Katarzyna Frendl

Test Ford Edge ST Line 2.0 L EcoBlue 238 KM – auto idealne?

Ford Edge przeszedł modernizację i jest najlepszym przykładem na to, jak nie zepsuć tego, co już pierwotnie było bardzo udane. Czy odmłodzona wersja auta jest rzeczywiście aż tak dobra, jak poprzedniczka?

Z samochodami z rynku amerykańskiego jest tak, że nie zawsze spełniają oczekiwania europejskich klientów. Zwykle są zbyt plastikowe wewnątrz i aż nadto bujają się na zakrętach. To, co trafia do Amerykanów, nieodceniają Europejczycy. Ford, mając ogromne doświadczenie w produkcji aut na światowe rynki, doskonale zna charakterystykę poszczególnych grup docelowych, dlatego samochody, choć wyglądają na takie same, różni prawdziwa przepaść – zarówno w kwestii wykorzystanej technologii i samego stylu.

Modernizacja robi robotę
Szybki styl życia i zmieniające się preferencje kierowców wymusiły na producentach ciągłe odmładzanie swoich produktów. Pędząca do przodu informatyzacja, cyfryzacja i rozwój technologii sprawiają, że wciąż chcemy więcej i więcej. A skoro chcemy więcej, to Ford mówi do nas: „proszę bardzo” i daje nam swojego odświeżonego, napakowanego technologiami SUV-a, świeżo po modernizacji.

Zwalista i muskularna sylwetka budzi respekt. Ogromny, czarny (w wersji ST Line) grill przechodzi płynnie w przestylizowane reflektory, zaprojektowane w całości przy wykorzystaniu technologii LED. Wysoko poprowadzona maska i duża powierzchnia blach budzą u obserwatorów karoserii respekt, ale i wywołują poczucie bezpieczeństwa u kierowcy i pasażerów. Ogromne drzwi zostały przedłużone na wysokości progu, zasłaniając go szczelnie, po to, by nie brudzić ubrań o ubłocony rant auta podczas wysiadania. Tylne reflektory zyskały nowy kształt i trójwymiarową strukturę poszczególnych świateł. Dopełnieniem i ozdobą sylwetki są ogromne, 20-calowe koła. Ten samochód może się podobać i muszę przyznać, że od razu przypadł mi do gustu.

Wnętrze, z którego nie chce się wysiadać
Wnętrze zdecydowanie podąża za tym, co Edge prezentuje na zewnątrz. Mocno rozbudowana deska rozdzielcza, przechodzi płynnie w konsolę środkową. Zajęcie miejsca na fotelu wymaga krótkiego treningu, bo siedziska, nawet w najniższym położeniu, zawieszone są wysoko – idealnie dla roślejszych kierowców. Za to pozycja za kierownicą jest dostojna dla każdego, bez względu na wzrost – bardzo wygodna. Siedzenia doskonale opasają ciało kierowcy, są przyjemnie miękkie, jakby chciały powiedzieć: „zrelaksuj się, będzie ci tu miło i bezpiecznie”. I faktycznie jest. Fotele w wersji ST Line zostały wykończone skórą i miękką alcantarą. Ich wygląd nawiązuje trochę do kubełkowych, sportowych konstrukcji, ale nie dajmy się nabrać. To jedynie zabieg stylistyczny, bo ich głównym celem jest zapewniać pasażerom maksymalny komfort. Poczucie pewnego uchwytu kółka wbudza także gruba, mięsista kierownica. Skóra, którą ją obleczono jest bardzo przyjemna w dotyku, dlatego chętniej trzymamy wieniec w dłoniach. Centralny, 8-calowy wyświetlacz jest „furtką” do rozbudowanego systemu Sync3, który steruje nawigacją, systemem audio, a także zapewnia dostęp do aplikacji telefonu, po połączeniu go za pomocą Android Auto, czy Apple CarPlay. System ten rządzi multimediami i innymi funkcjami auta w sposób intuicyjny, a obsługa całości nie wymaga doktoratu – wszystko działa podobnie jak w smartfonach.


Z nowości – zmieniono tradycyjną dźwignię zmiany biegów na pokrętło, które zostało już wcześniej zaprezentowane np. w Focusie. Dzięki temu rozwiązaniu wygospodarowano więcej przestrzeni w środkowej części, którą z pewnością uda się szybko zapełnić każdej kobiecie.

Tylna kanapa została chyba zaprojektowana tak, by sadzać na niej VIP-ów. Dodano tu więcej nawiewów i pozostawiono z poprzedniej odmiany Edge’a podgrzewanie skrajnych foteli. Przestrzeni w każdym kierunku jest tyle, co w rasowej limuzynie, a dzieci w fotelikach nie dosięgną do oparć foteli swymi ruchliwymi stópkami. Zewnętrzne siedziska wyposażono oczywiście w uchwyty montażowe IsoFix. Zapewnienie pasażerom maksimum komfortu i przestrzeni – co okazało się priorytetowe przy projektowaniu Edge’a – przełożyło się nieco na wielkość bagażnika. Oczywiście, nie jest on mały! Z pewnością ustawny, pojemny, z wieloma praktycznymi rozwiązaniami do kotwiczenia zakupów. Ford określa jego wielkość na 800 litrów, ale to chyba w ramach żartu i sumując wymiary do samego dachu, bo do półki ma maksymalnie 480-500 litrów. W każdym razie wystarczająco.

A teraz się zrelaksuj…
Forda Edge opisać można dwoma słowami, które brzmią: spokój i cisza. Wydaje się być samochodem kompletnym. Podczas jazdy w samochodzie panuje kompletna cisza. Do uszu nie docierają odgłosy z silnika, a ogromne przecież nadwozie zdaje się przepływać ponad nierównościami drogi. Zawieszenie pozostaje przy tym przyjemnie sprężyste, ale też ultra komfortowe. Ford jest światowym specjalistą w budowaniu doskonałych układów jezdnych i niezależnie, czy wybierzecie Fiestę, Focusa, czy którykolwiek inny model, będziecie pod wrażeniem możliwości jezdnych tych aut.

Zabrzmiało to jak krypto reklama? Wierzcie mi, ciężko znaleźć tak dobrze prowadzące się samochody i to nawet wśród reprezentantów klasy premium. Ford zresztą zauważył przywiązanie klientów do swoich produktów, którzy aspirując do wyższej klasy nie chcą rezygnować z walorów użytkowych swoich samochodów. Stworzył dla nich linię Vignale, czyli namiastkę luksusu.

Wróćmy jednak do naszego egzemplarza i błogiej„ciszy”. W świecie pełnym bodźców, szybkich karier w korporacjach ten spokój po zajęciu miejsca za kierownicą jest wybitnie potrzebny. Moim zdaniem zawieszenie Edga spełni wymagania najbardziej wymagających kierowców. Docenią oni z pewnością także wyciszenie kabiny i dbałość o detale i zapewnienie pasażerom maksymalnego komfortu. Nawet podczas szybkiej jazdy nie docierają do nas hałasy i szumy pochodzące od karoserii. Aż dziw bierze, że można tak skutecznie odizolować się od świata zewnętrznego. Inżynierowie zastosowali tu pewien technologiczny fortel. Samochód wyposażony został w układ redukcji hałasu Active Noise Control, który składa się z szeregu czujników i mikrofonów, które wychwytują przeszkadzające nam fale dźwiękowe – te niwelowane są za pomocą wysłania odwrotnej fali dźwiękowej z systemu audio. Brzmi ekscytująco, ale producenci samochodów już od dawna „oszukują” nas puszczając nam dźwięki rasowo brzmiących silników, podczas gdy pod maską pracują dychawiczne, 3-cylindrowe konstrukcje. Ale na szczęście nie w tym wypadku.

Ten tembr…
Jedynym odgłosem, jaki dociera do wnętrza, jest pomruk wysokoprężnego, doładowanego silnika. I tu znów cisną mi się na usta słowa pochwały dla inżynierów Forda. Potrafili wydobyć z niego rasowe brzmienie, które nie przypomina dźwięku diesla. To prawdopodobnie znów „zabieg upiększający”, ale liczy się efekt. A ten jest spektakularny! Dwulitrowy, podwójnie doładowany motor, połączono z 8-biegową skrzynią . Silnik jest zupełnie nową konstrukcją i zastosowano w nim dwie sekwencyjnie pracujące turbosprężarki. Pierwsza odpowiada za rozpędzanie auta od „zera”, druga dołącza się po osiągnięciu przez silnik wyższych obrotów i daje mu jakby drugi oddech.

Drugi (a może już 10-te 😉 efekt „wow” Edge’a to z pewnością doskonały system audio B&O Play, który został zaprojektowany i dedykowany właśnie do tego modelu. Jest skrojony na miarę, więc dźwięk wydobywający się z głośników okala pasażerów mięciutką mgiełką – jeśli słuchamy muzyki cicho, np. klasycznej, lub – jeśli zamarzy nam się dudniący hip hop – zaskoczy czystymi, głębokimi niskimi tonami. Fenomenalny!

SUV jak nie SUV!
Wrażenia z jazdy – zarówno dzięki świetnemu silnikowi, jak i zawieszeniu – są bardziej niż pozytywne! Auto zbiera się do jazdy od najniższych obrotów i bardzo dynamicznie rozpędza. Wyniki przyspieszania na papierze nie imponują (producent podaje, że do osiągnięcia 100 km/h Edge potrzebuje 9,6 sekundy), ale wrażenia subiektywne są zdecydowanie bardziej korzystne. Poza tym SUV Forda pokazuje swoją siłę dopiero po przekroczeniu tej prędkości. Moment obrotowy 500 Nm pcha wielkie cielsko do przodu z niezmienną siłą i pozwala mu zrobić porządek na lewym pasie autostrady. Zresztą samochód, który pochodzi z rynku amerykańskiego, stworzony został by połykać nim setki kilometrów i najlepiej czuje się w długich trasach. Co prawda Ford wyposażył Edge’a w układ kierowniczy o zmiennym przełożeniu i bez problemu można nim manewrować również w mieście, ale dwa metry szerokości i prawie pięć metrów długości predestynują go jednak do długich, wygodnych i beztroskich podróży.

Gdy jednak kierowcę poniosą nieco emocje i zechce z rodziną – lub bez – pośmigać energicznie po zakrętach, to czemu nie? Edge w tej kwestii odstaje od charakterystyki prowadzenia wysokich SUVów – prowadzi się jak dobrze zawieszone kombi (np. uterenowione kombi typu allroad). Naprawdę świetna robota inżynierowie! A przy tym jest bezpiecznie, bo wszystkie koła są napędzane, także auto zachowa się w sposób przewidywalny na każdej nawierzchni, także śniegowej.

Oczywiście, bez kija w mrowisko się nie obędzie. Byłoby wspaniale, gdyby w przyszłości Forda dorzucił – nawet do wyposażenia opcjonalnego – dobrą, dwusprzęgłową skrzynię biegów, która jeszcze mocniej poprawiłaby dynamikę tego wyjątkowego auta. Jasne, rozumiem założenia projektantów i to, że Edge „urodził się” jako cruiser, który ma dostojnie przewieźć pasażerów we wskazane, odległe miejsce. Także wybaczam. Bo to auto i tak jest paktycznie idealne.

W trasie Ford Edge 2.0 L EcoBlue 238 KM, z 8-biegowym automatem zużył mi średnio około 8 litrów na 100 kilometrów. Praw fizyki nie da się oszukać i wysokie, muskularne nadwozie i masa ponad 2100 kilogramów robią swoje. Szybka jazda autostradą w Niemczech, lub dynamiczna po zakrętach sprawi, że komputer wyświetli z pewnością liczbę dwucyfrową. Są to jednak wartości zbieżne z tym, jakie mają rynkowi rywale. Poza tym za przyjemność dłuższego użytkowania Edge’a musimy – niestety – zapłacić minimum 196 570 złotych (bazowa wersja startuje od 172 000 zł: Trend ze 190-konnym dieslem). To nie jest mała kwota, tym bardziej, że konkurencja przy tej cenie i gabarytach oferuje zwykle możliwość przewiezienia siedmiu osób. Jednak pamiętajmy, że przyglądając się wyposażeniu niemieckich SUVów od razu zauważymy, że aby dorównać kompletacji Edge’a trzeba by dużo więcej zapłacić; z pewnością grubo ponad 200 tysięcy. A w Fordzie, za tę cenę otrzymujemy rodzinne auto w pełni kompletne, doskonale wyposażone, wręcz idealne w prowadzeniu i wybitnie komfortowe. Ze względu na tę kwotę nie należy się spodziewać wysypu Edge’ów w waszym mieście, a to dodatkowo wpłynie na jego ekskluzywność. Jeśli więc planujecie zakup tak dobrego auta, to spieszcie się, bo ponoć Edge’a ma wkrótce zastąpić nowy model (Kuga, Escape) w odmianie 7-osobowej.

Czyli jaki?
Ford Edge nie jest sportowcem i nadanie mu przydomka ST Line tego nie zmieni. Ale każdy, kto decyduje się na zakup SUVa to wie i raczej wykorzystuje taki samochód w mieście i na dłuższe wyjazdy. Auto jest doskonałym kompanem w trasie i fantastycznie izoluje kierowcę od świata zewnętrznego. Daje poczucie spokoju i bezpieczeństwa, tak ważne w dzisiejszych czasach, a cisza, nawet jeśli generowana przez system audio sprawia, że świetnie wykończony samochód staje się oazą, szklanym kloszem, który chroni nas przed złem zewnętrznego świata. Wiem, znów zabrzmi to jak reklama, ale nie obraziłabym się, gdybym mogła częściej  uciekać do takiej oazy, więc Edge z pewnością mógłby zagościć na dłużej w moim garażu.

NA TAK
– budząca respekt sylwetka z amerykańskimi akcentami;
– niezwykle komfortowe wnętrze;
– doskonałe wyciszenie wnętrza;
– świetne audio;
– dobre własności jezdne.

NA NIE
– brak wersji 7-osobowej.

Dane techniczne Ford Edge ST Line 2.0 L EcoBlue 238 KM, 8-biegowy automat

Silnik:

Wysokoprężny R4, Bi-Turbo

Pojemność skokowa:

1997 cm3

Moc:

238 KM przy 4000 obr./min

Maksymalny moment obrotowy:

500 Nm przy 3000 obr./min

Skrzynia biegów:

Automatyczna 8 biegów

Prędkość maksymalna:

216 km/h

Przyspieszenie 0-100 km/h

 9,6 s

Długość/szerokość/wysokość:

4827/1928/1751 mm

Najnowsze

„Jazda! Motoryzacja w międzywojennej Gdyni” – wystawa już otwarta

Jak połączyć przyjemne z pożytecznym? Można wybrać się na zakupy do galerii, a jednocześnie obejrzeć ciekawą wystawę o tematyce motoryzacyjnej.

Po raz drugi w Galerii Klif otwarto wystawę, będącą efektem współpracy z Muzeum Miasta Gdyni. Tym razem na 30 wielkoformatowych fotografiach poznajemy motoryzacyjną historię Gdyni. Miejsce wystawy nie jest przypadkowe: w pierwszej w Gdyni galerii, jaką jest Klif, po raz pierwszy przedstawiono pierwsze – niepublikowane wcześniej – zdjęcia z życia miasta. Wystawę będzie można oglądać do końca maja na pierwszym piętrze Galerii Klif.

Wystawa opowiada o codziennym życiu. Bohaterami tej opowieści są również mieszkańcy przedwojennego miasta – strażacy, szoferzy, młodzi eleganccy mężczyźni i piękne kobiety Część zdjęć ma charakter reportażowy, część to portrety i zdjęcia „ustawiane” – opowiadają fascynującą historię o samochodach, które już w latach 20. XX wieku były codziennością. Wśród zdjęć można zobaczyć pierwszą w Gdyni: , oficjalną wizytę Prezydenta II RP Ignacego Mościckiego, pierwszego budowniczego miasta Eugeniusza Kwiatkowskiego czy pierwszą stację paliw, karetkę, szkołę jazdy.

Taksówki, karawany i nie tylko
Ratowały życie i zdrowie jako karetki i samochody straży pożarnej, służyły jako taksówki, jechano nimi na niedzielne wypady za miasto i wreszcie, podobnie jak dzisiaj, były wyznacznikiem statusu społecznego. Używali ich na co dzień politycy i wyżsi oficerowie, widać je pod kościołem i podczas obchodów Święta Morza. Powoli wypierały wozy konne, służąc także do rozwożenia towarów i jako karawany pogrzebowe.

– Zapraszam mieszkańców Gdyni do poznania naszej drugiej już wystawy, ukazującej dzieje miasta i jego mieszkańców. Konsekwentnie budujemy markę Galerii Klif jako miejsca otwartego na społeczność i kulturę Gdyni. Gościły już u nas wystawy artystów-plastyków, a w lutym zainaugurowaliśmy współpracę z Muzeum Miasta Gdyni. Warto podkreślić, że wystawa, którą prezentujemy została przygotowana przez Muzeum w partnerstwie z Galerią Klif, a opowiada o pięknie, odwadze i nowoczesności – mówi Mariola Rogóż, dyrektor Galerii Klif.

Mercedes i tajemnice dawnych zdjęć
Każde zdjęcie kryje swoją tajemnicę. Większość ukazanych na nich osób pozostaje anonimowa, w przeciwieństwie do samochodów. Zdjęcia potwierdzają niezwykłą popularność Fordów, widać na nich czechosłowackie sportowe wozy Aero 50, popularne „Dekawki” – DKW, Chevrolety, Ople czy polskie Fiaty – w tym tak specyficzne modele jak sześcioosobową limuzynę Fiat 1100! Opinię najsolidniejszego automobilu miał zasłużenie Mercedes-Benz i właśnie auto tej marki zaprasza do obejrzenia wystawy. Będzie można je oglądać przy głównym wejściu do Galerii Klif.Najstarsze zdjęcie na wystawie pochodzi z czerwca 1926 roku i upamiętnia pierwsze tankowanie na nowo otwartej stacji benzynowej obecnie na ulicy Węglowej. Do ciekawszych należą portrety taksówek i taksówkarzy firmy Brunona Czappa. Uwagę przykuwa logo firmy taksówkarskiej BC, staranne ubiory szoferów i biała plandeka, dzięki której, jak w dzisiejszych turystycznych meleksach, można było bez przeszkód podziwiać okolice. Zdjęcia ukazują też różnorodność ówczesnych aut – widać na nich autobus miejski, auta dostawcze, Chevrolet pick-up, auto strażackie, karetki pogotowia, auto szkoły szoferów Adolfa Sajewicza, luksusową limuzynę na wycieczce w lesie (być może to Źródło Marii), a nawet małe autko dziecięce ze strażacką drabiną. Uśmiecha się z niego mała śliczna buzia, wyraźnie uszczęśliwiona tym zdjęciem.

Zagadki związane ze zdjęciami
Oglądanie wystawy z pewnością może dostarczyć wiele emocji. Gdzie zrobiono to zdjęcie? Czy to nie jest ktoś z naszej rodziny? A gdzie w Gdyni był hotel „Bałtyk” i Bank Gospodarstwa Krajowego? Kim był Józef Jereczek, którego nazwisko widnieje wśród kwiatów na aucie-karawanie? Co spowodowało wybuch domu przy ulicy Bema? Na którym ze zdjęć widać Eugeniusza Kwiatkowskiego?

– Ekspozycja składa się z niepublikowanych wcześniej zdjęć ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni. Dla miłośników historii miasta jest to niepowtarzalna okazja, by prześledzić rozwój miejskiej międzywojennej infrastruktury. Spojrzeć z innej perspektywy na historię powstania miasta z morza i marzeń. Dla fanów motoryzacji jest to prawdziwa wizualna uczta. Dzięki współpracy z Galerią Klif, wszyscy mieszkańcy Gdyni mogą podziwiać wyjątkowe, inspirujące kadry z historii naszego miasta – mówi Michał Miegoń z działu promocji Muzeum Miasta Gdyni.

Warto potraktować tę wystawę jako swoistą historyczną szaradę, a kogo historia aż tak nie interesuje, może po prostu obejrzeć samochody, których już nie ma, a które rozgrzewają wyobraźnię miłośników motoryzacji. Fotografie pokazują również rozwój miejskich dróg. Przeciętnie w okresie międzywojennym budowano 5 km nowych dróg rocznie, choć nierzadko przekraczano tą liczbę, chociażby przy budowie dzielnicy Działki Leśne, gdzie szosy wytyczano na stromych morenowych zboczach. Samochody pojawiające się w międzywojennej Gdyni importowano. Dopiero w 1936 roku, przy ul. Świętojańskiej 110 powstało przedstawicielstwo firmy Polski Fiat. W 1937 r., przy ul. Starowiejskiej 37, otwarto Auto Centralę Bracia Skwiercz z salonem Mercedesów.

Wystawa jest prezentowana przez pięć tygodni, w dniach od 26 kwietnia do 31 maja, w godzinach otwarcia Galerii, na pierwszym piętrze. Klif sfinansował wydruki archiwalnych fotografii, a po zakończeniu wystawy zostaną one przekazane do Muzeum Miasta Gdyni. Dzięki temu będą mogły być pokazywane przy innych okazjach, promujących Gdynię i jej historię.

Najnowsze

5 powodów, które najczęściej psują majówkę

Majowy weekend kojarzy się z wiosną, beztroską i pełnym luzem. Niby oczywiste, ale …jak się okazuje, jest wiele rzeczy, które mogą nam popsuć nastrój i skomplikować długoweekendowy czas. I wcale nie myślimy o przypalonych szaszłykach z grilla. Jak uniknąć majówkowych wpadek?

  1. Planowanie to podstawa

Nie organizuj Majówki „na kolanie”. Spontaniczne wyjazdy są dobre dla osób o mocnych nerwach. Popatrz spokojnie na mapę, postaraj się znaleźć czas na przeczytanie recenzji hotelu, w którym chcesz się zatrzymać. Popytaj znajomych, może ktoś już wcześniej był w tej samej miejscowości i może ci polecić noclegi, dobre lokalne knajpki, ciekawe muzea albo atrakcje, o których nie piszą wszystkie przewodniki. Dobrym źródłem informacji są blogi podróżnicze oraz portale turystyczne, polecające nieoczywiste miejsca i przestrzegające przed typowymi błędami turystów. Dobrze wiedzieć wcześniej, które miejsca zwiedzać np. wcześnie rano, bo po południu są już zamknięte. Nie daj się naciągnąć na piękne foldery reklamowe. Podczas urlopu nie ma nic gorszego jak rozczarowanie z powodu hotelu (wyglądu, czystości, jedzenia, położenia…) czy atrakcji, która kompletnie odbiega od opisu z broszury. Oczywiście zazwyczaj mamy prawo do reklamacji, ale prawda jest taka, że stracimy czas i nerwy. Lepiej „odrobić lekcje” przed wyjazdem, sprawdzając np. na własną rękę wykorzystując Google Street View Internet lub media społecznościowe, które są kopalnią informacji. W czasie długich weekendów wszędzie może być tłoczno –  bierz to pod uwagę planując podróż, a jeśli nie lubisz tłumów, lepiej unikaj oczywistych atrakcji turystycznych.

  1. Pamiętaj o ubezpieczeniu

Znakomita większość Polaków spędza majówkę w Polsce. To oznacza, że ruch na drogach jest w tym okresie znacznie bardziej natężony, nie wspominając o kierowcach którzy wsiadają za kółko po jednym, czy dwóch piwach wypitych przy grillu. W takiej sytuacji o stłuczkę lub wypadek bardzo łatwo. Nawet z pozoru niegroźna sytuacja może skutecznie popsuć cały wyjazd. Wystarczy sobie wyobrazić, że cofając się słyszysz nieprzyjemny huk, bo w twoim martwym punkcie schowało się śliczne, nowe, sportowe auto. Wina jest ewidentnie twoja, a ty zaczynasz sobie przypominać że nie kupiłeś ubezpieczenia? Wizja poniesienia kosztów naprawy może skutecznie popsuć nie tylko majówkowe plany. Czarne scenariusze sprawdzają się zawsze wtedy, gdy się tego najmniej spodziewamy. W efekcie ekonomiczna Majówka nad Bałtykiem może kosztować tyle, co liczne wyjazdy na wczasy w Turcji. Nie ma co ryzykować. „Przed wyjazdem warto pomyśleć o kompleksowym ubezpieczeniu auta obejmującym nie tylko obowiązkowe OC, ale też dodatkowe AC i Assistance. Wbrew pozorom nie musi to być wielki wydatek. Dzięki porównaniu ofert w internecie możemy kupić je relatywnie tanio” – komentuje Wojciech Rabiej z porównywarki ubezpieczeń mfind.  Autocasco to polisa, która chroni Twoje auto w przypadku gdy Ty jesteś sprawcą  szkody. Jeśli dodasz do tego assistance nie musisz się już o nic martwić. Masz pokryte koszty odholowania albo naprawy auta na miejscu, pomocy np. w wymianie koła. I co najważniejsze dla twoich majówkowych planów – w razie zdarzenia, możesz otrzymać samochód zastępczy. Możesz mieć pewność, że w każdej sytuacji dotrzesz do celu, a serwis pomoże nie tylko w razie stłuczki, ale także wtedy kiedy złapiesz przysłowiowego „kapcia” i konieczna będzie wymiana koła na autostradzie. Warto także wspomnieć o ubezpieczeniu turystycznym – które sprawdzi się szczególnie wtedy, gdy wybieramy się za granice. Uwaga! Ubezpieczenie kupione w biurze podróży ma często bardzo ograniczony zakres i warto ten temat zgłębić, zanim wyjedziemy. Nie liczmy także przesadnie na EKUZ –  NFZ co prawda pokryje koszty leczenia w Europie w razie wypadku, ale już o transporcie medycznym czy innych kosztach możemy zapomnieć. Nie bagatelizujmy tego zagrożenia, bo nawet złamana noga, czy inny drobny uraz, może nas za granicą kosztować kilka tysięcy złotych. Ubezpieczenie turystyczne zwykle kupimy za kilka, kilkanaście złotych dziennie. Warto więc je mieć.

  1. Nie daj się złej pogodzie

Jeśli przed Majówką kilka razy dziennie sprawdzasz prognozę pogody w telefonie, może od razu przygotuj plan B i przyjmij skandynawską zasadę, że nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania. Nawet wybierając się do krajów, które słyną ze słońca i niekończących się plaż, nie rezygnuj z bluzy i lekkiej kurtki przeciwdeszczowej. Zmieszczą się nawet w bagażu podręcznym, a w razie nagłego załamania – co o tej porze w nadmorskich kurortach jest zjawiskiem normalnym – może uratować losy niejednej wycieczki. Weź przykład z biegaczy, którzy w razie gorszej pogody rekomendują ubiór na cebulkę. Zbędne ubranie zawsze możesz schować do kieszeni lub plecaka. Dlatego kupując kurtkę sprawdź jej rozmiary po spakowaniu – powinny być na tyle niewielkie, by zmieściła się w kieszeni. Jeśli planujesz długie wędrówki i intensywne zwiedzanie możesz rozważyć zakup koszulki funkcyjnej, która odprowadzi wilgoć na zewnątrz. Nie zapomnij o wygodnych butach. Jeśli zabierasz nową parę włóż ją przed wyjazdem przynajmniej kilka razy, by sprawdzić, czy cię nie obcierają i czy rzeczywiście są wygodne. Przemyślane pakowanie walizki może być kluczem do sukcesu.

  1. Pracę zostaw w biurze

Bez względu na to, czy Majówkę spędzasz w ciepłych krajach czy na hamaku na działce, nie zabieraj ze sobą komputera, pod pretekstem, że dokończysz tylko jedną prezentację. Prawda jest taka, że na tym nigdy się nie kończy. Już sam widok laptopa sprawi, że granica między życiem prywatnym a zawodowym zostanie zatarta. Oczywiście, każdy z nas zostaje po godzinach i zabiera najpilniejsze projekty do domu, ale nie w długi weekend! Otwarcie firmowej skrzynki mailowej oznaczać może lawinę zdarzeń: wciągniesz się w dyskusję z kolegą o wynikach za ostatni kwartał, przypomnisz sobie o zaległej odpowiedzi na reklamacje, „w śmieciach” pojawi się oferta sprzedażowa, która ma wywrócić twój firmowy świat do góry nogami… Znasz to? Zamiast delektować się sielskim spokojem, dopada cię zmęczenie i stres. Zanim się obejrzysz jest ostatni wieczór długiego weekendu, a poziom zdenerwowania niebezpiecznie szybuje w górę. Nie bez powodu niektóre hotele rezygnują z wifi na rzecz bliskości natury. Może warto rozważyć taką opcję?

  1. W gronie sprawdzonych znajomych

Czasami dajemy się ponieść emocjom chwili i spontanicznie zapraszamy na Majówkę nowych znajomych, których dopiero co poznaliśmy. Na miejscu okazuje się, że wy lubicie zwiedzać i każdego wieczoru chcecie iść na długi spacer, wmieszać się w lokalnych mieszkańców poznając koloryt miasteczka, nowe smaki i uliczki poza głównymi szlakami. Wasi znajomi natomiast zdecydowanie chętniej zostają w hotelowym barze. Po dwóch dniach dzieci są sobą znudzone, a Wam też kończą się tematy do rozmowy. Szukacie więc wymówek, by wyrwać się na wycieczkę we własnym gronie, ale złe samopoczucie pozostaje. Nie zawsze przeciwieństwa się przyciągają. W przypadków wspólnych wyjazdów warto zaplanować je ze sprawdzoną ekipą przyjaciół, z którą łączą was wspólne zainteresowania, gust muzyczny i mnóstwo przygód z historii. To ludzie, z którymi w każdej sytuacji będziesz czuć się swobodnie. Nie ma co ryzykować, w końcu na Majówkę czeka się cały rok.

Najnowsze

Rewolucja w motoryzacji nadchodzi. Wywołają ją gry komputerowe

“Motoryzację czeka jedna z największych zmian od czasów opracowania linii produkcyjnej” - mówi Tim McDonough, przedstawiciel Unity Technologies. Amerykańska firma, która słynie z tworzenia platform wykorzystywanych w grach komputerowych, od kilku lat chętnie udostępnia swoje narzędzia również producentom samochodów. Efekty tej współpracy zrewolucjonizują wiele obszarów - od projektowania po sprzedaż samochodów.

Gry komputerowe i motoryzacja
Chociaż dział odpowiedzialny za motoryzację powstał w Unity Technologies dopiero w maju ubiegłego roku, współpraca firmy z markami samochodowymi trwa już od ponad trzech lat. Unity ma wiele do zaoferowania. Na platformie 3D opracowanej przez amerykańską firmę bazuje wiele topowych gier, stworzonych na przeróżne urządzenia – od komputerów, po konsole i urządzenia mobilne. Unity mocno inwestuje w rozwój technologii rozszerzonej (AR) i wirtualnej rzeczywistości (VR), a te znajdują wiele zastosowań w motoryzacji.
Największe marki na tak

Potencjał produktów opracowywanych przez amerykańską firmę dostrzegli najwięksi producenci samochodów, w tym Toyota, Lexus, Volkswagen, Audi i Volvo. “W Toyocie wykorzystujemy Unity do rozwoju narzędzi VR i AR, aby podnieść wydajność i jakość projektowania stylistyki i elementów technicznych samochodów, a także szkolenia pracowników. To bardzo elastyczna platforma, wspierająca urządzenia VR/AR, których potrzebujemy” – mówi Koichi Kayano, menadżer projektów w dziale Operation Improvement Department Toyoty.

Moc Unity
Rozwiązania opracowane przez Unity pozwalają nawet na tworzenie wirtualnego środowiska dla samochodów autonomicznych i testowanie ich działania nawet bez wyjeżdżania na prawdziwe drogi. A wykorzystanie wirtualnej rzeczywistości umożliwia producentom samochodów szkolenie pracowników fabryk i mechaników. Dzięki goglom VR niedoświadczeni pracownicy mogą złożyć albo naprawić samochód bez wchodzenia do serwisu czy na linię produkcyjną – w bezpiecznych warunkach i bez wytwarzania dodatkowych, niepotrzebnych kosztów. Wielki potencjał platform Unity widać również na polu marketingu i projektowania aut.

Wirtualny Lexus jak prawdziwy
Pierwszym samochodem, na którym zbadano marketingowe możliwości Unity i wirtualnej rzeczywistości był Lexus LC 500. Stworzony przez agencję Team One pełny model 3D obejmował nawet układ napędowy, podwozie i elementy strukturalne auta. Projektantom udało się odtworzyć najdrobniejsze detale sportowego Lexusa, takie jak połączenia elementów karoserii, odcienie lakieru, kolory i teksturę tapicerki. Stworzony model pozwalał na żywo zmienić kolor lakieru, tapicerki we wnętrzu czy wzór felg, a także usiąść w środku wirtualnego auta. “Pracuję w przemyśle motoryzacyjnym od 15 lat i to co zobaczyłem przez ostatnie pół roku przekonało mnie, że rewolucja nadchodzi” – mówił później David Telfer, National Manager działu Digital and Social w Lexusie. “Model Unity naprawdę zmienił nasze myślenie o marketingu” – dodał.

Konfigurator Lexusa UX
Co więcej, w ubiegłym roku firma pokazała konfigurator nowego crossovera Lexusa, modelu UX. Narzędzie pozwala wyświetlić samochód na ulicy, zmienić kolor lakieru czy wersję wyposażenia, a nawet sprawdzić działanie niektórych elementów we wnętrzu samochodu, w tym na przykład ekranu centralnego. Konfigurator wyposażono również w narzędzia analityczne, które śledzą zachowania użytkowników.

W sam raz dla sprzedawców
Wykorzystanie wirtualnej rzeczywistości w konfiguratorach samochodów jest coraz popularniejsze. Firma Rewind, we współpracy z HP i Intelem stworzyła narzędzie Salesdrive. Program 3D pozwala na stworzenie w rzeczywistym czasie pełnowymiarowego, wirtualnego modelu nowego auta. Sprzedawca może opisywać je klientom i w tym samym czasie dodawać elementy wyposażenia, np. uchwyty rowerowe. Dzięki Salesdrive można ponadto zobaczyć, ile miejsca zajmie w bagażniku wózek dziecięcy albo jak wygląda tylna kanapa po zamontowaniu fotelika dziecięcego.

Rewolucja w projektowaniu samochodów
Rozwiązania dostarczane przez Unity rozpoczynają również rewolucję w projektowaniu samochodów od samego początku. “Dzięki mocy technologii real time 3D, czyli jądra tego, czym Unity jest, projektanci samochodów mogą działać z prędkością myśli. Zmieniać, modyfikować ich modele i widzieć te zmiany w czasie rzeczywistym” – mówi Clive Downie, Chief Marketing Officer w Unity Technologies. Dzięki platformie inżynierowie mogą ponadto sprawdzić, jak wnętrze auta będzie widziane oczami jego użytkownika. Projektant może zaprojektować samochód, założyć okulary VR, a potem obejść go dookoła czy usiąść na fotelu kierowcy.

“Kiedyś proces wyglądał następująco – pierwotny pomysł, seria szkiców i tak dalej, aż do ostatecznego auta. W tej chwili wszystko staje się w jednym momencie. Zbliżamy się do optymalnej sytuacji, kiedy będziemy mogli użyć Unity do stworzenia samochodu od początku do końca – dodaje Beau Cameron, Immersive Reality Studio Lead w Team One.

Najnowsze

Volvo nakręci reklamę w Warszawie – zobacz kiedy i gdzie

Dziś i jutro na ulicach Warszawy kręcone będą zdjęcia do nowej, międzynarodowej kampanii Volvo promującej nowy autobus elektryczny i przegubowy Volvo 7900, którzy zostanie zaprezentowany w październiku tego roku. Po raz koncern Volvo realizuje kampanię w sercu Warszawy.

Rzadko się zdarza, aby koncerny motoryzacyjne kręciły w Polsce swoje reklamy. Czasem, jak niedawno w przypadku kampanii BMW, nie wychodzi to zbyt dobrze (przeczytasz o tym tu). Liczy się zatem dobry pomysł, miejsce i scenariusz.

Reklamy Volvo Trucks należą do najbardziej udanych. Wystarczy w tym miejscu wspomnieć tę, z Jeanem-Claudem Van Damme, który robi szpagat między dwoma jadącymi ciężarówkami Volvo – kliknij tu.

Tym razem to szwedzki koncern – oddział autobusowy – zdecydował się na naszą stolicę, aby właśnie tu nagrać reklamę swojego najnowszego modelu. W kampanii o nazwie „Create your zero city with Volvo Buses” pokazane zostaną możliwości tworzenia stref zeroemisyjnych, stref bezpieczeństwa, wolnych zanieczyszczeń i hałasu. Zaprezentowane zostaną rozwiązania dla miast w zakresie elektromobilności i czystego transportu publicznego.

Okazuje się, że dzięki koncepcji elastycznego ładowania nie ma potrzeby zmieniania rozkładu jazdy. Teraz można tworzyć trasy, które wcześniej nie były nawet brane pod uwagę – z przystankami w galerii handlowej czy na stacji kolejowej. W zatłoczonych obszarach miast zmniejszy się hałas, dzięki czemu staną się bardziej przyjaznymi dla mieszkańców miejscami.

Każda trasa takiego autobusu elektrycznego może być inna. Wszystko zależy od odległości, potrzeb w zakresie pojemności, klimatu i topografii. Volvo oferuje elastyczne możliwości ładowania, wybierane na podstawie takich parametrów jak pojemność akumulatora, metoda ładowania, czas i moc. Wzorce ładowania można dopasować do rozkładów jazdy i logistyki floty. Mając Volvo 7900 Electric, można w dowolnym momencie wybierać, łączyć i zmieniać metody ładowania. 

Chcecie zobaczyć na własne oczy plan zdjęciowy reklamy Volvo 7900 Electric? Zapraszamy do Warszawy dziś i jutro!

10-12:45 – Tamka / Wybrzeże Kościuszkowskie
14:15-16:45 – PKP Powiśle / Most Poniatowskiego
17:45-19:30 – Lipowa

Najnowsze