Test Ford S-MAX: pierwsza jazda na Majorce – stworzony by cieszyć

Jego nazwę można interpretować na wiele sposobów: jest Supermanem wśród innych samochodów, daje kierowcy maksimum możliwości. Ale zamiast zgadywać, można się również przejechać i poznać jego prawdziwe oblicze. Po pierwszych jazdach nowym Fordem S-Max stwierdzamy, że...

Podobnie jak Ford C-Max (pierwsza jazda tu), jest potężnym, rodzinnym samochodem osobowym. Ale jego misją jest oferować znacznie więcej: miejsca, wrażeń, rozwiązań technicznych. Pierwsza generacja Fords S-max pojawiła się na rynku w 2006 roku, aby w 2007 roku zająć pierwsze miejsce w plebiscycie na Europejski Samochód Roku. Jego wygląd stanowił bardzo udany projekt, dlatego też decyzje odnośnie wszelkich zmian były podejmowane przez producenta ostrożnie; pierwszy facelifting miał miejsce dopiero w 2010 roku.

Dziś Ford pokazuje model S-Max drugiej generacji i jego prawdziwe oblicze. W wyglądzie zewnętrznym  na próżno szukać drastycznych zmian. Wprawdzie linia nadwozia zyskała odrobinę świeżości, ale nadal przypomina udaną, pierwszą generację. Pojawiło się jednak kilka rozwiązań, mających na celu uprzyjemnić jazdę i zwiększyć bezpieczeństwo zarówno pasażerów, jak i samego auta. Warto w tym miejscu wspomnieć o systemie świateł LED (Glare-Free Auto High Beam), który sam wykrywa na drodze pojazdy nadjeżdżające z naprzeciwka i zasłania odpowiednie diody, dzięki czemu eliminuje ryzyko oślepienia kierowców. Jednocześnie nie słabnie natężenie oświetlenia drogi, zatem samochód skutecznie stoi na straży bezpieczeństwa jazdy. Bardzo przyjemnym rozwiązaniem jest też elektryczne otwieranie tylnej klapy  ruchem stopy. Wystarczy przesunąć nią pod tylnym zderzakiem, aby zadział odpowiedni czujnik otwierający wrota do bagażnika. Warunek jest tylko jeden: kluczyk musimy mieć w kieszeni lub torebce. W testowanym egzemplarzu Ford pochwalił się również elektryczną regulacją kierownicy, czyli rozwiązaniem, które najczęściej można spotkać w samochodach z segmentu premium. Decydując się jednak na to udogodnienie będziemy musieli zrezygnować z adaptacyjnego układu kierowniczego – kolejnej nowości od Forda (wspomaganie pracy układu zmniejsza się wraz ze wzrostem prędkości, a co za tym idzie: samochód jest mniej nerwowy i wyczulony na ruchy kierownicą). Nowością (w przypadku wariantu 7-osobowego) jest również elektryczne składanie trzeciego rzędu siedzeń za pomocą przycisków zamieszczonych na ścianach bocznych bagażnika. Tyle radości, a jeszcze nie ruszyłam z miejsca.

Na drogach wąskich niczym biodra Anji Rubik i krętych jak loki Wodeckiego sprawdzałam, jak zachowuje się to olbrzymie auto na drodze. Na pierwszy ogień poszedł egzemplarz wyposażony w wysokoprężny silnik diesla TDCI o pojemności 2 litrów i mocy 180 KM. Pierwsze wrażenie? Przyjemnie. Za sprawą wysokiego momentu obrotowego konie mechaniczne sprawnie i szybko wprawiają w ruch niemałą masę samochodu. Na słowa pochwały zasługuje również sam odgłos pracy silnika, a raczej dyskretny szept słyszalny w kabinie pasażerskiej. Tak, pod maską pracuje diesel – musimy się upewnić, bo brak klasycznego klekotu może niektórych zaskoczyć. Ciężko również wyczuć moment, w którym do akcji wkracza turbosprężarka; praca silnika jest niezwykle płynna. Przyrost mocy czuć od najniższego zakresu obrotów do nawet 4000 obr./min., co w przypadku jednostki wysokoprężnej wcale nie jest regułą. Liczne zakręty oraz ronda, których na Majorce jest bez liku, szybko utwierdzają mnie w przekonaniu, że silnik pracuje na najwyższym poziomie. Lekkie hamowanie przed wejściem w zakręt, a następnie wyjście z niego z dodaniem gazu to najlepszy sprawdzian na obecność „turbo dziury”; nie udało się jej wyczuć – idealnie! Do całości doznań producent dorzuca 6-biegową, manualną przekładanię, która pracuje jak na komendę – wszystko działa tu jak w szwajcarskim zegarku.

Ford S-max nie jest ani mały (4796 mm długości), ani lekki (1726 kg), a mimo to zawieszenie, nawet na tych najostrzejszych zakrętach, sprawuje się wyśmienicie. Ani przez chwilę nie dało się wyczuć denerwujących odchyłów nadwozia na zakrętach. Magia? Nie, to technologia – Ford wysuwa się na czoło peletonu wśród konkurencji. Samochód prowadzi się jak po sznurku, zupełnie jakby kierowca kierował nim za pomocą myśli. Dodatkowo egzemplarz testowy został wyposażony w system, który umożliwia trzy tryby pracy układu kierowniczego: sport, normal, comfort. Nie jest to jedynie pusta obietnica marketingowa, a bardzo wyraźnie wyczuwalna różnica w prowadzeniu samochodu. Na trybie sport układ kierowniczy przyjemnie się usztywnia, dzięki czemu każdorazowy ruch kierownicą jest bardzo precyzyjny, bezpośredni; podczas dłuższej jazdy na krętych odcinkach można przy takim trybie odczuć delikatne zmęczenie – to opcja dla maniaków skoków adrenaliny. Tryb normal jest jak wytchnienie – ustawienia są optymalne do codziennej jazdy. Comfort doskonale sprawdzi się na ciasnych parkingach, gdzie kierownicą trzeba kręcić równie intensywnie, co na kutrze rybackim podczas sztormu oraz na drogach wyboistych. Drogę uprzyjemnia audio Sony, z którego płyną kojące, dobrej jakości dźwięki.

Drugą połowę wyznaczonej trasy pokonałam Fordem S-Max z silnikiem benzynowym Eco Boost o pojemności 2 litrów i mocą 240 KM. To spore stado koni – takie wrażenie robi ta liczba na papierze. Jak jest w rzeczywistości? Czy można odczuć tę moc na trasie? Kto podczas ruszania oczekuje solidnego kopa w plecy oraz fali sportowych emocji zalewających serce, będzie rozczarowany. Samochód ani nie wciska w fotel, ani nie zapiera dechu w piersiach – należy pamiętać, że nie do tego go stworzono. Nie musimy za to „sięgać” po moment obrotowy do najwyższego zakresu obrotów, bo duża moc sprawnie wprawia w ruch nowego Forda S-Max. Z najmocniejszą jednostką benzynową współpracuje automatyczna, 6 biegową przekładnią. Szybka jak wiatr wrzuca kolejne biegi dyskretnie i błyskawicznie. Moment, w którym dokonuje się zmiana przełożenia, dla kierowcy jest praktycznie nieodczuwalny. Po przestawieniu w tryb S skrzynia nabiera jeszcze więcej werwy, a wskazówka obrotomierza wędruje w okolice czerwonego pola. Z czym to się wiąże? Auto daje ambitnym kierowcom dużo radości, ale jest to okupione – jak zawsze – większym zużyciem paliwa (dla chcącego nic trudnego: nawet 18 litrów na setkę). Jeżeli jednak zrezygnujemy ze sportowego trybu, a z pedałem gazu będziemy się obchodzić niezbyt brutalnie, to S-Max z 240-konnym silnikiem odpłaci się mało drastycznym apetytem na benzynę (10 litrów na setkę).

Ford S-max będzie dostępny w dwóch wersjach wyposażenia: Trend i Titanum. O wiele większy wybór będzie w wyborze jednostek napędowych, chociaż oferta będzie zdominowana przez wysokoprężne jednostki.

Silniki benzynowe:

1.5 EcoBoost 160 KM, M6, FWD

2.0 EcoBoost 240 KM, A6, FWD

Silniki wysokoprężne:

2.0 TDCi 120 KM, M6, FWD

2.0 TDCi 150 KM, M6, FWD

2.0 TDCi 150 KM, M6, 4WD

2.0 TDCi 150 KM, PowerShift, FWD

2.0 TDCi 180 KM, M6, FWD

2.0 TDCi 180 KM, PowerShift, FWD

2.0 TDCi 180 KM, PowerShift, 4WD

2.0 TDCi Bi-Turbo, 210 KM, PowerShift FWD

Ceny nowego Forda S-max startują od 106 600 złotych (wersja Trend z silnikiem 1.5 EcoBoost 160 KM). W przypadku auta z jednostką wysokoprężną, na początku cennika znajduje się wersja Trend z silnikiem 2.0 TDCI (120 KM) i ceną 112 600 złotych. Czy warto zainwestować nieco ponad 100 tysięcy złotych w S-maxa? Absolutnie należy rozważyć jego zakup – to świetny, rodzinny samochód, wybitnie godny uwagi.

Dane techniczne Ford S-Max

Silnik

2.0 EcoBoost

2.0 TDCI

Pojemność

1999 cm3

1997 cm3

Moment obrotowy

345 Nm przy 2300-4900 obr/min

400 Nm przy 2000-2500 obr/min

Moc

240 KM przy 5400 obr/min

180 KM przy 3500 obr/min

Prędkość max.

226 km/h

211 km/h

0-100 km/h

8,4 s

9,7 s

Napęd

na przednią oś

na przednią oś

Skrzynia biegów

manualna, 6-biegowa

automatyczna, 6-bieg. dwusprzęgłowa PowerShift

Masa

1704 kg

1726 kg

Poj. bagażnika (5/7 miejsc)

1035/285 l

Pojemność zbiornika paliwa

70 l

Dł./szer./wys. (5/7 miejsc.)

4976/2137/(1658/1655) mm

Najnowsze

Niezwykły gest dla chorego chłopca – wideo

Przejażdżka Bugatti Veyron to niezła gratka nie tylko dla maniaków samochodów. Pewien dealer luksusowych aut z Teksasu postanowił zrobić dobry uczynek.

Michael to siedmioletni maniak samochodów. Niestety, w 2014 roku wykryto u niego białaczkę i od tamtej pory większość czasu spędza w szpitalach. W przerwach pomiędzy leczeniem poświęca się swojej pasji do supersamochodów, które prowadzi grając na konsoli w gry wyścigowe.

Amerykańska fundacja zajmująca się spełnianiem marzeń dzieci chorych na nowotwory postanowiła poprosić lokalnego dealera supersamochodów o przejażdżkę. I to nie byle jakim samochodem, bo w grę wchodziło Bugatti Veyron 16.4 Grand Sport Vitesse.

Młody pasjonat mógł nie tylko przyjrzeć się z bliska jednemu z najszybszych i najdroższych samochodów na świecie, ale także pojeździć autem na prawym fotelu, gdy za kierownicą siedział fabryczny kierowca Bugatti, Butch Leitzinger. Jednak przy tym wszystkim radość tego dziecka jest bezcenna.

 

Najnowsze

James May oficjalnie opuszcza Top Gear

To musiało się wydarzyć. Po tym jak Jeremy Clarkson został zwolniony z BBC, było już kwestią czasu, kiedy z programu wycofają się pozostali prezenterzy.

Jeremy Clarkson rozstał się ze stacją BBC pod koniec marca. Nie minął miesiąc, a swoje odejście obwieścił kolejny członek ekipy, mimo że brytyjska stacja zamierza nadal realizować program. W tym wypadku włodarze będą musieli poszukać nowych prowadzących. 

James May podkreślił, że formuła programu nie sprawdziłaby się bez obecności Clarksona. Powiedział, że byłoby to „słabe” i „wymuszone”. Dodał też, że nie sądzi, by ktokolwiek chciałby być wsadzony na miejsce Jeremy`ego.

W międzyczasie BBC oznajmiło, że nie wyklucza powrotu Clarksona do grona ekipy. Kilka dni temu szefowa BBC2 stwierdziła, że to, co się stało jest poważne i niefortunne, ale nie ma zakazu pracy w BBC dla Clarksona.

Sam James May dodał na zakończenie, że gdy wszystko już przeminie, to być może zdarzy się okazja, by cała trójka wróciła do BBC. Jednak niekoniecznie jednak musi to być Top Gear.

Najnowsze

Ile może zająć wymiana silnika?

Jeżeli do tej pory zaprzyjaźniony mechanik mówił Wam, że wymiana silnika to czasochłonne zajęcie, to możecie to włożyć między bajki. Zobaczcie, jak uwija się ekipa Subaru.

W rajdach samochodowych liczy się każda sekunda. Dlatego mechanicy to jedno z kluczowych ogniw w każdym zespole. Ekipa z Subaru Rally Team USA potrafi wymienić silnik w rajdowej Imprezie w bardzo krótkim czasie.

Wystarczy do tego kawałek parkingu i jakieś trzy godziny czasu. Zobaczcie, jak w przyspieszeniu wygląda cała operacja wykonywana na dodatek w środku nocy.

Najnowsze

Goodc

Wywiad z motocyklistką Karoliną Kajca – projektantką „ostrej” biżuterii Golden Dust

Mocna i wyrazista kobieta, która tworzy taką samą biżuterię m.in. z nabojów. Pod choinkę swoim rodzicom dała własne, w tajemnicy zdane, prawo jazdy kategorii A.

Biżuteria z nabojów – tego jeszcze nie było? Jak na to wpadłaś?

Czy to już było? Nie wiem. Na pewno istnieje biżuteria z łusek i nabojów, ale z taką jak ta w mojej postaci się jeszcze nie spotkałam. Moja biżuteria powstała dzięki mojej praktyczności i chęci wykorzystania z pozoru rzeczy nieprzydatnych. W piwnicy latami leżały łuski pozbierane na strzelnicy, które nic, tylko się kurzyły i do mnie uśmiechały, do czasu kiedy je wyjęłam, i postanowiłam coś z nimi zrobić. Zaczęłam kombinować, układać wzory, podpytywać tatę, jak mogę je łączyć  – metodą prób i błędów doszłam do celu! 

Kupiliście Ferrari 812 Superfast w ostatnich dwóch latach? Lepiej zapoznajcie się z tą informacją

Taka biżuteria z nabojów to mnóstwo sprzeczności – coś co niesie śmierć a jednocześnie zdobi, coś co ma kolor złoty a złotem nie jest? Jakie Ty masz skojarzenia i czy to dobry do pracy/obróbki materiał?

Mnie naboje przyciągnęły do siebie kształtem. Dla mnie jest to materiał o pięknym, surowym wyglądzie, z którego można zrobić coś naprawdę wyjątkowego i szczerze mówiąc, nie widziałam w tym zabijania, tego co może nieść za sobą nabój itd. Wykorzystałam to w inny sposób.  Nie przepadam, jak ta biżuteria jest zamykana w szufladce i kojarzona z „militarną”, choć oczywiście każdy ma prawo tak pomyśleć i tak to interpretować. Ale zawsze, jak to słyszę, to staram się wytłumaczyć, że owszem może, ale niekoniecznie. Bardziej stawiając na niekoniecznie (śmiech). Na pewno nie jest to biżuteria dla każdego. Jest mocna, wyrazista i surowa, ale przy „małej czarnej”, i przy „białej koronkowej” spisuje się dobrze (śmiech).

Do takiej biżuterii pasuje chyba czarny, wielki motocykl z dużą ilością chromu?

Do takiej biżuterii pasuje czarno-czarny motocykl (śmiech). A chromy jak najbardziej, ale do moich skórzanych i gumowych gorsetów.

Wcześniej miałaś smykałkę do zajęć artystycznych?

Z plastyki zawsze miałam same szóstki – dobrze że chociaż z tego (śmiech). Ale nigdy tego talentu nie rozwijałam. Za to kiedyś aparat fotograficzny był mi bardzo bliski – chwytanie odpowiedniego momentu i moc przekazu, jakim można się posługiwać za pomocą obrazu. 

Ford Explorer Plug-In Hybrid - cicha jazda w trybie bezemisyjnym i duże możliwości w terenie

Czyli rozwinęłaś swoje wyroby poza biżuterię?

Oczywiście! Głównie zajmuję się tworzeniem dodatków do ubrań. Aktualnie mocno skupiłam się na pracy ze skórą naturalną, którą pokochałam, a nie jest łatwym materiałem do pracy. Tworze z niej dodatki na ciało i ubrania. Robię rzeczy, które odmienią proste, klasyczne wzory i kroje ubrań w coś niestandardowego, i innego, przy czym bardzo podkreślają kobiecą sylwetkę i dodają charakteru. Tak jak i gorsety z gum krawieckich.

Dodatki o których wspomniałam można używać na wiele sposobów: na koszulę, zwykły top, sukienkę, zbyt dużą rzecz czy gołe ciało.

Opowiedz mi teraz o swojej przygodzie z motocyklami – od kiedy są w Twoim życiu?

{{ tn(8988) left }}Moja przygoda z motocyklami jest długa i zawiła. W moim życiu przewijały się od najmłodszych lat. A pierwsze zdjęcie na motocyklu było zrobione, jak miałam niespełna roczek (śmiech). Mała Karolcia na mamy kolanach i jak się nie mylę, to było BMW R35, a dokładniej to wznowione w NRD EMW R35.

Później był czas dorastania w którym nie kojarzę wątków motocyklowych, aż do chwili, kiedy mój tata zaczął sam składać Harleye (w okolicy 2002r.). I faktycznie w tym czasie mocno się z tym związałam, jeżdżąc z rodzicami na (nieliczne w tamtych czasach) zloty, otaczając się cudowną, odmienną atmosferą i wspaniałymi ludźmi z jedną pasją. Ja jako „plecak” u taty i mama na swoim motocyklu.

Chcąc nie chcąc, moja „zajawka” potem na długi czas zamarła. Ja się zajęłam swoim życiem, swoimi pasjami, treningami pływania synchronicznego, szkołą, a później studiami. I dopiero w trakcie studiów, a dokładnie w listopadzie 2011 roku, coś mnie tknęło i zrobiłam motocyklowe prawko.

Skok na głęboką wodę?

Tak, bo w zupełnej tajemnicy wzięłam udział w przyśpieszonym kursie. Parę razy (już w delikatnym mrozie) pojeździłam na placu, wyjechałam może z 2-3 razy na miasto i poszłam na egzamin. Zdałam! (śmiech) Jako jedna z dwóch osób na 17 zdających w ostatnim, możliwym terminie przed zimową przerwą. A wtedy wypełniło mnie takie szczęście i taka delikatna duma, że dałam radę i chyba faktycznie jest mi to pisane, że tego nie da się opisać! I nawet nie mogłam się tym z nikim podzielić, bo moje prawo jazdy musiało poczekać do 24 grudnia, by znalazło się pod choinką, pięknie zapakowane na prezent… dla rodziców.

I od tego czasu motocykle towarzyszą mi na stałe w życiu. Głównie to jeden – Harley Davidson Dyna Super Sport Glide 2004r. Nie należy on do najmniejszych i najzwinniejszych modeli Harleya. Naked, bez żadnych osłonek, owiewek, gmoli, sakw. Za to ma dobrego kopa, pięknie brzmi i wiecznie się psuje – ale to nic, przynajmniej później mogę w nim trochę sama pogrzebać (śmiech). Od pierwszej przejażdżki na Harleyu pokochałam jazdę nim, jak nic innego do tej pory. Pasji zawsze miałam wiele, ale nigdy, niczego tak nie czułam! Dlatego staram cieszyć się każdą chwilą na motocyklu i często nie schodzi mi uśmiech z twarzy podczas jazdy (śmiech).

Oryginalny ten prezent dla rodziców…

O tak! Niespodzianka się udała i wydaje mi się, że ciężko będzie mi ją kiedykolwiek przebić. Rodzice na początku zamarli, nie wiedząc o co chodzi, a później wybuchli łzami szczęścia i wzruszenia.{{ tn(8981) left }}

Twoja mama łamała stereotypy, jeżdżąc na własnym motocyklu?

Tak, ona była moją największą inspiracją, godną wielkiego podziwu. Drobna, piękna, klasyczna kobieta, która bez chwili zawahania zrzuca sukienkę i szkolny dziennik, zakłada skórę, i bez wątpienia czy strachu, wsiada sama na wielki motocykl.

Do jeżdżenia preferujesz dalsze czy bliższe trasy? Odludne czy miejskie drogi? 

Bardzo lubię jeździć w długie trasy, te krótkie przeważnie mnie nie zaspakajają i mam ochotę na więcej, i więcej! Jak jeżdżę na zloty czy inne wyprawy, to lubię przejechać sporo kilometrów i z takim satysfakcjonującym zmęczeniem schodzić z motocykla. Choć nie powiem, często zdarza mi się samej wsiąść późniejszym południem na motocykl i zrobić sobie dłuższą rundkę po okolicznych pięknych trasach w pobliżu jezior, lasów i krętymi dróżkami. Oczywiście trafiam na zachód słońca, piękne miękkie światło, intensywne zapachy i czuję samą rozkosz z jazdy! Mam wtedy tę chwilę tylko dla siebie…

Z pewnością takiej przyjemności nie daje jeżdżenie po mieście, więc za nim nie przepadam. A tak naprawdę – byle gdzie, byle jakimi drogami – ja to kocham!

Wolisz jeździć w pojedynkę?

Najczęściej jeżdżę sama (co z resztą bardzo lubię), a jeśli chodzi o dłuższe trasy lub zloty – to jak nie z rodzicami, to najczęściej dołączam do ekipy z portalu internetowego Webchapter z którymi moi rodzice są związani od samego początku. Są to dla mnie wyjątkowo cenni ludzie, jak rodzina. Nie raz służyli pomocą, dawali cenne rady, uczyli i dzielili się ze mną doświadczeniem. Także prócz rodziców i siebie, mam ich! (śmiech)

Jaką Ty jesteś motocyklistką?  {{ tn(8983) left }}Na pewno staram się być bardzo przewidywalna, jak wiem, że mogę przyspieszyć – to tak robię, jednak na motocyklu trzeba być wyjątkowo ostrożnym i mieć oczy dookoła głowy.

Chyba najlepiej byłoby przytoczyć cytat jednego z moich ukochanych, „webchapterowych wujków”: „Bardzo miło było popatrzeć w czasie jazdy na Karolinę Davsonową, bo pięknie i mądrze jedzie, nie wymiękając ani na chwilę, nawet w trudnych momentach, a tych czasami nie brakowało. 80 mil na budziku w deszczu, niejednego twardziela może wpędzić w kompleksy, a Karolcia szła jak burza. Widać, że płynie w niej benzyna, a nie krew.” – mówił Hadek.  Zawsze jest mi niezmiernie miło słyszeć takie słowa, tym bardziej, gdy je słyszę od osób, które mają za sobą lata doświadczeń na dwóch kołach. Bo ja tych kilometrów na liczniku mam zdecydowanie mniej, tak jak i doświadczenia – dlatego cały czas się uczę.

 

Czy Twoja biżuteria pasuje do Ciebie i Twojej, motocyklowej duszy? Chętnie ją nosisz?

Oj tak, zdecydowanie! Ta biżuteria i dodatki wyrażają mnie, to co mi się podoba i co chętnie noszę, bo tak naprawdę pierwotnie tworzę je dla siebie (śmiech). Nie chciałabym robić i sprzedawać czegoś, czego „nie czuję” i mi się nie podoba. Myślę, że jakbym robiła coś pod czyjś gust, nie swój – to nie byłoby to prawdziwe i w jakiś sposób oryginalne. Także tak, jak najbardziej pasują do mnie i mojej motocyklowej duszy, motocyklowego klimatu chyba też, chociaż nie tworzę tego z myślą, by się wpisać w jakis klimat (śmiech).  

Rozwijasz się, założyłaś firmę/markę? Współpracujesz z projektantami?

Niedawno założyłam firmę i markę Golden Dust, która małymi krokami rusza z miejsca. Coraz częściej także mam okazję wypożyczać swoje rzeczy i współpracować przy różnych sesjach zdjęciowych edytorialowych, czy też marek. Również zdarzyło mi się współpracować z projektantem Kamilem Sobczykiem, który wykorzystał moja biżuterię do pokazu swojej kolekcji na Fashionweek’u w Łodzi. Sama mam multum nowych pomysłów, które czekają grzecznie na swoją kolej, ale jak to się mówi – wszystko w swoim czasie. Uczę się zarządzania samą sobą, bo wbrew pozorom jest ono zdecydowanie trudniejsze, niż zarządzanie pracownikami (śmiech). Czasami nie jest łatwo to wszystko samemu ogarnąć, ale staram się. Choć nie powiem, przydałby się też czasem ktoś, kto by kopnął w ten przysłowiowy tyłek i dodał trochę sił!

Dzielisz się gdzieś swoją wiedzą i doświadczeniem? 

Prowadzę warsztaty z projektowania biżuterii, gdzie staram się pokazać, uzmysłowić, jak proste i ogólno dostępne przedmioty możemy wykorzystać, żeby powstało coś naprawdę nietuzinkowego, i ładnego. Czasami dodaję zdjęcia z tego, co robimy na takich warsztatach na stronę na facebooku mojej marki (https://www.facebook.com/GoldenDust), lecz niebawem postaram się stworzyć odrębną stronę z inspiracjami i tutorialami.

Czujesz, że to Twoja droga?

Rozwijam się, a przy tym robię to, co kocham! To tylko wzmacnia. Na razie będę robić swoje, a czym mnie jeszcze życie zaskoczy? Zobaczymy! (śmiech) Pomysły na rozwój marki i stworzenie czegoś nowego – mam. Największym ograniczeniem są pieniądze, jednak jak się czegoś mocno chce, to prędzej czy później się to osiągnie (mam nadzieję!).  A z planów, których jestem pewna – to w tym roku chciałabym zrealizować projekt, który nie jest do końca związany z moją pracą, a właśnie z motocyklami. Mam nadzieję, że w końcu uda mi się zjechać kawałek Polski, żeby poznać rąbek historii i spotkać się z kobietami które również oddały serce „Harleyowi”.

 

Najnowsze