Motocyklowy weekend w górach

Myśl na temat wyjazdu w góry nie dawała mi spokoju. Planowany letni wypad w Bieszczady nie wypalił. Pojawiła się jednak iskierka nadziei na ujrzenie gór w tym roku - opisuje swoją kolejną podróż motocyklową Fryta.

Jesienne Kletno 17-19 września 2010 – po analizie wszystkich za i przeciw wniosek mógł być tylko jeden! To nic, że wyjazd w drugiej połowie września, że przyjdzie mi jechać samej ponad 550 kilometrów w jedną stronę. Niedługo pogoda będzie coraz mniej przyjazna motocyklowym wypadom. Przecież Kletno jest dokładnie w linii prostej pod Koszalinem! To tylko 550 kilometrów w jedną stronę! Czekał mnie kolejny wieczór spędzony przy kawie i z nosem w mapie w poszukiwaniu weekendowej trasy. Koszalin  – Poznań – Wrocław – Ząbkowice Śląskie – Złoty Stok – Lądek Zdrój – Stronie Śląskie – Kletno. Wujek Google podpowiadał, że przede mną 534 km oraz 8h 51 min jazdy.  Zdawałam sobie sprawę, że 3 dni to mało czasu na jakiekolwiek zwiedzanie. Mimo wszystko ruszyłam… 

Kierunek „Biker’s Choice”
Do Poznania pojechałam krajową 11 i tym razem to już na prawdę ostatni raz wybrałam tą drogę! Nie wiem co mnie podkusiło. Przecież jest rewelacyjna droga przez Czaplinek i Wałcz (i o dziwo wcale nie dłuższa). Nie było sensu zawracać. Po prostu kolejny raz przekonałam się jak bardzo nie lubię krajowej 11. Remonty, radary, TIR-y, korki i przedstawiciele handlowi. Na tej drodze po prostu nie ma miejsca dla „wolnych jeźdźców”.

fot. z archiwum K. Dudzik

Zdawałam sobie sprawę z tego, że jadąc przez całą Polskę nie obejdzie się bez deszczu, ale to, co spotkało mnie w Poznaniu przerosło moje domysły. To nie był deszczyk ani mżawka, to nie była nawet ulewa! To było wielkie oberwanie chmury, które rozpoczęło się od wysokości Oborników a zakończyło około 20 km za Poznaniem. Do Poznania trafiłam idealnie w godzinach szczytu. Koleiny, korki, ulewa, i te TIR-y, które co chwilę oblewały mnie falą kałuży! Mijanie korka środkiem w taki warunkach nie należało do prostych zadań. Momentami było niebezpiecznie.  Wiedziałam, że cokolwiek by się nie działo, nie będę wracać przez Poznań! Nie chciałam się zatrzymywać i czekać aż przestanie lać lub rozluźni się korek, nie miałam na to czasu! To był najgorszy odcinek drogi! Wreszcie to motocykl upomniał się o postój. Tankowanie, kawa i dalej w drogę! Byłam już za Poznaniem, można by rzec, że w połowie drogi. Zegar wskazywał godzinę 16:30, a do Wrocławia zostało około 170 km. Domyślałam się, że w ostatnim etapie podróży dopadnie mnie zachód słońca, ale wtedy będzie już „z górki”. 

Wrocław
Wszytko było by całkiem w porządku, gdyby nie wszechobecne remonty dróg i korki sięgające poza horyzont. Nie miałam czasu na analizowanie, czy można wyprzedzać też nie, czy samochody stoją, czy jadą 5km/h. Czy jeszcze wymijam czy już wyprzedzam na podwójnej ciągłej? Chyba nawet trąciłam komuś lusterko w jednym z korków… (ups przepraszam 🙂 ) Wreszcie dotarłam do miasta. Należało obrać kierunek na… no właśnie? „Na co ja mam się właściwie kierować?!” Nie miałam ze sobą mapy Wrocławia ani GPS. Gdybym chciałam mieć mapy wszystkich miejscowości, przez jakie przejeżdżam, to w efekcie nigdzie bym nie pojechała, bo zbankrutowałabym na mapach!  Postanowiłam zaufać osobom odpowiedzialnym za oznakowania dróg miejskich. Ciężko było się odnaleźć wśród rozkopanych i zupełnie nieoznaczonych skrzyżowań. Szukałam Ząbkowic Śląskich, Kłodzka, numeru drogi, czegokolwiek, co by pomogło się odnaleźć! Wszystko bezskutecznie. Postanowiłam wreszcie jakkolwiek pokierować się w stronę gór, a potem pomyśleć gdzie i w którą stronę dalej. Obrałam kierunek na Kudowę Zdrój. Muszę przyznać, że moja orientacja w ternie sprawdziła się idealnie. Wybrałam właściwą trasę – wiodła przez Ząbkowice Śląskie! A jakby tego było mało okazało się, że „na czuja” cały czas jechałam przez Wrocław dobrą trasą. Szkoda, że nie wiedziałam tego wcześniej. Może wtedy nie zatrzymywałabym się na każdym skrzyżowaniu i nie klęła na brak drogowskazów…

fot. z archiwum K. Dudzik

Wreszcie byłam na drodze wylotowej. Nie miałam pojęcia, jak często ani w jakich godzinach są czynne stacje benzynowe, zatrzymałam się na pierwszej znów tankowanie i kawa.  Pozostał ostatni etap, bezpośrednio do celu i oby bez przystanków! 

Wrocław – Kletno
Krajową 8 podążałam do Ząbkowic Śląskich. Świetna trasa! Szeroka, świeżo po remoncie (a bynajmniej na taką wyglądała o zmierzchu), długie proste oraz ciekawe zakręty. Mimo wieczornej pory umiarkowany ruch, pozwalał spokojnie podążać tempem w okolicach 100 km/h. Wreszcie dojechałam do Ząbkowic Śląskich. Należało obrać kierunek na Złoty Stok. Szukałam drogi… Skoro udało mi się wyjechać z Wrocławia to tym bardziej nie mogłam zgubić się w Ząbkowicach. Nie obyło się jednak bez przystanku. Dwa kółka po centrum, wreszcie znalazłam drogę. Do Kletna zostało około 40 km. Pomimo tego, że było ciemno czułam już górski klimat. Coraz więcej serpentyn, gdzieś z oddali świecące miasteczka i pojedyncze światła górskich chatek, chłód i mgła. Dojechałam do Złotego Stoku. Miejscowi pomogli pokierować się dalej. Nie ukrywali zdziwienia, widząc samotną motocyklistkę, z tajemniczą rejestracją „ZK”, wieczorową porą, błądzącą po górach.  Przejeżdżając przez Złoty Stok a dalej przez Lądek Zdrój zdałam sobie sprawę, że byłam tam w zeszłym roku, podczas podróży „Slalomem przez Polskę”. Jadąc samej, będąc „gdzieś daleko” ciężko jechać bez refleksji, powracały wspomnienia z innych podróży…

fot. z archiwum K. Dudzik

Wreszcie z Lądka Zdrój do Stronia Śląskiego i ostatnie 6 km do Kletna! 

U celu!
Było już około godziny 22, ja minęłam tablicę Kletno. Pozostało tylko znaleźć Bar Motocyklowy „Biker’s Choice”, gdzie czekali znajomi. Na tablicy reklamowej widniał magiczny napis 2 km. Można było rzec, że jestem w domu. Było ciemno, więc spacerowym tempem około 40-50 km/h podążałam w stronę bazy. W pewnym momencie zauważyłam z prawej strony pobocza zwierzę. To był borsuk… Czułam, że ten widok nie wróży nic dobrego. Nie znając zamiaru zwierzęcia lekko przyhamowałam. Uparty borsuk, akurat w tym momencie, musiał wbiec na jezdnie i wpaść prosto pod przednie koło mojego motocykla, próbując go jakkolwiek wyminąć w efekcie trafiłam w jego środek. W tej samej sekundzie zdarzenia zdążyłam tylko powiedzieć, przybrane pewnym potocznym słowem na „k”, „nie wierzę!”.  Poczułam uderzenie spadłam z motocykla. Szorując około 2 metry asfaltu, zatrzymałam się na szczęce swojego kasku. (Bogu dzięki, że miałam integrala!) Zęby całe… ufff, krew z nosa leciała ciurkiem. Podczołgałam się pod motocykl, zgasiłam zapłon. Wstałam lekko obolała, lekko w szoku i ogromnie wściekła na zwierzaka. Podniosłam motocykl. Wsiadłam za sterem. Kierownica pokrzywiona, bak obity, ale odpalił. Podjechałam te ostatnie 2 km. Rzeczywiście było na prawdę blisko do celu. Z kaskiem we krwi, obtartymi spodniami, potłuczona i ogromnie przemarznięta wpadłam do środka baru. Podczas gdy znajomi oglądali motocykl, ja dochodziłam do siebie i grzałam się przy gorącej herbacie, zadając sobie pytanie „jak my wrócimy do domu?”… 

To dopiero początek!
W sobotni poranek sytuacja zaczęła nabierać innych kolorów. W końcu nie po to jechałam 550 km, żeby jakiś borsuk pokrzyżował mi plany. Mam 1 dzień, żeby pobyć w górach! Nie wiem kiedy znów będzie okazja, zabłądzić w te rejony! Obejrzeliśmy motocykl jeszcze raz. Za dnia okazało się, że nie jest mocno poturbowany. Najważniejsze, że lagi i koło były na swojej pozycji. Z prawej gmol konkretnie przetarty, ale spełnił swoją funkcję, nie działał też tylny kierunkowskaz. Z lewej strony motocykla krew borsuka na pamiątkę. Postanowiliśmy nie ruszać kierownicy, żeby przypadkiem nie zepsuć mocniej niż jest. Tego dnia nie miałam ochoty na żadne wyjazdy. Sam fakt, że byłam w górach już mi wystarczał. Poza tym na myśl o niedzielnych 550 km do domu, tym bardziej chciałam  dać odpocząć sobie i Virce…

fot. z archiwum K. Dudzik

Planowałam ruszyć w niedzielę rano (i to – w okolicach 5:00-6:00) bezpośrednio w stronę Koszalina. Tymczasem wstałam nie dość, że o 10:00, to okazało się, że po garażowaniu motocykla w klubie znów miałam urwany kierunkowskaz. Co gorsza ubyło sporo oleju w silniku i sprzęgło nie działało prawidłowo.

Zdarza się spotykać w trasie ludzi, z którymi od razu znajdujemy wspólny język, przy których znika poczucie czasu i odległości. Kolega powiedział wprost „Nie będziesz wracać sama 500 km niesprawnym motocyklem!” Powód był rzeczywiście prosty i w zasadzie całkiem słuszny! Pomimo tego, że wiedziałam jak wiele obowiązków czeka mnie w poniedziałek, dostałam kubeł zimnej wody na głowę i podjęłam decyzję o dalszym działaniu. Poranek minął na pakowaniu i dopieszczaniu maszyn. Wreszcie w eskorcie dwóch motocyklistów pojechałam z Kletna przez Bystrzycę Kłodzką oraz Polanicę Zdrój do Bielawy. W Bystrzycy dokupiłam litr oleju, uzupełniłam braki w silniku. W towarzystwie czułam się bezpiecznie, nie miałam czasu na nostalgie i strach związany z bliskim spotkaniem z borsukiem. Najbardziej bałam, się, by motocykl nie padł mi gdzieś po drodze, bo na prawdę dostał wycisk, a przed nami w dalszym ciągu było 500 km.

W Bielawie poznałam kolejnego pozytywnego człowieka. Pomógł przy maszynie. W przydomowym warsztacie naprostowaliśmy kierownicę, poprawiliśmy przewody od kierunkowskazów, przyczepiliśmy brakujące owiewki. Było około godziny 16:00 wiedziałam, że tego dnia do Koszalina na pewno nie dojadę, nawet nie próbowałam… Wiedziałam też, że mam dzień obsuwy, że jutro koniecznie muszę ruszyć wcześnie. Taki był plan… 

Wyszło jak zwykle…
Właściwie zależało mi, by do Koszalina dojechać przed zmrokiem. Humor powrócił. Rano kolejny raz  ruszyliśmy w góry. Jechaliśmy przez  Pieszyce, Rościszów i Lubachów do Świdnicy. 42 km górskimi serpentynami, piękne trasy, niesamowite widoki, przydrożne strumyki i te wioski między górami… Raj na Ziemi! Dokładnie tego oczekiwałam jadąc w góry! Zapomniałam i o borsuku, i o tym, że przede mną w dalszym ciągu 500 km do domu. Te kilka godzin to zdecydowanie za mało. Tydzień byłby za krótki, by zobaczyć wszystkie uroki tych okolic! Choć wcale nie chciałam wracać, to nadszedł ostateczny moment, aby rozstać się górskim przewodnikiem i obrać, tak bardzo odwlekany, kierunek na północ.

fot. z archiwum K. Dudzik

Z ostatnią stówą w kieszeni i pełna wrażeń ruszyłam w stronę Zielonej Góry. Początkowo trasa wiodła przez Jawor, Strzegom i Legnicę. W Legnicy wskoczyłam na krajową 3. Pomimo, że nie lubię jeździć Virażką po krajowych drogach, przyznam, że 3 w przeciwieństwie do 11 jest bardzo dobra, to chyba mój wyjątek krajówek. W Nowym Miasteczku odbiłam w stronę Siecieborzyc. Wioska, która kiedyś wydawała mi się tak bardzo odległa, w tej podróży stała się przystankiem i punktem odniesienia. Pomimo tych „jeszcze 380 km” czułam się jak nad morzem. Chwila odpoczynku, obiad oraz kawka u motocyklowego przyjaciela i dalej w podróż. Z Zielonej Góry do Koszalina mam już stałą trasę. Kolejny raz, tymi dobrze znanymi, drogami. Świebodzin – Międzyrzecz – Skwierzyna – Drezdenko. Tankowanie, ostatni przystanek i tylko 200 km. W okolicach Człopy zaszło słońce i znów zawiało chłodem. Po zmierzchu powróciły myśli o niedawno napotkanym borsuku.  Ostanie 100 km ciężkie, długie i męczące. Nie obyło się też bez deszczu. I kolejny raz najcięższym odcinkiem okazała się nocna trasa z Tychowa do Koszalina.

Wyczerpująca podróż pełna przygód i kolejnej porcji niesamowitych wrażeń. Ponad 1200 km w 2 dni. To był konkretny trening przed kolejnymi wyprawami, walka z własnymi słabościami i ze słabościami sprzętu. Wreszcie to była prawdziwa podróż rodem z „Easy Ridera”. Choć nie wierzę w statystyki, to w tej podróży usprawiedliwiłam sobie pewne sytuacje, które się wydarzyły. Przy takiej ilości kilometrów, w tak krótkim czasie miało prawo dziać się wiele. Podobno między odwagą a głupotą istnieje jeden krok? Chyba właśnie to stwierdzenie dokładnie określa wyprawę. Dla jednych może być odważna, dla innych po prostu… niepoważna. Ja na pytanie moich znajomych: Chciało Ci się jechać taki kawał Polski, zamiast iść z nami, jak normalny człowiek po pracy wieczorem do knajpy na piwo? Odpowiem: TAK, chciało mi się. Ale nie zrozumie tego ten, kto nie ma pasji.

Do domu dojechałam po zmierzchu, o 21:00. Padłyśmy z Virką w garażu…

Szerokości!

Więcej motocyklowych wojaży Fryty znajdziesz tutaj: https://www.motocaina.pl/artykul/wypadki-motocyklowe-474.html

Najnowsze

Moja mama jest pilotką rajdową!

Młodzi ludzie marzą o karierze rajdowej i stawiają swoje pierwsze kroki w KJS. Ale czy przeszło by im przez myśl, by w roli pilota obsadzić własną mamę? Jednemu młodzieńcowi przeszło. Pani Mariola Wiesner pilotuje swojego syna - Pawła i oboje cenią sobie tę współpracę.

Mama jako pilotka rajdowa? Dlaczego by nie?
fot. z archiwum M. Wiesner

Jak do tego doszło, że cała Pani rodzina interesuje się motoryzacją, od czego się zaczęło i ilu to „zjawisko” sięga pokoleń?
Mój mąż „od zawsze” interesował się motoryzacją, czym zaraził niejako od urodzenia naszego syna Pawła. Ja nasiąkałam tym obcując z nimi. Te zainteresowania skupiały się na samochodach kultowych, zabytkowych i tuningowanych. Kilka razy mąż zabrał nas na Tuningowisko we Wrocławiu, a w Legnicy oglądaliśmy rajdy pojazdów zabytkowych. W końcu zakupiliśmy żółtego garbusa i sami wzięliśmy udział w zlocie garbusowym w Sulistrowiczkach. Od tej pory staliśmy się stałymi  bywalcami tych spotkań, a także rajdów zabytkowych samochodów.

Rajdowa rodzina z Tomkiem Kucharem.
fot. z archiwum M. Wiesner

Kiedy padł pomysł startów w KJS i jak doszło do tego, że została Pani pilotką syna?
W trakcie zlotów odbywają się wyścigi na 1/4 mili garbusów. Udział w nich bierze mój syn, odkąd ma prawo jazdy. Paweł stwierdził, że jazda po prostej to za mało. Przeglądając stronę internetową lokalnego automobilklubu postanowił spróbować swoich sił w KJS-ie. Nasze pierwsze zawody – KJS Babskie Ściganie – wymagał obecności pilota i dawał możliwość obniżenia kosztów wpisowego, gdy w załodze będzie kobieta. Pawłowi nie pozostało nic innego, jak namówić właścicielkę samochodu, czyli mnie do uczestnictwa w rajdzie jako pilot.

W ilu KJS już startowaliście? Który z nich najmilej wspominacie i gdzie Wam poszło najgorzej?Razem jako załoga startowaliśmy w 7 KJS. Najmilej wspominamy ten pierwszy raz – KJS Babskie Ściganie – malownicze krajobrazy, miła atmosfera, nasze zabawne wpadki jako nowicjuszy. Najgorzej poszło nam na KJS o Puchar Dziekana PWr – kilka moich błędów i pech w postaci „kapcia” zdecydowanie popsuły nam humor.

Czy różnica pokoleń w pasji rajdowej ma jakieś znaczenie?
Kwestia wieku nie ma znaczenia; pasja łączy, a nie dzieli pokolenia.

fot. z archiwum M. Wiesner

Jak się spisuje Wasz samochód? Czy planujecie w nim jakieś zmiany lub zmianę auta w ogóle?
Samochód jest niezawodny, ale za słaby, więc szykujemy zmianę „rajdówki” na coś mocniejszego. Jesteśmy w trakcie rejestracji Mitsubishi Colta 1300 – ta sama klasa, ale większa moc! Start nastąpi po przygotowaniu i „przyuczeniu” się do nowego samochodu.

Jak wyglądają Wasze dalsze plany? Czy dalej razem będziecie jeździć? Jeżeli tak, to w KJS, czy może rozpoczniecie zdobywanie licencji?
Traktuje udział w KJS-ach jako dobrą zabawę, ale profesjonalne rajdy są marzeniem syna. Niemniej jednak musi on podszkolić umiejętności i znaleźć dobrego sponsora, który mu to umożliwi. Na pewno będziemy nadal startować.

fot. z archiwum M. Wiesner

Czy jeżdżąc z synem ma Pani tendencję do jego zwalniania (hamowania) ze względów bezpieczeństwa (jego i swojego)? Czy wygrywa na tym polu sportowa adrenalina?
W czasie rajdu – nie! Adrenalinka działa.

Czy wystartowała by Pani też z innym kierowcą, gdyby taka propozycja padła?
Nie jestem tego pewna. Styl jazdy syna znam i mam do niego pełne zaufanie. 

Teraz zapytamy Pawła: Jak oceniasz mamę w roli  pilota?
To bardzo ciekawe pytanie. Otóż mamie w roli pilota zdecydowanie z rajdu, na rajd idzie coraz lepiej. Poza tym, z mamą bardzo dobrze się rozumiemy, dlatego na rajdzie owocuje to dobrą współpracą. Niemniej jednak mama jako pilot staje się zdecydowanie mniej opiekuńcza i bardziej odważna niż na co dzień. To też często słyszę komendy typu: dawaj, szybciej itp, co zdecydowanie wpływa pozytywnie na moją jazdę. Dlatego, mimo że mama ma problemy z ogarnięciem wszystkich prób, nie zmieniłbym jej na innego pilota!

Najnowsze

Mini Countryman wjeżdża do Polski

Kobietom Mini się podoba - nie od dziś wzbudza emocje, bo to samochód inny niż wszystkie. Gdyby był nieco tańszy niewykluczone, że byłby to jeden z najczęściej kupowanych przez panie samochodów. Na polski rynek właśnie wjeżdża kolejny model; to czterometrowy ewenement - Mini Countryman.

fot. Mini
fot. Mini

 

 

 

 

 

 

Z szybkiego rekonesansu Motocainy wynika, że zdecydowana większość zaprzyjaźnionej z redakcją płci pięknej, życzyłaby sobie jednego z aut w ofercie brytyjskiej marki w swoim garażu (zależność Mini od BMW ma tu ogromne znaczenie, bo według pań podnosi to prestiż brandu). Gdy pokazałyśmy znajomym koleżankom zdjęcia Countrymana, aż 75% pytanych (z 16 kobiet) stwierdziła, że sylwetka tego modelu wyjątkowo przypada im do gustu.

fot. Mini
fot. Mini

Także prezentacja nowego Mini pozytywnie nas zaskoczyła – podczas warszawskiej premiery Countrymana można było przekonać się jak auto radzi sobie w sprincie między snopkami siana i czy zmieszczą się w nim rowery dla całej rodziny… Na połaciach zielonej trawy startowano w miejsko-wiejsko-sportowych konkurencjach; najweselsza okazała się przejażdżka rowerem na czas, a następnie złożenie i zapakowanie czterech rowerów do bagażnika Countrymana i jazda nim z piłeczką tenisową na masce po krętym torze, wytyczonym przez snopki siana. W konkurencjach brali udział lub kibicowali drużynom m.in. TEDE, Olga Borys, Joanna Sydor, Irek Bielennik, Robert Sowa, Mariusz Przybylski, Zbyszek Suszyński. Wrażenia zawodników i kibiców zbierał reporter U1 Bator TV, Bilguun Ariunbaatar z Szymon Majewski Show. 

Wieśniak?
Mini Countryman to czterodrzwiowe auto z dużą klapą bagażnika i wnętrzem, które zmieści pięciu pasażerów. Mierzy ponad cztery metry i jest dostępne w wersji z napędem na cztery koła. Pięć odmian samochodu różni wizualnie głównie atrapa chłodnicy, lakierowanie dachu, lusterek, czy spojlera dachowego.

fot. Mini

Dwa najmocniejsze modele, Cooper S, mają dodatkowe wloty powietrza w dolnej części pasa przedniego (służące chłodzeniu hamulców), podwójne końcówki wydechu i urodziwe matowo – antracytowe obręcze. Oczywiście Countrymana można zamówić z dachem w kontrastującej barwie i białymi lub czarnymi pasami na masce. Także we wnętrzu oferowana jest opcjonalna kolorystyka, dzięki której można ciekawie zindywidualizować środek samochodu.

Tylna część kabiny pasażerskiej może zostać wyposażona w dwa indywidualne siedzenia lub – bez dopłaty – w trzymiejscową kanapę. Fotele z tyłu mają możliwość przesuwania i można regulować ich kąt oparcia. Przy złożonej kanapie bagażnik zwiększa się z 350 do 1170 litrów – a to pozwala już na pomieszczenie sporej ilości pakunków.

Co pod karoserią?
Nowe Mini jest standardowo wyposażone m.in. w funkcję automatycznego włączania i wyłączania silnika i wskaźnik zmiany biegów. Auto wchodzi na rynek z trzema jednostkami benzynowymi i dwiema wysokoprężnymi – wszystkie o pojemności 1,6 litra. Moc silników benzynowych zaczyna się od 98 KM w modelu One Countryman oraz 122 KM w Cooper Countryman aż do 184 KM w wersji Cooper S Countryman. Warianty wysokoprężne: One D Countryman dysponuję mocą 90 KM oraz Cooper D Countryman – 112 KM. Alternatywą dla standardowej sześciobiegowej przekładni manualnej jest sześciobiegowa skrzynia automatyczna Steptronic dostępna w modelach z silnikami benzynowymi.

fot. Mini

Pod karoserią znajdziemy zawieszenie przednie z kolumnami McPhersona i kutymi wahaczami, wielowahaczową osią tylną oraz elektromechaniczne wspomaganie układu kierowniczego (EPS). Countryman został standardowo wyposażony w układ dynamicznej kontroli stabilności (DSC). Elektrohydrauliczny mechanizm różnicowy umieszczony bezpośrednio na przekładni głównej dostępny jest w modelach jedynie w wersjach Cooper S i Cooper D. 

W co inwestować?
Ceny Countrymana zaczynają się od 82 000 złotych. Topowa odmiana z napędem 4×4 to wydatek rzędu 115 000 złotych. Bazowa wersja wyposażeniowa zawiera klimatyzację, środkową listwę Center Rail czyli kilka praktycznych przegródek na przeróżne szpargały, czy system audio z odtwarzaczem płyt CD. Lista dodatków, przydatnych i funkcjonalnych, jest długa, lecz na doposażenie auta można wydać krocie, dlatego lepiej zainwestować w zestawienia pakietowe (najdroższy Chili kosztuje 13359 złotych, ale ma właściwie wszystko). Kobiety docenią eleganckie etui na okulary mocowane do szyny między fotelami przednimi czy ciepłe podświetlenie wnętrza. Najpiękniej Countryman prezentuje się na opcjonalnych, 19-calowych obręczach, które na polskich drogach raczej praktyczne nie będą…  Można także zamówić sportowe zawieszenie obniżające pojazd o 1 centymetr (sic!) oraz komponenty z gamy John Cooper Works Performance. Ciekawostką jest interfejs do telefonów komórkowych z możliwością pełnej integracji urządzeń typu Apple iPhone i Smartphone.

Model Countryman jest także kontynuatorem tradycji rajdowych Mini. Już w sezonie 2011 rywalizować będzie w wybranych odsłonach Rajdowych Mistrzostw Świata (FIA WRC), a w 2012 w pełnym programie WRC. Rajdowa wersja powstaje w oparciu o model seryjny. 

Najciekawsze filmy reklamujące nowego Countrymana.

 

Najnowsze

Relacja z motocrossowej klasyfikacji kobiet w Człuchowie

Pesymiści twierdzili, że maszyna startowa będzie pusta, optymiści stawiali na trzy, cztery zawodniczki. Tymczasem do Człuchowa na zawody motocrossowe przyjechało rywalizować dziewięć motocyklistek.

Zapowiedź i zasady klasyfikacji pań w motocrossowych zawodach w Człuchowie opisywałyśmy wcześniej tutaj.

fot. Ewa Jeżak

Do Człuchowa przyjechało rywalizować dziewięć motocyklistek: Joanna Miller, Żaneta Zacharewicz, Wiktoria Horodyńska, Kinga Gajewska, Alicja Brudniak, Monika Kaniewska, Kamila Kardasz, Kasia Śrom i Ola Rybczyńska (ta ostatnia z powodu przeziębienia nie wystartowała).

Całej stawce od początku do końca przewodziła oczywiście Joasia Miller, która mimo kontuzji zdecydowała się na start, ale i pozostałym dziewczynom nie brakowało woli walki. Tym bardziej, że kilkutysięczna publiczność zgromadzona wokół toru gorąco im dopingowała. Widowiskowe hopy Żanety  i Wiktorii, zażarty bój, jaki stoczyły jadące na końcu stawki Katarzyna i Kamila, konsekwentna i równa jazda Moniki i Alicji wzbudziły entuzjazm wśród licznie zgromadzonych fanów motocrossu. Wyścig trwał 15 minut, czyli dwa okrążenia – wszystkie zawodniczki dojechały do mety.

Joanna Miller
– Pojechałam mimo nie najlepszej formy, ale nie wyobrażałam sobie, żeby mogło mnie zabraknąć na takiej imprezie. Trzymam kciuki, aby w przyszłym roku było nas jeszcze więcej.

fot. Ewa Jeżak

Żaneta Zacharewicz
– Moim skromnym zdaniem start kobiet w Człuchowie to było trafne przedsięwzięcie. Przede wszystkim zgromadziło czołówkę chętnych i odważnych zawodniczek. Faktem jest, że poziom był zróżnicowany, jednak mam nadzieję, że zmobilizuje do czynnego treningu, aby w przyszłym toku podnieść poziom rywalizacji. Ogólne wrażenie jak najbardziej pozytywne, nowe doświadczenia, nowy kierunek w motocrossie polskim. Czekam na nowy sezon kobiet.

Kinga Gajewska
– Wiedziałam, że będzie super. I było. Wszystkie się już zaprzyjaźniłyśmy, świetnym pomysłem było to, że wydzielono dla nas oddzielne miejsce w parku maszyn, gdzie mogłyśmy się lepiej poznać. Do tej pory startowałam głównie w cross country i dlatego nie wyszedł mi trochę start, ale do przyszłorocznych zawodów będę już przygotowana na sto procent.

Alicja Brudniak
– Musiałam przejechać prawie tysiąc kilometrów, żeby wystartować w Człuchowie. Ale było warto! Nareszcie można było powalczyć, a nie ciągnąć się w ogonie podczas zawodów, na których startują faceci.

Wyniki:

1.   Joanna Miller (AMK Człuchów) – KTM

2.   Żaneta Zacharewicz (KM Cisy Nowogard) – Suzuki

3.   Wiktoria Horodyńska (KKM Wena Kielce) – Honda

4.   Monika Kaniewska (niezrzeszona) – Honda

5.   Alicja Brudniak (niezrzeszona) – KTM

6.   Kinga Gajewska (niezrzeszona) – Honda

7.   Katarzyna Śrom (OKM Ostrów) – Yamaha

8.   Kamila Kardasz (A. Opole) – Yamaha

Najnowsze

Kolejny triumf Alonso!

Alonso triumfuje, Hamilton oddala się od tytułu, Vettel i Webber nie odpuszczają, a Robert Kubica daje pokaz jak wyprzedza się na trudnym torze!

Alonso w otoczeniu kierowców Red Bull
fot. Red Bull

Marina Bay to jeden z najtrudniejszych torów. Do tego panują tu trudne warunki temperaturowe i wysoka wilgotność. Nocny wyścig w Singapurze nie należy chyba do ulubionych Grand Prix kierowców F1. Niektórzy jechali dzisiaj w Singapurze po raz pierwszy, inni nigdy nie ukończyli jeszcze tutaj wyścigu, ktoś debiutował niezbyt szczęśliwie w tym sezonie, ktoś miał pecha, a ktoś szczęście. Możnaby powiedzieć, że to nic nowego – jak zwykle. No nie bardzo. Było do przewidzenia, że na tak krętym torze z szaloną, wąską szykaną będziemy mieli sporo kłopotów. Samochód bezpieczeństwa pojawiał się aż trzykrotnie. Po raz pierwszy już na 2. okrążeniu, kiedy z wąskiego ulicznego toru musiał zostać usunięty po kolizji z Nickiem Heidfeldem bolid Vitantonio Liuzziego. Obecność samochodu bezpieczeństwa wykorzy

Christian Horner – nie ma co się dziwić, że zadowolony z pracy swojego zespołu
fot. Red Bull

stał zespół Red Bull.
Team zadecydował, że Mark Webber zjedzie na wymianę opon już na 4. okrążeniu, póki samochód bezpieczeństwa znajdował się na torze! Po wyjeździe z pitlane lider klasyfikacji znalazł się na 11. pozycji i cała zabawa polegała na tym, aby utrzymać jak najmniejszą stratę czasową w stosunku do dziesięciu poprzedzających go zawodników, a głównie do Lewisa Hamiltona. Żaden z tych kierowców nie zdecydował się na zjazd do swoich mechaników w tym czasie. Taktyka okazała się genialna. Już na 13. okrążeniu lider potrzebował aż 28 sekund przewagi, aby po zmianie opon wyjechać jednak przed Webberem. Taką przewagę wypracowali sobie tylko Alonso i Vettel. Warto przypomnieć, że na Monzy Sebastian Vettel przejechał w zasadzie cały wyścig na jednym komplecie opon, dokonując ich zmiany na ostatnim okrążeniu. Dzisiaj zastosowano odwrotną taktykę – może powinniśmy zacząć nazywać team Red Bull „Królem Strategii Opon”?

Webber po wyścigu powiedział – Dobrze wystartowaliśmy. Kiedy zespół przekazał mi, że mam zjechać do pitlane, miałem wątpliwości, ale zapewnili mnie, że to właściwa decyzja. Nie byłem pewien i wiedziałem, że będę musiał wykonać bardzo długi przejazd na twardszej mieszance ale kiedy ustawiliśmy się wszyscy ponownie za samochodem bezpieczeństwa, zdałem sobie sprawę, że jestem w dobrej sytuacji. Wyprzedziłem kilku zawodników i znalazłem się za Rubensem Barrichello, który świetnie jechał i

Mark Webber umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji kierowców
fot. Red Bull

nie mogłem sobie z nim poradzić. Potem nastąpiła ponowna neutralizacja i restart i zawsze jest dośc trudno kiedy na torze znajdują się zawodnicy dublowani. Znalazłem się za jednym z kierowców Virgin, który bardzo się starał, ale Lewis miał dobrą prędkość i niestety doszło do kontaktu. To jasne, że to nie jest to czego chcemy, szczególnie, że był to kluczowy moment , aby utrzymać moją pozycję w wyścigu – Webber podczas konferencji prasowej powiedział także, że po kolizji odczuwał drgania pochodzące z przedniego zawieszenia, co oczywiście bardzo utrudniało mu prowadzenie bolidu.

Jak donosi autosport.com, przedstawiciel Bridgestone po wyścigu potwierdził, że Webber po kolizji z Hamiltonem miał pełne prawo mieć kłopoty z prowadzeniem bolidu. Opona została wysunięta ze swojego normalnego ułożenia na feldze i brakowało około 5 mm, aby powietrze zaczęło z niej uchodzić. Dziwił się nawet, że kierowca Red Bulla był w stanie przejechać aż 25 okrążeń.

Dla Lewisa Hamiltona był to koniec wyścigu, dzięki czemu Mark Webber utrzymał 3. pozycję. Pozostało już tylko oczekiwać na decyzję sędziów, którzy rozpatrywali sprawę kolizji. Całe szczęście uznali ją za incydent wyścigowy i nie nałożyli żadnej kary na Australijczyka. Za to, warto zapamiętać, że to już kolejny występ Hamiltona zakończony bez punktów.

Właściwie możnaby stwierdzić, że wygrana Alonso nie była niczym nadzwyczajnym. Po świetnym starcie Vettela, Hiszpanowi udało się zablokować kierowcę Red Bulla uniemożliwiając mu atak na pierwszą pozycję. Chociaż na 7. okrążeniu Vettel otrzymał informację od swojego inżyniera, że ma schładzać hamulce nic nie zakłócało jego jazdy. Obydwaj kierowcy prowadzili więc od początku do samego końca, zachowując bardzo niewielką odległość.

Król manewru wyprzedzania!
fot. Renault

No i jeszcze jedno – Robert Kubica. Jest on dzisiaj niekwestionowanym Królem manewrów wyprzedzania. Na tak trudnym i krętym torze był to naprawdę pokaz techniki jazdy. Przebicie opony, jakie zasygnalizował Polakowi zespół, zmusiło go na 45. okrążeniu do dodatkowej wymiany ogumienia. Po spadku z 6. na 13! pozycję, w trakcie dziewięciu okrążeń Polak zdołał wyprzedzić pięciu zawodników. Co więcej, jadąc na nowych oponach uzyskał na mecie przewagę aż 25 sekund nad ostatnim z wyprzedzonych zawodników – Adrianem Sutilem. W ostatniej fazie wyścigu Polak jechał z prędkością porównywalną z prędkością Sebastiana Vettela. Zresztą miał największe prędkości w sektorach 1 i 3 oraz w tzw. „speed trap” – punkcie pomiaru (292 km/h). To była prawdziwa szkoła jazdy – powinno się ją pokazywać adeptom wyścigów. Póki co, po raz kolejny Robert Kubica przekonał świat, że jest z pewnością jednym z najlepszych zawodników F1.

Po triumfie Alonso, pewnie nikt nie już nie zwróci uwagi na Felipe Massę. Startujący po awarii silnika w kwalifikacjach z ostatniego pola Brazylijczyk zdołał przedostać się do pierwszej dziesiątki. Fakt, 1 punkt to z pewnością nie to, co chciałby zdobywać „drugi” kierowca Ferrari, ale dobrze jest widzieć, że nadal walczy.

Jak trudny i wymagający dla samochodów i zawodników jest wyścig w Singapurze niech świadczy także fakt, że ukończyło go 16 z 24 zawodników. Na Marina Bay, jeszcze bardziej niż gdzie indziej, najmniejszy błąd kosztuje bardzo wiele.

Wyniki GP Singapur na następnej stronie ->

Wyniki GP Singapur

Poz.

Nr

Kierowca

Zespół

Liczba
okrążeń

Strata

Poz.
 start

1

8

Fernando Alonso

Ferrari

61

1

2

5

Sebastian Vettel

Red Bull-Renault

61

0.293

2

3

6

Mark Webber

Red Bull-Renault

61

29.141

5

4

1

Jenson Button

McLaren-Mercedes

61

30.384

4

5

4

Nico Rosberg

Mercedes

61

49.394

7

6

9

Rubens Barrichello

Williams-Cosworth

61

56.101

6

7

11

Robert Kubica

Renault

61

86.559

8

8

7

Felipe Massa

Ferrari

61

113.297

24

9

14

Adrian Sutil*

Force India-Mercedes

61

132.416

15

10

10

Nico Hülkenberg*

Williams-Cosworth

61

132.791

17

11

12

Vitaly Petrov

Renault

60

+1 okrąż.

12

12

3

Michael Schumacher

Mercedes

60

+1 okrąż.

9

13

16

Sebastien Buemi

Toro Rosso-Ferrari

60

+1 okrąż.

13

14

17

Jaime Alguersuari

Toro Rosso-Ferrari

60

+1 okrąż.

11

15

25

Lucas di Grassi

Virgin-Cosworth

59

+2 okrąż.

20

16

19

Heikki Kovalainen

Lotus-Cosworth

58

+3 okrąż.

19

Wyc.

24

Timo Glock

Virgin-Cosworth

49

+12 okrąż.

18

Wyc.

22

Nick Heidfeld

Sauber-Ferrari

36

+25 okrąż.

14

Wyc.

2

Lewis Hamilton

McLaren-Mercedes

35

+26 okrąż.

3

Wyc.

20

Christian Klien

HRT-Cosworth

31

+30 okrąż.

22

Wyc.

23

Kamui Kobayashi

Sauber-Ferrari

30

+31 okrąż.

10

Wyc.

21

Bruno Senna

HRT-Cosworth

29

+32 okrąż.

23

Wyc.

18

Jarno Trulli

Lotus-Cosworth

27

+34 okrąż.

21

Wyc.

15

Vitantonio Liuzzi

Force India-Mercedes

1

+60 okrąż.

16

 

*Sutil i Hulkenberg otrzymali dodatkowe 20 sekund za zyskanie pozycji przez opuszczenie toru na okrążeniu 1.

 

 

Najnowsze