Uwierzyłam w dopłaty do aut elektrycznych i zamówiłam samochód. A rząd mnie oszukał

W większości krajów Unii Europejskiej funkcjonują dopłaty, zwolnienia z podatków lub inne wymierne korzyści dla osób, które zdecydują się na kupno samochodu elektrycznego. Kilka miesięcy temu polski rząd ogłosił, że dopłaty pojawią się również w naszym kraju, w co uwierzyli chętni na kupno nowego elektryka. Teraz mają problem, bo program dopłat nie ruszył i wiele wskazuje na to, że wkrótce nie ruszy. Wśród tych, którzy uwierzyli w zapewnienia rządzących, znalazła się nasza czytelniczka, pani Monika, która podzieliła się z nami swoją historią.

Szczerze mówiąc nigdy nie zastanawiałam się nad kupnem samochodu elektrycznego. Słyszałam, że mają wiele zalet, ale też że do wyboru jest jedynie kilka modeli i są one bardzo drogie. Tak się jednak złożyło, że od pewnego czasu nosiłam się z zamiarem kupna nowego auta. Zastanawiałam się nad czymś podobnym do mojego obecnego samochodu, czyli Peugeota 208. 

Dużo argumentów „za”
Aż pewnego dnia mój małżonek wypalił z propozycją: „A gdybyś tak się przesiadła na elektryka?”. Zaskoczył mnie, więc tylko odparłam, że pomysł może ciekawy, ale przecież takie auta są bardzo drogie. Okazuje się, że nie muszą być – odpowiedział mój mąż. Rząd przegłosował ustawę, zgodnie z którą po kupnie takiego samochodu można dostać dopłatę nawet w wysokości nawet 37,5 tys. zł. To mnie zaciekawiło i zapytałam, czy robią elektryczne „dwieścieósemki”, bo nie ukrywam, że następca mojego autka wyjątkowo mi się spodobał. Jak pewnie wiecie, Peugeot ma takie auto w ofercie, więc moje zainteresowanie zaczęło rosnąć.

Mieszkam w domu jednorodzinnym na obrzeżach dużego miasta, więc mam dostęp do własnego garażu z gniazdkiem, gdzie mogłabym samochód elektrycznie tanio ładować. Moje dzienne przebiegi to około 30 km – idealnie dla elektryka (na dalsze wyjazdy mamy drugie, większe auto). Mąż wymieniał zalety jazdy takim samochodem – cichutka i płynna jazda, żadnych biegów, szarpania, wibracji podczas stania na światłach. Auta elektryczne są do tego bardzo dynamiczne, błyskawicznie nagrzewają kabinę, można nimi jeździć buspasami i za darmo parkować w centrum. No i koszt energii elektrycznej jest znacznie niższy, niż benzyny. Kiedy zaczęliśmy liczyć oszczędności na paliwie i dodaliśmy do tego wysokość dopłaty, okazało się, że kupno elektryka, zamiast auta spalinowego, wcale nie musi oznaczać dopłacania jakichś bajońskich sum.

Zaczynam poszukiwania! Jakie modele elektryków do wyboru?
Decyzja zapadła – zaczynam rozglądać się za samochodem elektrycznym. Oczywiście na pierwszy ogień idzie Peugeot e-208. I tu pojawia się pierwszy problem – rządowa dopłata dotyczy tylko aut kosztujących maksymalnie 125 tys. zł. Rozumiem, że chodziło o to, żeby nie przekazywać pieniędzy osobom zamożnym, które chcą kupić sobie jakiś ekskluzywny samochód. Ale ta kwota wystarcza tylko na bazową wersję e-208! I kiedy mówię bazową, mam naprawdę na myśli bazową. Cena tego modelu to 124 900 zł, więc nie można nawet zamówić innego lakieru, niż żółty! Pewnie da się dogadać z dilerem, żeby obniżył cenę auta, aby nie przekroczyć magicznego progu 125 tys. zł, ale nadal nie da się do takiego auta zamówić żadnych dodatków! Z ciężkim sercem zrezygnowałam z pomysłu zakupu e-208.

Ale są na rynku przecież inne małe elektryki. Na przykład Opel Corsa-e. Niestety problem taki sam jak w przypadku Peugeota – bazowo kosztuje 124 490 zł i nie można wybrać nawet lakieru, bo wyjdziemy ponad limit dopłat. Kolor „obowiązkowy” to pomarańczowy czyli najbardziej według mnie pasujący do tego auta, ale nadal nie podoba mi się, że nie da się dobrać żadnych dodatków. Szukałam dalej.

Bardziej obiecujący okazał się Smart EQ Forfour. Nigdy nie byłam szczególną fanką tej marki, ale te auta mają w sobie coś oryginalnego no i ceny zaczynają się od 98 400 zł, więc da się coś do takiego samochodu dokupić. Nawet poszukałam testów elektrycznego Smarta, ale okazało się, że realnie przejeżdża on na jednym ładowaniu około 100 km, a to jednak trochę za mało do bezstresowej eksploatacji.

Postanowiłam jeszcze bardziej obniżyć swoje wymagania i rzuciłam okiem na Volkswagena e-up!. Przyzwyczajona do samochodów segmentu B byłam trochę sceptyczna, ale realnie takie auto również mi wystarczy, a zasięg 258 km (tyle przynajmniej twierdzi producent) pozwoliłby mi nie tylko kręcić się przez tydzień po mieście, ale nawet pojechać do rodziców na wieś i z powrotem, bez konieczności ładowania. To była jakaś myśl. Wszystko skomnetował mój mąż: przecież Skoda też ma taki model i z pewnością jest tańszy, niż wyceniony na 96 290 zł Volkswagen.

Wstukałam w przeglądarce adres strony, klikam w Citigo-e iV i… Prawdziwe zaskoczenie. To auto kosztuje tylko 81 900 zł! Dalej horrendalna kwota jak za takiego małego mieszczucha, ale na tle konkurencji to prawdziwa okazja. Szybko urealniłam tę kwotę – 89 900 zł kosztuje najbogatsza wersja wyposażenia, mająca radio z kolorowym ekranem, klimatyzację automatyczną, 16-calowe aluminiowe felgi i przyciemnione szyby. Czego chcieć więcej w miejskim wozidełku?

No to do salonu!
Po kilku dniach byliśmy już w salonie Skody i poprosiliśmy o konkretną ofertę. Zażyczyłam sobie dodatkowo pakiet z czujnikami cofania i podgrzewanymi fotelami oraz drugi z czujnikiem deszczu, światła oraz podgrzewaną przednią szybą. Do tego tempomat (na wypadek gdybym faktycznie jeździła nim do rodziców) oraz metalizowany lakier (wybrałam niebieski Crystal). Łącznie wyszło 95 649 zł i w tej cenie dostałam też pakiet serwisowy na 4 lata. Po uwzględnieniu rządowej dopłaty auto kosztowałoby mnie faktycznie około 67 tys. zł. Nadal sporo jak za tak małe autko, ale kiedy przypomniałam sobie ile oszczędzę na paliwie… Plus na serwisie – przez 4 lata cała obsługa serwisowa gratis.

 

Wpłaciłam 2000 zł zaliczki i pozostało tylko czekać. Pracownik salonu powiedział, że powinnam się nastawić na odbiór w marcu lub w kwietniu, ale nie tylko na to czekałam. W międzyczasie rząd zorientował się, że po przyznaniu dofinansowania do auta elektrycznego, osoba z niego korzystająca będzie musiała zapłacić podatek, a przecież nie na tym to miało polegać! Przesunięto rozpoczęcie przyjmowania wniosków, do rozwiązania tego problemu.

Mieszane uczucia…
Według informacji jakie znalazłam w internecie, odpowiednia nowelizacja miała zostać wprowadzona na początku stycznia. Dodajmy do tego dwutygodniowy okres jaki musi minąć, po jej publikacji w Dzienniku Ustaw i można założyć, że już pod koniec stycznia ruszy nabór wniosków o dofinansowanie. Zamiast tego okazało się, że dopłaty, jeśli się pojawią, to wyraźnie mniejsze! Minister Michał Kurtyka powiedział, że dopłaty będą niższe niż 20 tys. zł, a media wyliczyły, że maksymalna kwota wyniesie prawdopodobnie 18 750 zł.

Nie ukrywam, że bardzo mnie to zdenerwowało. Jakby tego było mało, kilka dni później wiceminister klimatu, Ireneusz Zyska, wypowiedział się dla mediów, że „dopłaty na poziomie kilkunastu tysięcy złotych do aut elektrycznych są za wysokie”. Nazwał też takie dofinansowanie „dotowaniem zabawek dla ludzi zamożnych”. Przepraszam bardzo, ale mi się wydawało, że limit ceny auta ustalony na 125 tys. zł był właśnie po to, żeby nie wspierać „zamożnych” oraz ich „zabawek”, tylko miał obniżyć ceny miejskich aut do nieco bardziej znośnego poziomu dla bardziej przeciętnego kierowcy i jego kieszeni. Czy ja, kupując auto za 67 tys. zł, i to tylko dlatego, że przez 4 lata oszczędzę około 11 tys. zł na kosztach paliwa i nie wydam ani złotówki na serwis, jestem osobą zamożną? A mała miejska Skoda zabawką dla bogaczy?

Oszukana. I co teraz?
Powiem wprost – czuję się oszukana przez rządzących. Tyle było mowy o elektromobilności, o tym jak to rząd będzie zachęcał obywateli do przesiadki na auta elektryczne w trosce o środowisko. Miał przecież powstać nawet nasz polski samochód elektryczny! I co z tego wyszło?

Nie wiedziałam co zrobić w takiej sytuacji. Gdyby się sprawdziły informacje o tym, że maksymalna dopłata zostanie zmniejszona o połowę, to moje Citigo stanie się droższe o 10 tys. zł. Prawie 80 tys. zł za takiego maluszka z gołymi blachami w środku? Za taką kwotę kupię nowe benzynowe 208, które jest większe, lepiej wyposażone, o wiele ładniejsze i ma kosmiczne wnętrze. Ale Skoda już zamówiona, a jazda elektrykiem ciekawiła i kusiła. Postanowiłam poczekać na ruch rządzących.

Niestety pozostała część historii potoczyła się już w sposób, na który nie mogłam mieć wpływu. Kiedy otrzymałam telefon od dilera Skody, że moje auto już przyjechało, rząd nadal milczał w kwestii dopłat. Coraz bardziej mnie to denerwowało, bo miałam wrażenie, że po prostu zapomnieli o osobach takich, jak ja, które uwierzyły w ich obietnice. Panowie ze Skody wykazali się zrozumieniem i powiedzieli, że auto będzie na mnie czekało, aż sprawa się wyjaśni.

Niedługo potem rozpoczęła się epidemia. Straciłam wszelką nadzieję, że w panującej sytuacji rząd będzie chciał się zajmować finansowaniem „zabawek dla bogaczy”. Pojawił się za to kontakt ze strony dilera, który tłumaczył, że oczywiście rozumie sytuację, ale nie może przechowywać dla mnie auta w nieskończoność. Zwłaszcza, że Skoda wycofała elektryczne Citigo z Polski, a sporo osób nadal interesuje się tym modelem.

Ostatecznie, z ciężkim sercem, zrezygnowałam z mojej elektrycznej Skody. Niech dobrze służy komuś innemu. Ja ze zmianą samochodu poczekam, aż sytuacja koronawirusowa się uspokoi. Ale wiem już co kupię – benzynowe 208.

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze