Motocyklowa podróż Agaty Wysockiej do Hiszpanii

Podróż Agaty n motocyklu BMW F650GS obfitowała w przygody: wywrotka z zadraśnięciem auta, gubienie drogi, Genewa, Marsylia i w końcu Lloret de Mar w Hiszpanii - jest co wspominać!

Poszło!
Strach był duży, jak się okazało – zupełnie niepotrzebny. Ruszyłam na Luxemburg rankiem, wracając się 3 razy do domu, wciąż czegoś zapomniawszy. Pomijam fakt, że moto zgasł mi po 10 km na autostradzie, nawet nie zgasł, obroty spadły do zera i mogłam sobie jechać… Jak informatyk z komputerem wyjęłam kluczyki i włożyłam je z powrotem i działa! Jedziemy. Ambitny plan na dziś – 755km, 8 godzin 45 min wg map Google’a. Ambitny, zważywszy na to, że moje jedyne doświadczenie z GS’em to podróż do Aachen na zlot motocyklowy, kiedy to po 100 km krzyczałam o przerwę, a po 200km nie byłam w stanie zejść z motocykla przez kilka minut po zatrzymaniu się. Pierwsze 300 km minęło gładko, jak powierzchnia zamojskiego zalewu. Szybka kawka z małej,  podróżnej kuchenki gazowej i dalej w drogę.

Więcej artykułów o podróżach motocyklowych kobiet przeczytasz tu.

Jakieś 200 km od celu droga zmieniła się z prostej, autostradowej na górzystą i krętą. „Świetnie” pomyślałam. Słabo skręcam w prawo, w lewą stronę już nie wspominając. Motocykl jest mega obniżony do mojego wzrostu. Tak bardzo, że zbyt duży przechył groził (i nadal grozi) wywrotką. Na zakrętach zwalniam maksymalnie. Czas leci szybko, ale kilometry już nie bardzo. Postanawiam się przemóc i po ok.100 km przechył w prawo wychodzi mi całkiem dobrze, a w lewo znośnie. Podziwiam widoki. Niektóre zachwycają tak bardzo, że, mimo opóźnienia, postanawiam się zatrzymać i zrobić kilka zdjęć. Parkuję przy drodze, przy samochodzie, na żwirze. Wysuwam nóżkę i bach!  Moto ląduje wpierw na mnie, a ja razem z nim na samochodzie. Podbiega młody chłopak i stawiamy maszynę z powrotem. Na moje „thank you” reaguje zdziwieniem i jakby niezrozumieniem. Nic to, myślę, i patrzę ja kawałki mojej przedniej szybki. Zbieram resztę i wyrzucam do kosza. Podbiega kobieta, pyta, czy wszystko w porządku, ogląda mnie i samochód. Jest rysa. Ściągam kask i rękawiczki, zastanawiając się ile euro mam w portfelu na taką ewentualność. Ale kobieta odchodzi. Odchodzi i nawet nie ogląda się za siebie. Odjeżdżam i ja! Znów 30 km/h w zakrętach. A niech to, jedźmy szybciej! Odczuwam ból dupy.

Do Genewy dojechałam  wieczorem. Nie tak jednak późno, żeby razem z moim hostem nie zobaczyć kawałka tego pięknego miasta i nie wypić miejscowego piwa przy dźwiękach biegnących z festiwalu jazzowego w plenerze.

Następnego dnia wstaję późnym rankiem. Mój host poszedł do pracy, zostawiwszy mi wolną rękę co do godziny wyjazdu. Prysznic, kawa, pakowanie i znów w drogę. Zaczynam żałować, że wzięłam namiot i śpiwór „na wszelki wypadek”. Zwiedzam trochę Genewy z motocykla, za dnia. Niestety! Plan jest dość napięty, muszę ruszać dalej,  dzisiaj do zrobienia „tylko” 430 km. Około 7 -u godzin (wybieram drogi niepłatne) plus tankowanie i przerwy. W górach. Zaczynam zabawę od początku – 30km/h w zakrętach, stopniowo idzie mi coraz lepiej. Wreszcie ulga – wyjechałam z gór! GS też odsapnął, jedziemy sobie równym, spokojnym tempem. Ronda chyba co 200 metrów. Przynajmniej nauczę się wchodzić w zakręty. GS bierze ładnie łuki. Dogadujemy się coraz lepiej.  Niestety jedna z dróg jest zamknięta. Obmyślam plan ominięcia przeszkody. Najprościej byłoby po prostu pojechać prosto, pomiędzy pachołkami. Droga nie wyglądała tak źle. Pracownik budowy, który zaraz po tym pokazał się moim oczom wybił mi ten pomysł z głowy. Wskazał mi drogę boczną, pełną dziur, aż strach pomyśleć co było dalej! Zbladłam na samą myśl, że mam te 200 kilo plus bagaże tędy ciągnąć. Mus to mus. Jak się spodziewałam – pogubiłam się w 3 miejscach, zawracałam GSem na 5 razy po tych dziurach, on wył i ja wyłam. Samochodziarze tylko się na mnie patrzyli z okien. Niech Was szlag! W końcu wyjechałam na żwirzastą drogę, powolutku, na jedyneczce. Ja na GSie jak na łyżwie. Lewo, prawo,lewo, prawo. Koniec! Pojawienie się asfaltu było jak wybawienie. Wracamy do francuskich wiosek i rond co 200 metrów. Ok 21 dotarliśmy do Marsylii. Dzisiaj bez zwiedzania, prysznic i lulu spać – pomyślałam.  Mój host zaproponował mi parking, żeby GS mój bezpiecznie przenocować. Zataranował go własnym autem, dał mi łańcuch na koło. Tu jest bardzo niebezpiecznie – powiedział. Dostałam poczęstunek w postaci cielęciny z warzywami i butelką białego wina. Pycha! Idę do łazienki żeby wziąć prysznic. W wielkim lustrze zobaczyłam dwie, ogromne czerwone plamy, prawie rany na tyłku. Teraz już wiem skąd ten ból! Wyglądam jak pawian. Czas spać. 

Zbudził mnie ranek słoneczny i gorący. Znów dostałam wolną rękę co do wyjazdu, więc robię wszystko na spokojnie. Po spakowaniu się wyjeżdżam na miasto. Pozwiedzam trochę i przy okazji kupię szybkę do GS’a – myślę. Sklepy, jak się okazało, już nie istniały,a dodatkowo straciłam ok 2 godzin stojąc w korku. Aby wyjechać! Słyszałam, że Marsylia jest miastem, które albo się kocha albo nienawidzi. Ja nie wiem czy chcę tam wrócić. Być może należę do tej drugiej kategorii. Ciężko też ocenić coś, po tak krótkim pobycie. Mój napięty grafik każe jechać dalej. Tankowanie i ruszamy.

Następny przystanek – Lloret de Mar w Hiszpanii. Tam właśnie umówiłam się z moimi przyjaciółmi. Długo się nie musiałam zastanawiać. Oni powiedzieli, że tam będą, ja, że tam pojadę się z nimi spotkać. 478 km. Jadę z wiatrem, czasem pod wiatr. Brak przedniej szybki daje mi się we znaki. Spinam maksymalnie mięśnie i trzymam się kurczowo motocykla. Wieje jak cholera. Rzuca mną w każdą stronę. Spiczasty połamaniec, resztka szybki wskazuje mi drogę podczas gdy ja, maksymalnie pochylona leżę na baku, ratując moje poślady od gorszych ran. Po drodze mijam miasto. Piękne miasto, takie do zakochania. Jak potem odnajduję na mapie, to Martigues. Mam jeden rezerwowy nocleg tam, postanawiam więc wrócić w drodze powrotnej, a przynajmniej spróbować. Ściemnia się gdy GPS prowadzi mnie górami. Jadę dalej. Skręty wychodzą nam już całkiem dobrze, brawo GS.

O północy cel zostaje osiągnięty. K. i P. wychodzą mi na spotkanie, szczęśliwa zabieramy moje graty do hostelu, bierzemy butelkę Sangrii i pijemy do późnej nocy na plaży.

Następnego dnia relaks. Smażing i plażing. Ale już mnie nosi. Postanawiam następnego dnia pojechać do tego pięknego miasta, które widziałam z góry. Martigues. Piszę szybkiego maila go mojego hosta, w odpowiedzi słyszę, że nie ma problemu. Wyjeżdżam nie za wcześnie, nie za późno, w sam raz. Postanawiam pierwszy raz skorzystać z autostrady płatnej. Zauważam ile tracę czasu na dotarcie z punktu A do punktu B a jak mało mi zostaje czasu na zobaczenie miejsca docelowego. Słabo trochę to zaplanowałam, po japońsku. Szybko, szybko, zdjęcie,zdjęcie i dalej. Chyba nie o to chodzi, ale człowiek uczy się na błędach. Staję przy hiszpańskiej bramce. Jedna, druga, trzecia karta nie działa. Ani z Belgii, ani z Polski, ani kredytowa. Za mną robi się korek, pani wyskakuje z budki, pan się ze mnie śmieje, pani pisze 3000 euro na kartce, spisuje numery tablic, markę motocykla i krzyczy zła po hiszpańsku. Pan śmieje się dalej, ja w końcu wybucham i jestem bliska wezwania policji. Jego śmiech jakby się nasilił. Wysupłuje ostatnie kilka euro i odjeżdżam. Kipię ze złości! Łagodzi to piękny widok południowej Francji. To jest miejsce, do którego powinno się wrócić i spędzić więcej czasu eksplorując co piękniejsze, małe miasteczka i morze. Dojeżdżam do celu. Wita mnie przemiła dziewczyna i jej słodka córeczka. Rozmawiamy ze sobą to na migi, to przez google translator, ale jest super przyjemnie. Robimy sobie spacer na wysoko położony kościół, z którego rozpościera się widok na całe miasto. Coś cudownego! Późnym wieczorem zasypiam od razu. Następnego dnia niespodzianka. S. zabiera mnie samochodem na wycieczkę po mieście i okolicach. Poznaję najlepsze zakątki. Szkoda, że niedługo muszę wyjeżdżać! Dostaję wskazówki, co warto zwiedzić i po drodze i ruszam. Do Lyonu mam ok. 3 godziny drogi. Bułka z masłem:) Zatrzymuję się w polecanym Avignon. Było warto! Mury obronne z XII i XIV wieku, papieski pałac z XIV..wszystko to powoduje, że prawie się cofasz w czasie. Godne polecenia! Na resztę polecanych miejsc muszę niestety znaleźć czas kiedy indziej. Chcę w końcu dostać się na miejsce o trochę wcześniejszej porze niż 21.  Jeszcze kilka kilometrów nudnej autostrady i udaje się, przekraczam bramy Lyonu o 18. Umówiona jestem w moim hostem później, więc postanawiam zwiedzić miasto na własną rękę. Na motocyklu, nie ma nic prostszego, po prostu wsiadasz i jedziesz przed siebie:) Cudownie zachowane stare miasto przyciąga wzrok. Można tu zobaczyć wiele zabytkowych kościołów, ratusz, opera, muzea.. Dwie godziny mojej objazdówki mija błyskawicznie. Jeszcze tankowanie i ruszam do domu mojego hosta. Od początku czuję się jak u siebie, nawet kot jakby ten sam:) Ostatnia noc poza domem mija mi z kotem na głowie i wspaniałym szumem miasta przez całą noc,  za którym trochę tęsknie odkąd wyprowadziłam się z Warszawy. Następnego dnia wstaję rano, o 7, chyba pierwszy raz. Sporo kilometrów przede mną, ok 820, więc postaram się nie wrócić za późno do domu. Znów wracam na drogi bezpłatne, które w tej części kraju są naprawdę bardzo przyzwoite. Dzięki temu mój czas jest całkiem niezły i po kilku godzinach drogi postanawiam zatrzymać się w Luxemburgu. Malutkie państwo, z niedużym miasteczkiem, dobrym na kilkugodzinny wypad, nic poza tym. Byłam, widziałam. Ruszam dalej, tankując wcześniej najtańszą chyba w Europie Zachodniej benzynę. Powinno starczyć do samego domu. Godzinę przed Gent zaczyna kropić więc postanawiam założyć motocyklowe spodnie. Do tej pory jeździłam tylko w wind stoperach, upał nie pozwolił mi na więcej. Jak się okazało, zostały niespodziewanie wywiane spod lin, które je trzymały. Grunt, to dobrze zabezpieczyć bagaż:) Jak na razie straciłam tylko kamizelkę, żel do mycia twarzy i owe spodnie. I szybkę. Jutro czekają mnie małe zakupy by odrobić straty:) O 18 pukam do drzwi naszego domu i otwiera mi  mąż… Do następnej podróży!

Informator:
Co do autostrad – korzystałam z nich raz w Hiszpanii (jadąc z Lloret de Mar w stronę Marsylii) – zapłaciłam 8 euro. Na terenie Francji miałam takie małe urządzenie, dzięki któremu automatycznie bramki mi się otwierały i na koniec przyszła taka o to faktura:

2014-06-27 A54: ARLES – A54: GARONS   0,70 EUR
2014-06-29 A9: LE PERTHUS – A9: MONTPELLIER 2   9,90 EUR
2014-06-29 A9: MONTPELLIER 1 – A54: ARLES  3,40 EUR
2014-06-30 A7: AVIGNON-N – A7: VIENNE   11,20 EUR
całość – 25,20 EUR

Ceny paliw – najtańsze w Luxemburgu – ok,1,30 euro za litr, w Szwajcarii  ok – 1,45 e/litr, we Francji na autostradzie – 1,60 euro / litr, poza nią jest taniej, ok 1,50 euro za litr. w Hiszpanii ok 1,50 euro/litr., w Belgii – ok. 1,50 euro / litr

Najnowsze

LPG czy CNG – które paliwo gazowe jest tańsze?

Samochody zasilane gazem - przedstawiamy różnice pomiędzy paliwem CNG a LPG, biorąc pod uwagę koszt eksploatacji, sieć stacji i montaż instalacji.

Jakie zalety mają samochody zasilane gazem?
Obydwa układy napędowe są w przypadku samochodów osobowych tańszym i bardziej przyjaznym środowisku rozwiązaniem niż konwencjonalne napędy Diesla czy benzynowe. Podczas spalania gazu powstaje mniej spalin, co przyczynia się do obniżenia emisji cząstek stałych i tlenków azotu. Obydwa paliwa gazowe są także tańsze od benzyny i oleju napędowego. Gaz ziemny jest tańszy nawet o 50% ze względu na niski koszt produkcji i niższe opodatkowanie. Jednak samochody napędzane gazem są droższe w zakupie od samochodów benzynowych, ponieważ najczęściej są wyposażone w dwa układy zasilania paliwem (benzyna i gaz). Wersje zasilane gazem ziemnym są dostępne u wielu producentów aut. Różnica w cenie zakupu fabrycznie nowego samochodu jest porównywalna pomiędzy wariantem Diesla a wariantem benzynowym. Samochody osobowe z instalacją na gaz ziemny są opłacalne w Niemczech w porównaniu do wersji benzynowej przy przebiegu rocznym od 7 000 km. Emitują one o 25% CO2 mniej w porównaniu do wersji benzynowej podobnej mocy. Jest to zasługą składu chemicznego gazu ziemnego. W przypadku LPG redukcja emisji CO2 jest mniejsza. Natomiast dodatkowy montaż instalacji LPG wypada nieco taniej niż zakup fabrycznie nowego samochodu z instalacją CNG.

Napędy zasilane gazem ziemnym już dziś oferują duży potencjał redukcji emisji CO2 przy niskich kosztach dodatkowych. Komponenty Bosch znajdują się w czołówce tej technologii. Jednak warunkiem dla szerszego upowszechnienia się samochodów zasilanych gazem ziemnym jest znaczna rozbudowa infrastruktury.

LPG czy CNG – które paliwo gazowe jest tańsze?
Obydwa paliwa gazowe są do roku 2018 objęte w Niemczech preferencyjnymi stawkami podatkowymi. Z tablic informacyjnych przy stacjach wynikałoby, że gaz LPG jest tańszy od CNG. Jednak jest to informacja częściowo prawdziwa. CNG ma postać gazową i jego jednostką miary są kilogramy, natomiast jednostką miary płynnego gazu LPG są litry. Porównując wyłącznie ceny, porównujemy de facto dwie różne rzeczy. Jeden kilogram CNG ma wartość energetyczną odpowiadającą około dwóm litrom LPG. Po przeliczeniu kosztu oznacza to, że jedna kilowatogodzina energii z paliwa CNG jest o około jedną trzecią tańsza niż w przypadku tej samej ilości energii uzyskanej z paliwa LPG.

LPG czy CNG – różnice
fot. Bosch

Instalacja dodatkowa czy fabrycznie nowy samochód zasilany gazem?
Są już na rynku producenci oferujący wersje samochodów z układem zasilania LPG, jednak najczęściej kierowcy decydują się na wykonanie instalacji gazowej już po zakupie pojazdu. W warsztacie montowany jest drugi układ zasilania paliwem. Jakość tego rodzaju instalacji jest niższa od oryginalnej instalacji gazowej wykonanej fabrycznie, trwałość komponentów także pozostawia wiele do życzenia, co prowadzi do częstszych wizyt w warsztacie i generuje dodatkowe koszty. Inaczej wygląda sprawa z układami CNG, które prawie zawsze są montowane fabrycznie w samochodach. Producenci tacy, jak Volkswagen, Fiat lub Opel oferują w swoich pojazdach układy CNG produkcji Bosch. Układy te odznaczają się równie wysoką jakością i trwałością jak porównywalne układy zasilania benzyną. W razie potrzeby układy te w sposób automatyczny i niezauważalny dla kierowcy przełączają się pomiędzy zasilaniem CNG a benzyną. Układy CNG produkowane przez firmę Bosch umożliwiają także zimą rozruch przy pomocy gazu i oferują kierowcy praktycznie zawsze możliwość jazdy na tańszym paliwie CNG. Inne tego typu układu muszą w fazie rozruchu korzystać z drogiej benzyny, a dopiero po nagrzaniu się silnika przełączają się na zasilanie gazem.

Gdzie można tankować paliwo LPG i CNG?
Obecnie w Niemczech istnieje sieć około 6 500 stacji oferujących paliwo LPG. Poprawia się także dostępność paliwa CNG: obecnie kierowcy mają do dyspozycji około 1 000 stacji oferujących gaz CNG. Dodatkowo, prawie wszystkie samochody zasilane gazem CNG są wyposażone fabrycznie w mały, rezerwowy zbiornik na benzynę. Rezerwowy zbiornik benzyny zapewnia mobilność w sytuacji utrudnionego dostępu do stacji sprzedających paliwo CNG. Dodatkową pomocą są aplikacje i systemy nawigacyjne, które wskażą drogę do najbliższej stacji.

CNG czy LPG – czym różnią się obydwa paliwa?
Gaz ziemny, znany także pod angielską nazwą Compressed Natural Gas (CNG), składa się z cząsteczek metanu (CH4). Związek ten złożony z jednego atomu węgla i czterech atomów wodoru ma wyjątkowo wysoką wartość energetyczną. Gaz ziemny wykorzystywany jest także jako paliwo systemów grzewczych i kuchenek gazowych. LPG (ang. Liquefied Petroleum Gas)/autogaz jest mieszaniną propanu (C3H8), propenu (C3H6), butanu (C4H10) i butenu (C4H8). Używany jest także w kempingowych butlach gazowych. W zależności od regionu LPG może mieć inny skład. Przykładowo, w Niemczech paliwo LPG składa się głównie z propanu i propenu. Natomiast we Francji głównie z butanu i butenu. Skład paliwa LPG ma wpływ na odporność na spalanie stukowe, jak również na wysokość zużycia paliwa. Przykładowo, LPG na bazie butanu ma wyższą wartość energetyczną niż LPG na bazie propanu. Zimą użytkownicy samochodów z instalacją LPG muszą tankować tzw. gaz zimowy o wyższej zawartości propanu, ponieważ przy niskich temperaturach butan wolniej paruje.

Źródło: Bosch

Najnowsze

Największy zlot Garbusów w Europie: Travemünde, Volkswageny i muzyka – relacja i galeria

Ponad 470 samochodów Volkswagen Beetle, New Beetle i Garbusów oraz 3 tysiące osób całego świata na bałtyckiej plaży celebrowało 10-lecie zlotu Beetle Sunshinetour.

Od piątku w Travemünde nad Bałtykiem trwał największy zlot miłośników zaokrąglonych Volkswagenów (Garbusy, New Beetle, Beetle): Beetle Sunshinetour 2014. Wzięło w nim udział ponad 470 oryginalnych pojazdów. Podczas jubileuszowego zlotu na plaży Travemünde można było podziwiać trzy generacje Garbusów, najstarsze sprzed sześćdziesięciu lat.

Galeria zdjęć z całego zlotu tutaj.

Beetle Sunshinetour 2014 – Travemünde w Niemczech
fot. Volkswagen

Oldtimerów nie było zbyt wiele, jednak stanowiły niewątpliwą atrakcję, zwłaszcza w zmodyfikowanych wersjach. Ich właściciele z lubością pokazywali zwiedzającym błyszczące silniki, wnętrza pojazdów, a opowieściom o przeróbkach nie było końca. Dwie maszyny wyróżniały się jednak najbardziej. Pierwsza to odmiana surfingowa, ze specjalnym bagażnikiem i wnętrzem – pojazd niczym wyjęty z pocztówki z wybrzeża Los Angeles lat 60-tych. Drugi Garbus, a zwłaściwie jego wersja kabriolet – Speedster, to maszyna z 1973 roku – myli się ten, kto uzna go za starocie. Każdy detal został pieczołowicie odnowiony, pojawiła się sportowa kierownica, dodatki Momo, wyścigowe pedały i instalacja podtlenku azotu. Na zlocie pojawiły się również dwa „ogórki” po renowacji, zagospodarowane przez młodą, wesołą ekipę.

Pierwsza jazda Kasi Frendl Volkswagenem Beetle w Meksykuwrażenia z jazdy tu.

 

VW Garbus Kabriolet Speedster z 1973 roku – mocno zmodyfikowany.
fot. Katarzyna Frendl, Motocaina.pl

Niezwykle były także pomysły na indywidualizację Volkswagena New Beetle i Beetle – ludzka wyobraźnia nie zna granic! Znalazła się zatem Beetlowa Straż Pożarna, Beetle bożonarodzeniowy, meksykański, diabelsko-anielski, żaglowo-portowy, z wykonanym na szydełku ubrankiem, zabawkowy (żółwiowy), Hello Kitty, czy z Playstation w bagażniku (czyli z przodu) i wiele, wiele innych – równie zabawnych. Wiekszość nowych Beetlów wyróżniały pięknie dobrane felgi, z których gros stanowiły olbrzymie obręcze, zdecydowanie wystające poza obrys auta, malowane w kontrastujących z nadwoziem kolorach.

Czesi wyróżnili się przebraniem meksykańskim i w taki sam sposób pomalowany został ich Beetle.
fot. Katarzyna Frendl, Motocaina.pl

Na imprezę zgłosiło się tak wielu uczestników, że punkt startu przeniesiono na lotnisko w Lubece. Z Lubeki konwój przejechał do Brügmanngarten w Travemünde. Po raz pierwszy oprócz fanów z Europy i Chin, udział wzięli także miłośnicy Garbusów z Meksyku i Korei.

Mikołajowo-bożonarodzeniowa wersja Beetle.
fot. Katarzyna Frendl, Motocaina.pl

Parada jednak zdecydowanie różniła się od podobnych w Polsce – przebiegała w dużej mierze autostradą, nie było słychać głośnej muzyki z każdego auta, a właściciele pojazdów nie popisywali się między sobą umiejętnościami jazdy. Wszystko przebiegało w wesołej, rodzinnej atmosferze, być może dlatego, że większość zlotowiczów to osoby powyżej 30 roku życia.

Spokojna parada Beetle Sunshinetour 2014 wiodła z Lubeki do Travemünde nad Bałtykiem.
fot. Volkswagen

Jedną z atrakcji Beetle Sunshinetour jest konkurs na najlepsze przebranie dla uczestników i samochodów. Tytuł „najpiękniejszego plażowego Garbusa roku” zdobył Erick Siegel, specjalista od budowy nadwozi i samochodów, który nakładem ponad 1000 roboczogodzin zmienił swojego Beetle w szlachetnego pickupa z poszyciem z drewna teakowego. Nawet jego pies miał swoje miejsce na skrzyni ładunkowej, pokrytej taką samą skórą, jak fotele w kabinie kierowcy. Beetle pickup holował przyczepę kampingową Eriba, której nowy lakier i wyposażenie wnętrza zachwyciły innych fanów i zagwarantowały Erickowi Siegel zwycięstwo w konkursie.

Erick Siegel ze swoim pickupem z poszyciem z drewna teakowego – zwycięzca konkursu Beetle Sunshinetour 2014.
fot. Volkswagen

Także Volkswagen, wieloletni partner imprezy, przywiózł w tym roku kilka motoryzacyjnych ciekawostek. Wielkim zainteresowaniem publiczności cieszył się 560-konny Beetle GRC z amerykańskiej serii wyścigów RallyCross, przyspieszający do 100 km/h w 2,1 sekundy i osiągający maksymalnie 299 km/h (moc jednostki 560 KM z silnika 1,6 l. TSI). Wyścigowy debiut tego auta planowany jest na wrzesień w Los Angeles. Można było także obejrzeć model Beetle Dune – studyjną wersję cross oraz model specjalny Beetle Cabriolet Karmann.

Volkswagen Beetle GRC – motocyklowe przyspieszenie i moc silnika niczym w sportowym Porsche.
fot. Katarzyna Frendl, Motocaina.pl

Volkswagen R zaprezentował model Beetle Cabriolet o mocy 210 KM z wyposażeniem wewnętrznym i zewnętrznym R-Line. Pakiet ten obejmuje między innymi specjalne zderzaki w stylu „R” z czarnymi, karbowanymi wlotami powietrza z przodu i dyfuzorem z tyłu, sportowe fotele pokryte charakterystyczną tkaniną Kyalami lub skórą Vienna, sportową kierownicę obszytą skórą oraz aplikacje dekoracyjne Dark Vanadium.

Beetle w wesji diabelskie z rogami i ogonem oraz grupką pasażerów w odpowiedniej, współpgrającej z całością stylizacji.
fot. Volkswagen

Po raz pierwszy na zlocie obecne były akcesoria Volkswagen – w VW Lifestyle Shop oferowano bogaty asortyment akcesoriów do Beetla. Organizatorzy ufundowali również specjalną nagrodę dla Hansa-Jürgena Schulza, który brał udział we wszystkich dziesięciu zlotach Beetle Sunshinetour – elegancką skórzaną kurtkę z Beetle Kollektion.

Ubranko wykonane szydełkiem? Dlaczego by nie?! Na Beetle Sunshinetour 2014 wszystko było możliwe!
fot. Katarzyna Frendl, Motocaina.pl

O muzyczną oprawę weekendu zadbali Urban Beach Band, Projekt Carramba i didżej oraz Ole Feddersen z zespołem, a atrakcją był koncert gwiazdy „Voice of Germany” Ole „Soul” Feddersena, który w duecie z Nathalie Dorra wykonał utwór skomponowany specjalnie na Sunshinetour. Wśród gości był między innymi Sidney Hoffmann, znany z serii programów PS-Profi, z przyjaciółką Leonie – ubiegłoroczną, niemiecką Miss Tuning.

Beetle Sunshinetour 2014 zakończył się w niedzielę rano, kiedy Garbusowo-Beetlowe towarzystwo rozjechało się do swoich krajów i domów. Większość na pewno przyjedzie na kolejny zlot, w przyszłym roku.

Najnowsze

Puchar Polski Enduro Kobiet – podsumowanie i zapowiedź

Wreszcie mamy Puchar Polski z klasą kobiet! Podsumowujemy dotychczasowe rundy i zapowiadamy te, która rozpoczynają się właśnie dziś: VII-VIII runda Mistrzostw Polski i Pucharu Polski Enduro w Morawicy.

Puchar Polski Enduro Kobiet 2014
fot. z archiwum zawodniczek

Na pierwszą eliminację w Nowym Sączu stawiło się pięć dziewczyn. Może nie jest to najlepsza frekwencja, ale porównując ją z liczbą zawodników w pozostałych klasach, nie jest tak źle. Mimo bardzo trudnych warunków pogodowych rozpoczynająca eliminacja zakończyła się dla dziewczyn pomyślnie. Pierwszy dzień był prawdziwą egzaminem dla startujących – do mety nie dotarła większość zawodniczek, ale mimo to bojowy duch nie pozwolił im odpuścić startu drugiego dnia. Doświadczenie z debiutu pozwoliły na ukończenie zawodów trzem uczestniczkom: trzecie miejsce zajęła Agnieszka Smolińska, drugie Karolina Juzwenko i pierwsze Patrycja Komko.

Galerię zdjęć z poprzednich rund zobaczysz tu.

Kolejna eliminacja odbyła się w Wałbrzychu. Na starcie pojawiło się już sześć zawodniczek. Tym razem organizator pozwolił słabszym klasom – w tym kobietom – na przejechanie próby enduro po hałdzie. W łatwiejszej formie była ona przejezdna dla wszystkich zawodniczek.  Mimo bardzo trudnych prób tych zawodów, do mety obydwu dni rywalizacji dotarły wszystkie uczestniczki rywalizacji. Na podium stanęły: 3. miejsce – Justyna Małysko, 2. miejsce – Ania Mikołajek i 1. ponownie zajęła Patrycja Komko.

Po eliminacji w Wałbrzychu widać było wśród dziewczyn większe zaangażowanie i dużą determinację w kontynuowaniu startów w cyklu Pucharu Enduro Kobiet. Ta postawa odbiła się bardzo pozytywnie na frekwencji w trzeciej rundzie, która odbyła się w Malechowie. Być może wpływ na tak liczne przybycie miała nadmorska lokalizacja zawodów, tym bardziej, że pogoda zachęcała do plażowania. Upał i piaszczyste próby były czymś nowym dla każdej zawodniczki – w porównaniu z poprzednimi eliminacjami. Choć próby wydały się początkowo bardzo trudne, na mecie pierwszego dnia zameldowało się pięć z pośród ośmiu startujących dziewczyn. Kontuzjom uległy Karolina Juzwenko i Natalia Szczotkiewicz, natomiast Joanna Modrzewska – mimo doskonałej jazdy – na ostatniej dojazdówce musiała się wycofać konkurencji z powodu awarii motocykla. Do drugiego dnia rywalizacji przystąpiło już tylko pięć zawodniczek i w takim składzie dziewczyny dotarły do mety. Klasyfikacja po dwóch dniach wyglądała następująco: 3. miejsce Ania Mikołajek, 2. miejsce Agnieszka Smolińska, 1. Patrycja Komko.

Liderki pucharu Polski enduro kobiet 2014
fot. z archiwum zawodniczek

Przed zawodniczkami zawody w Kielcach, które zapowiadają się bardzo obiecująco. Organizator zaplanował długą dojazdówkę – powyżej 50 kilometrów i aż 3 próby. Dziewczyny będą miały do przejechania każdego dnia ponad 120 kilometrów, które prawdopodobnie będą obfitowały w trudne elementy.

Cieszy fakt, że kobiety w Polsce chcą startować w trudnej dyscyplinie, jaką jest enduro i z rajdu na rajd polepszają swoje umiejętności. Początki zawsze trudne. Klasa kobiet dodaje kolorytu każdym zawodom, a satysfakcja zawodniczek z samego udziału i dojazdu do mety jest nieoceniona!

Morawica przed dziewczętami!
Kolejny rajd Enduro w regionie świętokrzyskim będzie miał miejsce 16 i 17 sierpnia, a bazą VII i VIII rundy Mistrzostw Polski i Pucharu Polski będzie Kopalnia Wapienia w Morawicy (ul. Górnicza 42). Organizatorzy przewidują klasyczny rajd z trasą o długości 55 kilometrów w jednym okrążeniu. Przygotowano gruntowe i szutrowe szlaki, trochę lasu z korzeniami i nieco błotnych przepraw.

Cross Test rozegrany zostanie w sąsiedztwie toru motocrossowego w Dębskiej Woli – jednakże z wyłączeniem części ze skokami. Enduro Test przeprowadzony zostanie w miejscowości Łukowa w naturalnym terenie z kilkoma podjazdami.

Zawodniczki Pucharu Polski Enduro kobiet 2014
fot. z archiwum zawodniczek

Organizatorzy – Kielecki Klub Motocyklowy Wena, przy współpracy Brzezińskiego Klubu Motorowego Racing i Radomskiego Towarzystwa motorowego – korzystając z faktu, że impreza będzie przeprowadzona poza drogami publicznymi zapraszają do udziału także posiadaczy niezarejestrowanych motocykli i quadów. Podczas rajdu bedzie obowiązywała zasada zamkniętego Parku Maszyn.

15 sierpnia przypada piąta rocznica śmierci wybitnego kieleckiego zawodnika motocyklowego Zbigniewa Banasika. Organizatorzy obiecują nie zapomnieć o tej rocznicy i uczcić pamięć nieodżałowanego „Biniola”.

Będziemy kibicować zawodniczkom!

Najnowsze

Kia Lotos Race w Poznaniu – relacja i galeria

W miniony weekend miałam okazję cofnąć się trochę do swojej zawodniczej przeszłości - relacjonuje Magda Wilk. - Razem z Kacprem Wróblewskim, który należy do czołówki kierowców w RPP, poznawaliśmy uroki wyścigowego pucharu Kia Lotos Race.

Dla mnie była to, zabrzmi trywialnie, ale sentymentalna podróż do czasów kiedy to regularnie przez 4 lata żyłam poprzednią edycją tego pucharu. Czy coś się zmieniło? Oprócz nadwozia (wiadomo po kilku latach Kia wprowadziła nowe picanto z mocniejszym silnikiem), to można powiedzieć, że jeśli chodzi o frajdę i dobrą szkołę dla początkująych? Kompletnie nie! I dobrze, bo zamysłem autora było stworzenie pucharu, w którym nie do końca liczy się tylko i wyłącznie samochód ale i umiejętności. Pucharu, w którym nie ma minimum 200 koni pod maską, które w przypadku błędu kierowcy dalej go powiozą. Tutaj zawodnicy mają do dyspozycji auto o mocy zaledwie 85 koni (poprzednie miały  około 70), nie wybaczającego błędów. Jeśli oczywiscie taki się zdarzy to żeby nie wiem jak zawodnik wciskał pedał gazu – strat już może nie odrobic. Laik mógłby powiedziec: gdzie tu caly fan z jazdy? No jest! Na torze! Wśród 17 innych zawodników, którzy jadą praktycznie takimi samymi samochodami. Walka zderzak w zderzak, ocieranie, przepychanie się – to są prawdziwe uroki tego pucharu! To, że tak samo jak jedzie się po prostej to z taką samą prędkością wchodzi się w zakręt – praktycznie nie zwalniając. To też na tej rundzie nie obyło się bez akcji i efektownej jazdy. Były kolizje, otarcia, tasowanie się pomiędzy zawodnikami. Były też dzwony i dach – czyli „standardy”. Jak za starych dobrych czasów!

Bogatą galerię zdjęć z Kia Lotos Race 2014 w Poznaniu zobaczysz tu.

Magda Wilk i Kacper Wróbewski na Kia Lotos Race 2014 w Poznaniu.
fot. Kacper Wróblewski

Wracając jednak do bohaterów minionego wekenedu – to w pierwszym wyścigu triumfował Śmigiel, przed Piotrem Parysem i Rafałem Berdysem. W drugim biegu górą okazał się Lubas, a za nim na metę dotarli Parys i Śmigiel stąd jak widzicie trochę przetasowań było.

Start do otwierającego rundę wyścigu przebiegł bez najmniejszych kłopotów i czołówka w pierwszy zakręt toru „Poznań” meldowała się zgodnie z ustawieniami na starcie. Na początkowych okrążeniach pozycję lidera umacniał Śmigiel, za nim próbowali swych sił Parys, Stanisław Kostrzak, Aleksander Wojciechowski, Berdys i Karol Urbaniak. Walka tych dwóch ostatnich, na pierwszym zakręcie po prostej startowej, dostarczyła sporych emocji już na drugim okrążeniu. Wskutek kontaktu Picanto Urbaniaka wpadło w poślizg na zakręcie zwanym „Baba Jaga” i wyleciało na zewnętrzny pas zieleni. Warszawianin jednak opanował sytuację i wrócił na tor, ale spadł na 3 pozycję od końca.

Gościem specjalnym Kia Lotos Race 2014 w Poznaniu był Kajetan Kajetanowicz
fot. Kacper Wróblewski

Tymczasem na „Uśmiechu Szatana” doszło do kolizji Piotra Belki z wyprzedzanym przez niego Maxem Zschuppe i niestety samochód Niemca pozostał uwięziony w pułapce żwirowej. I chociaż Łodzianin wrócił na tor i odrabiał stracone pozycje, to na trzy okrążenia przed końcem źle wszedł w ostatni zakręt przed prostą startową i z dużą prędkością wypadł z toru, rolując swoim Picanto w żwirze. Obeszło się bez konsekwencji dla zawodnika, ale auto będzie wymagało gruntownych napraw blacharskich.

W czołówce nadal przewagę nad resztą stawki budował Śmigiel, a na drugą pozycję awansował Kostrzak, niestety szczęście Gdynianina nie trwało długo. Kłopoty z hamulcami w aucie Aleksandra Wojciechowskiego skończyły się mocnym uderzeniem w auto Kostrzaka i weteran serii stracił przód swego Picanto oraz pozycję w stawce.

Na ostatnich okrążeniach Karol Lubas pokonał jeszcze Konrada Wróbla i Kostrzaka, awansując na 4 pozycję. Jednak wcześniej faulował Urbaniaka, za co otrzymał po wyścigu karę 30 sekund dołożonych do jego rezultatu. Biegu nie skończyli Belka, Wojciechowski i Zschuppe.

Po starcie wyścigu pierwsze okrążenie należy do najbardziej emocjonujących.
fot. Kacper Wróblewski

Drugi wyścig zapowiadał się bardzo emocjonująco, bowiem zgodnie z regulaminem, ustawienie pierwszej dziesiątki kierowców z pierwszego biegu, na starcie drugiego jest odwracane. Ale szczęście tym razem sprzyjało liderowi mistrzostw. Lubas, który otrzymał karę czasową, spadł w rezultacie na… 10 pozycję. Tym samym zajął pierwsze pole startowe.

Start nie wyszedł mu idealnie, natomiast atomowo ruszył z czwartej pozycji Urbaniak i już w pierwszym prawym wirażu meldował się za zderzakiem lidera. Kolejna sekcja toru to szybkie łuki i mocne hamowanie do „Uśmiechu szatana”, tam jednak doszło do dużego zamieszania, w wyniku którego wszyscy mogący zagrozić Lubasowi stracili pozycje, a samochód Urbaniaka utknął w pułapce żwirowej. Oznaczało to pusty tor i bezstresową jazdę dla 16-to latka z Warszawy, który nie zmarnował szansy i spokojnie dotarł do mety zgarniając komplet punktów za zwycięstwo.

Przez większą część dystansu ścigał go ruszający z 9 pola Piotr Parys, lecz najmłodszy w stawce kierowca nie miał szans na dogonienie rywala. Zatem także samotnie przekroczył linię mety na drugiej pozycji i na takie też miejsce wskoczył w klasyfikacji generalnej.

Triumfator pierwszego wyścigu Michał Śmigiel startował z 10 miejsca i udało się mu wywalczyć trzecie miejsce oraz cenne punkty, dające znaczny awans w tabeli sezonu.

Taki jest sport motorowy…
fot. Kacper Wróblewski

Zdecydowanie źle Poznań będzie wspominać Karol Urbaniak, który spadł z drugiego na trzecie miejsce w klasyfikacji mistrzostw. Powodów do zadowolenia mniej ma Stanisław Kostrzak, który po zmianie zespołu liczył na konkretną zdobycz w Poznaniu, a przez niezawinione kolizje stracił sporo punktów.

W moim odczuciu brakuje kobiecego akcentu na torze i nie mówię tu o hostessach. Za moich czasów było nas kiedyś nawet 9 ale być może jeszcze któraś z pań zdecyduje się bo puchar ma mieć swoją kontynuację rówież w przyszłym sezonie.

Podsumowaując podczas całego wyścigowego weekendu najbardziej podobała nam się właśnie ta seria. Mnie pewnie trochę z sentymentu a Kacprowi, który jest wierny rajdom? Hm,  na początku oglądając treningi czy też czasówki kompletnie nie mógł zrozumieć w czym tkwi urok takiej jazdy. Po obejrzeniu jednak już pierwszego wyścigu „kijanek” zmienił zdanie. Mimo, że są praktycznie najwolniejsze, to jednak najbardziej emocjonujące pod kątem jeżdzenia. W końcu w wyścigach chodzi o to, żeby można było  konkurować z innymi zderzak w zderzak  a nie samemu kręcić czasy na torze. A przynajmnniej takie jest nasze zdanie!

Najnowsze