Katarzyna Frendl

Volkswagen T-ROC – pierwsza jazda: w śnieżycach Austrii

Czy nowy model Volkswagena zawalczy o kupców kompaktów i hatchbacków? T-ROC z pewnością nie wtopi się w tłum wyjeżdżających na nasze ulice SUVów i crossoverów, bo ewidentnie się wyróżnia. Tylko czym? No i jak się prowadzi? Na te pytania znalazłam odpowiedź w zaśnieżonej Austrii.

W Austrii, w zimie, nie mogło zabraknąć śniegu. I świetnie! Przecież mając do dyspozycji najnowszy model Volkswagena – T-ROC z napędem 4Motion, czyli na cztery koła, aż prosiło się, żeby przetestować go w odpowiednich warunkach. Można zaryzykować stwierdzenie, że ekstremalnych warunkach, bo śnieżyce, drogi pokryte śniegiem i lodem, przejazd trasą, znaną z filmu „Spectre” w okolicach lodowca Kaunertal (piąta najwyżej położona droga w Europie) wspinaczką na wysokość 2764 n.p.m. – to nie są okoliczności, które czesto spotykamy w polskich miastach. A teoretycznie – przynajmniej z wyglądu – T-ROC pasuje do miasta jak ulał. Wygląda designersko, czyli trendy, zwłaszcza z odmiennym kolorem dachu niż reszta nadwozia. Jest zgrabny i… jakiś taki pozytywny. Może przód mu się nie „uśmiecha”, a reflektory i szeroki czarny pas z dużym logo VW zbliżają się aparycją do starszych i większych braci, to z boku, z tyłu i wewnątrz samochód zdaje się mówić: „chcę się z Tobą zaprzyjaźnić! Zechcesz zasiąść w środku?”. No jasne, że chcę!

Wygląd to nie wszystko, ale…
T-ROC mi się podoba. Sądzę też, że wielu z Was uzna go za ładny samochód. Bo nie dość, że ma ciekawe, dwukolorowe nadwozie (trzy kolory dachu do wyboru, 11 kolorów nadwozia), zadziorny, nowoczesny przód, to i wyjątkowo zgrabny tył. Patrząc na konkurentów z segmentów premium, bo do nich moim zdaniem T-ROC ewidentnie aspiruje, to Audi Q2, czy Mini Countryman mogą się czuć zagrożone. Teraz Volkswagen projektuje naprawdę urodziwe auta! Wreszcie obalono tezę, że Volkswagen kreuje nudne i przewidywalne sylwetki. Są tu i ostre linie i ładnie wyoblone błotniki, 19-calowe (w opcji) obręcze, zintegrowane z kierunkowskazami światła do jazdy dziennej, czy lekko opadający ku smukłemu tyłowi dach. A wszystko to do wyboru w jedym z konkretnych barw: nieśmiertelnej czerni, bieli, ale i mocnego odcienia czerwieni, czy pomarańczy.

Pojazd osadzono na udanej platformie MQB; są tu zachowane właściwe proporcje wielkości poszczególnych elementów, nic nie razi w oczy, nic dziwnie nie wystaje poza obrys auta, a każdy kształt jest ciekawy. Platforma ta umożliwia nie tylko uporanie się z masą samochodu, ale i przeszczep najlepszych technikaliów z aut wyższych segmentów grupy VW, czyli systemów bezpieczeństwa (w standardzie Front Assist i Lane Assist), rozwiązań z zakresu elektroniki, czy zastosowania zaawansowanych technologicznie jednostek napędowych (np. 1.5 TSI Evo z funkcją kontrolowanego wysprzęglania w DSG po zdjęciu nogi z gazu). Innymi słowy T-ROC nie odstaje technicznie od Tiguana, Touarega, czy Passata.

Zresztą… po prostu miło jest patrzeć na to auto! 4,2-metrowy T-ROC wymiarami jest zbliżony do VW Polo, ale jak weźmiemy pod uwagę ilość miejsca wewnątrz, czy pakowność bagażnika to przesuwamy się w rejony Golfa Sportsvana.

Obejrzyj mój film z pierwszych jazd Volkswagene T-ROC

Urodziwie i przytulnie
Najciekawsze wewnątrz są panele dekoracyjne (podobnie jak w nowym Polo) – to one są tu dominującym akcentem kolorystycznym (do wyboru 7 barw), no chyba, że zdecydujemy się na np. szary. Ale po co! I tak tyle szarości w ogół – sprawiajmy, żeby nasze otoczenie było weselsze! W taki sposób możesz osiągąć stan, w którym po niemiłym dniu w pracy zasiadasz w swoim T-ROCu i masz wrażenie, że już jest lepiej. Niby nic – a jednak samopoczucie jakby weselsze. Drugim wartym uwagi i inwestycji gadżetem jest Active Info Display, czyli wielofunkcyjny wyświetlacz, którym możemy zastąpić klasyczne zegary. Przed oczami możemy wówczas mieć np. na całą szerokość ekranu mapę nawigacji, albo informacje o naszych hitach, które właśnie „lecą” ze Spotify. Wygląda to bardzo fajnie (rozmiar 11,7 cala), i jest przy tym praktyczne, bo wygląd można personalizować, czyli dostosować do własnych upodobań. To samo, czyli programowanie swoich preferencji, możemy zrobić z kluczykami do auta. Ja np. będę mieć po kliknięciu na kluczyku „otwórz” i zajęciu miejsca za kierownicą ustawioną ulubioną stację radiową, siłę nawiewu, czy mapę nawigacji na całą szerokość ekranu przed oczami, a mój partner do własnego kluczyka dopisze zupełnie inne upodobania i zastanie w aucie swoje ustawienia.

Kierownica świetnie leży w dłoniach, a fotele są wyjątkowo wygodne (także dla wyższych kierowców). Również z tyłu wygodnie zasiądą dwie osoby, choć lepiej, by nie przekraczały 180 cm wzrostu. Z pewnością wszyscy pasażerowie zmieszczą swoje torby na weekendowy wypad za miasto, a na dłuższe wojaże trzeba będzie zastosować nieco więcej bagażowej logistyki.

Na środku dominuje 8-calowy ekran komupera pokładowego, na którym możemy nie tylko sprawdzić dane dotyczcące samochodu, ustawić więcej basów w audio, czy sparować telefon z bluetooth, ale także np. obejrzeć zdjęcia, które mamy na swoim aparacie, pen drive’ie itp. (via złącze USB). Na pokładzie możemy mieć też dostęp do internetu (Car-Net), a więc np. wyszukiwać cele online, dowiedzieć się o natężeniu ruchu, cenach paliw, czy znaleźć – w razie potrzeby – telefon ratunkowy. Dodatkowo, jak dojdzie do wypadku naszego auta, system automatycznie powiadomi o tym służby i wezwie pomoc.

Grunt to sprawność!
Tak modny obecnie termin sprawność, czy kondycja, albo bycie fit, należałoby też odnieść do aut. Bo właśnie T-ROC to taki dbający o sylwetkę gentleman, o naprawdę dobrej kondycji. Udowodnił mi to podczas pierwszych jazd, gdy za oknem samochodu panował mróz i sypał gęsty śnieg, wiatr duł niemiłosiernie, a ja siedziałam sobie w cieplutkim wnętrzu, na podgrzewanym siedzeniu, trzymając ciepłą kierownicę w dłoniach. Do taktu przygrywało dobre audio (tak, nawet to standardowe brzmi całkiem nieźle – choć ja bym dopłaciła 2050 zł za 300-wattowy system Beats) – szybko zjechałam z bardziej uczęszczanej drogi. Tam, gdzie asfaltu nie było widać, a pod kołami zaczynały się muldy i śnieżne koleiny, nowy volkswagen wiózł mnie w wyjątkowym komforcie. Dbał o to, aby do moich lędźwi nie dotarła walka podwozia o mój i mojego kręgosłupa dobrostan. W każdej chwili mogłam za pomocą przycisku „mode” lub z poziomu komputera pokładowego wybrać właściwy do okoliczności tryb jazdy. Wówczas wybrałam tryb snow (na śnieg).

Stały napęd 4Motion jest wyposażony w elektronicznie regulowane sprzęgło wielopłytkowe, które rozdziela moment obrotowy między koła przedniej i tylnej osi. Jego rozdział jest zależy od potrzeb chwili – celem jest najlepsza możliwa trakcja. Jak mi się nagle zamarzyło pojechać nieco bokiem, wybił mi to szybko z głowy – zdawał się mówić: „no i po co Ci te wygłupy? Jeszcze gdzieś wypadniesz z trasy!”. Cóż – miał słuszność. W końcu chodziło o moje bezpieczeństwo. Poddałam się takim przykazom i w przytulnej atmosferze wjechałam na niemiecką już autostradę. A tam: pedał przyspieszenia do oporu i już mnie nie ma! Auto świetnie przyspiesza, a powyżej 150 km/h wewnątrz można normalnie rozmawiać z pasażerem. T-ROC to świetnie wygłuszony samochód, ale i zaprojektowany aerodynamicznie, aby szum z opływającego np. lusterka powietrza nie denerwował zbytnio kierowcy. To właśnie na autostradzie przydaje się najbardziej aktywny tempomat z automatyczną regulacją odległości (ACC).

Dla tych, którzy wolą nieco bardziej sportową jazdę, producent przewidział możliwość zamontowania adaptacyjnego zawieszenia DCC, które może nieco T-ROCa usztywnić. Z DCC czy bez – T-ROC ewidentnie lubi jazdę po zakrętach!

Pod maską testowego egzemplarza tkwił silnik 2.0 TSI 190 KM skonfigurowany ze skrzynią DSG (z podwójnym sprzęgłem, 7-przełożeń), a w podwoziu harował napęd 4Motion. Co to daje? Uśmiech na twarzy przy przyspieszaniu (7,2 s do setki) i radość z elastyczności przy wyprzedzaniu (320 Nm), a to wszystko przy znakomitej przyczepności! Auto z tym silnikiem może osiągnąć prędkość 216 km/h.

Rewiry T-ROCa
Miasto – to tu najprzyjemniej będzie T-ROCowi. Docenisz ten samochód jeśli jesteś singlem, nie złożyłaś jeszcze rodziny, lub masz już podrośnięte dzieci – to auto świetnie sprawdzi się także w tandemie. W aglomeracji wyjdą na jaw jego najprzyjemniejsze cechy, zwłaszcza pomoc w parkowaniu. Park Assist (opcja kosztująca jedynie 910 zł) wykonuje automatycznie manewry podczas parkowania równoległego i prostopadłego, zarówno przodem, jak i tyłem, kończy nieudane próby parkowania, a nawet wyjeżdża z miejsca równoległego parkowania. Koniec z męką na parkingu! No i ta prezencja, która powoduje, że każdy się za Tobą obejrzy. Przyjemne uczucie.

Cennik otwiera 115-konne 1.0 TSI i skrzynią 6-biegową manualną za 78319 złotych.

Dane techniczne Volkswagen T-ROC 2.0 TSI 4Motion
Silnik: 4-cylindrowy, benzynowy, o pojemności 1984 cm3
Moc: 140 KM
Moment obrotowy: 320 NM / 1500-4180 obr. / min.
Skrzynia: automatyczna DSG, 7-stopniowa
Przyspieszenie: 0-80 km/h 5,0 s / 7,2 s do 100 km/h
Prędkość maksymalna: 216 km/h
Zużycie paliwa (wg producenta) 6,8 l / 100 km
Pojemność bagażnika: 445 l
Cena 125 090 zł
Cena egzemplarza testowego: 148 680 zł

Najnowsze

Edyta Klim

VIII Targi Motocyklowe we Wrocławiu – Podsumowanie

W dniach 17-18 marca Hala Stulecia, pomimo zimowej aury, stała się miejscem integracji motocyklistów podczas Wrocław Motorcycle Show.

Wrocławskie Targi Motocyklowe nie mają charakteru typowej wystawy, one zawierają w sobie wszystko to, co motocykliście może być potrzebne do szczęścia. Począwszy od wielu motocykli do wyboru – nowych modeli znanych marek, jak i tych o indywidualnym charakterze. Poprzez kompletny wybór odzieży i kasków, dopasowanych do dowolnego stylu motocykla. Po wszelakie usługi związane ze szkoleniami, podróżami, czy rękodziełem. To taka motocyklowa hala targowa, a do tego liczne prelekcje i szkolenia. Formuła imprezy jest podobna do lat ubiegłych, bo sprawdzona – przyciąga tłumy i tradycyjnie otwiera sezon motocyklowy na Dolnym Śląsku.

Pierwiastek kobiecy był silnie na targach eksponowany i wcale nie były to porozbierane hostessy, których zdecydowanie mniej tam było, niż w latach ubiegłych. Za to gościnnie na targach wystąpiły motocyklistki – Ania Jackowska, która opowiadała o swoich podróżach, jak i prowadziła prezentacje oraz rozmowy na scenie. Teresa Chudecka, która opowiadała o swojej podróży po Bałkanach i przygotowaniach do niej oraz Kinga Tanajewska – Polka, która zamieszkała na stałe w Australii.

Początkowo podróże Kingi obejmowały ten właśnie kontynent, jednak środki pozyskane z odszkodowania za komunikacyjny wypadek, pozwoliły jej ruszyć w świat. Po 6-miesięcznej, samotnej podróży przez Azję, Kinga odwiedziła Polskę i za miesiąc, przez Europę, ruszy do Afryki i Ameryki Południowej. Jej podróż po świecie potrwa jeszcze, co najmniej dwa lata.

– Podróżowanie motocyklem nie jest trudne, bo przecież, jak już się jest w tej trasie, to jedyne czym się martwisz to to: co zjesz, gdzie zatankujesz i gdzie będziesz spać – mówiła skromnie Kinga.

A w strefie vlogerów porozmawiać można było z Pauliną i Natalią z „Sisters Moto Team”:

– Jest super, dużo osób do nas podchodzi, robi zdjęcia i rozmawia. Pytają najczęściej o modele i pojemności naszych motocykli i jak dajemy sobie z nimi radę, skoro jesteśmy takie drobne. Cieszymy się, że możemy tu być i zachęcać inne dziewczyny do jazdy motocyklem – mówiły motocyklistki.

Sporo innych, inspirujących historii można było też usłyszeć od: Szymona Springera „ZaHoryzont”, Pawła Słomińskiego oraz Gabrysia Marcinów „Gęsi Zakręt”, Michała Latocha „Od zera do bohatera”, Marcina Głowackiego „Polish Ninja”. Motocyklową modę zaprezentowały marki: Modeka i Held, o bezpieczeństwo motocyklistów zadbali Motopomocni oraz twórcy aplikacji MotoSave. Dwukrotnie, każdego dnia targów można było skorzystać z bezpłatnych szkoleń, dotyczących jazdy motocyklem (gdy mamy kat. B) oraz doboru odzieży motocyklowej. A na terenach zewnętrznych szalały pitbike.

Na wrocławskich targach coś dla siebie znajdą także wielbiciele dawnej motoryzacji, motocykli custom, a nawet militariów. Tradycyjnie swoje miejsce na targach mieli również przedstawiciele „drogówki”, gdzie podziwiać można było min. policyjnego Harley’a z Rzeszowa.

Najbardziej odlotowym modelem motocykla dysponowała Yamaha, ponieważ jej Niken ma dwa koła… z przodu! Jaki jest sens takiego rozwiązania?

– Niken ma rozkład masy 50/50 i ma dwa przednie koła, co pozwala na uzyskanie takiej przyczepności przy agresywnym hamowaniu, na jakie żaden inny motocykl pozwolić sobie nie może. Szybciej, skuteczniej i w większym pochyleniu Niken jest w stanie pokonywać zakręty. Duży lifting wizualny i techniczny przeszedł także Tracer 900 (teraz GT), a sprawdzony turystyk XT1200 Super Tenere ma teraz nową, niższą cenę – mówi Paweł Mierzwa z wrocławskiego salonu Yamahy, Motorland.

A kobiety najchętniej wybierają z oferty Yamahy model R3, odświeżony hit sprzedaży MT-07 oraz turystyczną wersję Tracer. W ofercie Triumpha największym zainteresowaniem wśród kobiet cieszy się, niezwykle zgrabny, Street Triple, który występuje także w wersji obniżonej low. Fanki klasyków powinny przyjrzeć się bliżej modelowi Triumph Street Cup.

– W tym sezonie przedstawiamy nową odsłonę Tigera 1200 (wcześniej Tiger Explorer). Motocykle te są teraz lżejsze, a w samym silniku wprowadzono ok. 100 zmian. Otrzymały ledowe oświetlenie i mają kolorowe, 5-calowe wyświetlacze. Tiger 800 także przeszedł szereg modyfikacji, ma kontrolę trakcji i profesjonalne zawieszenie WP. Bonneville Bobber 1200 ma odświeżoną wersję Black oraz powróciła legenda, czyli dwuosobowa wersja Speedmaster – mówi Piotr Majchrzak z poznańskiego salonu marki.

Stoisko Hondy zdominowała Africa:

– Nasz hit to nowa Africa Twin Adventure Sport, a to tak naprawdę zupełnie nowy motocykl w barwach rocznicy modelu. Ma lepsze zawieszenie, większy zbiornik paliwa i osłonę podsilnikową, wyższą kierownicę, przekonstruowany układ dolotowy i wydechowy oraz światłowody zamiast linek gazu. Dodatkowo dużo dodatków, które są w standardzie (grzane manetki, gniazdo ładowania, gmole, aluminiowy bagażnik). Nowa linia motocykli CB125 i CB300 z pewnością spodoba się kobietom, ponieważ Honda postawiła na płynność stylistyczną od pojemności 125 do 1000. Przy czym CB 125 nie tylko dobrze wygląda, ale i brzmi – mówi Tomasz Mrożek z RPM  Motocykle.

Najbardziej wyróżniającym się stoiskiem była strefa BMW Inchcape Motor Wrocław, bo niejako odgrodzona zupełnie od otoczenia. Tam można było obejrzeć min. karbonową wersję HP4 Race oraz:

– Nasze nowości w ofercie to model Grand America z dodatkowym kufrem centralnym, który powstał na bazie K1600 B oraz najmniejszy w rodzinie GS 310. To będzie jedyny, tak lekki model w rodzinie GS, ponieważ nowa 750-tka GS będzie już znacznie większa – mówi Mateusz Zubrzycki. A my typujemy, że mały GS będzie chętnie wybierany przez kobiety.

Na targach zabrakło oferty Kawasaki, KTM czy Suzuki, jednak nie zabrakło twórczych pomysłów. Zdolni konstruktorzy Politechniki Wrocławskiej przedstawili swoje trzy, wielokrotnie nagradzane, motocykle elektryczne. Każdy z nich powstaje ok. rok czasu i jest jeszcze lepszą wersją poprzednika. Najnowszy waży ok. 110 kg (z czego najwięcej to waga baterii) i ma moc 8 kW. Obecnie trwają prace nad czwartą odsłoną elektrycznego motocykla, do którego budowy inspiracją stał się Rajd Dakar. LEM Thunder będzie miał już 30 kW, masę 120 kg i niesamowity moment obrotowy na tylnym kole 250 Nm (choć z dużym prawdopodobieństwem może być nawet dwukrotnie wyższy). Prace nad modelem powinny się skończyć w sierpniu, ponieważ pod koniec tego miesiąca odbędą się we Wrocławiu międzynarodowe zawody motocykli elektrycznych, gdzie Thunder ma mieć swój debiut.

Wrocławskie Targi Motocyklowe na stałe wpisały się w kalendarz motoryzacyjnych imprez Dolnego Śląska. To impreza chętnie odwiedzana przez motocyklistów/tki, a także otwarta na osoby, które dopiero myślą o wyborze takiej pasji. Odwiedzając te targi kolejny raz, można jednak mieć wrażenie, pewnego kopiowania sprawdzonej formuły. Wszystko OK, ale elementu zaskoczenia brak.

Najnowsze

Klasyczne Ferrari 348 odrestaurowane w Polsce

To wyjątkowy egzemplarz Ferrari 348. Opuścił fabrykę z numerem seryjnym 004 - oznacza to, że jako pierwszy został oddany do użytku publicznego. Poprzednie 3 trafiły do oficjalnych muzeów Ferrari. Projekt jego całkowitej renowacji został zrealizowany rękami jednej rodziny - ojca i syna - Andrzeja i Piotra Dziurki.

Historia Ferrari 348 rozpoczęła się w studiu Pininfarina. Design auta nawiązuje do modelu Testarossa, dlatego też Ferrari 248 nazywane jest „małą Testarossą”. Pod maską znajduje się silnik V8 o rozwarciu cylindrów 90 stopni, generujący 300 KM. Włoski klasyk charakteryzuje się piękną i niepowtarzalną linią nadwozia z bardzo charakterystycznymi wlotami powietrza i wysuwanymi reflektorami z przodu.

Dane techniczne zaklęte w nazwie
Numer modelu też nie jest przypadkowy – 348 to inaczej zaszyfrowane dane techniczne pojazdu: 34 oznacza 3,4 l pojemności sinika, a 8 to nic innego jak liczba pracujących w nim cylindrów. Skrzynia biegów wzorowana jest na bolidach Formuły 1. Umieszczona poprzecznie za silnikiem, co daje jeszcze niższy środek ciężkości, a zawieszenie wielowahaczowe oraz czterotłoczkowe zaciski hamulcowe odzwierciedlają wrażenie jazdy samochodem wyścigowym.

Warto również wspomnieć o skrzyni biegów. Jej dźwignia jest nietypowa, ponieważ biegi przesunięte są o 1 w standardowym układzie H. Jest to zabieg celowy, by przyspieszyć zmianę najczęściej używanych biegów, czyli 2-3, umieszczając je w linii prostej.

Powstały z pasji do youngtimerów
Projekt „Ferrari 348” zakładał całkowitą renowację wspomnianego modelu. Prace przeprowadzili Andrzej i Piotr – właściciele ALDA Motorsport. Firma to projekt rodzinny, który zrodził się z pasji. Z jednej strony to warsztat samochodowy specjalizujący się w markach premium, restauracji youngtimerów oraz obsłudze samochodów wyścigowych, z drugiej Team ALDA Motorsport z ponad 40-letnim doświadczeniem w motorsporcie.

Jak odrestaurować Ferrari?
Na przykładzie tego wyjątkowego auta mechanicy pokazali, jak odrestaurować prawdziwego włoskiego klasyka. Wszystko zaczęło się od dokładnego rozłożenia samochodu na czynniki pierwsze oraz przeprowadzeniu selekcji wymontowanych części – dzięki temu udało się pozostawić jak największą ilość elementów w stanie oryginalnym lub nienaruszonym.

Sam proces renowacji rozpoczął się od usunięcia starych powłok lakierniczych z karoserii i zabezpieczeniu jej odpowiednimi podkładami. Następnie przyszedł czas na lakierowanie.

Odnowiony w najdrobniejszym szczególe
Elementy mechaniczne samochodu również zostają poddane wielu procesom: czyszczenia, mycia, szlifowania, piaskowania, polerowania i odnawiania powłok lakierniczych, galwanicznych, chromowanych. Wnętrze pojazdu zostało całkowicie odnowione.

Zdecydowanie najbardziej czasochłonnym etapem renowacji był montaż. Bardzo istotną rolę odgrywała tu precyzja w dopasowywaniu do siebie elementów. Stacjonarnie sprawdzana była praca silnika, skrzyni biegów, sprzęgła oraz innym elementów mechanicznych i elektrycznych. Następnie zostały wykonane testy na torze – samochód wrócił z nich na ostatni przegląd.

Dwie pasje – motoryzacja i fotografia
Zapraszamy na film wyprodukowany przez its-productionhouse.pl w reżyserii Michała Śliwińskiego – fotografa i filmowca młodego pokolenia. Fotografia towarzyszyła mu od kiedy pamięta. Kiedy w wieku zaledwie kilku lat bakcyla do fotografii zaszczepił w nim wujek, znany warszawki fotograf, stała się jego największą pasją…. obok motoryzacji. Synergia tych zamiłowań zrodziła niewyczerpaną po dziś dzień motywację do uchwycenia najpiękniejszych motoryzacyjnych kadrów. Początkowo były to amatorskie projekty, wykonywane (w wieku 14 lat) dla zaprzyjaźnionego teamu motocyklowego.

Dziś, 10 lat później, może pochwalić się współpracą w zakresie fotografii i video z dużymi markami motoryzacyjnymi. Jest autorem zdjęć promocyjnych dla Racetaxi99 i European Race Events.

Najnowsze

Metoda „na kolec” – nowy sposób kradzieży samochodów

Policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Gorzowie Wielkopolskim wraz z policjantami ze Słubic zatrzymali mężczyzn okradających samochody metodą „na kolec”. Na czym ona polega?

Od jakiegoś czasu grupa funkcjonariuszy pracowała nad sprawami kradzieży „na kolec”. Sposób działania przestępców był za każdym razem bardzo podobny. Zaczynało się od przebicia opony. Najczęściej wybierano prawą tylną. Po przejechaniu kilkuset metrów kierowca orientował się, że złapał gumę. 

Gdy wychodził z samochodu, żeby wymienić koło, z sytuacji korzystali przestępcy. Poszkodowany zdawał sobie sprawę, że został okradziony dopiero po powrocie do samochodu. Najczęściej łupem złodziei były telefony komórkowe, torby i portfele, w których znajdowały się dokumenty, pieniądze i karty bankomatowe. 

Dzięki czynnościom przeprowadzonym przez policję zatrzymano przestępców odpowiedzialnych za ten proceder. Kilka dni temu zatrzymano trzech obywateli Gruzji w wieku 27, 41 i 42 lat. Materiały zgromadzone przez policję pomogą postawić zarzuty kradzieży.

Najnowsze

Galopujący koń na ulicach Warszawy

Kierowcy poruszający się w sobotę po alei Prymasa Tysiąclecia mogli zobaczyć niecodzienne zdarzenie. Na jednym z pasów galopował biały koń. Może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że jechał osiodłany, ale bez jeźdźca.

Zdarzenie nagrał jeden z kierowców przejeżdżających tą trasą. Na filmie widać wyraźnie, jak lewym pasem galopuje biały koń. Do zdarzenia doszło w sobotę 17 marca na bardzo ruchliwej trasie Alei Prymasa Tysiąclecia, gdzie w każdym kierunku znajdują się po trzy pasy ruchu. 

Internauci donoszą, że sytuacja zakończyła się szczęśliwie. Nie ucierpiało przy tym żadne zwierzę ani samochód. Świadkowie zdarzenia zatrzymali konia, a w całej sytuacji asystowała po chwili. Po chwili znalazł się również właściciel konia. Okazało się, że zwierzę uciekło z jego posesji. 

Wyprzedził ich koń

Jechali ruchliwą ulicą. Nagle wyprzedził ich galopujący koń Galopujący koń wyprzedzał zdziwionych kierowców w sobotę po południu na Prymasa Tysiąclecia. Zwierzę udało się złapać. To nie pierwsza taka sytuacja na warszawskich ulicach więcej na https://tvnwarszawa.tvn24.pl/informacje,news,jechali-ruchliwa-ulica-nagle-wyprzedzil-ich-galopujacy-kon,255375.html

Opublikowany przez polskie-sluzby.pl na 18 marca 2018

Najnowsze