Zawodowi kierowcy nie popisali się na autostradzie. Dołączył do nich nadpobudliwy kierowca osobówki

Filmik niczym pocztówka z polskiej autostrady. Blokowanie ruchu, brak bezpiecznych odstępów i złośliwe hamowanie, które niemal doprowadziło do groźnej sytuacji.

Zdarzenie obserwujemy z perspektywy kierowcy ciągnika siodłowego, którego wyprzedza dostawczak. Wyprzedza i wyprzedzić nie może. Od pojawienia się w kadrze do zjechania tuż przed tira mija 40 sekund! Tyle zajęło mu zwiększenie dystansu o jakieś dwie własne długości. To ile on wyprzedzał cały zestaw z naczepą? Trzy minuty? Pięć minut?

Urażony kierowca Mercedesa zajeżdża drogę tirowi na autostradzie

Każdy ma prawo wyprzedzić inny pojazd i ma prawo zrobić to we własnym tempie. Ale takie manewry to zwyczajne blokowanie lewego pasa i utrudnianie innym ruchu. Nie dziwi nas zdenerwowanie innych kierowców, ale zachowanie kierującego Nissanem zasługuje na potępienie. Zaczął hamować przed dostawczakiem i zajeżdżać mu drogę, co mogło doprowadzić do kolizji, co na autostradzie jest szczególnie niebezpieczne.

Kontrowersyjna sytuacja na autostradzie. Mógł być karambol?

W kolizji mógł brać udział również autor nagrania. Po tym jak dostawczak wjechał mu tuż przed nos, ani myślał zwiększyć do niego odstęp. Przecież to takie polskie jechać na autostradzie na zderzaku innego pojazdu i potem bluzgać z nerwów, bo coś nas zmusiło do hamowania i ledwo zdążyliśmy.

Najnowsze

Głośna sprawa potrącenia dziewczynki na przejeździe rowerowym. Policja podziela naszą ocenę sytuacji?

Czytając niektóre artykuły na temat tego zdarzenia, można odnieść wrażenie, że jakiś bandyta drogowy na motocyklu omal nie zabił dziecka na rowerku, a następnie uciekł, zostawiając bez pomocy swoją ofiarę oraz jej zrozpaczoną matkę. My oglądając to samo nagranie, mieliśmy nieco inną ocenę tej sytuacji, którą najwyraźniej podziela także policja.

Przypomnijmy, że do omawianej sytuacji doszło 25 czerwca w Olsztynie. Na nagraniu z kamery zamontowanej w autobusie widać, jak pojazd zwalnia przed przejściem dla pieszych, ale się nie zatrzymuje. Z niewielką prędkością zbliża się do przejazdu rowerowego, na który wjeżdża matka z dzieckiem na rowerze, a za nią podąża dziewczynka na własnym rowerku.

Nasz osąd sprawy przeczytacie tu: 
Motocyklista potrącił na pasach małą dziewczynkę!
Motocyklista który potrącił 6-latkę zatrzymany przez policję. Oto czego o sprawie nie mówią media

Dotaczający się do ronda autobus mógł zmylić motocyklistę – skoro nie zatrzymał się przed przejściem, tylko jedzie, to chyba droga jest wolna. Niestety zapomniał, że nie ma to znaczenia i nie wolno wyprzedzać ani omijać innego pojazdu w obrębie przejścia. Motocyklista wjechał dokładnie między matkę a dziewczynkę, która nie miała szansy zareagować i uderzyła w koło motocykla, upadając na asfalt. Natychmiast uciekła z jezdni – co było doskonałą reakcją – a motocyklista zsiadł z maszyny, zaniósł matce rowerek i po chwili odjechał.

Początkowo sprawa została umorzona przez policję (motocykl nie miał tablicy rejestracyjnej), ale po pełnym dramatyzmu apelu matki, wyzywającym do ukarania sprawcy kolizji (w której nikomu nic się nie stało) oraz upublicznieniu nagrania ze zdarzenia, udało się ustalić tożsamość mężczyzny. Ktoś zauważył jego motocykl na parkingu, skojarzył z wideo i poinformował o tym policję.

Teraz dowiedzieliśmy się, że funkcjonariusze skierowali sprawę do sądu, a we wniosku postawili mężczyźnie zarzut spowodowania zagrożenia w ruchu lądowym i zaproponowali karę 800 zł oraz zakończenia sprawy w trybie nakazowym (bez rozprawy). Jednak według informacji Polskiej Agencji Prasowej sąd ma odrzucić takie rozwiązanie, przeprowadzić normalną rozprawę i zaproponować karę grzywny w wysokości 1500 zł oraz roczny zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych.

Rozpędzony rowerzysta potrącił samochód! Tak było, naprawdę!

Wygląda na to, że policja oceniła zajście podobnie do nas i nie postawiła mężczyźnie na przykład zarzutu ucieczki z miejsca zdarzenia, o co oskarżała go matka dziecka. Pytanie tylko, dlaczego sporządzono wniosek do sądu, skoro taryfikator mandatowy przewiduje sankcje za takie wykroczenia. Konkretnie do 500 zł za spowodowanie kolizji oraz 200 zł za wyprzedzanie w rejonie przejścia dla pieszych i przejazdu rowerowego.

Wiele osób było głęboko oburzonych całym zajściem, a komentarze krytykujące łagodność proponowanych kar także się już pojawiły. Skąd więc taka „pobłażliwość” organów ścigania? Sądzimy, że przez komentujących przemawiają emocje, które zawsze się pojawiają, kiedy w grę wchodzi los dziecka. Patrząc jednak na sprawę obiektywnie, sytuacja była niebezpieczna, ale okazała się niegroźna. Między innymi dlatego, że motocyklista jechał powoli i zdarzenie nastąpiło przy minimalnej prędkości. Ale popatrzcie na tytuł nagrania: „potrącił na pasach ścigaczem” – czy nie sugeruje to, że jechał szybko? Kto jeździ na ścigaczach? Wiadomo – ten, co szaleje i pędzi z ogromnymi prędkościami na jednośladach (polski stereotyp). Nic dziwnego, że kogoś w końcu potrącił, prawda? Ogólna narracja była też taka, że motocyklista uciekł z miejsca zdarzenia (kolejny dowód na to, że mamy do czynienia z draniem), czego policja nie uznała, jak już wspominaliśmy.

Dlaczego „kolarze” nie jeżdżą po drogach dla rowerów – wyjaśnia „król rowerów”

W naszych poprzednich materiałach na temat tego zajścia, wspominaliśmy także o jeszcze jednej kwestii – dziewczynki w ogóle nie powinno być na tym przejeździe. Korzystanie z dróg dla rowerów jest dozwolone dla osób, które ukończyły 10. rok życia i uzyskały kartę rowerową. Tymczasem mała rowerzystka ma zaledwie 6 lat. Oznacza to, że w ogóle nie powinna sama poruszać się na rowerku! Zgodnie z art. 33, pkt. 2 ustawy Prawo o ruchu drogowym: „dziecko w wieku do 7 lat może być przewożone na rowerze, pod warunkiem, że jest ono umieszczone na dodatkowym siodełku zapewniającym bezpieczną jazdę”. Dopiero mając skończone 7 lat dziecko może samo jechać, ale wtedy wraz z opiekunem traktowani są jako piesi i muszą poruszać się chodnikiem. Ponadto matka sama przyznała, że to była pierwsza przejażdżka rowerowa. Co gorsza dziewczynka jechała za nią, więc matka nie miała żadnej możliwości kontrolowania jej. Co powiedziała sześciolatce podczas pierwszej przejażdżki w normalnym ruchu drogowym? „Jedź za mną i jakoś to będzie”? Prawda jest taka, że policja równie dobrze mogłaby ją ukarać mandatem za niewłaściwe korzystanie z drogi dla rowerów i narażenie dziecka na niebezpieczeństwo. Oczywiście w zaistniałej sytuacji byłoby to co najmniej niestosowne, ale mamy nadzieję, że nie obeszło się bez pouczenia. Nieznajomość przepisów nie jest wśród rowerzystów niczym nowym, ale kiedy bierze się odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale i za własne dziecko, chyba warto zainteresować się przepisami?

Najnowsze

Prawie 50 pojazdów spłonęło na parkingu! Wszystkiemu winne auto elektryczne?

W pożarze, do którego doszło na ulicy Górczewskiej w Warszawie, spłonęło 46 pojazdów, stojących w parkingu podziemnym, a sama konstrukcja budynku mogła zostać naruszona. Według informacji, jakie pojawiły się w mediach, przyczyną pożaru mogło być elektryczne auto.

Zdarzenie miało miejsce w nocy z czwartku na piątek. Z niewyjaśnionych dotąd przyczyn w podziemnym garażu wybuchł pożar, który zniszczył lub uszkodził 46 pojazdów. Szczęśliwie nie rozprzestrzenił się on do części mieszkalnej i żaden z lokatorów nie ucierpiał. Nie jest jednak pewne, czy będą mogli oni wrócić do swoich mieszkań, ponieważ ogień naruszył konstrukcję budynku.

Eksplozja dosłownie rozerwała samochód! To nie była bomba, tylko ładujący się elektryk

Trochę światła na sprawę rzuciła Karolina Gałecka ze stołecznego ratusza, która w swojej wypowiedzi dla Radia Kolor zdradziła:

Najprawdopodobniej przyczyną był pojazd elektryczny, samochód lub hulajnoga, która znajdowała się w garażu. Łącznie spłonęło 46 pojazdów.

Potwierdzenia tych słów nie udało się nam znaleźć w żadnych oficjalnych komunikatach, ale scenariusz taki jest bardzo możliwy. Znane jest całe multum przypadków, w których podczas ładowania baterii dochodziło do uszkodzenia jednego z ogniw. Na skutek tego rozgrzewa się ono do bardzo wysokich temperatur i może zacząć się palić, nagrzewając i uszkadzając sąsiadujące ogniwa, rozpoczynając reakcję łańcuchową. Systemy zarządzające ładowaniem potrafią wykrywać i zapobiegać takim sytuacjom, ale zdarza się, że zawodzą.

Auto elektryczne stanęło w płomieniach i podpaliło dwa inne pojazdy!

Paląca się bateria litowo-jonowa powoduje pożar, który niezwykle trudno opanować i który może ponownie wybuchać już po ugaszeniu (zdławienie ognia nie musi oznaczać przerwania procesów chemicznych zachodzących w uszkodzonym akumulatorze). Czasami dochodzi wręcz do wybuchów, przez które tym łatwiej ogniem mogą zająć się sąsiadujące pojazdy lub elementy instalacji budynku.

BMW wycofuje prawie wszystkie modele PHEV zbudowane w 2020 roku! Wszystko z powodu zagrożenia pożarowego!

W teorii pożar może wywołać także samochód hybrydowy plug-in, który korzysta przecież z takiego samego rodzaju baterii i systemu ładowania. Różnica leży jedynie w wielkości baterii, która choć ma kilkukrotnie mniejszą pojemność, również może sprawić, że całe auto spłonie. Odrzucilibyśmy za to sugestię, że mogła to być elektryczna hulajnoga. Mają one zbyt małe baterie, a ponadto hulajnoga, w przeciwieństwie do samochodu, nie składa się z całego mnóstwa łatwopalnych elementów.

Najnowsze

Lexus LC po delikatnym tuningu Modellista. Pakiet modyfikacji warty 67 tysięcy złotych – warto?

Futurystyczna stylistka Lexusa LC przyciągają specjalistów od tuningu i miłośników modyfikacji. Przykład daje warsztat Modellista, w którego ofercie znajdziemy nowe części do LC w wariantach coupé i cabrio.

Tym razem specjaliści z warsztatu Modellista postawili na delikatny tuning. Lexus LC w ich wydaniu jest odziany w niewielki przedni spojler, dokładki na progi oraz tylny dyfuzor z czterema końcówkami wydechu w kształcie rombów.

Lexus LC po delikatnym tuning Modellista. Pakiet modyfikacji warty 67 tysięcy złotych - warto?

Całość uzupełniają 21-calowe obręcze z kutego aluminium ze smukłymi, sierpowatymi ramionami. Z racji asymetrycznego wzoru każde z czterech kół było projektowane indywidualnie. Elementy pakietu stworzonego dla sportowego Lexusa oraz felgi otrzymały błyszczące, chromowane wykończenie.

Lexus LC po delikatnym tuning Modellista. Pakiet modyfikacji warty 67 tysięcy złotych - warto?

Modyfikacje można zastosować w Lexusie LC z twardym dachem, a także w kabriolecie LC Convertible. Łączna cena wszystkich części zaczyna się od 1,8 mln jenów, czyli niecałych 67 tys. zł w bezpośrednim przeliczeniu. Sam kompletny zestaw kół z oponami Michelin Pilot Super Sport i nakrętkami kosztuje ponad 1,2 mln jenów, czyli około 44 tys. zł.

Lexus LC po delikatnym tuning Modellista. Pakiet modyfikacji warty 67 tysięcy złotych - warto?

Pakiet części do modeli LC oraz LC Convertible przygotowało też TRD Japan. W ofercie wyróżniają się przede wszystkim spore tylne skrzydło oraz osłona zmniejszająca działanie wiatru w czasie jazdy – elementy stworzone specjalnie dla odmiany z miękkim dachem. Za tuning Lexusa LC zabrał się również warsztat Artisan Spirits. Jego efektem jest specjalny, rozbudowany pakiet Black Label GT, w którego skład wchodzą szeroki body kit oraz skrzydło marki Voltex o imponujących rozmiarach.

Lexus LC po delikatnym tuning Modellista. Pakiet modyfikacji warty 67 tysięcy złotych - warto?

Najnowsze

Goodc

Koronawirus i dezynfekcja samochodu – czy ozonowanie auta zlikwiduje wirusa?

Druga fala zachorowań na COVID-19 w naszym kraju stała się faktem. Po wakacyjnym rozluźnieniu znów trzeba więc przypomnieć sobie o wszystkich sposobach na zmniejszenie ryzyka zakażenia. Oprócz zasłaniana nosa i ust oraz dezynfekowania rąk, warto pomyśleć także o bezpiecznym i skutecznym oczyszczeniu swojego samochodu.

W tym może nam pomóc ozonator. Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego – Państwowy Zakład Higieny zaleca ozonowanie jako skuteczny sposób na dezynfekcję pomieszczeń i obiektów użyteczności publicznej w dobie pandemii koronawirusa. Ozonatory działają więc w szpitalach, restauracjach, sklepach, ale równie dobrze sprawdzą się w przypadku samochodów, gdzie mikroorganizmy także lubią się gromadzić – chociażby na dotykanej wielokrotnie w ciągu dnia kierownicy.

Ozon to trójatomowa cząsteczka tlenu, która rozpadając się, uwalnia wolny atom, a ten łączy się z bakteriami, grzybami i wirusami, skutecznie je utleniając i niszcząc. Marcin Wojnowski z RS Auto w Białymstoku, gdzie codziennie można skorzystać z usługi samoobsługowego ozonowania samochodu, wyjaśnia:

Proces ten trwa od 10 do 20 minut, zależnie od stopnia zanieczyszczenia pojazdu. Jeśli wnętrze nie było przez długi czas odkażane, warto wykonać dwa krótsze procesy ozonowania, dwa razy po 10-15 minut z kilkuminutową przerwą na wietrzenie.

Koronawirus i dezynfekcja samochodu – czy ozonowanie auta zlikwiduje wirusa?

Przeczytaj też: Kierowca ma koronawirusa – czy kwarantannę musi odbyć także jego samochód?

Jak przebiega ozonowanie? Przed zabiegiem najlepiej jest wymienić filtr kabinowy, ustawić obieg powietrza na pracę ciągłą w obiegu zamkniętym i włączyć klimatyzację z maksymalną siłą nadmuchu. Następnie uchyla się lekko szybę od strony kierowcy, tak by można było włożyć przez nią przewód ozonatora i umieścić w okolicy lusterka wstecznego. Należy uważać, by szyba nie zgniotła rurki ozonatora i powietrze mogło swobodnie przepływać.

Po zabiegu wnętrze auta trzeba koniecznie dokładnie wywietrzyć, gdyż nie jest wskazane wdychanie ozonu w dużym stężeniu. Po wywietrzeniu można bezpiecznie podróżować, bez pasażerów na gapę w postaci wirusów.

Ozonowanie jest całkowicie bezpieczne dla wnętrza samochodu – nie uszkodzi tapicerki ani elementów wyposażenia. Koszt takiego jednorazowego zabiegu to mniej niż 10 zł, ponieważ za dwie minuty ozonowania zapłacimy jedynie złotówkę. Z generatora ozonu warto korzystać przynajmniej raz w miesiącu. Pozbędziemy się w ten sposób nie tylko wirusów, ale i nieprzyjemnych zapachów z wnętrza auta.

Przeczytaj też: Rekordy zarażeń koronawirusem, rząd rozważa nowe restrykcje. Co to oznacza dla kierowców?

Najnowsze