Edyta Wrucha

Motocyklistka Karen Neill otrzymała nagrodę „Biking Hero”

Karen Neill otrzymała 1000 funtów nagrody za swoją działalność charytatywną oraz bezinteresowne przyuczanie do zawodu we własnym serwisie motocyklowym Zenith Motorcycles

Konkurs „Biking Hero” został zorganizowany przez brokera ubezpieczeń motocyklowych Carole Nash we współpracy z Motorcycle News. Nagroda w wysokości 1000 funtów miała trafić do osoby (motocyklisty/tki), która wspiera społeczność lokalną i aktywnie działa charytatywnie.

{{ tn(15445) left }}18 listopada trójka finalistów, z największą liczbą głosów, zostało zaproszonych na Motorcycle Live Show w NEC w Birmingham. A byli to: Talan Skeels-Piggins, Steven Quintus i Karen Niell. Najwięcej głosów przypadło Karen Niell i to ona odebrała czek dla zwycięzcy konkursu.

Karen Neill to motocyklistka z Tottenhamu, która została nominowana za niesamowitą pracę na rzecz lokalnej społeczności. Jej serwis motocyklowy Zenith Motorcycles jest nie tylko punktem spotkań motocyklistów, ale także miejscem, gdzie osoby w wykluczonych środowisk mogą zdobyć doświadczenie zawodowe, a dzięki temu także pracę na otwartym rynku. Karen pomaga im zdobyć wiedzę, umiejętności, a przede wszystkim pewność siebie, by mogli zawalczyć o lepszą przyszłość.

Motocyklistka była także inicjatorem wielu akcji charytatywnych, dzięki których zebrano ponad 50 000 funtów. Zachęciła dziesiątki kobiet do jazdy motocyklem, prowadziła kampanie przeciwko kradzieży motocykli i edukacyjne na temat bezpieczeństwa drogowego. Miejscowa rada miejska przyznała jej już dwie nagrody za niestrudzoną pracę społeczną: „Haringey Hero” i „Unsung Women of Haringey”

Najnowsze

Edyta Wrucha

Ducati World w Mirabilandii

Ducati Word to motocyklowy park rozrywki tej marki, który zostanie otwarty we Włoszech w 2019 roku.

Mirabilandia jest drugim co do wielkości parkiem rozrywki we Włoszech, a dzięki zawartej umowie z Ducati Motor Holding, już w 2019 roku powiększy się o dodatkową powierzchnię. Projekt Ducati Word – motocyklowego miasteczka marki Ducati ma objąć 35.000 m.kw.

– Ducati World da odwiedzającym szansę przeżycia ekscytującej podróży w obrębie marki Ducati. Dzięki wspólnej umowie z Parques Reunidos opracujemy pierwszy tematyczny obszar we włoskim parku rozrywki. Lokalizacja Mirabilandii w samym sercu Motor Valley, dodaje wartości temu projektowi – mówi Alessandro Cicognani, dyrektor ds. Licencjonowania i Partnerstwa w firmie Ducati.

Projekt ma przyciągnąć fanów marki z całego świata. Główną atrakcją ma być nowoczesna kolejka górska, na której każdy na chwilę stanie się motocyklistą na własnym Ducati. Inne atrakcje to symulatory wirtualnej rzeczywistości, liczne gry motocyklowe, atrakcje dla maluchów oraz showroom z najbardziej kultowymi motocyklami marki. Do tego tematyczna restauracja i markowy sklep Ducati.

{{ tn(15443) left }}Pomysł na motoryzacyjne parki rozrywki jest rozwijany przez innego włoskiego producenta samochodów – słynącego z czerwonych pojazdów – Ferrari. Jego park w Abu Dhabi działa tak doskonale, że Ferrari chce otworzyć kolejny oddział Ferrari Land w Hiszpanii.

Najnowsze

Edyta Wrucha

Magdalena Mitka i jej spontaniczne po świecie podróżowanie

Nic nie wskazywało na to, że zostanie motocyklistką, nauka jazdy szła jej opornie, a do zakupionego motocykla podchodziła "jak do jeża". I ta właśnie dziewczyna zjeździła już kawał świata, a w głowie ma wciąż nowe pomysły na motocyklowe wyprawy.

Co porabiasz w życiu i jakie pasje Ci je ubarwiają?

Nie mam niezwykłej pracy, nie żyję nietypowo. Ukończyłam Politechnikę Łódzką na Wydziale Biotechnologii, a następnie studia doktoranckie na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi na kierunku Genetyka Medyczna. Nie byłam jednak grzeczną dziewczynką w okularach i z książką w ręku. Nigdy nie mogłam usiedzieć w miejscu, wiec praca od 8:00 do 16:00 i 26 dni urlopu w roku – to dla mnie największe wyzwanie! Moją pasją jest siatkówka, którą trenuje od 12 roku życia, a obecnie, jako „starsza pani”, gram w łódzkiej amatorskiej lidze siatkówki. Zawsze też lubiłam samochody i odkąd pamiętam, czekałam na 17 urodziny, żeby tylko zapisać się na kurs prawa jazdy. Chciałam umieć jeździć i to jeździć dobrze! I wszystkim: od malucha po tira, ale motocyklami się nie interesowałam. To nie była moja bajka. Chociaż znalazłam ostatnio stare zdjęcia, na których siedzę, przeszczęśliwa, na ogromnej Africa Twin. A moje starsze kuzynki opowiadały mi, że jako dzieciak wykradałam dziadkowi motorynkę z garażu i próbowałam jeździć – ja tego jednak nie pamiętam…

To jakim cudem zostałaś motocyklistką?

Historia zaczyna się banalnie – poznałam chłopaka, który jeździł motocyklem. Nasi znajomi jeździli na ścigaczach i chopperach. Ja chciałam podróżować i chyba dlatego zaciekawiły mnie motocykle turystyczne z wielkimi kuframi oklejonymi naklejkami z całego świata. Ale jeżdżenie motocyklem nie przychodziło mi nawet do głowy. Do czasu, gdy znajomi wybierali się na Mazury, a my nie mogliśmy z nimi jechać, bo mój chłopak właśnie sprzedał motocykl. Wtedy pierwszy raz pomyślałam, że mogłabym przecież zrobić prawo jazdy i kupić własny motocykl. Mój pomysł nie wzbudził entuzjazmu. Usłyszałam, że jestem zbyt roztrzepana, że to niebezpieczne, że to droga sprawa. Ale ja już zdecydowałam i kupiłam Transalpa 600, rocznik 1993. Przez pierwszy tydzień chodziłam do garażu i tylko mu się przyglądałam, bo wydawał się ogromny. Kolejny tydzień jeździłam na drugim biegu w kółko po polu. Ci, którzy widzieli moje zmagania mówili, że nic z tego nie będzie…Jazda szła mi opornie, a ciężki, wysoki motocykl nie sprawdzał się w mieście. Nie czułam satysfakcji. Mimo to, gdy rok później znajomi planowali kolejny wyjazd na Mazury, byłam gotowa i zdecydowana jechać z nimi! Niestety oni nie byli gotowi jechać ze mną – stwierdzili, ze mam za mało doświadczenia i że nikt nie chce mieć mnie na sumieniu, jeśli coś mi się stanie. Więc w tajemnicy wyruszyłam sama. A gdy dotarłam na miejsce, wiedziałam już, że to jest to! Chcę wyjechać z miasta, jechać gdzieś dalej, może kiedyś za granicę…

Pierwszy motocykl sprawdził się w dłuższym podróżowaniu?

Niestety nie pokochałam Transalpa, bo był zbyt miękki, giętki i bujał się przy bocznym wietrze i na koleinach. Niedługo po powrocie z Mazur kupiłam Varadero 1000XL, rocznik 1999. I znowu przez tydzień chodziłam do garażu, patrzyłam na niego i zastanawiałam się jak wsiąść na takiego olbrzyma (śmiech). Pierwszy wyjazd nowym motocyklem był w Bieszczady, skąd razem ze znajomymi pojechaliśmy na Ukrainę – do wsi, gdzie czas zatrzymał się jakieś 100 lat temu i gdzie mogliśmy spędzić kilka dni u zaprzyjaźnionej rodziny. I wtedy wsiąkłam już całkowicie! Wiedziałam, że chcę pojechać jeszcze dalej, ale czy na pewno na Varadero? Dużo paliło, było też jakieś „mało sztywne” i przede wszystkim mało kolorowe. Wtedy pojawiła się myśl, że może jednak ta Africa Twin, na którą się wspinałam jako dziecko jest dla mnie? Może uda się usiąść, sięgnąć ziemi i może nie taki diabeł straszny? Jeszcze tego samego roku kupiłam piękną i zadbaną Africa Twin z 1997 roku i pojechałam nią do Rumunii. Ten wyjazd był niesamowity! Żadnych planów, ograniczeń, dystansów dziennych. Razem z przyjaciółmi zwiedziłam Rumunię, przejechaliśmy trasę Transfogaraską, Transalpinę, następnie całą Mołdawię, z której przedostaliśmy się na Ukrainę, do Odessy. „Przedostaliśmy się” – mówię tak nie bez przyczyny.

Były z tym jakieś problemy?

Tak, bo nieświadomi zagrożeń postanowiliśmy skrócić drogę jadąc przez Naddniestrze. Jest to pas ziemi pomiędzy Mołdawią a Ukrainą, szeroki na 12-15 km i długi na ponad 200 km, który tylko Rosja uznaje za odrębne państwo. Zamiast objechać ten teren dookoła, postanowiliśmy przejechać najkrótszą drogą. Jak się okazało, nie była to mądra decyzja. Przez problemy na „granicy” wjechaliśmy tam w nocy. Błądziliśmy, bo nigdzie nie było znaków drogowych, po ulicach miasta Tyraspolu chodzili uzbrojeni mężczyźni, kilka razy zatrzymywali nas ludzie podający się za policję i żądali łapówek, jednemu z nas próbowano zabrać prawo jazdy. Mieliśmy wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę! Przejechanie 15 km i dwóch przejść granicznych zajęło nam ponad 12 godzin! Gdy wreszcie wyjechaliśmy, to zatrzymaliśmy się dopiero w Odessie, pchani do przodu irracjonalnym przekonaniem, że całe Naddniestrze będzie nas gonić. A po tym wyjeździe miałam pierwsze naklejki na kufrach i już wiedziałam, że muszę mieć ich więcej.

To jaki był kolejny cel?

Rok później wyruszyliśmy do Gruzji, drogą przez Ukrainę, Rosję i Krym. Największym problemem okazało się wówczas, uzyskanie wizy do Rosji. Jak zawsze, chcieliśmy to załatwić na własną rękę i wiedząc, że standardowo procedura wydania wizy nie powinna trwać dłużej niż tydzień, zajęliśmy się tym dwa tygodnie przed wyjazdem. Niestety, gdy pracownicy ambasady dowiedzieli się, że chcemy dostać się do, nielubianej przez Rosjan, Gruzji – wydłużyli termin do trzech tygodni. Ostatecznie po wielu telefonach i prośbach, wyznaczyli termin rozpatrzenia wniosku na dzień wyjazdu. Musieliśmy więc, bez pewności jaka będzie decyzja ambasady, spakować motocykle i czekać na dokumenty. Wizy wydano nam o 12:00 w południe z zastrzeżeniem, że granicę Rosji musimy przekroczyć na następny dzień, czyli na przejechanie Polski i całej Ukrainy dali nam 36 godzin! Na granicę oczywiście się spóźniliśmy, ale w takich sytuacjach zawsze pomaga uśmiech i blond włosy (śmiech).

Na wyjazd przeznaczyliśmy dwa tygodnie, z czego tydzień na zwiedzanie Gruzji. Udało nam się dotrzeć prawie wszędzie, gdzie planowaliśmy: do pięknie położonego Gjirokaster, do David Gareja, gdzie oprócz wykutego w skale klasztoru, jest też prowadzona przez Polaka najlepsza, gruzińska restauracja. Do Svaneti i do Tbilisi, gdzie mogliśmy spędzić dwa dni na zwiedzaniu miasta i kąpiele w uzdrowiskowych saunach. Africa Twin w Gruzji sprawdziła się idealnie! Praktycznie sama wwiozła mnie do położonej na wysokości 2200 m.n.p.m. wioski Ushguli, gdzie zmęczoną długą i ciężką drogą, zmokniętą i zmarzniętą posadzono mnie przy wielkim piecu z kawałkiem kubdari (rodzaj gruzińskiego placka z mięsem) w jednej ręce i szklanką śliwowicy w drugiej. Była też herbata zaparzona ze świeżo zerwanej, górskiej mięty. Chyba nigdy nic nie smakowało mi tak jak wtedy…

Jak podczas wyjazdów planujecie trasę i noclegi?

Zazwyczaj decyzje o wyjazdach są spontaniczne i w ostatniej chwili wybieramy kierunek. Wiem, że większość motocyklistów przygotowuje się bardzo skrupulatnie, planując dokładnie każdy dzień i przygotowując się na każdą ewentualność. My wychodzimy z założenia, że przecież wszędzie żyją ludzie, więc wszędzie jest jedzenie, benzyna, rzeczy potrzebne do życia i miejsce do spania – to się naprawdę sprawdza! Nigdy nie chodziliśmy głodni i nawet na największym odludziu, udawało nam się u kogoś przenocować. Zawsze mamy też ze sobą namioty.

W podróży nie wszystko da się przewidzieć i właśnie to jest w tym wszystkim najlepsze! Dlatego planujemy najczęściej jedynie zarys trasy, tak by zahaczyła o miejsca „must see“, albo te, które nas interesują. W zależności od warunków drogowych w danym kraju, próbujemy przewidzieć dzienne dystanse i na tej podstawie decydujemy, ile nasza wyprawa będzie trwała i co zdążymy zobaczyć. Dodatkowy dzień zapasu to u mnie rzecz święta! I niestety bardzo często ten dzień zapasu się przydaje, bo awarie są prawie zawsze (mi się akurat nie zdarzały, ale moim towarzyszom tak). Np. z  Gruzji musieliśmy wracać całą drogę 80-90km/h, bo w jednej Africe Twin padł moduł zapłonowy, co się podobno rzadko zdarza . Czasami zaskakuje nas też pogoda, stan dróg, czy problemy na granicach. A jeśli gdzieś jest wyjątkowo pięknie, zdarzało nam się odstawić motocykle i zostać dłużej. Nie podróżuję motocyklem dla samej jazdy i staram się dobierać sobie towarzyszy, którzy mają takie samo podejście jak ja. Wyjeżdżam głównie z moim przyjacielem Łukaszem. Mamy podobny styl jazdy, oboje podróżujemy dla zdjęć i naklejek. Łukasz jest również świetnym mechanikiem motocyklowym, co jest niesamowicie przydatne w takich podróżach.

Więc jednak podróże są Twoją największą pasją.

Ja żyje od podróży do podróży. Zawsze mam kilka pomysłów, gdzie mogę pojechać, szukam inspiracji i odliczam dni do urlopu. Zimą, kiedy motocykl czeka w garażu,  ja wyjeżdżam z plecakiem. W ten sposób udało mi się zwiedzić: Tajlandię, Wietnam, Sri Lankę, Japonię, Senegal i Gambię. Zwiedziłam dużą cześć Europy, zrobiłam objazdówkę samochodem po Norwegii. Natomiast latem jadę gdzieś motocyklem.

Kolejną motocyklową wyprawą były Bałkany. Sprzedałam wymarzoną Africa Twin i kupiłam Varadero 1000 XL z roku 2011. Wróciłam do Varadero ze względu na komfort. Jeśli cala trasa to asfalt – nic nie zastąpi wygodnej kanapy i wystarczającej do dynamicznej i przyjemnej jazdy, mocy silnika. W trzy tygodnie zwiedziliśmy Mostar w Bośni i Hercegowinie, klimatyczne Sarajewo, Dubrovnik w Chorwacji, niesamowitą zatokę Kotor w Czarnogórze, i naszą docelową Albanię, na którą poświeciliśmy tydzień, żeby zobaczyć zarówno cale wybrzeże, aż po Grecję jak i albańskie góry. Wracaliśmy przez Macedonię, Kosowo i Serbię. Wszystkie te kraje były piękne, przyjazne i otwarte na ludzi. Nigdzie nie czuliśmy zagrożenia, nie było żadnych nieprzyjemności, nikt nas nigdy nie okradł, a jeśli zatrzymywała nas policja, to często tylko po to, żeby spytać, czy wszystko OK i czy przypadkiem mnie nie porwano? (śmiech)

Teoretycznie mamy na rynku wybór motocykli do turystyki. Dlaczego po Africa Twin wróciłaś do modelu, który już miałaś i nie do końca Ci odpowiadał?

Moje pierwsze Varadero było gaźnikowe, przez co paliło sporo. Africa Twin była prawie idealna, ale czasem do pełnego komfortu jazdy brakowało mi tych 250 ml do litra pojemności. Miałam również krótki romans z off-road, ale okazało się, że to nie moja bajka. Kupiłam nawet mniejszy motocykl – Yamaha XT660, ale nie było między nami miłości. Wróciłam na asfalt i wróciłam do Varadero, jednak kolejne było już na wtrysku i 6-cio biegowe. Ten motocykl został ze mną po dziś dzień. Przyzwyczaiłam się do jego masy i rozmiarów. Lubię komfort i charakterystykę jazdy tego motocykla. Na rynku pojawiła się jednak nowa Africa Twin CRF1000… Niestety ze względów finansowych pozostaje na razie moim marzeniem. 

Skąd czerpiesz pomysły na kierunki swoich wyjazdów?

To jest zawsze spontaniczne. Pomysł, a raczej pretekst i szybka decyzja. Powody są różne. Bo nie mam naklejki z tego kraju, bo chce mieć stamtąd zdjęcie… Dwa lata temu spodobały mi się np. kolczyki na allegro z wysyłką z Istambułu. Rzuciłam więc hasło – a może po nie pojedziemy? I pojechaliśmy! Zatrzymaliśmy się na 4 dni w Istambule i wracając, spędziliśmy jeszcze kilka dni w Grecji w Halkidiki. Ten wyjazd był stosunkowo trudny, ze względu na rekordowo wysokie temperatury panujące w tym okresie. Wyruszyliśmy w czwórkę, jednak w Budapeszcie dwójka naszych przyjaciół zawróciła. My zrobiliśmy całą trasę, chociaż nie obyło się bez odwodnienia i wizyty Łukasza w szpitalu (ps. a kolczyków nie kupiłam). Czy było warto? Ja się wtedy zakochałam! W Istambule! I tam wrócę na pewno!

W tym roku pierwszy raz nie miałam pomysłu gdzie jechać. Ale któregoś dnia, siedząc w pracy przypomniałam sobie coś, co dawno odłożyłam na półkę z napisem „może kiedyś”: Tadżykistan i Pamir Highway. Wiedząc, że mam 2 tygodnie urlopu do wykorzystania, odpadało jechanie tam na kołach. Pomyślałam o wynajęciu motocykli na miejscu i napisałam do kogoś, kto się tym zajmuje. Odpowiedział, że dziwnym zbiegiem okoliczności ma dwa motocykle, wolne przez 2 tygodnie, ale już za tydzień! To musiała być szybka decyzja – namówiłam na wyjazd Łukasza, który rok wcześniej był w Tadżykistanie na kołach. Przejechał wtedy dolinę rzeki Bartang, ale ciekawił go tez Wakhan Corridor, którego nie zdążył zobaczyć. Jeszcze tego samego dnia załatwialiśmy wizy i znalazłam bilety lotnicze do Kazachstanu. Szybkie planowanie, pakowanie i tydzień później ruszyliśmy w drogę! Z Kazachstanu musieliśmy dostać się busami i taksówkami do Kirgistanu, a tam miały czekać na nas dwie Hondy XR650L. I czekały. Nasz plan był bardzo ambitny – zdecydowanie za dużo kilometrów i za mało dni, ale już nie raz tak było i się udawało, wiec czemu teraz miałoby się nie udać?

Dla chcącego nic trudnego?

Nie do końca, bo już pierwszego dnia musieliśmy lekko ochłonąć – w jednym z motocykli mieliśmy uszkodzoną oponę, która niszczyła dętki. Cztery wymiany, głównie na dużej wysokości i w szczerym polu, a dzień się kończył na kolejnym flaku… Musieliśmy zostać tam, gdzie zastał nas wieczór, wiec zapukaliśmy do jurty przy drodze i tam zostaliśmy na noc. Było wysoko, bo ponad 2500 m.n.p.m i bardzo zimno. Rano obudziłam się słaba, z okropnym bólem głowy i zapaleniem krtani, które nie minęło juz do końca wyjazdu. Jedyna korzyść z tego była taka, że nie mogłam za wiele mówić i dzięki temu Łukasz miał więcej ciszy w słuchawkach bloototh (śmiech). Następny dzień musiał być poświecony szukaniu nowej opony. A gdy się to udało, to Łukasz musiał się wrócić 150 km, po swój zaginiony paszport. Ja z kolei w każdej wiosce szukałam lekarza i jakiegokolwiek leku, który umożliwiłby mi normalne oddychanie. Jak się później okazało – nie pomogło nic, ani moje leki z Polski, ani zakupione w Sary-Tash tadżyckie leki (co zabawne wyprodukowane w Polfarmie w Pabianicach).To wszystko razem, plus jeszcze problemy na granicy tadżyckiej, sprawiło, że nasz plan przejechania korytarza Wakhan, czyli doliny pomiędzy Tadżykistanem a Afganistanem, stał się praktycznie niemożliwy do zrealizowania. Mimo to jechaliśmy przed siebie. Jednak czas mijał i mniej więcej w połowie korytarza Wakhan  musieliśmy podjąć trudną decyzję, ze zawracamy. Mi było nieco łatwiej, bo zobaczyłam to na czym mi najbardziej zależało. Przejechaliśmy przecież słynny Pamir Highway, zobaczyłam jezioro Kara-Kul, przepięknie położone pod białymi szczytami, wjechałam na 4655 m.n.p.m. i spałam w jurcie. Zawróciliśmy i jak się później okazało, podjęliśmy jedyną słuszną decyzję, gdyż w drodze powrotnej trafiliśmy na załamanie pogody, burze i ulewne deszcze. Niezabezpieczona ziemia osuwała się i zasypywała drogi uniemożliwiając przejazd! Co najgorsze,  zrobiło się tak potwornie zimno, że łzy leciały mi po policzkach. Te łzy to chyba bardziej ze złości, że jestem na tyle głupia, żeby fundować sobie taki urlop! Postanowiłam, że nigdy więcej nie pojadę nigdzie motocyklem, a następne lato spędzę nad brzegiem basenu w jakimś ciepłym miejscu! Do Biszkeku, gdzie mieliśmy oddać motocykle, dotarliśmy na ostatnią chwilę, a stamtąd jeszcze do Kazachstanu na samolot. Do Polski wróciliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi, z silnym postanowieniem, że tam wrócimy, tylko już nie motocyklami – może jeepem…

Minęło pół roku i jakoś zamazało mi się w pamięci postanowienie o urlopie nad basenem. Chyba zapomniałam, jak było tam zimno i wietrznie, bo w głowie kiełkuje nowa myśl – Himalaje indyjskie i najwyższa przejezdna przełęcz na świecie. Jeszcze nie mam planu, ale już powoli zbieram informacje i jak znam siebie, to nie odpuszczę! (śmiech)

Oj, nie wątpię! A jak wyglądało Twoje pakowanie się na pierwszy wyjazd, a jak wygląda to dzisiaj? Masz już taką listę niezbędnych rzeczy? Starasz się ograniczać bagaż?

Z pakowaniem się nigdy nie miałam większego problemu, ponieważ moje kufry nie są duże. Są ogromne! (śmiech) Nie musiałam się ograniczać. Jadąc na pierwszy wyjazd do ostatniej chwili nie wiedziałam, jaki zabrać kask. Lekki enduro, ale bez szyby czy ciężki szczękowy? I jak prawdziwa kobieta wzięłam oba! Znalazło się również miejsce na pełen zestaw kosmetyków, których i tak, ani razu nie użyłam i wielki, trzyosobowy namiot, bo przecież spać trzeba komfortowo (śmiech). Ubrania ciepłe i lekkie, zapas jedzenia, a nawet pompkę i dmuchany materac! Z biegiem czasu mój bagaż malał. Przede wszystkim wybrałam kask (ten lekki bez szyby), zmniejszył się też namiot i nie zabieram już prawie żadnych kosmetyków – krem do twarzy i żel pod prysznic wystarczają. Na wyjazd do Tadżykistanu nie mogłam zabrać moich kufrów i okazało się, że 4 koszulki, polar, ręcznik i klapki wystarczają mi do życia. Większość miejsca w bagażu zajmuje zazwyczaj aparat fotograficzny.

Od kilku lat mam jedną, uniwersalną listę rzeczy potrzebnych na wyjazd. Jest tam wszystko. Od ręcznika plażowego po sanki (śmiech). W zależności od tego, gdzie jadę, wykreślam z niej tylko zbędne rzeczy. Dzięki temu pakuje się zawsze błyskawicznie i nie zdarzyło mi się nigdy zapomnieć niczego ważnego.

W trakcie wyjazdów starasz się być blisko ludzi i ich kultury czy raczej wolisz obserwować wszystko „z boku”?

Celem moich podróży jest zawsze poznanie kultury i bycie blisko ludzi. Uwielbiam próbować różnych kuchni i zawsze znajduję coś pysznego i ciekawego do zjedzenia. Chociaż niektórzy twierdzą, że zwyczajnie nie jestem wybredna i wszystko mi smakuje (śmiech). Staram się zrozumieć i poznać kulturę kraju, do którego jadę, uszanować jego tradycję i zwyczaje. Jeśli to tylko możliwe – być jak najbliżej ich codziennego życia. Staramy się nie nocować w hotelach. Czasem śpimy w namiotach, czasem w wynajętych pokoikach, ale zdarzało nam się też pukać do drzwi prywatnych domów i prosić o nocleg i zawsze takie noclegi okazywały się najciekawsze. Wejście do ludzi, do ich domu pozwala na bycie, choćby przez chwilę z nimi, spróbowanie ich kuchni, poznanie zwyczajów. Tego nie da się porównać z pobytem, nawet w 5-cio gwiazdkowym hotelu! Zawsze żałuję, że nie mogę gdzieś zostać dłużej, pożyć z ludźmi, zobać, gdzie pracują, jak spędzają czas wolny. Może kiedyś pojadę gdzieś nie na dwa tygodnie, a np. na dwa lata…

W którym kraju to właśnie ludzie Cię zaskoczyli?

Tam gdzie byliśmy, ludzie byli przyjaźni, ale spośród wszystkich, wyróżniają się – znani ze swojej gościnności i sympatii do Polaków – Gruzini. Podczas podróży po Gruzji, cały czas czułam się, jak pod opieką cioci, babci albo w odwiedzinach u kuzynów. Zawsze gotowi, żeby pomóc, gościnni, uśmiechnięci. Gruzini ucztują albo jadą na ucztę. W samochodach jest zawsze przekąska, wino i instrumenty, a oni tylko czekają na sposobność, żeby usiąść i pośpiewać. Cały czas mijaliśmy rodziny, które świętowały nad brzegiem rzeki albo na polanie w górach. Gdy kiedyś usłyszeliśmy wyjątkowo głośną muzykę, postanowiliśmy podejść bliżej i już po paru minutach zostaliśmy gośćmi honorowymi na wielkiej urodzinowej „suprze”. Do wieczora jedliśmy, piliśmy i  wznosiliśmy wspólnie toasty. Na wielu stacjach benzynowych częstowano nas herbatą, a gdy tylko usiedliśmy pojawiał się stół i natychmiast lądowały na nim małe półmiski z ciastkami, sałatkami lub tym co akurat mieli przy sobie. Innym razem, gdy późnym wieczorem w górach, z powodu spalonej żarówki musiałam jechać bez świateł, zatrzymała nas policja i zamiast wlepić mandat – zorganizowała eskortę w najbliższe miejsce, gdzie mogliśmy przenocować. Okazała się nim zamknięta restauracja. Mimo to przygotowano dla nas wielką kolację i znowu, te małe talerzyki z przeróżnymi przekąskami i ogromne dzbany domowej roboty wina…

Ale nie tylko Gruzini nas zaskakiwali. Pamiętam też Rosjanina, który gonił nas, spory kawałek drogi samochodem, żeby, jak się później okazało, oddać nam aparat fotograficzny, który nieumyślnie zostawiliśmy na stacji benzynowej. Spotkaliśmy też kilku młodych Turków, którzy zamiast tłumaczyć nam drogę do punktu widokowego, postanowili nas tam zaprowadzić, co zmieniło się w niesamowitą, nocna przejażdżkę ulicami Istambułu. Albo cudownego kucharza, który w remontowanej restauracji, zrobił nam pyszny obiad.

Niemiło czasem też zaskakują?

Może i tak, ale nawet starając się, nie mogę sobie tego przypomnieć. Chyba tylko jednego Ukraińca zapamiętam na długo. Pracował na stacji benzynowej i nie chciał mi zatankować motocykla, ponieważ jestem kobietą. Udawał, że mnie nie widzi i nie słyszy! Nie chciał nawet przyjąć ode mnie pieniędzy, musiałam je podać koledze i wtedy łaskawie mógł wyciągnąć po nie rękę.

Jakie plusy ma podróżowanie motocyklem?

Podróżowanie motocyklem wyróżnia to, że jesteśmy wystawieni na różne warunki atmosferyczne. Jesteśmy jednocześnie niezależni i bardzo zależni od tego co nas otacza. Jeśli gdzieś jest zimno, my tez marzniemy, jeśli ludzie mokną, my też mokniemy, a jeśli im gorąco – to nam jest jeszcze cieplej. Nie ma szyby między nami a tym co nas otacza. Znacznie lepiej doświadcza się kraju. Docenia się każdy przejechany kilometr, gdy czuje się zmęczenie i bolą plecy – dzięki temu satysfakcja po powrocie jest jeszcze większa.

Do motocykla można też łatwo podejść i porozmawiać z nami. Możemy być bliżej ludzi. My sami, czasem zmoknięci i zawsze zmęczeni, musimy nierzadko poprosić o pomoc lub o informacje. I jeśli przy tym wszystkim lubi się ludzi i kontakt z nimi, to nawiązanie porozumienia jest proste, a motocykl tylko to ułatwia. Usłyszałam kiedyś, że jestem zbyt otwarta, może łatwowierna albo zbyt pewna ludzkiej życzliwości, ale wydaje mi się, że akurat w tej kwestii mam świetną intuicję i doskonale wyczuwam intencje innych. Mam też dużo szczęścia w trafianiu na ciekawych i pomocnych ludzi. Gdy np. w Kosowie nie mieliśmy gdzie zostawić motocykli na noc, zapukałam do drzwi domu z ogródkiem, który wydał mi się idealnym parkingiem. Otworzył nam mężczyzna, który jak się później okazało, był dziennikarzem wojennym. Reszta wieczoru minęła na oglądaniu jego zdjęć i słuchaniu opowieści.

Który z tych wyjazdów jest najbliższy Twemu sercu? Czy dopuszczasz myśl, że odwiedzisz ponownie jakieś miejsce czy wolisz ciągle odkrywać nowe?

Każdy wyjazd był inny od pozostałych. Każdy miał w sobie coś innego, co pamiętam i nie jestem w stanie wybrać jednego miejsca, które podobało mi się najbardziej. Są takie, które wspominam i nieświadomie zaczynam się uśmiechać, ale czasem ma to związek z miejscem, widokiem, pogodą, a czasem z człowiekiem, którego tam spotkałam, czy smakiem jedzenia. Mimo to staram się nie wracać w te same miejsca. Jest jeszcze tyle do zobaczenia! Ciekawi mnie tyle miejsc i mam tyle planów w głowie, że na wracanie nie mam czasu! (śmiech)

 

Najnowsze

Wyprzedaż rocznika Toyota dla przedsiębiorców: jest taniej!

Jesteś przedsiębiorcą i potrafisz dobrze kalkulować koszty? To już na pewno wiesz, że koniec roku jest idealnym momentem na zakup zupełnie nowego auta dla Twojej firmy.

Pozostaje jednak pytanie – jaki pojazd wybrać? Ostatecznie, wyprzedaż rocznika organizowane są przez praktycznie wszystkie firmy na rynku. W tym artykule przedstawiamy kilka propozycji na temat tego, jak prawidłowo dobrać auto dla Twojej firmy!

Postaw na niezawodne rozwiązania
Chcesz kupić auto firmowe, które zapewni Ci spokojną eksploatację przez cały czas? Mogłoby się wydawać, że zakup samochodu z salonu pozwoli na bezstresową jazdę przez wiele kilometrów. Niestety, jak pokazuje doświadczenie wielu przedsiębiorców, auta niektórych marek wykazują dosyć znaczną tendencję do awarii. I choć samochód jest nowy, to często odwiedza serwis regularnie, bo akurat wystąpił problem z jakimś elementem. Ostatecznie, nie po to kupujesz samochód w salonie, by odwiedzać mechanika częściej niż to ma miejsce w przypadku kilkunastoletniego, wyeksploatowanego pojazdu!

Zamiast eksperymentować, postaw na sprawdzone rozwiązania. Zapoznaj się z rankingami niezawodności i zobacz, które marki w nich brylują. Praktycznie w większości zestawień samochody Toyoty są na samym szczycie tabeli. Ta tendencja utrzymuje się od wielu lat i mimo to niemal nie słyszy się o problemach związanych z jakością wykonania japońskich aut. A wystarczy spojrzeć jak wiele aut ze znaczkiem Toyota na masce porusza się w polskich flotach, pokonując setki kilometrów każdego dnia!

Wyprzedaż rocznika – jak finansować?
I choć auta są rzeczywiście tańsze pod koniec roku, to warto również poszukać dodatkowych sposobów na oszczędzanie. Jeżeli chcesz zminimalizować koszty, kupując auto dla firmy dokładnie porównuj oferty leasingowe.

Przykładowo, Leasing SMARTPLAN (Toyota Leasing) obejmuje propozycje leasingowania auta już od 135 złotych netto miesięcznie w ramach oferty wyprzedaży rocznika! Dodatkowo, elastyczna forma finansowania sprawia, że samochód możesz łatwo zmienić na kolejny egzemplarz już po trzech latach.

Oszczędność przede wszystkim
Niezależnie od profilu działalności firmy, służbowe auta z reguły są naprawdę intensywnie użytkowane. To właśnie dlatego wyjątkowo ważne jest, aby kupić samochód, który charakteryzuje się niskim zapotrzebowaniem na paliwo – pozwala to na utrzymanie kosztów na rozsądnym poziomie.

Niegdyś najlepszym wyborem dla przedsiębiorcy były auta z silnikami Diesla. Mocne, a przy tym wyjątkowo oszczędne jednostki zapewniały niskie koszty eksploatacji przez wiele kilometrów. Niestety, ciągła pogoń producentów samochodów za ciągłym poprawianiem parametrów silników wysokoprężnych sprawiła, że silniki osiągnęły kres wytrzymałości. Utrzymanie współczesnego diesla potrafi dosyć istotnie uderzyć w budżet firmy. Przykładowo, komplet wtryskiwaczy czy też konieczność wymiany sprzęgła z kołem dwumasowym oznaczają kwoty idące w tysiące złotych, przy czym często są to wydatki opiewające na spore sumy.

 W tym kontekście dobrym pomysłem mogą być samochody hybrydowe, których eksploatacja praktycznie niczym nie różni się od jazdy autem z napędem konwencjonalnym, a jednocześnie zapewniają minimalne wręcz zużycie paliwa.

Szybki rzut oka na ofertę lidera tego segmentu – Toyoty, pokazuje, że koszty jazdy “hybrydą” są niskie. Weźmy pod lupę popularnego w Polsce Aurisa w wersji kombi. Zapotrzebowanie na paliwo rzędu 3,5 litrów na każde przejechane 100 kilometrów oznacza koszty rzędu 16 złotych na 100 kilometrów. W wielu przypadkach podróżowanie komunikacją publiczną o wyższy koszt.

Czy wizyta “hybrydą” w serwisie jest kosztowna? Nie, ponieważ auta wyposażone w tego rodzaju napęd są znacznie mniej skomplikowane pod względem swojej budowy niż ich odpowiedniki z jednostkami wysokoprężnymi. W gruncie rzeczy, są to proste silniki benzynowe, pozbawione zbędnych udziwnień. Jeżeli chodzi o elementy napędu hybrydowego, to w zasadzie jedynym elementem mogącym wymagać wymiany są akumulatory. Jak jednak pokazuje przykład Toyoty Prius, nawet przebiegi rzędu 400 tysięcy kilometrów często wcale nie oznaczają konieczności wymiany tychże baterii!

Najnowsze

Test jednoczęściowego, damskiego kombinezonu Ixon Astrale

To nie jest zwykły test damskiego kombinezonu motocyklowego. Tylko tu możecie się przekonać, jak Ixon Astrale zniósł bliskie spotkanie z nawierzchnią toru!

Astrale, czyli mistyczny wymiar w którym znajdujemy się podczas gwiezdnych podróży – sami przyznacie, że brzmi to co najmniej intrygująco! I tym kierowali się twórcy kombinezonu motocyklowego Ixon Astrale: wysoka jakość materiałów, świetny design i kosmiczna jakość. A co najważniejsze – w wydaniu kobiecym.

W dalszym ciągu kobiety w motocyklowym świecie są lekko pomijane przez producentów odzieży – na „milion” rodzajów męskich kombinezonów jednoczęściowych, przypadają 3 kobiece. Wiem co mówię, bo konkretnie naszukałam się jednoczęściowego kombinezonu dla siebie. Przetrząsając czeluście internetu i przeglądając niezliczone ilości katalogów, natrafiłam wreszcie na francuską markę Ixon i kombinezon, który spełnia wszystkie, moje wygórowane, wymagania.

BEZPIECZEŃSTWO

Po pierwsze jest jednoczęściowy (czasami wjeżdżam na tor i lubię czuć się bezpiecznie), co za tym idzie posiada aerodynamiczny garb, dzięki czemu głowa nie lata na boki przy większych prędkościach oraz wymienne slidery. Dodatkowe smaczki to slidery na łokciach (kiedyś na torze na pewno dotknę!) i zewnętrzne, bardzo przydatne protektory na barkach. Pierwszą rzeczą, na którą zwracałam uwagę było bezpieczeństwo, a Astrale to pierwszy damski kombinezon w całości certyfikowany, z którym miałam styczność. Brzmi na wypasie, ale właściwie o co chodzi?

Produkty oznaczone IXON CE Protective Technology gwarantują najwyższy stopień bezpieczeństwa. Odzież zostaje poddana serii testów, mających zapewnić maksymalną ochronę. A w praktyce chodzi o: wzmocnione potrójne i podwójne szwy, 100% skóry bydlęcej, podwójną warstwę skóry na pośladkach i tylnej części ud, protektory (I stopnia włoskiej marki BETAC) na barkach, łokciach, pośladkach i kolanach.

KOMFORT

{{ tn(15433) left }}W Ixon Astrale znajdziemy dodatki ze wzmocnionego sterczu na rękawach (ciągną się spod pachy, praktycznie do samego mankietu), a także w kroku, przez wewnętrzną partię ud i rozszerzenie pod kolanem, aż do samego dołu. Dzięki temu zyskujemy pewien zakres wygody ruchów i lepsze dopasowanie. Strecz na nogach jest szczególnie ważny dla kobiet z grubszą łydką, dzięki temu nie będzie problemu z dopięciem nogawek. Duży plus należy się również za piankowe wzmocnienie w podszewce, na wysokości protektora barkowego, który poprawia komfort (przy bardziej kościstych ramionach szczególnie). Kołnierzyk i mankiety obszyte są neoprenem, więc nic nie obciera.

DOPASOWANIE

Jeżdżę w rozmiarze XS i mój kombinezon mógłby być, ciut lepiej do mnie dopasowany (aczkolwiek mogę teraz pożerać ciastka i nie bać się, że się w niego już nie zmieszczę). A tak na poważnie – przymierzałam kilka innych kombinezonów i tam gdzie kombinezon był super dopasowany to rękawy i nogawki były zdecydowanie za krótkie, a protektory nie były na swoich miejscach. Zdecydowanie polecam ten kombinezon dla kobiet z dłuższymi rękami i nogami.

Na samym początku, podczas jazdy na torze w kilku sesjach, strasznie cisnął mnie na pachwinie, jednak po kilku wyjazdach ładnie się dopasował. W warunkach drogowych żadnego bólu nie było. Elastyczne panele pod pachami przechodzące na biust, kolejne nad kolanami i duży panel w dolnej części pleców przechodzący na biodra – wszystko to robi genialną robotę podczas przerzucania motocyklem w zakrętach na torze. Istnieje możliwość wypięcia podpinki wykonanej z meshu, którą po upalnym sezonie można spokojnie sobie wyprać. W podpince jedna kieszonka, np. na chusteczki do czyszczenia kasku (wersja oficjalna i profesjonalna), a w tajemnicy powiem że smartfon też spokojnie się mieści.

DESIGN

Astrale jest kobiecy i ma fajnie podkreśloną talię. Minimalne, różowe wstawki nie wkurzają, a widać, że jedzie kobieta jedzie (i trzeba uciekać z drogi haha). Motyw przewodni to gwiazdki, bo w końcu to model Astrale. Znajdziemy je na froncie, garbie i pośladkach (w końcu mogę powiedzieć, że mam kosmiczny tyłek!).

TESTY

Najlepszy test to crash test, a skoro piszę dla Was tą recenzję to znaczy, że kombinezon przeszedł egzamin celująco! Choć sam motocykl nadawał się do kasacji… Prędkość ok. 80-90 km/h i zakręt, a co się zdarzyło, tego dokładnie nikt nie wie i nie wracajmy do tematu (śmiech). Najważniejsze jest to, że ja nie ucierpiałam za bardzo, a kombinezon wymagał tylko lekkiej naprawy (zdjęcia są już po niej). Przetarł się protektor lewego barku i skończyło się tylko na uszkodzeniu stożka rotatorów, jednak bez tej stabilizacji mogłoby skończyć się wyrwanym barkiem.

Inne uszkodzenia to: poprzecierane slidery na łokciach i lekko uszkodzona skóra na prawym łokciu oraz dziura na sterczu na wewnętrznej stronie przedramienia i na szczęście brak obrażeń. Dziura na panelu elastycznym (idealnie na wystającej kości miednicy) skończyła się na malutkim strupku i siniaku dookoła. Zdarty slider na lewym kolanie (ale w końcu po to jest) i lekko uszkodzony rzep. Na koniec porysowany garb i należy podkreślić, że jest on wypełniony wytrzymałą pianką, która w moim wypadku posłużyła jako zabezpieczenie górnego odcinka kręgosłupa. Ze wstydem muszę się przyznać, że „nie miałam czasu” zamówić sobie certyfikowany ochraniacz kręgosłupa, za ok. 99 zł, więc garb bardzo się przydał.

{{ tn(15432) left }}Reasumując, kombinezon Ixon Astrale w skali 1-10 oceniam na 10! W domu zawsze mi mówili, że jeżeli coś ma mnie chronić – to nie można na tym oszczędzać. I tak jest z tym kombinezonem, ale cena 2999 zł chyba mieści się w granicach rozsądku. W tej kwocie otrzymujemy super bezpieczny kombinezon, który będzie nam wiernie towarzyszył przez kilka lat i ratował skórę w różnych opresjach (których lepiej, żeby nie było!).

Justyna Stańdo – https://www.facebook.com/standomotorkutno/

Najnowsze