Pojemność baterii netto oraz pojemność brutto – co oznaczają te określenia i dlaczego producenci aut je stosują?

Samochody elektryczne wyglądają znajomo i jeżdżą podobnie, jak te z silnikami konwencjonalnymi, ale ich układy napędowe działają zupełnie inaczej, mają swoją własną specyfikę, a co za tym idzie, także związane z nimi fachowe pojęcia. Jednym z nich jest rozróżnienie pojemności baterii na brutto oraz netto.

Jaką pojemność mają baterie w autach elektrycznych?

Najważniejszym parametrem dotyczącym baterii stosowanych w samochodach elektrycznych (oraz hybrydach), jest ich pojemność, wyrażana w kilowatogodzinach (kWh). Wartość ta określa ile prądu są one w stanie zmagazynować, co przekłada się na dystans, jaki możemy przejechać na jednym ładowaniu. Ostatnie lata to okres bardzo szybkiego rozwoju elektryków i stosowania w nich coraz bardziej pojemnych akumulatorów. Można przyjąć, że w przypadku modeli segmentu A ich baterie mają zwykle od około 25 do 35 kWh. W przypadku segmentu B jest to od 35 do 50 kWh, a kompakty startują od 40 kWh, a kończą nawet na 80 kWh. Najbardziej pojemne akumulatory, jakie się obecnie stosuje, mają 100 kWh.

150 tys. zł za naprawę małej dziury w podwoziu auta! Wszystko dlatego, że to elektryk

Uzbrojeni w taką wiedzę i mając już pewne wyobrażenie co do rzędów wielkości o jakich mówimy w kontekście pojemności baterii, możecie zacząć porównywać ze sobą różne modele i… natraficie na małą zagadkę. Te same baterie w jednym modelu, mogą mieć różną wielkość, zależnie od źródła. Niektórzy producenci mogą podawać dwie wartości, a inni tylko jedną. Jak to rozumieć?

Pojemność baterii brutto i netto – o co chodzi?

Jeszcze kilka lat temu, podawano tylko jedną pojemność i wszystko było jasne. Ostatnio jednak niektórzy producenci zaczęli robić rozróżnienie na pojemność brutto oraz netto, czyli na całkowitą oraz użyteczną. Pierwsza z nich informuje o tym, ile ogniwa są w stanie maksymalnie zmagazynować energii. Nie jest ona jednak w całości dostępna dla kierowcy, a to dlatego, że całkowite rozładowanie byłoby bardzo szkodliwe dla akumulatora. Stosuje się więc pewien bufor, a pojemność netto to właśnie pojemność baterii po odliczeniu tego bufora, czyli tyle, ile kierowca faktycznie ma do dyspozycji.

Volkswagen ID.4 – jaki jest nowy elektryk Volkswagena?

Jak duży jest taki bufor? To zależy od baterii, a ponieważ nie wszyscy producenci podają obie te wartości, trudno jest wyciągnąć jakąś średnią. Abyście mieli na ten temat pewne wyobrażenie, damy wam dwa przykłady. Największa bateria w Volkswagenie ID.4 ma pojemność 82 kWh brutto, a netto 77 kWh. Z kolei Porsche Taycan dysponuje akumulatorem mającym 93,4 kWh, lecz kierowca ma do dyspozycji tylko 83,7 kWh.

Powinno się patrzeć na pojemność baterii brutto czy netto?

Jeśli nie interesują was szczególnie zawiłości techniczne to… na żadną. Najważniejszy jest zasięg na jednym ładowaniu, jaki dany akumulator zapewnia. Różne modele mają różny pobór energii, więc wielkość baterii nie jest prostym wyznacznikiem tego, ile przejedziecie. Jej znajomość nie przyda się też do szacowania czasu ładowania, ponieważ bateria nie ładuje się przez cały czas z maksymalną możliwą mocą. Poza tym to ile trwa uzupełnianie energii, producenci sami podają, zwykle z rozróżnieniem na różne źródła prądu (szybka ładowarka, wallbox, zwykłe gniazdko).

Mit elekromobilności w Polsce, czyli kto tak naprawdę kupuje auta elektryczne

Osobom bardziej zainteresowanym parametrami technicznymi, radzimy natomiast zwracać uwagę na pojemności brutto. Wartość netto wydaje się być bardziej „uczciwa”, ale nie wszyscy producenci robią rozróżnienie w swoich prospektach. Jeśli w specyfikacji danego modelu znajdziecie tylko jedną pojemność, to znaczy, że mowa o wartości brutto. Dlatego warto ją właśnie brać pod uwagę, ponieważ będziecie mogli porównywać bezpośrednio baterie w dowolnych modelach.

Najnowsze

Goodc

„Podróż jak podróż” – wyskoczyć z rutyny, poznawać świat, przyrodę i ludzi

Pasja motocyklowa Patrycji Matuszak-Jastak rozkwitała równolegle z miłością do Łukasza. Swoją przyszłość ta para postanowiła spędzić razem i połączyć ją z motocyklowymi podróżami.

Co było pierwsze: pasja podróżnicza, motocyklowa, czy też to wszystko wybuchło razem z miłością?

{{ tn(36085) left }}Na początku była miłość. I ta romantyczna, i ta do podróży. Chociaż już na pierwszej randce Łukasz zabrał mnie do garażu, żeby pokazać swój motocykl. Dla mnie to była nowość – nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z jednośladami. On zresztą też nie – to była jego pierwsza maszyna, a jego prawo jazdy kategorii A było dopiero w produkcji…

Szybko okazało się, że motocykle to dla nas strzał w dziesiątkę. Pasja do dwóch kółek stopniowo ewoluowała – zaczynaliśmy od krążenia po asfalcie Yamahą Drag Star 1100, ubrani od stóp do głów w skóry (ze mną w roli pasażerki). I chociaż podziwianie widoków z tej pozycji jest niezłą frajdą, to jednak ciągnęło mnie na przód motocykla. Gdy tylko zdałam prawko, zamieniliśmy jedną maszynę na dwie, które bardziej odpowiadały naszemu stylowi poznawania świata.

Jakie motocykle wybraliście na początek?

Tutaj kluczowe okazało się uczestnictwo w rajdach turystycznych. Mam na myśli „spędy motocyklowe”, służące poznaniu jakiejś okolicy – z zadaniami do wykonania i roadbookiem do rozszyfrowania. Podczas pierwszej takiej imprezy, tj. w Kocim Rajdzie z 2015 roku, dopisało nam szczęście początkujących. Zajęliśmy 2. miejsce, co nas zmotywowało do uczestnictwa w innych rajdach. Jednak kolejne wyróżnienia nie dawały takiej frajdy, a to za sprawą motocykli turystycznych. Z zazdrością patrzyliśmy na uczestników rajdów, którzy nie byli ograniczeni asfaltem. Podświadomie czuliśmy, że to będzie właśnie „to”. Właśnie wtedy postanowiłam zapisać się na kurs prawa jazdy kategorii A, z intencją zamiany motocykli na takie, które pozwalają na jazdę poza wyznaczonym szlakiem.

Postawiliśmy na turystyki, najpierw to były: Honda Transalp 650 dla Łukasza i Honda NX 250 Dominator dla mnie. Jednak po pamiętnym powrocie z Bieszczad do Poznania, gdzie po każdych przejechanych 100 kilometrach nerwowo szukaliśmy stacji benzynowej, a wiatr spychał mnie pod ciężarówki – postanowiłam poszukać czegoś większego. Tak staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami dwóch BMW F650 GS (Łukasza jest w wersji Dakar). Zaczęliśmy od szwendania się po okolicy, potem po Polsce, a później poszło już z górki… 

 

Ile już za Wami wspólnych lat i kilometrów?

Lata łatwo obliczyć, a z kilometrami to już trudny orzech do zgryzienia. Można powiedzieć, że nasza motocyklowa przygoda zaczęła się wiosną 2014 roku, gdy po raz pierwszy zrobiliśmy wspomnianą już Yamahą kilka kółek, po prawie pustym parkingu Makro. Był to prawdziwy test na zaufanie i “zgranie się”, bo współpraca kierowcy i pasażera to podstawa udanej i bezpiecznej jazdy. Uczyliśmy się wszystkiego, więc jeździliśmy i zwiedzaliśmy wtedy dużo, ale blisko. Któregoś wieczoru Łukasz znalazł informację o rajdzie turystycznym w Małopolsce i bardzo się zapaliliśmy. Pojechaliśmy pod Zakopane i… złapaliśmy bakcyla zwiedzania Polski z motocykla.

A kilometry? Liczyliśmy tylko te z większych wypraw, czyli USA (ok. 8000 km),  Azja Centralna (ok. 30 000 km), czy “pandemiczny TET w Polsce 2020” (ok. 2500 km).  Ale poza tymi podróżami jeździmy naprawdę sporo, a tego już nie liczymy.

Jak lubicie motocyklami podróżować? Na jaki czas, jak daleko, w jakim komforcie jeść i nocować?

Zdecydowanie najbardziej pasują nam wyjazdy turystyczne, najlepiej na jak najdłużej i jak najdalej. Ale prawda jest taka, że mamy radość z każdej przejażdżki, w której jest zawarty element eksploracji. Przy czym przez “eksplorację” rozumiem niekoniecznie odległe ekspedycje, może to być powrót do domu drogą inną niż zawsze. Zwykłe wybicie z rutyny i zauważenie czegoś nowego.

Jeśli chodzi o komfort podróży, w kontekście jedzenia i (zwłaszcza) noclegu, to bliżej nam do  “łowców niewygód” niż “nabywców wygód” (śmiech). Często śpimy pod namiotami, bez dostępu do bieżącej wody przez kilka dni, żywiąc się lokalnym chlebem maczanym w jogurcie, siedząc na krawężniku. Jednak być na przysłowiowym końcu świata np. w Samarkandzie i nie zapłacić milionów monet za wejście do Registanu, uznawanego za najwspanialszy zespół architektoniczny w Azji Środkowej i “perłę” Jedwabnego Szlaku – byłoby wielką stratą i zmarnowaną szansą. Tak samo trudno byłoby nam odmówić sobie różanych lodów w Iranie, czy przysmaków kuchni litewskiej w Sejnach. Są rzeczy, na które nie żal nam zaoszczędzonych pieniędzy. Akurat standard noclegu nie jest jedną z nich.

Turystyczne motocykle umożliwiają nam swobodne szwendanie się, to też bliski kontakt z przyrodą i ludźmi, a tego szukamy w podróży. A przy dłuższych wyjazdach to również planowanie tras, za które głównie ja odpowiadam. Niewiele rzeczy lubię bardziej, od siedzenia nad mapami, z książkami na kolanach i kilkudziesięcioma blogami przed oczami. To takie próby zrozumienia ludzi i miejsc, do których jedziemy.

Ale zawsze są jakieś niewiadome?

Sama jazda po wertepach ma w sobie pewien aspekt sportowy – podróż, czy tego chcemy czy nie, zawsze stawia przed nami wyzwania różnej natury. Czy uda mi się przejechać przez tę rzekę, nie topiąc motocykla? Czy uda nam się uzyskać wizę do Rosji, czy będziemy musieli dostać się do niej z innego kraju niż z Gruzji? Czy poradzimy sobie, gdy na pustyni w Kazachstanie przebijemy dętki, a w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie będzie nikogo, kto mógłby przyjść nam z pomocą? Nie na wszystko da się przygotować, wydaje mi się więc, że trzeba to po prostu polubić.

Ciągnie Was na wschód, co Was tam najbardziej oczarowało?

Oj ciągnie nas, ciągnie na wschód – zdecydowanie bardziej niż na zachód. Tym bardziej, że dojeżdżając raptem do Kazachstanu, ten wschód dopiero musnęliśmy. Zresztą, samo pojęcie „wschód” jest dość niesprawiedliwe, gdy pomyślimy, że do jednego worka wrzucamy: Gruzję, Armenię, Iran czy Tadżykistan, które są od siebie tak różne, że trudno jest szybko znaleźć jakiś wspólny mianownik. To, co w naszym odczuciu łączy te kraje, to niezwykła otwartość mieszkańców – cecha, o której wspominają wszystkie relacje podróżnicze dotyczące tej części świata. Zachowanie, którego się spodziewasz, a czasem nawet oczekujesz, a które – gdy doświadczasz go na własnej skórze, sprawia, że w końcu rozumiesz, dlaczego tak kochasz podróżować. 

To nie tak, że na zachodzie nie spotkasz się przychylnością ludzi, ale mam wrażenie, że motywacje tej ciekawości są inne. Jakby nie patrzeć, jesteśmy częścią świata zachodu z jego system wartości, kulturą, obyczajami i dostatkiem. Na wschodzie jest inaczej i podróżując tę inność odkrywamy, a to jest po prostu ciekawe. Wschód jest też piękny przyrodniczo, jeszcze nie tak zadeptany, no i przyjazny dla portfela. Bywa też nieprzewidywalny. Musisz kombinować, gdy zepsuje Ci się uszczelka w motocyklu, której nie dostaniesz w całym Uzbekistanie, a przecież chłodnica nie może cieknąć w nieskończoność. Podróż po Kaukazie i Azji Centralnej nauczyła nas, że w takiej sytuacji zawsze możemy liczyć na pomocną, bezinteresowną dłoń. I tego, że z największych kłopotów rodzą się najfajniejsze przygody i zawiązują przyjaźnie na całe życie.

To była Wasza najdłuższa podróż motocyklowa?

Gdy planowaliśmy tę podróż, to miały to być trzy miesiące w 2018 roku przeznaczone na krążenie po Kaukazie i Iranie. Jednak na krótko przed wyjazdem i tydzień po tym, jak Łukasz złożył wypowiedzenie w pracy – poważnie złamałam nogę, jeżdżąc motocyklem po lesie. I tak jednoślad zamieniłam na wózek inwalidzki, a miesiące, które miałam spędzić w tzw. “podróży życia”, przeznaczyłam na rehabilitację. Ale „co się odwlecze to nie uciecze”, a skoro mieliśmy więcej czasu na zbieranie funduszy, to postanowiliśmy zmienić plany i pojechać na dłużej i dalej. I tak ostatecznie ruszyliśmy w maju 2019 roku w naszą najdłuższą podróż po: Turcji, Gruzji, Iranie, Armenii (i Górskim Karabachu), Azerbejdżanie, Kazachstanie, Uzbekistanie, Tadżykistanie, Kirgistanie i Rosji. Do Polski wróciliśmy na przełomie października i listopada. 

Wybraliście dla siebie motocykle BMW i sprawdziły się na dłuższą metę?

Mając w planach daleką podróż szukaliśmy optymalnego rozwiązania. Dla nas ważne było, by motocykle miały ten sam silnik i części, bo to ułatwia naprawę i transport części zapasowych. Zależało nam także na starszych, ale niezawodnych turystycznie modelach – problemy z bardzo zaawansowaną elektroniką i technologią na wschodzie na pewno urosłyby do rangi trudno rozwiązywalnych. Z racji tego, że często w siodle spędzamy całe dnie, czasami nawet i 12 godzin, bardzo istotny był też komfort jazdy.

I tak szukaliśmy, rozmawialiśmy, analizowaliśmy, przymierzaliśmy się. Zwłaszcza ja, bo znalezienie większego i wygodnego turystyka dla kobiety chwilę zajmuje… I wybór padł na BMW F650 GS (2002 r.) oraz BMW F650 GS Dakar (2001 r.). Na wyjeździe nie obyło się bez kilku wizyt u lokalnych mechaników, ale w tego typu podróży to raczej standard. Ogólnie jesteśmy bardzo zadowoleni – motocykle spisały się na medal!

A jak to się stało, że trafiliście do USA? To realizacja czyjegoś marzenia?

To był raczej impuls, który wpadł mi do głowy pod wpływem chwili. Dokładnie pamiętam ten moment – jest lato, my odziani jeszcze wtedy w czarne skóry, pędzimy po drodze między polami. Jest nam niewyobrażalnie gorąco – pomyśleliśmy, że tak właśnie musi się czuć człowiek na pustyni. Na szczęście pęd powietrza sprawiał, że czuło się przysłowiowy “wiatr we włosach”.

Ciąg skojarzeń był banalny: upał -> pustynia -> wiatr we włosach -> Route 66. Klamka zapadła. Tego dnia zaczęliśmy oszczędzać na podróż po USA. Wtedy mieliśmy mało doświadczenia jako motocykliści (ja w ogóle) i jako organizatorzy podróży, zdecydowaliśmy się więc wynająć Harleya na miejscu. Polecieliśmy do Chicago z trasą na telefonie i ruszyliśmy w miesięczną podróż po Route 66 i zapierających dech w piersi parkach narodowych, po drodze biorąc ślub drive-thru w Las Vegas. Po 8000 kilometrów oddaliśmy maszynę w Los Angeles i wróciliśmy do domu. W porównaniu do długodystansowych podróżników to była zwykła wycieczka, jednak dla nas później już nic nie było takie samo. USA to raj dla podróżników, zwłaszcza początkujących. Mają dużo do zaoferowania, zwłaszcza przyrodniczo i kiedyś tam wrócimy na turystykach.

Gdzie Was prawdopodobnie poniosą motocykle w przyszłości? Jakie macie wymarzone kierunki

Z kierunków będących w zasięgu ręki – na pewno pojedziemy na Bałkany, które były naszym planem na 2020 rok, ale pandemia pokrzyżowała nam szyki. Z wymagających większego przygotowania kierunków, to marzy nam się przejechanie: obu Ameryk, Bliskiego Wschodu (głównie Omanu i Libanu), Dalekiego Wschodu, Rosji, Australii i Nowej Zelandii. Wymieniać można długo. Ale to w dłuższej perspektywie, bo teraz przede mną stoją inne życiowe wyzwania…

Fanpage: www.facebook.com/podrozjakpodroz

Najnowsze

Kierowca samochodu zwyzywał listonosza, który wszedł mu pod auto. To wina nowych przepisów?

O zupełnym braku kultury autora nagrania nie będziemy się wypowiadać. Bardziej interesuje nas sama sytuacja oraz jej odniesienie do nowych przepisów dotyczących pierwszeństwa pieszych.

Początek nagrania najlepiej przewińcie. Oszczędzi wam to czytania steku wyzwisk pod adresem listonosza oraz udawanych przeprosin za owe wyzwiska. Autor twierdzi, że pieszy jest tylko „ofiarą”, mylnie przekonaną o obowiązywaniu nowych przepisów dotyczących pierwszeństwa pieszych. Których autor chyba sam nie zna.

Nowe przepisy dla pieszych i kierowców już od 1 czerwca. Co warto wiedzieć?

Sama sytuacja jest jednak ciekawa, ponieważ pokazuje dobrze problem bezpieczeństwa i pierwszeństwa pieszych. W myśl obecnych przepisów, pieszy ma pierwszeństwo dopiero na pasach. Ponadto ma zakaz wchodzenia wprost przed nadjeżdżający pojazd. Co to oznacza? W teorii pieszy powinien czekać, aż auta przejadą lub zatrzymają się, aby go przepuścić. Ale jeśli nie poczeka, wejdzie na przejście, a samochód zdąży się zatrzymać? Czy to jest wymuszenie pierwszeństwa? Jeśli swoim zachowaniem zmusi kierowcę do awaryjnego hamowania, czy to jest wtargnięcie? Gdyby mowa była o innym samochodzie, sprawa byłaby prosta. Piesi zawsze mogli jednak liczyć na pobłażanie.

Kierowca nie wie, co to przejście dla pieszych. Piesze myślały, że to chodnik. No i potrącenie gotowe

Co zmienią nowe przepisy, wchodzące w życie od 1 czerwca? Pierwszeństwo będzie miał pieszy także wchodzący na przejście. Co to oznacza? Nikt do końca nie wie. Nie chodzi o pieszego, który zbliża się do przejścia, ponieważ projekt takich przepisów, został odrzucony. Więc chyba mowa o pieszym, który jest już na krawędzi chodnika i właśnie stawia nogę na zebrze.

Piesza wbiegła prosto pod koła samochodu. Jak dzikie zwierzę

Jak odnieść te przepisy do sytuacji na nagraniu? Dobre pytanie. Auto było już bardzo blisko przejścia i ktoś troszczący się choć trochę o własne bezpieczeństwo, zaczekałby. Listonosza takie drobiazgi jak własne zdrowie i życie jednak nie interesują, więc wszedł na pasy, nawet nie spoglądając w stronę samochodu, żeby upewnić się, czy kierowca go zauważył i się zatrzymuje. A potem, zaskoczony, że zmusił kierowcę do gwałtownego hamowania, zatrzymał się na środku drogi (czego mu nie wolno robić) i zaczął pobłażliwie kiwać głową do kierowcy. Później zaczął coś opowiadać o nowych przepisach. Czym udowodnił, że jest ofiarą dezinformacji, ponieważ nie dość że nie wie, że one jeszcze nie obowiązują, to jeszcze niczego w tej sytuacji by nie zmieniły. Nie pozwolą one wchodzić pieszym pod samochody. Ale gdyby w tej sytuacji doszło do potrącenia, to winnym wskazano by kierowcę, także na podstawie obecnych przepisów. Pieszy zdążył przejść już jeden pas jezdni, więc w momencie ewentualnego potrącenia, nie wchodziłby na przejście, tylko był już na pasach.

Kierowca wjechał prosto w pieszego na pasach! Zgadnijcie, jak do tego doszło

Warto jednak odnotować, że jest to chyba pierwsza nagrana osoba, która potwierdza nasze obawy, związane z nowymi przepisami. Sygnalizowaliśmy, że piesi mogą mylnie odebrać je, jako przyzwolenie na wchodzenie pod samochody i zrzucenie troski o własne bezpieczeństwo na kierowców. Z pewnością widział auto, ale wszedł przed nie z premedytacją, święcie przekonany, że teraz mu wolno. Nie wolno. I 1 czerwca też nie będzie mu wolno.

Najnowsze

Czujny motocyklista cudem uchronił się przed potrąceniem

Nie wszyscy kierowcy rozumieją działanie sygnalizacji świetlnej oraz zasad pierwszeństwa. Nie wszyscy też dostrzegają motocyklistów. Oto świetny tego przykład.

Autor nagrania ruszył na skrzyżowaniu, mając zielone światło, a pasem obok niego przemknął motocyklista. Tymczasem z lewej strony skrzyżowania nadjechał kierujący Skodą Fabią. Zignorował on stojące przed nim znaki i prawie uderzył w motocyklistę.

Wjechał w motocyklistę, żeby zepchnąć go z pasa

Jak do tego doszło? Kierowca Fabii miał zielone, ale nie na sygnalizatorze kierunkowym. Oznaczało to, że mógł skręcić w lewo, ale obowiązywała go przy tym standardowa zasada – ustąpienia pierwszeństwa pojazdom poruszającym się na wprost. On chyba o tym nie słyszał i nie rozumie także znaku „ustąp pierwszeństwa przejazdu”, jaki spotkał na swojej drodze.

Osobówka wyjechała prosto w motocyklistę. Tym razem z winy motocyklisty?

Do nieszczęścia nie doszło tylko dzięki doskonałej obserwacji drogi oraz refleksowi motocyklisty. Widząc, że Skoda się nie zatrzymuje, natychmiast przechylił się mocno w prawo, cudem unikając zderzenia i utrzymując maszynę w pionie. Zatrzymał się dopiero na trawniku i chyba ruszył za kierowcą Fabii, aby zamienić z nim kilka słów.

Najnowsze

Pijany wjechał Ferrari na torowisko i rozbił je na słupie!

Niedawno swoje Ferrari rozbił pewien nieostrożny kierowca w Krakowie. Teraz kolejne włoskie cacko padło ofiarą brawury i braku rozsądku.

Jak dowodzą liczne przykłady, nie trzeba wiele, żeby rozbić Ferrari lub inny, podobnie mocny samochód. W przypadku tego kierującego powodem kolizji nie była tylko ogromna moc, która trafiając tylko na tylne koła, z łatwością może sprawić, że auto wymknie się spod kontroli nieostrożnego kierowcy.

Pamiętacie żółte Ferrari rozbite w Krakowie? Właściciel pokazał jak teraz wygląda i opowiada, jak doszło do zdarzenia

Do zdarzenia przyczyniła się także wilgotna, a więc śliska nawierzchnia oraz fakt, że kierowca był pijany! Co prawda jak podaje łódzka policja, 34-latek wydmuchał tylko 0,4 promila, więc jego zachowanie traktowane będzie tylko jako wykroczenie a nie przestępstwo. Nie jest to też ilość alkoholu, jaka w sposób zauważalny zaburzyłaby jego percepcję (w wielu krajach takie stężenie jest dopuszczalne). Niewykluczone że dodała mu za to fantazji i skłoniła do nieostrożnego obchodzenia się z gazem.

Rozbił cudzego McLarena. Sąd orzekł, że jest niewinny

Według wstępnych ustaleń policji mężczyzna przesadził z prędkością, przez co utracił kontrolę nad pojazdem, wjechał na torowisko i uderzył w znajdujący się na nim słup. Na zdjęciu z miejsca zdarzenia widać prostą drogę, więc obstawiamy, że nie chodziło o prędkość (samochody jadące na wprost są zaskakująco stabilne i przewidywalne!), a o zbyt gwałtowne dodanie gazu. Ferrari 488 Pista ma silnik V8 biturbo o mocy 720 KM i generujący 770 Nm. W takim aucie wiele nie trzeba, żeby tylna oś zaczęła się ślizgać.

Najnowsze