Motocyklowy weekend w górach

Myśl na temat wyjazdu w góry nie dawała mi spokoju. Planowany letni wypad w Bieszczady nie wypalił. Pojawiła się jednak iskierka nadziei na ujrzenie gór w tym roku - opisuje swoją kolejną podróż motocyklową Fryta.

Jesienne Kletno 17-19 września 2010 – po analizie wszystkich za i przeciw wniosek mógł być tylko jeden! To nic, że wyjazd w drugiej połowie września, że przyjdzie mi jechać samej ponad 550 kilometrów w jedną stronę. Niedługo pogoda będzie coraz mniej przyjazna motocyklowym wypadom. Przecież Kletno jest dokładnie w linii prostej pod Koszalinem! To tylko 550 kilometrów w jedną stronę! Czekał mnie kolejny wieczór spędzony przy kawie i z nosem w mapie w poszukiwaniu weekendowej trasy. Koszalin  – Poznań – Wrocław – Ząbkowice Śląskie – Złoty Stok – Lądek Zdrój – Stronie Śląskie – Kletno. Wujek Google podpowiadał, że przede mną 534 km oraz 8h 51 min jazdy.  Zdawałam sobie sprawę, że 3 dni to mało czasu na jakiekolwiek zwiedzanie. Mimo wszystko ruszyłam… 

Kierunek „Biker’s Choice”
Do Poznania pojechałam krajową 11 i tym razem to już na prawdę ostatni raz wybrałam tą drogę! Nie wiem co mnie podkusiło. Przecież jest rewelacyjna droga przez Czaplinek i Wałcz (i o dziwo wcale nie dłuższa). Nie było sensu zawracać. Po prostu kolejny raz przekonałam się jak bardzo nie lubię krajowej 11. Remonty, radary, TIR-y, korki i przedstawiciele handlowi. Na tej drodze po prostu nie ma miejsca dla „wolnych jeźdźców”.

fot. z archiwum K. Dudzik

Zdawałam sobie sprawę z tego, że jadąc przez całą Polskę nie obejdzie się bez deszczu, ale to, co spotkało mnie w Poznaniu przerosło moje domysły. To nie był deszczyk ani mżawka, to nie była nawet ulewa! To było wielkie oberwanie chmury, które rozpoczęło się od wysokości Oborników a zakończyło około 20 km za Poznaniem. Do Poznania trafiłam idealnie w godzinach szczytu. Koleiny, korki, ulewa, i te TIR-y, które co chwilę oblewały mnie falą kałuży! Mijanie korka środkiem w taki warunkach nie należało do prostych zadań. Momentami było niebezpiecznie.  Wiedziałam, że cokolwiek by się nie działo, nie będę wracać przez Poznań! Nie chciałam się zatrzymywać i czekać aż przestanie lać lub rozluźni się korek, nie miałam na to czasu! To był najgorszy odcinek drogi! Wreszcie to motocykl upomniał się o postój. Tankowanie, kawa i dalej w drogę! Byłam już za Poznaniem, można by rzec, że w połowie drogi. Zegar wskazywał godzinę 16:30, a do Wrocławia zostało około 170 km. Domyślałam się, że w ostatnim etapie podróży dopadnie mnie zachód słońca, ale wtedy będzie już „z górki”. 

Wrocław
Wszytko było by całkiem w porządku, gdyby nie wszechobecne remonty dróg i korki sięgające poza horyzont. Nie miałam czasu na analizowanie, czy można wyprzedzać też nie, czy samochody stoją, czy jadą 5km/h. Czy jeszcze wymijam czy już wyprzedzam na podwójnej ciągłej? Chyba nawet trąciłam komuś lusterko w jednym z korków… (ups przepraszam 🙂 ) Wreszcie dotarłam do miasta. Należało obrać kierunek na… no właśnie? „Na co ja mam się właściwie kierować?!” Nie miałam ze sobą mapy Wrocławia ani GPS. Gdybym chciałam mieć mapy wszystkich miejscowości, przez jakie przejeżdżam, to w efekcie nigdzie bym nie pojechała, bo zbankrutowałabym na mapach!  Postanowiłam zaufać osobom odpowiedzialnym za oznakowania dróg miejskich. Ciężko było się odnaleźć wśród rozkopanych i zupełnie nieoznaczonych skrzyżowań. Szukałam Ząbkowic Śląskich, Kłodzka, numeru drogi, czegokolwiek, co by pomogło się odnaleźć! Wszystko bezskutecznie. Postanowiłam wreszcie jakkolwiek pokierować się w stronę gór, a potem pomyśleć gdzie i w którą stronę dalej. Obrałam kierunek na Kudowę Zdrój. Muszę przyznać, że moja orientacja w ternie sprawdziła się idealnie. Wybrałam właściwą trasę – wiodła przez Ząbkowice Śląskie! A jakby tego było mało okazało się, że „na czuja” cały czas jechałam przez Wrocław dobrą trasą. Szkoda, że nie wiedziałam tego wcześniej. Może wtedy nie zatrzymywałabym się na każdym skrzyżowaniu i nie klęła na brak drogowskazów…

fot. z archiwum K. Dudzik

Wreszcie byłam na drodze wylotowej. Nie miałam pojęcia, jak często ani w jakich godzinach są czynne stacje benzynowe, zatrzymałam się na pierwszej znów tankowanie i kawa.  Pozostał ostatni etap, bezpośrednio do celu i oby bez przystanków! 

Wrocław – Kletno
Krajową 8 podążałam do Ząbkowic Śląskich. Świetna trasa! Szeroka, świeżo po remoncie (a bynajmniej na taką wyglądała o zmierzchu), długie proste oraz ciekawe zakręty. Mimo wieczornej pory umiarkowany ruch, pozwalał spokojnie podążać tempem w okolicach 100 km/h. Wreszcie dojechałam do Ząbkowic Śląskich. Należało obrać kierunek na Złoty Stok. Szukałam drogi… Skoro udało mi się wyjechać z Wrocławia to tym bardziej nie mogłam zgubić się w Ząbkowicach. Nie obyło się jednak bez przystanku. Dwa kółka po centrum, wreszcie znalazłam drogę. Do Kletna zostało około 40 km. Pomimo tego, że było ciemno czułam już górski klimat. Coraz więcej serpentyn, gdzieś z oddali świecące miasteczka i pojedyncze światła górskich chatek, chłód i mgła. Dojechałam do Złotego Stoku. Miejscowi pomogli pokierować się dalej. Nie ukrywali zdziwienia, widząc samotną motocyklistkę, z tajemniczą rejestracją „ZK”, wieczorową porą, błądzącą po górach.  Przejeżdżając przez Złoty Stok a dalej przez Lądek Zdrój zdałam sobie sprawę, że byłam tam w zeszłym roku, podczas podróży „Slalomem przez Polskę”. Jadąc samej, będąc „gdzieś daleko” ciężko jechać bez refleksji, powracały wspomnienia z innych podróży…

fot. z archiwum K. Dudzik

Wreszcie z Lądka Zdrój do Stronia Śląskiego i ostatnie 6 km do Kletna! 

U celu!
Było już około godziny 22, ja minęłam tablicę Kletno. Pozostało tylko znaleźć Bar Motocyklowy „Biker’s Choice”, gdzie czekali znajomi. Na tablicy reklamowej widniał magiczny napis 2 km. Można było rzec, że jestem w domu. Było ciemno, więc spacerowym tempem około 40-50 km/h podążałam w stronę bazy. W pewnym momencie zauważyłam z prawej strony pobocza zwierzę. To był borsuk… Czułam, że ten widok nie wróży nic dobrego. Nie znając zamiaru zwierzęcia lekko przyhamowałam. Uparty borsuk, akurat w tym momencie, musiał wbiec na jezdnie i wpaść prosto pod przednie koło mojego motocykla, próbując go jakkolwiek wyminąć w efekcie trafiłam w jego środek. W tej samej sekundzie zdarzenia zdążyłam tylko powiedzieć, przybrane pewnym potocznym słowem na „k”, „nie wierzę!”.  Poczułam uderzenie spadłam z motocykla. Szorując około 2 metry asfaltu, zatrzymałam się na szczęce swojego kasku. (Bogu dzięki, że miałam integrala!) Zęby całe… ufff, krew z nosa leciała ciurkiem. Podczołgałam się pod motocykl, zgasiłam zapłon. Wstałam lekko obolała, lekko w szoku i ogromnie wściekła na zwierzaka. Podniosłam motocykl. Wsiadłam za sterem. Kierownica pokrzywiona, bak obity, ale odpalił. Podjechałam te ostatnie 2 km. Rzeczywiście było na prawdę blisko do celu. Z kaskiem we krwi, obtartymi spodniami, potłuczona i ogromnie przemarznięta wpadłam do środka baru. Podczas gdy znajomi oglądali motocykl, ja dochodziłam do siebie i grzałam się przy gorącej herbacie, zadając sobie pytanie „jak my wrócimy do domu?”… 

To dopiero początek!
W sobotni poranek sytuacja zaczęła nabierać innych kolorów. W końcu nie po to jechałam 550 km, żeby jakiś borsuk pokrzyżował mi plany. Mam 1 dzień, żeby pobyć w górach! Nie wiem kiedy znów będzie okazja, zabłądzić w te rejony! Obejrzeliśmy motocykl jeszcze raz. Za dnia okazało się, że nie jest mocno poturbowany. Najważniejsze, że lagi i koło były na swojej pozycji. Z prawej gmol konkretnie przetarty, ale spełnił swoją funkcję, nie działał też tylny kierunkowskaz. Z lewej strony motocykla krew borsuka na pamiątkę. Postanowiliśmy nie ruszać kierownicy, żeby przypadkiem nie zepsuć mocniej niż jest. Tego dnia nie miałam ochoty na żadne wyjazdy. Sam fakt, że byłam w górach już mi wystarczał. Poza tym na myśl o niedzielnych 550 km do domu, tym bardziej chciałam  dać odpocząć sobie i Virce…

fot. z archiwum K. Dudzik

Planowałam ruszyć w niedzielę rano (i to – w okolicach 5:00-6:00) bezpośrednio w stronę Koszalina. Tymczasem wstałam nie dość, że o 10:00, to okazało się, że po garażowaniu motocykla w klubie znów miałam urwany kierunkowskaz. Co gorsza ubyło sporo oleju w silniku i sprzęgło nie działało prawidłowo.

Zdarza się spotykać w trasie ludzi, z którymi od razu znajdujemy wspólny język, przy których znika poczucie czasu i odległości. Kolega powiedział wprost „Nie będziesz wracać sama 500 km niesprawnym motocyklem!” Powód był rzeczywiście prosty i w zasadzie całkiem słuszny! Pomimo tego, że wiedziałam jak wiele obowiązków czeka mnie w poniedziałek, dostałam kubeł zimnej wody na głowę i podjęłam decyzję o dalszym działaniu. Poranek minął na pakowaniu i dopieszczaniu maszyn. Wreszcie w eskorcie dwóch motocyklistów pojechałam z Kletna przez Bystrzycę Kłodzką oraz Polanicę Zdrój do Bielawy. W Bystrzycy dokupiłam litr oleju, uzupełniłam braki w silniku. W towarzystwie czułam się bezpiecznie, nie miałam czasu na nostalgie i strach związany z bliskim spotkaniem z borsukiem. Najbardziej bałam, się, by motocykl nie padł mi gdzieś po drodze, bo na prawdę dostał wycisk, a przed nami w dalszym ciągu było 500 km.

W Bielawie poznałam kolejnego pozytywnego człowieka. Pomógł przy maszynie. W przydomowym warsztacie naprostowaliśmy kierownicę, poprawiliśmy przewody od kierunkowskazów, przyczepiliśmy brakujące owiewki. Było około godziny 16:00 wiedziałam, że tego dnia do Koszalina na pewno nie dojadę, nawet nie próbowałam… Wiedziałam też, że mam dzień obsuwy, że jutro koniecznie muszę ruszyć wcześnie. Taki był plan… 

Wyszło jak zwykle…
Właściwie zależało mi, by do Koszalina dojechać przed zmrokiem. Humor powrócił. Rano kolejny raz  ruszyliśmy w góry. Jechaliśmy przez  Pieszyce, Rościszów i Lubachów do Świdnicy. 42 km górskimi serpentynami, piękne trasy, niesamowite widoki, przydrożne strumyki i te wioski między górami… Raj na Ziemi! Dokładnie tego oczekiwałam jadąc w góry! Zapomniałam i o borsuku, i o tym, że przede mną w dalszym ciągu 500 km do domu. Te kilka godzin to zdecydowanie za mało. Tydzień byłby za krótki, by zobaczyć wszystkie uroki tych okolic! Choć wcale nie chciałam wracać, to nadszedł ostateczny moment, aby rozstać się górskim przewodnikiem i obrać, tak bardzo odwlekany, kierunek na północ.

fot. z archiwum K. Dudzik

Z ostatnią stówą w kieszeni i pełna wrażeń ruszyłam w stronę Zielonej Góry. Początkowo trasa wiodła przez Jawor, Strzegom i Legnicę. W Legnicy wskoczyłam na krajową 3. Pomimo, że nie lubię jeździć Virażką po krajowych drogach, przyznam, że 3 w przeciwieństwie do 11 jest bardzo dobra, to chyba mój wyjątek krajówek. W Nowym Miasteczku odbiłam w stronę Siecieborzyc. Wioska, która kiedyś wydawała mi się tak bardzo odległa, w tej podróży stała się przystankiem i punktem odniesienia. Pomimo tych „jeszcze 380 km” czułam się jak nad morzem. Chwila odpoczynku, obiad oraz kawka u motocyklowego przyjaciela i dalej w podróż. Z Zielonej Góry do Koszalina mam już stałą trasę. Kolejny raz, tymi dobrze znanymi, drogami. Świebodzin – Międzyrzecz – Skwierzyna – Drezdenko. Tankowanie, ostatni przystanek i tylko 200 km. W okolicach Człopy zaszło słońce i znów zawiało chłodem. Po zmierzchu powróciły myśli o niedawno napotkanym borsuku.  Ostanie 100 km ciężkie, długie i męczące. Nie obyło się też bez deszczu. I kolejny raz najcięższym odcinkiem okazała się nocna trasa z Tychowa do Koszalina.

Wyczerpująca podróż pełna przygód i kolejnej porcji niesamowitych wrażeń. Ponad 1200 km w 2 dni. To był konkretny trening przed kolejnymi wyprawami, walka z własnymi słabościami i ze słabościami sprzętu. Wreszcie to była prawdziwa podróż rodem z „Easy Ridera”. Choć nie wierzę w statystyki, to w tej podróży usprawiedliwiłam sobie pewne sytuacje, które się wydarzyły. Przy takiej ilości kilometrów, w tak krótkim czasie miało prawo dziać się wiele. Podobno między odwagą a głupotą istnieje jeden krok? Chyba właśnie to stwierdzenie dokładnie określa wyprawę. Dla jednych może być odważna, dla innych po prostu… niepoważna. Ja na pytanie moich znajomych: Chciało Ci się jechać taki kawał Polski, zamiast iść z nami, jak normalny człowiek po pracy wieczorem do knajpy na piwo? Odpowiem: TAK, chciało mi się. Ale nie zrozumie tego ten, kto nie ma pasji.

Do domu dojechałam po zmierzchu, o 21:00. Padłyśmy z Virką w garażu…

Szerokości!

Więcej motocyklowych wojaży Fryty znajdziesz tutaj: https://www.motocaina.pl/artykul/wypadki-motocyklowe-474.html

Komentarze:

Anonymous - 5 marca 2021

Frytaa! Od dziś przy każdym spotkaniu będę egzekwować od Ciebie wypowiadanie się w takim stylu. Ładnie, składnie, pełnymi zdaniami i bez „ozdobników” 😀
Gratulacje, Sieroto 😀 :*

Odpowiedz

Anonymous - 5 marca 2021

trafiłem tu przypadkiem w czasie audycji z Panią Redaktor Naczelną motocainy. gratuluję odwagi w tak dalekim samotnym wyjeździe! jestem z okolic Koszalina i wyjazd w góry trochę mnie przeraża, ale czuję pod skórą, że swoim jednośladem pojechać tam muszę! dzięki Tobie i Twojej wyprawie wierzę, że jest to możliwe, dałaś świetny przykład! stałaś się moim podróżowym wzorem!:] jeszcze raz gratuluję i dziękuję za inspirację! pozdrawiam, Łukasz.

Odpowiedz

Anonymous - 5 marca 2021

A byłaś w Karpaczu i Szklarskiej Porębie…?

Odpowiedz

Anonymous - 5 marca 2021

Bo przejeżdżałaś przez moje okolice Jawor ,Strzegom ,Legnica..

Odpowiedz

Anonymous - 5 marca 2021

Frytaa! Od dziś przy każdym spotkaniu będę egzekwować od Ciebie wypowiadanie się w takim stylu. Ładnie, składnie, pełnymi zdaniami i bez „ozdobników” 😀
Gratulacje, Sieroto 😀 :*

Odpowiedz

Anonymous - 5 marca 2021

trafiłem tu przypadkiem w czasie audycji z Panią Redaktor Naczelną motocainy. gratuluję odwagi w tak dalekim samotnym wyjeździe! jestem z okolic Koszalina i wyjazd w góry trochę mnie przeraża, ale czuję pod skórą, że swoim jednośladem pojechać tam muszę! dzięki Tobie i Twojej wyprawie wierzę, że jest to możliwe, dałaś świetny przykład! stałaś się moim podróżowym wzorem!:] jeszcze raz gratuluję i dziękuję za inspirację! pozdrawiam, Łukasz.

Odpowiedz

Anonymous - 5 marca 2021

A byłaś w Karpaczu i Szklarskiej Porębie…?

Odpowiedz

Anonymous - 5 marca 2021

Bo przejeżdżałaś przez moje okolice Jawor ,Strzegom ,Legnica..

Odpowiedz
Pokaż więcej komentarzy
Pokaż Mniej komentarzy
Schowaj wszystkie

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wszyskie pola są wymagane do wypełnienia.

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze