Volkswagen w Formule 1? FIA na to liczy

17 września 2020
Niedawne wypowiedzi prezesa Volkswagena świadczą o poważnym zainteresowaniu koncernu Formułą 1. Tak przynajmniej interpretuje je Jean Todt, prezydent FIA.

Marki VW, Audi oraz Porsche, są obecne w Formule E, pierwszej, całkowicie elektrycznej serii wyścigowej. Prezes Volkswagena, Herbert Diess powiedział jednak ostatnio, że:

Formuła 1 z paliwami syntetycznymi byłaby znacznie bardziej ekscytująca oraz stanie się lepszymi zawodami technologicznymi niż Formuła E.

W rozmowie z „Auto Motor und Sport” prezydent FIA, Jean Todt, stwierdził, że słowa Diessa mogą świadczyć o poważnym zainteresowaniu koncernu Formułą 1:

Słyszałem je, ale nie osobiście od pana Diessa. Dlatego chcę być ostrożny w swoich komentarzach. Nie wiem, czy na pewno jego wypowiedź tak brzmiała. Gdyby jednak faktycznie tak było, mogę mu tylko przekazać: witamy w Formule 1.

Przy okazji Todt przyznał także, że  FIA dąży do wprowadzenia e-paliw w Formule 1 już od 2023 roku. Ich zastosowane utorowałoby drogę do poprawy przepisów dotyczących jednostek napędowych.

Jeśli do 2023 roku uda nam się wprowadzić e-paliwa, będziemy wtedy bardziej elastyczni w wyborze architektury silnika. Możemy pomyśleć o mniej złożonej jednostce napędowej, o ile nadal będzie wydajna.

Przeczytaj też: Jean Todt: FIA jest organizacją apolityczną

Jeśli Volkswagen faktycznie zdecyduje się na wejście do Formuły 1, będzie go to sporo kosztować. Po zmianie w przepisach od sezonu 2021 nowy zespół, który chciałby dołączyć do stawki Formuły 1, będzie musiał zapłacić pozostałym ekipom łącznie 200 milionów dolarów.

Opłata jest częścią uzgodnień zawartych w niedawno podpisanym, nowym Porozumieniu Concorde i ma na celu ochronę dochodów obecnych ekip. W związku z przyjęciem przez zespoły nowego, znacznie bardziej sprawiedliwego podziału nagród, obawiano się, iż dołączające zespoły mogą zmniejszyć dochody długoletnich uczestników, zasłużonych dla sportu, bo suma pieniędzy byłaby dzielona np. na jedenaście ekip, zamiast obecnych dziesięciu. Ustalono więc, iż nowy uczestnik chcący dołączyć do stawki musi wpłacić każdemu rywalowi po 20 milionów dolarów.

Nie wszystkim spodobał się ten pomysł. Jean Todt broni jednak tej decyzji:

Wolałbym mieć w stawce dwanaście zespołów, a nie dziesięć. Natomiast ta opłata jest rodzajem gwarancji poważnego zgłoszenia. Po dopracowaniu limitu budżetowego, teraz możemy porozmawiać, czy chcemy dołączyć kolejne ekipy do tego grona.

W podobnym tonie wypowiada się Zac Brown, podkreślając, między innymi że dzięki opłacie władze F1 będą mieć pewność, że potencjalni nowicjusze będą na odpowiednim poziomie organizacyjnym:

Celem tych 200 milionów jest ochrona wartości istniejących zespołów.

Wydaje mi się, że jako branża próbujemy zapobiec temu, co miało miejsce w przeszłości, gdy amerykański zespół ogłasza wejście w F1 i nigdy nie dociera na tor. Te 200 milionów upewni nas, że ten, kto chce dołączyć do sportu, ma na to środki. Ukróci to takie przypadkowe ogłoszenia, kiedy ludzie komunikują, iż wchodzą, a potem nie widać ich na torze. Nie sądzę, aby w jakimkolwiek innym sporcie były takie przypadki.

Brown wyznał też, że nie ma wątpliwości, że wydane przez nowicjusza 200 milionów z pewnością szybko się zwróci:

Patrząc na wartość franczyzy i rozwój Formuły 1, odzyskasz te 200 milionów w przyszłości. Przepisy są tak napisane, że Liberty Media i zespoły mogą dostosowywać tę kwotę.

Przeczytaj też: Williams opuszcza Formułę 1!

Komentarze

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Twój może być pierwszy!