningiem. Należy zadbać też o odpowiedni poziom ciśnienia w ogumieniu. Od tego bowiem zależy w jaki sposób opona będzie przylegać do drogi. Jeśli opony są słabo napompowane wtedy nawet stosunkowo mała prędkość nie uchroni nas przed niebezpiecznym zjawiskiem aquaplaningu. Ważna jest też regularna kontrola bieżnika – jego odpowiednia głębokość determinuje skuteczność odprowadzania wody spod kół. Gdy głębokość bieżnika maleje jego zdolność do usuwania wody z drogi zmniejsza się, w efekcie pogarsza się przyczepność i wydłuża droga hamowania. 

Dostosuj prędkość do warunków na drodze
W trakcie intensywnych opadów nawet najlepsze i nowe opony nie będą w stanie odprowadzić odpowiednich ilości wody, jeśli kierowca będzie jechał zbyt szybko – dlatego tak ważne jest dostosowanie prędkości do warunków na drodze. Ponadto należy zachować odpowiedni odstęp od poprzedzającego auta, aby w razie wpadnięcia w poślizg nie doprowadzić do kolizji.

 

Najnowsze

Karolina Chojnacka

Rasistowski atak na Bubbę Wallace’a? FBI wyjaśniło sprawę

Jedyny czarnoskóry kierowca w serii NASCAR, Bubba Wallace, był przekonany, że padł ofiarą rasistowskiego ataku. Śledztwo FBI zaprzeczyło jednak tym twierdzeniom.

Przed wyścigiem NASCAR na torze Talladega Superspeedway w stanie Alabama w garażu Bubby Wallace’a zauważono wiszący sznur z pętlą. Czarnoskóry kierowca zgłosił sprawę na policję, twierdząc, że sznur z pętlą symbolizuje szubienicę i ktoś mu grozi. Co ciekawe, Wallace tej pętli nigdy nie widział, a poinformował go o niej prezydent NASCAR, Steve Phelps.

Wallace aktywnie uczestniczy w kampanii Black Lives Matter przeciwko dyskryminacji rasowej. Ruch jest szczególnie aktywny w Stanach Zjednoczonych od czasu tragicznej śmierci George’a Floyda, którego podczas interwencji brutalnie dusił policjant Derek Chauvin. Bubba Wallace, jedyny czarnoskóry kierowca w serii NASCAR, zachęcał swoich kolegów z toru, by zabrali głos w sprawie śmierci Floyda i głośno sprzeciwili się rasizmowi.

Przeczytaj też: Kierowcy wyrażają swój sprzeciw wobec rasizmu

Władze i pozostali kierowcy NASCAR poparli Wallace’a w walce o tolerancję, podkreślając, że seria wyścigowa nie godzi się na żadne przejawy dyskryminacji i ksenofobii. W poniedziałek, by pokazać swoje wsparcie dla zastraszonego szubienicą Bubby, przed wyścigiem na Talladega Superspeedway kierowcy wspólnie przepchnęli jego samochód na pole startowe, a w mediach społecznościowych królował #StandWithBubba.

Tymczasem sprawą sznura z pętlą zajęło się FBI. Dochodzenie śledczych obaliło podejrzenia kierowcy o bycie ofiarą rasistowskiego ataku. Wykazano, że lina do otwierania dachu uformowana w pętlę, znaleziona w garażu nr 4, wisiała tam od października 2019 roku. Potwierdza to nagranie wideo. W tamtym czasie garaże nie były jeszcze przydzielone poszczególnym kierowcom i zespołom i nikt nie wiedział, że akurat z tego garażu będzie korzystał Wallace. Garaż przyznano ekipie Richard Petty Motorsports dopiero w ubiegłym tygodniu.

Bubba Wallace odetchnął z ulgą:

Ostatnie dni były pełne emocji. Po pierwsze chcę powiedzieć, że czuję niesamowitą ulgę, że to nie było to czego się obawiałem. Chciałbym podziękować mojemu zespołowi, władzom NASCAR i FBI, że zadziałali szybko i potraktowali tę sprawę z pełną powagą. Myślę, że z radością przyjmiemy trochę zawstydzenia, pamiętając jakie mogły być inne alternatywy zakończenia tej historii. Chociaż niektórzy spróbują to zrobić, to ta sytuacja nie powinna umniejszyć wspaniałemu pokazowi jedności, który miał miejsce w poniedziałek i krokowi na przód, który wspólnie wykonaliśmy, by sport ten był bardziej przyjazny dla wszystkich.

Przeczytaj też: Lewis Hamilton zamierza stworzyć nową organizację, w celu zwiększenia różnorodności w świecie motorsportu

Nie wszyscy jednak uważają, że sprawa jest zamknięta. W mediach społecznościowych pojawiło się wiele głosów, że Bubba Wallace samolubnie wykorzystał trudny czas, jaki aktualnie panuje w Ameryce, by zrobić zamieszanie wokół swojej osoby, zyskać na popularności i przedłużyć kontrakt z zespołem, który nie zwolniłby go w tym sezonie obawiając się oskarżeń o rasizm. Część kibiców twierdzi, że Wallace powinien przeprosić za swoje zachowanie.  

Najnowsze

Robert Kubica zdradza tajniki serii wyścigowej DTM. Czym się rożni od Formuły 1?

Po okresie zamrożenia imprez sportowych zawodnicy powoli wracają do rywalizacji w swoich dyscyplinach. W tym gronie znajduje się również Robert Kubica, który bierze udział w testach DTM na torze Nürburgring.

W tym sezonie Robert Kubica będzie łączył obowiązki kierowcy testowego w zespole Alfa Romeo Racing Orlen z rywalizacją w serii DTM. Taki podział zadań daje mu możliwość porównania obu tych dyscyplin z perspektywy fotela kierowcy. Stoi przed nim także wyzwanie polegające na pogodzeniu obu wyścigowych kalendarzy.

Jeżeli chodzi o różnice pomiędzy DTM a Formułą 1, to przede wszystkim zdecydowanie inne są osiągi, które mocno się od siebie różnią. Pierwsza różnica, która jest widoczna gołym okiem, to fakt, że auto DTM posiada dach. Aerodynamika, będąca wizytówką bolidów F1, jest zachowana także w autach DTM, stoi ona na dużo wyższym poziomie niż w samochodach turystycznych. Można powiedzieć, że auta tej serii są mieszanką pomiędzy bolidami a samochodami kategorii GT – mówi Robert Kubica.

Jak dodaje, wyścigi DTM są bardzo kontaktowe. Trzeba jednak cały czas pamiętać o elementach aerodynamiki, uszkodzenie poszczególnych elementów w aucie DTM poskutkuje stratą przyczepności i wolniejszymi czasami okrążeń. 

To wszystko sprawia, że będę musiał się przyzwyczaić do nowości w wyścigach DTM. Na pewno pierwsze okrążenia w pierwszych wyścigach nie będą łatwe – analizuje podobieństwa i różnice pomiędzy seriami wyścigowymi Robert Kubica.

Podobieństwem w stosunku do F1 jest system punktacji. – Zwycięzca dostaje 25 punktów, drugie miejsce 18 punktów, aż do 10 miejsca. Bonusem w DTM, czego nie ma w F1, jest to, że dostaje się punkty za kwalifikacje – premiowana jest pierwsza trójka zawodników. Za pierwsze miejsce dostaje się trzy punkty, za drugie dwa i za trzecie jeden punkt. Kwalifikacje są zatem walką o jak najlepsze miejsce na starcie, ale również o dodatkowe punkty – mówi 35-letni kierowca.

Czerwcowe treningi i sierpniowy początek rywalizacji nie będzie dla Roberta Kubicy debiutem w aucie serii DTM. – Nie jest to dla mnie nowość, miałem okazję testować już takie samochody kilka lat temu, jednak od 2013 roku one się znacznie zmieniły w stosunku do tych, którymi będę miał okazję się ścigać. Zmienił się między innymi regulamin i konstrukcja – mówi Kubica, podkreślając, że auto, którym będzie się ścigał w zespole Orlen Team ART poznał w grudniu minionego roku podczas testów w hiszpańskim Jerez, po zakończeniu sezonu F1. 

To spore wyzwanie, mam nadzieję, że będziemy w stanie zawalczyć, czeka mnie trudne zadanie, cała seria stoi na wysokim poziomie, mimo że samochodów jest stosunkowo mało – mówi Robert Kubica. 

Kolejną różnicą pomiędzy F1 a serią DTM jest kwestia opon. – W Formule 1 są różne mieszanki, jest wręcz wymóg użycia różnych mieszanek w trakcie wyścigu. W serii DTM jest to prostsze, nie mamy aż tylu mieszanek, jest tylko jedna, opony typu slick, które są wykorzystywane na każdym torze, w każdych warunkach. Mamy też opony deszczowe, kiedy na torze jest mokro. W Formule 1 są tzw. opony przejściowe, czego nie ma w serii DTM. Jest więc bardzo możliwe, że w serii DTM nie jedzie się na optymalnych oponach w stosunku do zmiennych warunków, co jest sporym wyzwaniem i nowością dla mnie – mówi kierowca Orlen Team ART, dodając, że ma nadzieję na szybkie zapanowanie nad niuansami.

Każdy kierowca ma wiedzę i doświadczenie płynące z prowadzenia pojazdu w danych warunkach. Jeśli np. nie będzie padać podczas testów, a rozpada się w trakcie wyścigu, to ja wtedy takie doświadczenie będę zbierał w trakcie wyścigu. Na pewno pierwsza część sezonu nie będzie łatwa, czeka mnie sporo nauki – mówi Kubica.

DTM i Formułę 1 różni również kwestia m.in. pit stopów. W serii DTM jeden pit stop jest obowiązkowy, ale nie jest on powodowany koniecznością zmiany opon czy mieszanki. Dużą różnicą pomiędzy obiema seriami jest liczba mechaników oraz czas, jaki się spędza w alei serwisowej. 

W serii DTM mechaników może być maksymalnie ośmiu. Wokół bolidu pracuje 5 osób, a 4 zmieniają koła. W Formule 1 każda osoba ma swoją rolę, jest to łatwiej zoptymalizować, w serii DTM mamy do dyspozycji mniej osób, które muszą wykonać więcej pracy. Ich zadaniem jest odkręcenie koła, ściągnięcie go, założenie nowego, przykręcenie i np. zmiana osi. Osoby są podzielone na strony samochodu, najpierw zajmują się przednią osią, a potem tylną, w zależności od konfiguracji auta. Walka w serii DTM jest bardzo zacięta, w pit stopie można zyskać lub stracić dużo czasu. Dla kierowcy takiego jak ja, który w aucie DTM będzie siedział po lewej stronie, a nie na środku jak w bolidzie F1, nowością będzie także sam proces wjeżdżania na stanowisko serwisowe – analizuje pochodzący z Krakowa kierowca.

Testy DTM na torze Nürburgring potrwają do 11 czerwca. Pierwszy oficjalny start w nowej serii Robert Kubica zaliczy w dniach 1-2 sierpnia na belgiskim Spa-Francorchamps.

Kalendarz serii DTM 2020:

01-02 sierpnia – Spa- Francorchamps
14-16 sierpnia – Lausitzring
21-23 sierpnia – Lausitzring
04-06 września – Assen
11-13 września – Nürburgring
18-20 września – Nürburgring
09-11 października – Zolder
16-18 października – Zolder
06-08 listopada – Hockenheim

Najnowsze

Edyta Klim

Justyna „Malutka” Wacławik – spełnia swoje marzenia na torze

Czasami jeden dzień zmienia bieg wydarzeń. Tak właśnie było z Justyną, która pojechała na tor i zainspirowana jazdą innej motocyklistki, postanowiła w tym kierunku się rozwijać.

Masz ksywkę „Malutka” – ze swojego doświadczenia potwierdzisz, że niższe osoby mają nieco pod górkę w zaprzyjaźnieniu się z motocyklami?

Tak, mam ksywkę „Malutka”, co oczywiście idealnie odzwierciedla moje gabaryty – 159 cm wzrostu. Myślę, że na początku przygody z motocyklami niski wzrost na pewno jest pewnym utrudnieniem, ale jak to mówią – dla chcącego nic trudnego! Z tego co mi wiadomo, jest teraz możliwość zdawania egzaminu na obniżonym motocyklu, co daje chociaż ten komfort psychiczny, że dosięga się do ziemi połową stopy, a nie stoi na paluszkach jak baletnica (śmiech).

Pamiętam, że mój pierwszy motocykl (Honda CBR F4iSport) był dla mnie zbyt wysoki i ledwo byłam w stanie postawić go do pionu, a każde zatrzymanie łączyło się ze strachem. Natomiast są takie cudowne wynalazki, jak zestaw obniżający do motocykla, który można zamontować i dzięki temu zyskuje się naprawdę ogromny komfort! Tym bardziej, jak jeździ się głównie po ulicy i wiadomo, że można napotkać wiele niedogodności, takich jak koleiny, czy nawet delikatną górkę. 

Jak u Ciebie wyglądały te początki motocyklowej pasji?

Prawo jazdy robiłam 3 lata temu, a wcześniej jeździłam jako „plecak” i już po głowie chodziły mi myśli, żeby zrobić prawko, kupić motocykl, i nie być od nikogo zależną. Na początku nie ukrywam, że było dość mocno pod górkę, np. hamowanie bez gleby, bo miałam za krótkie nogi – stało się normą (śmiech). Z każdą jazdą było coraz lepiej, natomiast były manewry, z którymi miałam ogromny problem – na wolnym slalomie poległam 3 razy na egzaminie, jednak nadal mnie to nie zraziło. Może to kwestia tego, że jestem uparta jak osioł i miałam przy sobie cudownego człowieka, czyli Pawła – mojego narzeczonego, który wierzy we mnie bardziej, niż ja sama. Za czwartym razem zdałam, a później było już coraz lepiej! To oczywiście też zasługa Pawła, który wprowadzał mnie w motocyklowy świat i wiele rzeczy tłumaczył. Pomimo tego, że nie jeździł już po drogach, towarzyszył mi w pierwszych jazdach, mówiąc przez intercom, na co mam zwracać uwagę. Dał się namówić nawet na motocyklowe Bieszczady i Mazury.

Wasze poznanie się też miało motocyklowe tło?

Tak, bo poznaliśmy się podczas mojego kursu na kat. A. Ja jeszcze studiowałam i wymyśliłam sobie, że chciałabym napisać pracę magisterską na temat problemów bólowych u motocyklistów. Pojechałam na szkolenie u Tomka Kulika na torze Radom i tam poznałam Pawła. A to było w Prima Aprilis – śmiejemy się z tego do dnia dzisiejszego.

Od razu ciągnęło Cię do sportowych motocykli i rywalizacji? 

Od początku marzył mi się czarny, sportowy motocykl. Pamiętam, jak wiele razy zasypiałam, wyobrażając sobie siebie na nim (chociaż wtedy jeszcze nie miałam żadnego pojęcia o tym, jaka to będzie marka). Kupiłam Hondę CBR600 F4iSport, chociaż na początku słyszałam mnóstwo rad na temat, czym powinnam jeździć. Oczywiście najczęściej padały teksty, że dla takiej drobnej kobiety, to najlepsza będzie jakaś 250-tka albo 300-setka. Tylko Paweł nigdy mi nie mówił, co mam kupić. Dawał propozycję, ale decyzja należała do mnie i tak naprawdę teraz wiem, że to dzięki niemu kupiłam Hondę, motocykl sportowo-turystyczny. Uważam, że jest idealny na początek, jeśli marzy się o motocyklu typowo sportowym w przyszłości.

Na początku marzyły mi się tylko wyprawy motocyklem, chociaż Paweł namawiał mnie na tory, gdzie sam jeździł najchętniej. Potem nastąpił taki moment, kiedy powiedziałam sobie, że chce na 100% jeździć po torze! Pojechałam z Pawłem na tor do Lublina i oglądałam, jak się tam jeździ. W pewnym momencie na tor wjechała kobieta i jeździła tak pięknie, z finezją, ale jednocześnie z pazurem, „kopiąc niejednemu facetowi tyłek” (śmiech). Myślałam wtedy: „Booooziu, jak ona pięknie jeździ! Jak jest sklejona z motocyklem. Ja tez tak kiedyś będę jeździć!”. Później oczywiście poznałam moją motywatorkę i idolkę – Lolkę. Zawsze mówię, że Ola była, jest i będzie, moim największym wzorem i ogromnym kopem do jazdy torowej.

Tak się zaczęła moja przygoda z torami, a co do rywalizacji, ścigania na czas – to tego nie lubię (śmiech). Większą frajdę mam z rywalizacji sama ze sobą, żeby podczas każdego wyjazdu ćwiczyć jakieś rzeczy i być lepsza/szybsza od siebie samej, poprzednio. Rywalizację z innymi omijam szerokim łukiem, wolę wspierać, motywować, jeśli tylko jestem w stanie komuś pomóc i zarazić tą cudowną pasją!

Od kiedy jeździsz po torze?

Mój pierwszy raz na torze miał miejsce dwa lata temu w Ułężu, wzięłam wtedy mojego drogowego GSX-R’a 750 K6 (wymarzonego następcę Hondy). Początki na torze były tragiczne, śmierć w oczach – wydawało mi się, że już jestem tak nisko, prawie barkiem trę o asfalt, tyle że do kolana to miałam jeszcze daleko (śmiech). Kilka razy wjechałam w trawę i wtedy stwierdziłam, że czas kupić coś, na czym będę mogła się uczyć, a jak się wywrócę – to nie będzie mi sprzętu szkoda. Decyzja padła na starszą wersję Kawasaki ZX400R.

To był dobry wybór?

Byłam nim 2-3 razy na Ułężu, raz na Radomiu i nie ukrywam, że była to bardzo trudna miłość (śmiech). Ciężko mi było się na „kawie” ułożyć, ponieważ była dość długa i niestety zbyt dla mnie ciężka. Do tego trzeba było mocno ją kręcić, przez co nie raz siedziałam obrażona, głównie na siebie i motocykl (śmiech). Jednak mój upór uruchamiał głos w głowie: „Spróbuj jeszcze raz, a może się uda” za każdym razem, jak już sobie mówiłam, że mam to gdzieś i na pewno to nie jest dla mnie! Do tego bliskie mi osoby, takie jak Paweł i Ola, bardzo mnie motywowały, żebym się nie poddawała i dalej jeździła. Nie od razu Rzym zbudowano, więc faktycznie, żeby jeździć – trzeba jeździć, bo nic samo się nie zrobi (śmiech). Ten motocykl nie podbił mojego serca, być może z aktualnym doświadczeniem nasza współpraca przebiegałaby lepiej.

Na „kawie” też zaliczyłam swoja pierwszą glebę na torze, trochę się poobijałam i połamałam kilka rzeczy w motocyklu, ale Paweł bardzo szybko mi go naprawił i mogłam dalej próbować swoich sił. Pod koniec sezonu 2018 trafiła się okazja i kupiłam torowego GSX-R’a 750 K6, co oczywiście było spełnieniem kolejnego, mojego marzenia. Najbardziej dumna jestem z sezonu 2019, bo był dla mnie tak w stu procentach sezon torowy.

Jakie postępy w tym czasie zrobiłaś?

Jeździłam bardzo dużo, minimum raz w tygodniu na Radomiu, a jak się udało, to i czasami wpadał w piątek Słomczyn. Wtedy zrobiłam ogromne postępy pod kątem mojej jazdy, pierwszy raz wyjechałam na duży tor Hungaroring i zaliczyłam pierwsze kolano (śmiech). Plusem było to, że Paweł jest instruktorem doskonalenia techniki jazdy, więc byłam pod stałą opieką instruktora i nie ukrywam, że to dzięki jego profesjonalnej opiece zrobiłam taki progres i uczyłam się od początku prawidłowych nawyków, dlatego każdemu polecam zainwestować w jazdy z instruktorem.

Postępy, jakie widzę w przeciągu tych dwóch sezonów jazdy po torze są ogromne. Mam większą świadomości motocykla, nie jest już dla mnie problemem, że stoję na palcach jednej nogi, ruszam i zatrzymuję się, bez zbędnego myślenia i analizowania. Mam większą świadomość wszelkich manewrów, a jazda torowa oczywiście też przełożyła się na pokonywanie zakrętów, gdy wyjadę na ulice, chociaż zdarza mi się bardzo rzadko, ponieważ boję się o swoje życie…

Jeździsz też na pitbike?

Pod koniec sezonu 2018 mój Paweł kupił pierwszego „pitka” i zaczął jeździć z kolegami na parkingach supermarketów po zmroku, kręcąc kółka, ósemki itd.. Wtedy padł pomysł na stworzenie zespołu i tak powstał REDBIKE RACING TEAM. Paweł zaczął też robić szkolenia na pitbike, dzięki temu ja też mogłam pojeździć i przełamać jakieś swoje lęki.

Co Ci to konkretnie dało?

„Pity” dały mi ogromnie dużo, pod kątem pracy gazem, obserwacji, jak pracuje zawieszenie, no i przełamania lęku przed pochyleniem motocykla. Niewiele tam można zepsuć, a przy glebie za wiele się nie dzieje, oprócz poobijanych boków (śmiech). Tylko niech to nikogo nie zmyli, że to tylko dla niskich osób – mamy w zespole kolegę, który ma 198 cm wzrostu i świetnie sobie radzi. Przy czym nigdy nie powiedział, że pitbike jest dla niego za mały (śmiech). Zimą mieliśmy szkolenia na hali w Piasecznie, ale ja nie mogłam w nich brać udział z powodu obłożenia pracą. Zaobserwowałam jednak dużą poprawę w jeździe motocyklowej u kolegów, którzy korzystali z tych treningów.

Jaki teraz masz motocykl i czy on jest tym wymarzonym?

Aktualnie mam dwa GSXRy 750k6, jeden jest drogowy, a drugi torowy, więc mogę powiedzieć, że moje marzenie się spełniło i to nawet podwójnie! (śmiech) Po pierwszej Hondzie CBR F4iSport, Suzuki GSXR 750 jest trochę jak skalpel w rękach chirurga. Trzeba faktycznie zważać na każdy ruch, bo jeden błąd może dużo kosztować… Oczywiście jest to tylko opinia, wynikająca z mojego doświadczenia.

Jakie masz plany na ten motocyklowy sezon?

Nie ukrywam, że planów było sporo, ale wirus trochę je pozmieniał… Mieliśmy pojechać znowu na Hungaroring, gdzie mogłabym porywalizować sama ze sobą sprzed roku (śmiech). Chcieliśmy odwiedzić piękny tor w Poznaniu, ale jak na razie, wszystkie te wyjazdy stoją pod wielkim znakiem zapytania. Na początku myślałam, że ten sezon zaczął się dla mnie kiepsko, ponieważ podczas pierwszego mojego Truck Day’a na Słomczynie miałam małą glebę i uszkodziłam bark. Jednak nic nie dzieję się bez przyczyny, bo dzięki temu poznałam cudowną koleżankę, która się mną opiekowała w szpitalu, a teraz my możemy jej pomóc w początkach na torze. 

Na chwilę obecną plany się cały czas zmieniają. Planuję pojawiać się regularnie na Radomiu i na Słomczynie. Na pewno chcę popracować jeszcze bardziej nad pozycją, prędkością i hamowaniem. Budzi się we mnie również dusza instruktora, a bardziej osoby, która chce przekazać i zarazić innych swoją pasją, i miłością do torów!

Najnowsze