Joanna Szymków-Matuszewska

Seat Leon FR IV generacji – co kryje w sercu hiszpański lew

Kiedy w październiku brałam na test najnowszą generację Seata Leona w wersji FR, nie była ona jeszcze zbyt widoczna na polskich ulicach, nie miałam więc za bardzo szansy wyrobić sobie zdania na temat tego modelu. Może to i dobrze, bo dziecko, które udaje mi się w sobie pielęgnować, cały czas uwielbia niespodzianki, a taką okazał się właśnie najnowszy Leon.

Charakter południowca
Pierwsze pozytywne zaskoczenie to wygląd hiszpańskiego lwa w najnowszej odsłonie – zdecydowanie nowoczesne, dynamiczne nadwozie przyciąga oko, a wyraziste i dość ostre kształty powodują, że podchodzi się do tego samochodu z dużym uśmiechem na twarzy. Ten uśmiech pojawia się nawet w najbardziej deszczowe dni, bo gdy tylko odblokujesz centralny zamek, z lampki umieszczonej w lusterkach bocznych wyświetli się na ziemi napis „Hola”. Jakoś to hiszpańskie „cześć” rzucone przez samochód, którym zaraz będę podróżować, wydało mi się przyjemniejsze i bardziej radosne niż zwykłe logo wyświetlane na ziemi. 

Innowacyjność czwartej generacji jest widoczna też w przednich reflektorach, które w testowanej przez nas wersji były w pełni diodowe. W wersji do jazdy dziennej jest to ledowa listwa o dość charakterystycznym kształcie, poniekąd powtórzonym w powiększeniu w reflektorach umieszczonych z tyłu. W połączeniu z dedykowaną wersji FR osłoną chłodnicy w kolorze Cosmo Grey, przód staje się nie tylko nowoczesny, ale i agresywny.

Czytaj także: Test: Seat Tarraco 2.0 TSI 190 KM 7DSG 4drive – potrafi zboczyć z dróg

Seat Leon FR IV generacji

Tak, projektanci zadbali o to, żeby nowy Leon budził w nas ukryty, południowy temperament, a jego wyraziste przetłoczenia pozostawały w pamięci na długo, niemal jak gorące, letnie wieczory w tętniącej życiem Barcelonie. Jak dla mnie szczególnego smaku dodaje tylna listwa świetlna i łączące się z nią dynamiczne kierunkowskazy. Jej poprowadzenie przez całą szerokość tylnej klapy ma też zastosowanie praktyczne – nawet w warunkach jesiennych, na nieoświetlonych drogach, samochód jest widoczny już z daleka i, co ważne dla samej marki, rozpoznawalny. Trudno będzie pomylić ten samochód z jakimkolwiek innym modelem. 

Aby podkreślić, że najnowsza generacja zrywa z dotychczasowymi, łagodniejszymi kształtami Leona znanymi z wcześniejszych odsłon, zmieniła się również czcionka logo Leona, teraz przypominająca odręczne pismo. Gdy połączymy te wszystkie elementy w jedną całość okaże się, że mamy do czynienia z naprawdę fajnym samochodem z charakterem godnym południowca. 

Seat Leon FR IV generacji

Niespodzianek ciąg dalszy, czyli co kryje Hiszpan we wnętrzu?
Całkiem sporo, jeśli weźmiemy pod uwagę, że wnętrze poprzednich generacji Leona nie było specjalnie innowacyjne, a ciężkie, plastikowe elementy kokpitu robiły przytłaczające wrażenie. Obecnie Leon nie zerwał do końca ze swoimi plastikowymi sympatiami – nadal znaczna część materiałów użytych do budowy konsoli środkowej i kokpitu to twarde tworzywa sztuczne, jednak te stosowane obecnie mają już zróżnicowane faktury, a przez całą szerokość deski rozdzielczej poprowadzono aluminiową listwę, która wraz z obramowaniem nawiewów i listwami umieszczonymi w boczkach drzwi, wizualnie ożywia wnętrze. Prawdę mówiąc jest jednak duża szansa na to, że nawet nie zwrócicie uwagi na deskę rozdzielczą, bo waszą uwagę przykują po pierwsze fotele ze swoją ciekawą tapicerką i czerwonymi przeszyciami, a po drugie listwa oświetlenia ambientowego okalająca całe wnętrze z przodu.

Seat Leon FR IV generacji

Rozpoczyna się ona u skraju jednych drzwi i kończy u skraju drzwi przeciwnych. Możecie sobie dowolnie dobierać kolory oświetlenia, które niewątpliwie tworzy naprawdę ciekawy klimat tego samochodu i daje poczucie pewnego rodzaju otulenia kierowcy i pasażera podróżującego z przodu. Całkiem ciekawym rozwiązaniem jest też sygnalizowanie za pomocą fragmentu tej listwy, umieszczonego na wysokości lusterek bocznych, że na bocznym pasie znajduje się samochód, który jest w strefie naszego martwego pola. Jest to zabieg oryginalny i zwracający uwagę kierowcy, a przy tym nienachalny. Ale jeśli mówimy o nachalności, to jak jesteś wyższy niż jakieś 190 cm i twój wzrok jest znacznie wyżej niż górna krawędź kierownicy i obudowy zegarów, to możesz mieć z tą listwą problem prowadząc po zmroku. Światło, jakie ona daje, jest na tyle intensywne, że zamiast skupiać wzrok na drodze, skupiasz wzrok na świecącym pasku pod szybą.

Liczy się dotyk
To nie jest jednak jedyna nowość we wnętrzu Lwa. Poza innowacyjnie poprowadzonym oświetleniem ambientowym i sygnalizatorami asystenta martwego pola, kolejnym pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie umieszczenie po lewej stronie kierownicy, dotykowego panelu sterowania światłami. Zastąpienie zwyczajowego pokrętła, znanego z większości samochodów, panelem dotykowym, na którym wystarczy nacisnąć odpowiednie oznaczenie świateł, jest świetnym zabiegiem. Panel ten jest niedużych rozmiarów, wizualnie spasowany z całością kokpitu, a zarazem daje mocny powiew świeżości.

Seat Leon FR IV generacji

Generalnie Seat w najnowszym modelu Leona postawił na funkcje minimalistyczne i dotykowe. Nawet listwa pod 10-calowym ekranem multimedialnym, umieszczonym w centralnym punkcie deski rozdzielczej, nie jest zwykłą listwą ozdobną pokolorowaną na czerwono i niebiesko, tylko są to dotykowe przyciski służące do regulacji temperatury nawiewu. I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że jak zgasną światła, to… robi się ciemno i można szukać po omacku samych przycisków i kolorków na nich umieszczonych. Nie dziwcie się więc, jeśli nagle temperatura w najnowszym Leonie gwałtownie spadnie – to nie chłód podróżujących w nim osób, to widocznie kierowca prowadząc trafił w zły przycisk od ustawienia temperatury. Podsumowując – rozwiązanie byłoby mistrzowskie, gdyby przyciski były choć delikatnie podświetlone. A tak jest tylko fajne.

Z całą pewnością jednak mało fajne jest, gdy nagle z niewiadomego powodu zapala się i gaśnie lampka nad głową pasażera, który podróżuje na tylnej kanapie, a tak właśnie działo się podczas naszego testu nowej generacji Leona. I to jest właśnie ten moment, gdy wiesz, że ktoś chciał tak dobrze, że aż przedobrzył. Producent umieścił nad głowami pasażerów podróżujących na tylnej kanapie lampki, które są dotykowe, ale reagują już na samo zbliżenie ręki (analogicznie jak te z przodu, jednak te z przodu nie znajdują się nad głowami). Wyobraźcie więc sobie podróż z dzieckiem, któremu podajecie a to picie, a to misia z podłogi, a to smoczek. Światełko miga jak stroboskop na dyskotece, a to raczej coś, za czym kierowca raczej nie będzie przepadał. A i pasażer pewnie się w końcu zirytuje niespecjalnie wiedząc co się dzieje. Im bardziej jednak będzie machał głową, tym częściej będzie się zapalało i gasło światło. Także tu coś zdecydowanie poszło nie tak.

Seat Leon FR IV generacji

Leon na drodze
Jednak jako były właściciel drugiej generacji Leona FR, najbardziej ciekawiło mnie jak „czwórka” będzie zachowywała się podczas jazdy. Już łapiąc za samą kierownicę, trzeba przyznać, że jest ona dość masywna i bardzo wygodna w trzymaniu, ale też w samej obsłudze funkcji systemu multimedialnego czy wskaźników. Do tego ma wygląd i charakter kierownicy sportowej, ale w końcu siedzimy w wersji FR, która taką właśnie ma genezę. W głębi natomiast umieszczono elektroniczne zegary, które swoim wyglądem i użytą do oznaczenia prędkościomierza czcionką, też przypominają nam o sportowym sznycie Leona FR. Zegary te możemy przekształcić też w elektroniczny kokpit, na którym będzie wyświetlany obraz z nawigacji, lub inne niezbędne w danym momencie informacje.

O sportowej charakterystyce tego samochodu przypomni nam też dość niskie ułożenie fotela kierowcy, które przekłada się na jakość prowadzenia. Pozwala nam to świetnie czuć samochód i jeszcze lepiej go kontrolować. Mimo że najnowszy Leon FR nie ma już zbyt wiele wspólnego z dawną wersją FR (znaną choćby jeszcze z drugiej generacji), która to nie była wyłącznie oznaczeniem wersji wyposażeniowej, a świadczyła o drugim po Cuprze najmocniejszym potencjale drzemiącym pod maską (odmiana benzynowa miała 200 KM), to jednak nadal jest to samochód, który posiada w sobie sportowego ducha i świetnie reaguje na ruchy kierownicą. W zestawieniu z dość sztywnym układem zawieszenia dostajemy do użytku samochód przewidywalny, precyzyjnie pokonujący wszelkie zakręty i dający niemałą radość z prowadzenia. 

Jeśli chodzi o jednostkę napędową testowanej przez nas wersji, to na papierze szału nie ma – to zaledwie 1.5-litrowy silnik benzynowy, wspomagany niedużym silnikiem elektrycznym, co daje nam w efekcie tzw. miękką hybrydę o mocy 150 KM. Jednostka ta jest zespolona z siedmiostopniową, automatyczną skrzynią biegów DSG, w której biegi zmieniamy za pomocą małego joysticka. Trudno to bowiem nazwać drążkiem skrzyni biegów, dźwignią, czy nawet lewarkiem.

Seat Leon FR IV generacji

Jeśli nie interesuje was hybryda w żadnym wydaniu, to możecie wybierać pomiędzy silnikiem litrowym (90 KM lub 110 KM), a silnikiem 1.5 TSI (130 KM lub 150 KM), ale wyłącznie z manualną skrzynią biegów. Jeśli decydujecie się na automat, to wyboru specjalnego nie macie – elektryczny silnik będzie dołożony zawsze. Możecie to zawsze potraktować jako gratis. Dla najbardziej zagorzałych ekomaniaków jest natomiast dostępny Leon w wersji hybryda plug-in o mocy 204 KM. 

Testowana przez nas wersja 1.5 eTSI ze swoimi 150 KM ku mojemu zaskoczeniu jednak świetnie dawała sobie radę. Samochód jest dynamiczny, a jeszcze bardziej zaskakujące było, że zdarzało mu się gubić trakcję podczas startu niemal jak testowanej przez nas 300-konnej Cuprze III generacji. 

Czy wobec tego najnowsza generacja Leona podbiła nasze serca?
Jak najbardziej tak. Poza drobnymi mankamentami, o których pisałam wcześniej, nie ma nic, do czego można by się przyczepić. No może poza bagażnikiem, który ma raptem 380 litrów pojemności. Wizualnie Leon jest naprawdę ładny i ciekawy, wnętrze jest innowacyjne, o sportowym, a zarazem eleganckim charakterze, o wiele lepiej dopracowane niż w poprzednich generacjach Lwa. Jazda Leonem też sprawia ogromną frajdę – Hiszpan daje nam zarówno pole do popisów delikatnie sportowych, a jednocześnie pozwala nam zachować komfort podróżowania i spalanie na rozsądnym poziomie. Systemy bezpieczeństwa, które wspomagają nas w prowadzeniu i analizują drogę, którą się poruszamy, są odczuwalne, ale nienachalne – zbliżając się do skrzyżowania czy ronda, gdy puścimy pedał gazu, Leon sam zacznie zwalniać. To drobnostki, ale pokazujące nam, w którym kierunku zmierza motoryzacja i jak samochód codzienny może stać się wyjątkowy.

A ile będzie was kosztować ta wyjątkowość?
Cena Leona w wersji silnikowej testowanej przez nas rozpoczyna się od kwoty 108 500 zł. Jeśli macie mniejsze wymagania, to możecie zacząć myśleć o najnowszej generacji Leona mając odłożone 69 700 zł. Jeśli jednak celujecie w wersję PHEV, to musicie już odłożyć dwa razy tyle – ta zaczyna się bowiem od kwoty 131 200 zł. Jak więc widzicie, przedział cenowy jest spory, więc każdy z was znajdzie coś dla siebie.

Na plus:
+ zintegrowane reflektory na tylnej klapie
+ asystent martwego pola i sposób jego ostrzegania
+ właściwości jezdne, przewidywalność w prowadzeniu

Na minus:
– mało intuicyjna obsługa systemu multimedialnego
– samozapalające się lampki nad tylną kanapą
– joystick zamiast lewarka skrzyni biegów

 

Najnowsze

Najpierw uderzył w tył innego auta, a potem zjeżdżając z ulicy, trafił w drugie. Skrajny pechowiec?

To zdecydowanie nie był szczęśliwy dzień dla kierowcy srebrnej Toyoty Corolli. Uważnie analizując to nagranie można dojść też do wniosku, że winę za sytuację ponosi nie tylko jego nieuwaga.

Wideo zaczyna się już po pierwszym zdarzeniu – kierowca Corolli uderzył w tył Peugeota 508. Obaj kierowcy ruszyli po chwili i chcieli zjechać na parking obok, aby ocenić straty i spisać oświadczenie. Kierujący Xsarą, widząc sytuację, umożliwił to Peugeotowi, za którym podążyła Toyota. Jej jakimś cudem kierowca Citroena nie zauważył.

Pirat w Passacie, czy nieuważny autor nagrania?

Pechowy dzień dla osoby siedzącej za kierownicą Corolli. Ale czy to wszystko jej wina i wina jej nieuwagi? Jak doszło do pierwszej kolizji? Otóż doszło do niej przed przejściem dla pieszych, na drodze dwupasmowej. Chyba wiemy więc co się stało. Kierowca Peugeota zauważył pieszego przed przejściem, nagle zahamował, a kierujący Toyotą nie zdążył z uwagi na mokrą nawierzchnię. Mogło być też jeszcze inaczej – inny kierowca zatrzymał się przed przejściem na prawym pasie (możliwe, że kierujący Skodą Roomster), pieszy wszedł na przejście, dopiero wtedy zareagował kierowca Peugeota i gwałtownie zahamował. Powiecie, że to bez znaczenia, bo obowiązkiem kierowcy jest zachowanie bezpiecznego dystansu od poprzedzającego pojazdu. Niech napisze teraz komentarz każdy, kto z ręką na sercu powie, że zawsze zdołałby zahamować w porę, gdyby auto przed nim nagle zatrzymało się awaryjnie.

Nagłe hamowanie na drodze, bo przecież trzeba przepuścić pieszych, zakończone kolizją

A druga kolizja? Kierowca Xsary ruszał, kiedy Corolla wjeżdżała już na jego pas. Kierowca Toyoty miał prawo sądzić, że trafił na uprzejmego kierującego. Niestety, trafił tylko na nieuważnego.

Najnowsze

Rondo turbinowe to najbezpieczniejszy rodzaj skrzyżowania? Nie znacie możliwości tego kierowcy Golfa

Można zrobić naprawdę dużo, żeby stworzyć jak najbezpieczniejszą infrastrukturę. Taką eliminującą możliwość wystąpienia niebezpiecznej sytuacji. A i tak zawsze trafi się taki kierowca, jak ten na nagraniu.

Ronda to o wiele bezpieczniejszy rodzaj skrzyżowań niż klasyczne, ale co z tego skoro tak wielu kierowców nie umie po nich jeździć? Nie wiedzą kiedy i jakich kierunkowskazów używać, jaki pas należy zająć i jak z nich zjeżdżać.

Lewy kierunkowskaz na rondzie – egzaminatorka przegrała w sądzie

Właśnie przez tego typu osoby stworzono ronda turbinowe. Takie na których wymalowane linie oraz strzałki eliminują ryzyko pomyłki. Nie wiesz jak jechać po rondzie? Patrz na oznakowanie i problem rozwiązany.

Wyłączona sygnalizacja na rondzie i kierowcy natychmiast się pogubili. Skończyło się kolizją

No, prawie rozwiązany. Zawsze trafić się może taki kierowca, jak ten za kierownicą Volkswagena Golfa. Pas którym jechał wyprowadziłby go na zjazd, który go interesował. W pierwszej sekundzie nagrania widzimy jednak, że zmienia pas na lewy. Po to tylko, żeby parę metrów dalej wrócić na prawy. Przez ciągłą linię i wjeżdżając prosto w auto z kamerą. Brawo.

„Patrz na znaki!” „Nie, to ty patrz!”, czyli kłótnia kierowców na kontrowersyjnym rondzie

Niewątpliwym smaczkiem tego nagrania jest rozmowa telefoniczna, jaką zaczął prowadzić autor nagrania. Jego kolega pyta „co tam?” dokładnie sekundę po zderzeniu. Niespotykane wyczucie chwili.

Najnowsze

Aznom Palladium – znamy dane techniczne wielkiej limuzyny!

Aznom Palladium od kilku miesięcy był wielką zagadką. Włosi w końcu wyjawili wszystkie informacje o pierwszej na świecie "hiper-limuzynie".

Aznom Palladium został zaprojektowany i wyprodukowany we Włoszech. Głównym założeniem marki było odtworzenie idei słynnych włoskich konstruktorów nadwozi sprzed kilkudziesięciu lat, kiedy każdy pojazd był wytwarzany ręcznie. I udało to się!

Wyprodukowaliśmy ten pojazd przy użyciu rzemieślniczych technik produkcji, które są dziś prawie zapomniane, takie jak ręczne wykonanie karoserii, wraz z innymi rozwiązaniami technologicznymi – konstruktorzy silników, garbarze, trzepacze paneli, projektanci i inżynierowie, którzy pracowali przy tym projekcie, są spadkobiercami tradycji, która rozsławiła włoskie samochody na całym świecie -powiedział założyciel firmy Aznom, Marcello Meregalli

Przeczytaj także: http://Aznom Palladium – pierwsza „hiper-limuzyna” na świecie. Znamy datę premiery!

Nazwano go hiper-limuzyną, ponieważ łączy w sobie tradycyjne cechy luksusowych sedanów o wyjątkowych możliwościach typowych dla innych rodzajów samochodów. Każdy egzemplarz będzie dopasowany do klienta.

Nazwa modelu wskazuje na majestatyczną i klasyczną estetykę, czerpiąc inspiracje z rezydencji włoskiego architekta Andrei Palladio. Jednak chemikom może kojarzyć się to z rzadkim i lśniącym metalem o tej samej nazwie – pallad.

Pasażerowie tylnej kanapy będą rozkoszować się luksusem. Do ich dyspozycji będą wygodne siedzenia, a wokół nich ukryte szuflady i schowki. Kierowca również nie może narzekać na niewygodę. Będzie miał w zasięgu ręki konsolę centralną i wyświetlacz najnowszej generacji. Dodatkowa konsola na drzwiach umożliwi mu kontrolę m.in. oświetlenia wnętrza, klimatyzacji, lodówki pokładowej, otwierania i zamykania wszystkich szuflad i schowków, bagażnika oraz oczywiście drzwi.

Klimatyzacja ma mieć dwa niezależne systemy, dzięki czemu pasażerowie z tyłu mogą mieć inną temperaturę niż pasażerowie z przodu. Dla dopełnienia luksusu, w pojeździe znajduje się własnoręcznie zrobiony zegar ze złota i palladu. W prezencie klient dostaje parasolkę podpisaną przez Francesco Maglia (historyczną firmę produkującą parasole w Mediolanie od 1854 r.)

Pod maską znajdziemy 5,7-litrowy silnik V8 biturbo dostrojony przez Monza Garage, który zapewnia 710 KM i 950 Nm momentu obrotowego. W pewnych okolicznościach silnik będzie działał tylko na 4 cylindrach, co zmniejszy zużycie paliwa oraz zanieczyszczanie powietrza. Na życzenie klienta może zostać zainstalowany także silnik elektryczny.

Z potężnym silnikiem spalinowym skonfigurowana jest 8-biegowa, automatyczna skrzynia biegów. Pojazd, w zależności od kierowcy, będzie napędzany albo tylko na koła tylne albo na obie osie. Aby ten olbrzym się zatrzymał, zamontowano wentylowe tarcze w rozmiarze 408 x3 4mm z 6-tłoczkowymi zaciskami Brembo GT z przodu, a z tyłu 380 x 28 mm z 4-tłoczkowymi zaciskami.

Przeczytaj także: http://Mercedes-AMG A 35 4Matic Limuzyna – sedan na sportowo

Zadbano również o bezpieczeństwo pasażerów. Pojazd będzie wyposażony w sześć poduszek powietrznych, systemy wspomagania kierownicy, czujniki i wiele innych systemów poprawiających komfort i bezpieczeństwo jazdy m.in. system ABA i HDC.

Dane techniczne Aznom Palladium

Szczegóły silnika  
silnik V8 biturbo
pojemność skokowa 5,7 l
max. moc kw 522 (710 KM)
max. moment obrotowy 950 Nm przy 4.200 obr. / min.
   
Przeniesienie napędu  
skrzynia 8-biegowa automatyczna
rodzaj napędu na tylną oś lub na obie osie
   
Osiągi  
max. prędkość 210 km/h
0-100km/h 4.5 s
   
Wymiary  
długość 5960 mm
szerokość 2085 mm
wysokość 1971 mm
waga 2650 kg
pojemność bagażnika 621 l

Najnowsze

Karolina Chojnacka

„Naznaczony” – biografia Nikiego Laudy już dostępna w Polsce!

Trzykrotny mistrz świata, jeden z najlepszych kierowców w historii Formuły 1, prawdziwa legenda torów wyścigowych. Niki Lauda był jedyny w swoim rodzaju, namaszczony do robienia wielkich rzeczy, balansujący na granicy życia i śmierci.

Kierowcą wyścigowym został wbrew woli ojca. Upór popłacał, bo wdarł się do światowej czołówki lotem błyskawicy, zapisując się w historii jako jeden z najlepszych zawodników, jakich widziała królowa motorsportu.

Trzykrotny mistrz świata, który po tytuły sięgał w barwach legendarnych zespołów: Ferrari i McLarena. Triumfator 25 Grand Prix, którego gigantyczne doświadczenie stajnie wykorzystywały jeszcze długo po zakończeniu przez niego wyścigowej kariery.

Niki Lauda stał się wzorem dla kolejnych pokoleń kierowców, między innymi Nico Rosberga, który nazywa go swoją inspiracją. Sukcesy odnosił nie tylko na torze, ale i w biznesie, choć historię jednego z jego najsłynniejszych interesów znaczy wypadek samolotu należących do niego linii lotniczych, w którym życie straciły 223 osoby.

Historię Austriaka w wyjątkowej biografii „Niki Lauda. Naznaczony” opisał Maurice Hamilton. Książka, która w Polsce ukaże się nakładem Wydawnictwa SQN, trafiła właśnie do sprzedaży! Możecie ją kupić TUTAJ.

Niecierpliwie czekałyśmy, aż biografia mistrza F1 ukaże się w naszym kraju i możemy zdradzić, że swoje egzemplarze książki już mamy! Zabieramy się do czytania i już niedługo podzielimy się z wami naszymi wrażeniami z lektury!

„Niki Lauda. Naznaczony”

Przeczytaj też: Niki Lauda: oglądanie MotoGP jest bardziej interesujące od Formuły 1

Fragment książki:

Lauda chciał zobaczyć wideo z wypadku, w którym tak ucierpiał. Jedyne istniejące nagranie wykonał nastolatek, który stał z kamerą 8 mm na wale ziemnym wysoko nad miejscem, gdzie zatrzymał się płonący bolid Ferrari. Lauda nie czuł absolutnie nic, patrząc na rozmazany obraz samochodu, którym bez żadnego wyraźnego powodu rzuca najpierw w jedną, a potem w drugą stronę. Potem Ferrari na chwilę znika z kadru i za moment pojawia się ponownie, już w płomieniach, bez dużej części lewej strony. Następnie Lauda patrzył, jak pojawia się Lunger i zamienia rozbity samochód stojący w płomieniach w gorejące piekło. Nie umiał utożsamić się z kierowcą, którego w końcu udało się wydobyć z kokpitu.

Nadal nie wiedział, dlaczego do tego doszło. Jego samochód rzuciło nagle w prawo i nie wyglądało to tak jak zwykle przy utracie panowania nad bolidem. Nie mógł wykluczyć swojego błędu, ale ruch samochodu sugerował jakąś usterkę tylnego zawieszenia. Sądził, że raczej nic nie uda mu się w tej kwestii definitywnie ustalić, bo samochód znajdował się w takim, a nie innym stanie.

Pewnym pocieszeniem było dla niego to, że nie popełnił żadnego ewidentnego błędu. Mimo to Ferrari w swoich oficjalnych komunikatach nie wykluczyło tej możliwości równie definitywnie, jak wykluczyło awarię samochodu. Audetto stwierdził:

„Nikt się już nie dowie, co tam się stało. Zespół przeprowadził dochodzenie, ponieważ pan Ferrari chciał mieć pewność, że nie było żadnych problemów technicznych z samochodem, jako że niektórzy sugerowali rzekomą awarię tylnego zawieszenia. Wyglądało to tak, jak gdyby Niki odrobinę za mocno najechał na tarkę. Nie było już mokro, ale wciąż jeszcze wilgotno, tak to ujmijmy, opony były zimne i stracił panowanie nad samochodem. Wiemy, że wypadku nie spowodował problem techniczny, bo pędzący w barierę bolid zostawił ślady czterech opon, czyli na tym etapie nie było żadnej awarii”.

Według Laudy Ferrari powinno skupić się na tym, że przyczyna tego wypadku prawdopodobnie nigdy nie zostanie ustalona. On sam oddzielił te wydarzenia grubą kreską. Czas żyć dalej. Mówił: „Pobyt w domu bardzo mi pomógł. Chodziłem po nim, żeby zacząć wracać do formy fizycznej. Początkowo byłem tak słaby, że mogłem zrobić cztery, góra pięć kroków. Ćwiczenia fizyczne wydawały mi się absurdalnie ciężkie. Przez cały czas był ze mną [Willi] Dungl i dawał mi wycisk. Chciałem wrócić do ścigania. Uznałem, że tego właśnie chcę. Proste”. (…)

Oprócz intensywnej pracy w domu i na Ibizie Laudzie w powrocie na tor pomogła również reakcja fanów. „Ich reakcje miały na mnie bardzo duży wpływ, motywowały mnie i często poruszały – opowiadał. – Ludzie pisali do mnie, oferując mi swoją skórę, uszy, opisywali mi własne doświadczenia z poparzeniami, przeszczepami skóry itd. Ktoś przysłał mi swoją zabawkę, samochodzik Ferrari, bo słyszał, że mój się spalił”.

Niedługo na Motocaina.pl ogłosimy konkurs, w którym do wygrania będą egzemplarze „Niki Lauda. Naznaczony”. Bądźcie czujni!

„Niki Lauda. Naznaczony”

Przeczytaj też: Niki Lauda nie żyje. Odeszła wielka legenda Formuły 1

Najnowsze