Podróż samochodem do 15, 30 i powyżej 30 tys. kilometrów – co zabrać?

Chyba każdy z nas przed nawet krótkim wyjazdem tworzy listę rzeczy niezbędnych w podróży. Szczoteczka do zębów, kostium kąpielowy, okulary przeciwsłoneczne. Czy szykując się wyjazdu pamiętacie o swoim samochodzie? On też ma swoje potrzeby!

Jeśli zadbacie o swój samochód podczas pakowania, to on odwdzięczy Wam się tysiącami kilometrów bezawaryjnej jazdy. Niżej przedstawiamy listę rzeczy, o których warto pamiętać w podróży, oraz tych, którymi nie musicie zawracać sobie głowy.

Jakie narzędzia zabrać?

  • Po pierwsze, dobrą (i to chodzi o naprawdę dobrą, a nie z biedronki) walizkę kluczy. Ceny dobrych walizek zaczynają się od 300 złotych. Niestety trzeba w taką zainwestować, jeśli planujecie podróżować samochodem i nie jest to nowe auto z salonu. Zresztą każdy facet powinien mieć taką walizkę w domu i kobieta też! Po co płacić hydraulikowi, skoro można samemu dokręcić?
  • Dodatkowy zestaw kluczy płaskich (jeśli nie ma w walizce) – nie wszędzie da się podejść do tematu z kluczem nasadowym, a i często trzeba „od tyłu” skontrować śrubę podczas odkręcania. Dobrze jest mieć też zdublowane klucze płaskie, 10, 13, 17 i 19. Są to najpopularniejsze klucze motoryzacyjne.
  • Zestaw kluczy imbusowych / ampulowych (jeśli nie ma w walizce).
  • Lewarek lub dwa.
  • Średni i mały młotek.
  • Średni łom – ma wiele funkcji podczas napraw samochodu, ale i jako argument w żywej dyskusji.
  • Siekiera –  zawsze przydaje się w podróży, a robi też za duży młotek.
  • Małe i duże kombinerki, obcęgi do przecinania.
  • Lejek do paliwa, oleju.
  • Lutownica gazowa – jest mała, nie potrzebuje prądu, dobrze się nią rozpala ogniska, można nią kleić plastik, zaciskać rurki termokurczliwe, odpalać papierosa, nie gaśnie na wietrze.
  • Akcesoria do lutownicy: rurki termokurczliwe, cyna, topnik lutowniczy, taśma izolacyjna, taśma parciana, sporo różnych przewodów, kabelków, drucików, no i oczywiście gaz do napełniania, ale to można kupić też w podróży.
  • Miernik uniwersalny.
  • Mały prostownik do akumulatora.
  • Lekka aluminiowa rurka do przedłużenia rączki klucza nasadowego – czasami śruby są tak zapieczone, że nie da się ich odkręcić krótkim kluczem. Zamiast rurki można też kupić rozsuwany klucz.
  • Klej do gwintów – często podczas podróży zdarza się, że jakaś jedna śruba ciągle się sama odkręca. Ciach klejem i po sprawie! Tylko nie klejcie na super glue, bo już nigdy tego nie odkręcicie.
  • Pompka do kół, warto zainwestować w elektryczną, choć to duże ryzyko, bo może się popsuć.
  • Kilka śrubokrętów płaskich i gwiazdkowych w różnych rozmiarach i długościach (jeśli nie ma w walizce).
  • Pistolet na gorący klej – jak się ma w samochodzie przetwornicę, to można sobie na to pozwolić. Jest tylko jeden minus tego typu kleju. Afryka – w wysokiej temperaturze wszystko co skleiliście tym pistoletem, się rozpadnie…
  • Przetwornica 12v/230v – jeżeli miejsce w samochodzie Wam na to pozwala, to jest to jeden z bardziej przydatnych gadżetów w podróży samochodem. Szczególnie w dalekich wyjazdach. Przetwornica o mocy 2 tysięcy Watt nie jest droga, a da się nią zasilić większość sprzętu domowego (czajnik, ładowanie laptopa, telefonu, żarówki LED na długim kablu itp.). Jeśli ktoś ma fantazję, to może nawet zabrać małego grilla przenośnego albo piekarniczek. Pamiętajcie tylko, że zawsze przetwornicy używamy na włączonym silniku, bo bardzo szybko rozładowuje ona akumulator.
  • Przedłużacz / rozdzielacz (jeśli zabieracie przetwornicę).
  • Kable rozruchowe do „pożyczania” prądu przy rozładowanym akumulatorze; na tym nie oszczędzamy, bo te najtańsze spalą się w jedną sekundę.
  • Bezpieczniki do samochodu i kilka żarówek na podmianę.
  • Puszka WD40 jako rozpałka do grilla, smar, płyn do mycia rąk.
  • Lina – bardzo uniwersalna rzecz. Przyda się, gdy się gdzieś zakopiemy, gdy będziemy rozwieszać pranie lub nawet gdy będziemy chcieli poskakać z drzewa do wody.
  • Trytytki i taśmy.

Czy i jakie części zamienne zabrać?
Nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich usterek samochodu, jakie mogą nas spotkać podczas podróży. Nie da się też zabrać wszystkich możliwych części zamiennych. Najważniejszą rzeczą jest oszacowanie, ile kilometrów zrobimy podczas podróży. Będziemy wtedy wiedzieć, jakie przeglądy okresowe i wymiany trafią nam się podczas jazdy.  Jeśli już wiecie jakie wymiany przyjdzie Wam robić z racji przejechanych kilometrów, to pomyślcie też, czy jakaś usterka trafiała Wam się w samochodzie kilka razy. Przykładowo golf mk1 ma jedną stałą wadę – tylne łożyska kół zużywają się co 15 tysięcy kilometrów, więc zawsze warto zabrać komplet na wymianę. Jeżeli jedziecie w ekstremalnie długą podróż warto zabrać ze sobą kompletny rozrząd i klocki hamulcowe. Można też iść zupełnie inną drogą i nie zabierać żadnych części zamiennych. Wtedy musicie mieć pewność, że w rejonach, w których będziecie, da się kupić części do Waszego modelu samochodu. Polecamy brać części ze sobą, zwłaszcza jeśli macie duże zniżki w hurtowniach. Możecie się zdziwić kwotą, za którą przyjdzie Wam kupić klocki w np. Niemczech. Zawsze to jakaś oszczędność i mniejszy kłopot (czy wiecie jak po turecku jest wał korbowy?).

Podróż o długości do 15 tysięcy kilometrów
– 2 litry oleju na dolewki,
– pasek alternatora, klimatyzacji itp.,
– komplet żarówek,
– zapasowe bezpieczniki.

Podróż o długości od 15 do 30 tysięcy kilometrów
Wszystko co wymienione wyżej i dodatkowo:
– komplet filtrów (oleju, powietrza, paliwa, kabinowy),
– klocki – jeśli jeździmy mocno załadowanym samochodem, to jest szansa, że będziemy je zmieniać.

Podróż o długości powyżej 30 tysięcy kilometrów
Przy tak długich wyjazdach trzeba bardzo dokładnie zastanowić się co zabrać. Może nam się trafić wymiana rozrządu, tarcz, łożysk, pompy wody itp. Przemyślcie bardzo dokładnie co możecie, a czego nie musicie zabierać.

Czego NIE zabierać
Dużo osób często łapie się na tym, że zabiera za dużo rzeczy na wyjazd. 20 par majtek, skarpetek, żelazka, suszarki… Te same błędy dotyczą też samochodu. Naprawdę nie musimy zabierać oleju na wymianę, bo jest ciężki i zabiera dużo miejsca, a można go kupić wszędzie. Poniżej macie listę rzeczy, których nie trzeba zabierać ze sobą:

  • Olej – wiadomo, że jeśli jedziemy na wyjazd dłuższy niż 15 tys. kilometrów, to przyjdzie nam po drodze wymienić olej. Nie musimy jednak zabierać go z Polski. Wystarczy litr lub dwa na bieżące dolewki, a olej na wymianę i filtry kupimy po drodze. Ta sama zasada dotyczy wszystkich płynów eksploatacyjnych: chłodniczego, hamulcowego itp.
  • Wszystkich możliwych części zamiennych, jakie nam tylko przyjdą do głowy (głowic, turbin, tłoków, wałów) – najlepiej jest poznać wady swojego samochodu i często psujące się elementy i tylko te zabrać na zapas. I tak nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego. Polecamy zabrać łożyska, może przegub zewnętrzny i to właściwie tyle z części.
  • Ciężkich narzędzi (duże młotki, klucze pneumatyczne, imadła) – musicie zastanowić się, które narzędzia są Wam potrzebne, a które są tylko ułatwieniem. Klucz pneumatyczny może jest fajny w warsztacie, ale zabieranie kompresora i narzędzi do niego na wyjazd, nie ma sensu. Wszystkie te czynności da się wykonać ręcznymi kluczami, tyle że wolniej. Czasem np. wystarczy znaleźć sobie odpowiednie miejsce do najechania, tak aby jedno koło się uniosło.
  • Bagażnika dachowego (jeśli jesteście w stanie zmieścić się w całości w środku samochodu) – wiem, że wygodnie jest wsadzić wszystko na dach samochodu, a w środku mieć komfort. Jednak czy kiedykolwiek sprawdzaliście o ile więcej pali auto z bagażnikiem na dachu? Dodatkowo taki klocek strasznie świszczy. Więc jeśli nie mieszkacie w samochodzie, to lepiej sobie zawalić tylne siedzenia, a zaoszczędzone pieniądze wydać na paliwo.
  • CB radia – poważnie, to nie żart! W Polsce może się to przydaje, ale za granicą tego się nie używa. Ciężko jest się dogadać, w niektórych państwach jest to nielegalne, a w niektórych nie ma po prostu zwyczaju porozumiewania się przez CB. Już lepiej przestrzegać przepisów. No chyba, że jedziecie na dwa samochody i chcecie się między sobą komunikować na dalekie odległości za darmo – wtedy to ma sens.
  • Klucza do kół (jeśli mamy ze sobą zestaw kluczy nasadowych).
  • Kanistrów z paliwem – jeżeli nie jedziecie na pustynię, to nie ma co przesadzać. Jest jeszcze jeden wyjątek, czyli Rosja. My tankowaliśmy paliwo na zapas, bo jest dużo tańsze niż w Europie. Pamiętajcie, że wywożenie paliwa w większej ilości niż w baku jest w Rosji nielegalne.
  • Kosmetyków do samochodu – dziewczyny, to nie wybieg!

Pamiętajcie, aby nie popaść w paranoję i nie myśleć tylko o usterkach. Narzędzia i części mają być tylko na zapas i mogą Wam się nigdy nie przydać.  Z czasem z pewnością wypracujecie sobie swoją listę, która diametralnie różnić się będzie od naszej. Najważniejsze jest poznać potrzeby swojego auta, a te najłatwiej ujawniają się podczas podróży. Wniosek jest taki, że trzeba trenować i jak najwięcej jeździć.

Więcej treści motoryzacyjnych oraz podróżniczych znajdziecie na blogu JednoOkoNaMaroko: jednookonamaroko.pl

Najnowsze

Patrycja Komko pierwszą Polką w historii enduro na Six Days! Relacja

To naprawdę duże osiągnięcie i spory wyczyn. Te trudne zawody ukończyło niewielu Polaków. Oto relacja pierwszej zawodniczki z Polski z rywalizacji, która od zawsze była jej marzeniem.

Zawodniczka: PATRYCJA KOMKO
Motocykl: AJP PR4 240
Nr startowy: 458

„Od zawsze marzyłam o starcie w Sześciodniówce Enduro – chciałam wziąć udział w tej słynnej olimpiadzie motocyklowej. Nie do końca była pewna, czy będę gotowa i że to właściwa pora na start! A jednak marzenia się spełniają! Niespodziewanie, w miejscowości Navarra w Hiszpanii, w dniach 11-16 października 2016 roku, wzięłam udział w FIM International Six Days Enduro i ścigałam się z najlepszymi na świecie! Tak naprawdę nie wiedziałam dokładnie co mnie tam czeka; przecież nigdy nie brałam udziału w tak trudnych zawodach. Zasłyszane opinie wskazywały raczej, że moje szanse na ukończenie sześciodniówki są marne. Po przyjeździe do Hiszpanii od razu rozpoczęłam wycieczkę po próbach, jakie czekały mnie w każdym dniu! Weryfikacja trasy zajęła mi dwa dni – w sumie przeszłam jakieś 70 kilometrów. Zgodnie z zasadami, w pierwszym i drugim dniu trasa była taka sama, licząca po 317 kilometrów. W trzeci i czwarty dzień trasa się zmieniała, a dystans robił się ciut krótszy (295 kilometrów na dzień). Piątego dnia łączono mieszano odcinki z wszystkich poprzednich, ale należało je przejechać w odwrotnym kierunku (ok. 215 kilometrów). Szósty, ostatni dzień to motocross!
Wszystko zaczęło się w poniedziałek od oficjalnego otwarcia, na wzór prawdziwego olimpijskiego. To była fantastyczna chwila, kiedy wszystkie teamy w swoich narodowych barwach maszerowały razem przez miasto – świetne uczucie móc w tym uczestniczyć. Miałam wreszcie swoją wymarzoną olimpiadę!

DZIEŃ 1
Każdy dzień zaczynał się podobnie, z tą samą myślą w głowie: czy mój motocykl odpali na starcie? Na szczęście mój AJP nie zawiódł i każdego dnia próba rozruchu odbywała się w wyznaczonym limicie czasowym. Pierwszy dzień był najdłuższym odcinkiem w historii six days. Sam fakt, że udało mi się stanąć na starcie i jechać w tych niezwykłych zawodach dodawał mi skrzydeł. Nie wiem jak, ale osiem godzin jazdy zleciało bardzo szybko i udało mi się zmieścić w limicie czasowym. Po szybkim serwisie odstawiłam motocykl do parku zamkniętego. Byłam tak szczęśliwa, że przebrnęłam przez pierwszy dzień zmagań, że nie czułam zmęczenia. Największym utrudnieniem na trasie były tumany pyłu, które bardzo ograniczały widoczność. Trasa była dosyć szybka, przeplatana trudnymi elementami technicznymi – pokonywałam głównie kamieniste podjazdy i zjazdy. Na próbach szybkości, starałam się jechać rozważnie, nie koniecznie na swoje 100 procent. Dotarcie do mety bez kontuzji i ze sprawnym motocyklem było najważniejsze. 

DZIEŃ 2
Dzień drugi to przede wszystkim wielka radość, że jadę dalej! Nie myślałam jeszcze o szansie na dotarcie do mety. Cieszyłam się każdym pokonanym kilometrem. Wszystko szło dobrze do pierwszego odcinka drugiego okrążenia. Motocykl nagle zgasł i nie chciał zapalić. W szukaniu usterki pomogli mi hiszpańscy sędziowie z PKC1. Niestety motocykl ciągle nie odpalał, a czas leciał niemiłosiernie. Ostatnia deska ratunku: telefon do mojego mechanika i strzał w dziesiątkę! Rozpięła się kostka w instalacji elektrycznej. Okrzyk radości i jadę dalej! Do końca dnia wszystko szło już dobrze i nawet opady deszczu, które przemieniły trasę w bardzo śliską nie przeszkodziły mi w dotarciu do mety. Planowaną wymianę oleju przeniosłam na początek trzeciego dnia.

DZIEŃ 3
Po wymianie oleju ledwo zdążyłam na start, a trzeci dzień zapowiadał się wyjątkowo trudno. Nowa trasa, nowe próby i całonocne opady deszczu sprawiły, że zawody zaczęły się dla mnie od nowa. W połowie pierwszego okrążenia zaliczyłam potężny upadek. Na szczęście oprócz siniaków i potłuczeń nic mi się nie stało i mogłam kontynuować jazdę. Gorzej było z moim motocyklem. Prowizoryczna naprawa na trasie za pomocą zawartości narzędziówki i kamienia pozwoliły dotrzeć do PKC3, gdzie poskręcałam dokładniej motocykl. Niestety złapane spóźnienie było zbyt duże, aby kontynuować jazdę. Musiałam odpuścić. Powiało grozą i polały się łzy, na szczęście regulamin six days dopuszcza możliwość nie ukończenia prób z jednego dnia – kosztowało mnie to 3-godzinną karę. Po dokładnym przeserwisowaniu motocykla i założeniu nowych opon wstawiłam moje AJP do parku maszyn z nadzieją, że czwarty dzień pójdzie mi lepiej.

DZIEŃ 4
Deszcz przestał padać i wyszło słońce. Na starcie czułam się świetnie, mój ukochany AJP znowu zagadał bez problemu i wyruszyliśmy na trasę, która była identyczna jak dzień wcześniej. Oczywiście jechało się nią już dużo łatwiej, bo znałam wszystkie pułapki z poprzedniego dnia. Coraz mocniej docierało do mnie, że istnieje szansa na ukończenie tego niezwykłego maratonu enduro. O dziwo nie czułam jeszcze zmęczenia, a jazda była prawdziwą przyjemnością. Na punktach tankowania nawet nie zsiadałam z motocykla, bo nie było po prostu czasu. Moja ekipa wspomagająca tankowała motocykl. Połykałam szybką przekąskę i dalej jazda. I tak przez kolejne osiem godzin. Dzień czwarty był udany i prawie widziałam już metę moich zmagań.   

DZIEŃ 5
Na starcie czułam się dobrze – obolałe mięśnie nie dawały się we znaki. Trasa składała się z różnych odcinków poprzednich dni. Mój dobry nastrój ulotnił się już po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów, a miałam ich do przejechania jeszcze ponad dwieście! Dopadło mnie wyczerpanie, zaczęłam odczuwać mocny ból w prawym boku, coraz trudniej było się koncentrować na jeździe. Nie mogłam znaleźć sobie pozycji na motocyklu, bo ból był coraz większy. Na PKC wciągnęłam parę tabletek i ból zmalał. Jechałam dalej, zbliżając się coraz bardziej do upragnionej mety! Dojechałam tam z 12 minutowym spóźnieniem, a sędzia krzyknął AJP finisz! Oczywiście się popłakałam… Zmęczenie było tak wielkie, że nie umiałam się wówczas cieszyć osiągnięciem mety.

DZIEŃ 6
Ostatni dzień to motocross. Właściwie to „formalność” w porównaniu z dystansem, jaki pokonałam do tej pory. Postanowiłam jednak, że pojadę tym razem na swoje sto procent. To w końcu ostatnia okazja, żeby się pościgać w tak zacnym gronie zawodników. Mimo bardzo błotnistej trasy MX wyścig zakończyłam w połowie stawki i tak oto ukończyłam six days. Kto by pomyślał….

Mój trzy osobowy team PANDA RACING 1 w osobach: Przemka Popławskiego, Andrzeja Pastuły i mnie, mimo 6-cio godzinnej kary, ukończył zawody na 95. miejscu, na 123 sklasyfikowane zespoły. Dzięki chłopaki za walkę do końca!

Najnowsze

Finał sezonu Gosi Rdest w Audi Sport TT Cup

Wraz z finałem serialu Audi Sport TT Cup zakończył się również sezon wyścigowy dla Gosi Rdest. Siedem rund, czternaście wyścigów i niesamowita dawka emocji. Polka uplasowała się na 8. miejscu w klasyfikacji generalnej pucharu. Była jedyną kobietą wśród szesnastu rywali.

Gosia Rdest dostarczyła fanom motorsportu wyjątkowo mocnych wrażeń w tym sezonie. Siedem rund, czternaście wyścigów na pięciu torach wyścigowych w Niemczech,  Holandii i na Węgrzech. Szesnastu kierowców w tym ona – jedyna kobieta na torze, walcząca na równi z wszystkimi, nawet na krok nie ustępująca miejsca rywalom. W tym roku kierowcy Audi Sport TT Cup zawiesili poprzeczkę bardzo wysoko, reprezentując dobry poziom wyścigowych umiejętności. Zwycięzcą pucharu okazał się Fin Joonas Lappalainen. Gosia Rdest uplasowała się na 8. pozycji.

Gosia tak podsumowuje minione miesiące na torze: „To był niesamowity sezon. Bardzo, bardzo dużo emocji… Każda runda przynosiła coś nowego. Były wzloty, były też upadki. Po każdym wyścigu ściągałam kask bogatsza o nowe doświadczenia. Jeżeli chodzi o podsumowanie to początek sezonu oceniam jak najbardziej na plus. Od początku mocno zaznaczyłam swoją obecność w pucharze. W połowie sezonu trochę zabrakło szczęścia. Najpierw usterka techniczna samochodu, a konkretnie amortyzatora, potem nieukończony wyścig na Norisringu, który przyniósł ogromną stratę punktów w klasyfikacji generalnej. W drugiej połowie sezonu przeżyłam najpiękniejszy dzień w karierze – moje pierwsze podium w pucharze Audi Sport TT Cup – zajęłam trzecie miejsce na legendarnym Nurburgringu. Tych emocji nie zapomnę chyba do końca życia. Sezon mogę podsumować jako bardzo udany i bogaty w doświadczenia, które na pewno zaprocentują w przyszłości. Sezon zakończyłam na ósmej pozycji w klasyfikacji generalnej. Celowałam w pierwszą piątkę, są trzy oczka w dół, stąd czuję niedosyt. Nie mogę być z siebie usatysfakcjonowana w 100%, ale jestem zadowolona z tempa i poziomu jaki reprezentowałam, z kilku naprawdę świetnych manewrów i akcji.

Ogromne podziękowania należą się oczywiście wszystkim moim Partnerom i Sponsorom, którzy wspierali mnie podczas wszystkich rund Audi Sport TT Cup i byli ze mną na dobre i na złe. Serdecznie dziękuję wszystkim kibicom, którzy dopingowali mnie na żywo jak i tym, którzy wiernie oglądali relacje z wyścigów przed ekranami w domu. Wielkie dzięki za cenne wsparcie i komentarze na moim fanpagu. Było czuć, że jesteście ze mną! Podziękowania należą się również moim wspaniałym Rodzicom, którzy chyba zjedli paznokcie z nerwów, rodzinie, przyjaciołom oraz wykładowcom, którzy wyrozumiale podchodzą do mojej pasji.  Teraz zimowa przerwa, czas regeneracji, ale oczywiście niezbyt długi. Do treningów wracam już niedługo, żeby zrobić formę na następny sezon. Jeżeli chodzi o moje plany to na pewno będzie to nadrobienie zaległości na uczelni oraz szukanie budżetu i partnerów na następny sezon. W 2017 roku na pewno znowu pojawię się na torze – jeszcze silniejsza, jeszcze szybsza, gotowa do walki”.

Najnowsze

Wspaniałe zakończenie sezonu Magdy Wilk

Finał Górskich Samochodowych Mistrzostw Polski w Korczynie okazał się dla Radomianki Magdy Wilk pasmem sukcesów. Zawodniczka startująca Renault Clio Sport zarówno podczas 13. jak i 14. Rundy GMSP stanęła na podium w klasie N-2000 i Clio Cup.

Wyścig Górski Prządki rozegrany został w dniach 23-26 września.  Na Podkarpaciu pojawili się zarówno zagraniczni jak i polscy kierowcy. 13. i 14. Runda były już ostatnimi rundami Górskich Samochodowych Mistrzostw Polski w sezonie 2016. A jak wspomina swój finałowy występ w tym sezonie Magda Wilk?

– Korczyna zdobyta! Koniec sezonu zakończony lepiej niż to mogłam sobie wymarzyć. W sobotę 3. miejsce w klasie N-2000 i 2. miejsce w Clio Cup a w niedzielę – 2.miejsce w N-2000, 3. miejsce w grupie N i 2. miejsce w Clio Cup. Zawsze powtarzam, że miejsce kobiety jest „przy garach” ale tym razem to te „garnki” ledwo co zmieściły mi się w bagażniku. Aczkolwiek nie do końca jestem jednak zadowolona z moich przejazdów bo niestety ale wraz z końcówką sezonu skończyły nam się opony więc ciężko było poprawić czasy. Bałam się też czy auto wytrzyma bo wyszło przy okazji kilka kwestii ale… finalnie wszystko zakończyło się pomyślnie. Z pewnością po uzyskaniu wystarczającej przewagi trochę podeszłam strategicznie do tematu, szczególnie, że kilka osób dość mocno rozbiło swoje auta więc wystarczyło pojechać swoje – spokojnie, bez podejmowania nadmiernego ryzyka. Ale czasami też tak trzeba. Tak czy inaczej cały sezon uważam za udany, szczególnie, że zamieniłam tylnonapędowe BMW na Renault Clio. Pierwszy start w Załużu i już podium a potem kolejne cenne kilometry i zdobywanie nowego doświadczenia. Początki nie były łatwe bo przerażało mnie uczenie się trasy na pamięć i te podjazdy tak „z miejsca” na czas ale jak widać poczyniliśmy z zespołem progres i to mnie cieszy! Z pewnością nie byłby on możliwy gdyby nie wsparcie Kacpra Wróblewskiego, który swoim know-how doprowadził mnie do tego miejsca, w którym jestem. Również podziękowania dla moich partnerów i patronów:  RallyAddict, 2BRally, motocaina.pl, WrOOOOm TV oraz Automobilklub Polski, w tym koło Młodych Automobilklubu Polski i oczywiście da wszystkich kibiców, którzy tworzą niesamowitą atmosferę tych zawodów, dla organizatorów wszystkich rund, pań i panów z OA i BK, dla wszystkich ludzi z każdego PO i oczywiście dla zawodników, którzy bardzo ciepło mnie przyjęli, służyli pomocą i radą. Mimo, że to koniec sezonu w wyścigach górskich to mam nadzieję, że jeszcze na jakiejś imprezie spotkamy się w tym sezonie.

Najnowsze

The Hubinettes – driftujące małżeństwo

Jeżeli znudziły Was produkcje z Kenem Blockiem, to warto poznać zupełnie nowych bohaterów. Małżeństwo z USA pokazuje, co potrafi nowe Lamborghini Huracan z pakietem od Vorsteinera.

Zapewne nie słyszeliście jeszcze o Samie i Stinie Hubinettes, ale jeszcze będzie o nich głośno. Kilka dni temu na YouTube pojawił się film z szarym Lamborghini Huracan w roli głównej. Za kółkiem tego samochodu występuje małżeństwo, które dobrze zna się na drifcie. 

Wystarczy odpalić filmik i zobaczyć z jakim rozmachem szare Lambo opuszcza salon Prestige Imports w Miami. Na pewno spodoba się Wam ten styl. Huracan, którym upalają nie jest seryjnym egzemplarzem. To wersja wyposażona w pakiet Vorsteiner, w ramach którego zmieniono zderzaki, dołożono tylny spojler, a także zestaw zupełnie nowych felg. 

Auto zostało wyposażone w hydrauliczny hamulec ręczny, który pomaga zrywać przyczepność na tylnej osi, zupełnie jak w profesjonalnych samochodach do driftu. Na razie film, który się pojawił jest tylko zapowiedzią pełnej produkcji. Małżeństwo Hubinettes zapowiedziało premierę pod koniec tego roku.

Najnowsze