Motocyklem przez Amerykę Południową: Chile

17 lipca 2013
1
Duży okrągły reflektor, mały silnik, niebieski lakier - moja Yamaha YBR 125 ED, wyprodukowana w Brazylii. Musimy się ze sobą zaprzyjaźnić, bo czekają nas dwa miesiące wspólnej podróży przez drogi i bezdroża czterech krajów Ameryki Południowej. Start w Santiago de Chile.

Jak kupić motocykl?

To wcale nie jest takie trudne, jakby się mogło wydawać. Wystarczy wiedzieć, jakich formalności należy dopełnić przed zakupem. Potrzebujemy numeru RUT, czyli odpowiednika naszego NIPu. Wystarczy pójść do urzędu miasta i chwilkę się po nim pokręcić. Urzędnicy szybko wypatrzą zbłąkanego obcokrajowca i pomogą w wypełnieniu formularza. Wpisujemy imię, nazwisko oraz powód, dla którego aplikujemy o lokalny numer podatkowy. Należy podać jeszcze adres w Chile. W tej podróży korzystamy ze społeczności Couch Surfing, więc w formularzu wpisaliśmy adres, pod którym wówczas się znajdowaliśmy. Nikt nie weryfikuje tych danych i myślę, że wpisanie adresu hostelu, hotelu lub jakiegoś innego miejsca będzie wystarczająco wiarygodne. RUT uzyskaliśmy w pięć minut.

Wybór nie jest łatwy...
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Drugim krokiem jest wybór motocykla i znalezienie odpowiedniego salonu sprzedaży. Po odwiedzeniu chyba wszystkich salonów Yamahy w Santiago załamaliśmy ręce; nikt nie chciał dać nam upustu większego niż pięć procent od ceny katalogowej. A kupując dwa motocykle i płacąc gotówką można spodziewać się większej elastyczności ze strony sprzedawcy. W końcu trafiliśmy do salonu, w którym nikt z pracowników nie chodził w koszulach z firmowym logo, a szef, wielokrotny mistrz zawodów motocrossowych, Victor Marquez, przyjechał do pracy małym skuterkiem. Ceny nie musieliśmy negocjować, bo 9% zniżki dostaliśmy ot tak. Pozostała decyzja dotycząca wyboru maszyn; właściwie to ja sama musiałam podjąć decyzję, czy pojadę na modelu YBR czy XTZ. Ten drugi motocykl to pojazd w typie enduro, smukły i wysoki. Niestety nie dosięgnęłam nogami do podłoża tak, aby spokojnie oprzeć obie stopy. Zaznaczam, że to mój pierwszy motocykl, do tej pory zawsze byłam pasażerem.

Ostatecznie wybrałam YBR­kę, ­ świetną na szosę, trochę nieporadną na szutrowej drodze. I tak, uzbrojeni w dwa motocykle, kaski, namiot, śpiwory i marzenia, ruszyliśmy przed siebie.

Dla tych, którzy planują podobną podróż, zostawiam adres sprzedawcy, u którego kupiliśmy nasze maszyny : VM Motos, Avenida Vitacura 9360, Santiago, www.vmmotos.com

Po zakupie trzeba uzyskać homologację: to dokument, który dostarcza producent, jest niezbędny do przeprowadzenia rejestracji motocykla. My dostaliśmy homologację w dniu zakupu, ale przeważnie trzeba odczekać kilka dni.

Z homologacją i fakturą wystawioną przez sprzedawcę trzeba pójść do urzędu dzielnicy (dowolnej), aby zarejestrować pojazd. Procedura trwa kilkanaście minut, od ręki dostaje się tablice rejestracyjne w liczbie dwóch sztuk na motocykl. W Chile motocykle mają rejestracje przyczepione zarówno z tyłu, jak i z przodu. Koszt rejestracji to ok. 38 000 pesos. W tym samym urzędzie opłaca się ubezpieczenie oraz wyrabia ostatni dokument, czyli dopuszczenie pojazdu do ruchu. To kolejny wydatek, ok. 35 000 pesos. Dokumenty gotowe, można jechać.

... ale w końcu się udało
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

W cieniu Dakaru

Santiago opuściliśmy późnym popołudniem. Odbiór paczki z Polski z naszymi motocyklowymi akcesoriami i pakowanie maszyny zajęło nam pół dnia. W końcu ruszyliśmy.

Ruch na drodze był niemały, a chilijskie drogi to zawsze sporo stresu i zamieszania. Jadą, jak chcą, nie używając kierunkowskazów, albo używają ich na odwrót. Słoma, siano, słoma siano....w szkole chyba nie uczyli, która ręka prawa, która lewa.

Ruszanie spod świateł, udręka nad udrękami, sprzęgło odpuszczałam za szybko, wiadomo, brak wprawy; silnik szarpał i gasł, a ci z tyłu trąbili. Nie ujechaliśmy dużo tego dnia, wjechaliśmy na jedną przełęcz i zaczęło się ściemniać. W poszukiwaniu noclegu trafiliśmy do przydrożnej pizzerii pana Didier, podróżnika i motocyklisty. Namiot rozstawiliśmy w jego ogrodzie, a rankiem zjedliśmy wspólne śniadanie. Dom naszego gospodarza pełen był pamiątek z dalekich podróży. Didier korzystał z nieobecności żony i zaprosił kolegów. W chilijsko-­francuskim towarzystwie rozprawialiśmy o Dakarze, a nasi rozmówcy okazali się nie tylko miłośnikami rajdu, ale także jego regularnymi uczestnikami ­- nie jako zawodnicy, ale obsługa techniczna. Obejrzeliśmy książkę ze zdjęciami z ostatniej edycji rajdu, pochylając się ze smutkiem nad sfotografowanym z każdej strony wypadkiem Krzysztofa Hołowczyca. A potem ruszyliśmy w dalszą drogę, do Valparaiso.

W zakręconych uliczkach

Bocznymi drogami, małymi miasteczkami i autostradą -­ dojazd do Valparaiso zajął nam cały dzień. Tuż przed zachodem słońca nasze motocykle zaparkowały nad morzem. Robiło się ciemno i zimno, a ruch na ulicach wcale nie ustawał. Był rozszalały tak samo jak w godzinach szczytu; samochody i autobusy sunęły wartkim nurtem. Klakson w Chile jest w powszechnym użyciu. Trąbi się nieustannie, najczęściej bez przyczyny. Bo tak i już. Kierowcy widzą tylko i wyłącznie swój własny kierunek, więc korek często tworzy się z aut jadących w różne strony, ale nie tak, jak trzeba.

Valparaiso - miasto z klimatem, chociaż zaniedbane
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

W takich warunkach początkująca motocyklistka, której przy różnych okazjach gaśnie silnik albo motocykl niebezpiecznie przechyla się to na prawo, to na lewo, może się naprawdę nieźle wystraszyć. Ale najgorsze... ale to za chwilę.

Valparaiso to miasto pełne wąskich, stromych i krętych uliczek, wśród których dobrze czują się wszystkowiedzący taksówkarze, a zmotoryzowani turyści mają problem. Łatwo się zgubić, łatwo też stracić kontrolę nad pojazdem.

W Valparaiso również skorzystaliśmy z Couch Surfingu. O ile nasza gospodyni, studentka lokalnego uniwersytetu, wydała nam się miła, tak jej mieszkanie, a właściwie dojazd do niego, okazał się wyzwaniem nie dla amatora motocyklowej jazdy, ale dla starego wyjadacza. Było stromo, były zakręty i inne niezbyt miłe niespodzianki.

Plagą Chile są bezpańskie psy, które zasiedlają miasta i wsie, włócząc się bez celu. Na ogół są spokojne, ale dźwięk motocyklowego silnika potrafi je rozwścieczyć. I takie właśnie wściekłe psy zaatakowały mnie, kiedy moją dzielną Yamahą forsowałam stromą uliczkę. Dodałam gazu i psy zostały w tyle, ale dla niedużego silnika było niestety za ciężko. Za dużo emocji jak dla małego motocykla. A dla kół za stromo. Bach, brzdęk, pac i bęc na prawą burtę w krzaczek.

Nikomu nic się nie stało, ani mnie, ani maszynie, ale przekonaliśmy się, że nasza gospodyni podała trasę dojazdu w bardzo zawiły sposób. Można było dojechać prościej i bez przygód. Trudno, pierwsze koty za płoty.

Kolejnego dnia motocykle odpoczywały, a my zwiedzaliśmy Valparaiso. Miasto jest bardzo zaniedbane, część domów wykonano z lichych materiałów, więc dla zabezpieczenia obito je jeszcze blachą falistą, która stała się znakiem rozpoznawczym Valparaiso.

W Valparaiso jest stromo
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Miasto jest położone na wzgórzach i w związku z tym przemieszczanie się po nim jest dość wyczerpujące. Aby ułatwić mieszkańcom codzienne zmagania w stromych uliczkach, zbudowano elewatory, zewnętrzne windy, które przewożą pasażerów w górę lub w dół.

Valparaiso ma klimat, nie mogę mu tego odmówić. Jednak nie mogę się też do tego miasta przekonać i ilekroć o nim myślę, zawsze mam mieszane uczucia. Miasto jest brudne. Zabrudzone są chodniki, psie kupy zdobią absolutnie wszystkie ulice, budynki są zaniedbane lub całkowicie zniszczone, niektóre z nich wyglądem przypominają slumsy. W Valparaiso odnowiono tylko jeden fragment miasta, ten, do którego przyjeżdżają autokarami zagraniczni goście. Są tam hoteliki, kawiarnie, restauracje i butiki. Warto zwrócić uwagę na murale; nie jest to żadna wandalizująca graficiarska tandeta, ale prawdziwe malowidła, z pomysłem i rozmachem.

Z widokiem na Andy
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

W Valparaiso potwornie zmarzliśmy. W tej części świata jest już właściwie jesień. Odpaliliśmy nasze wehikuły i zaczęliśmy wyścig z pogodą. Na północ!

Wystarczyło wyjechać poza duże miasta i zatłoczone drogi, a otworzył się przed nami zupełnie inny krajobraz: Kordyliera, czyli łagodne, co nie znaczy niskie, góry, porośnięte kępkami krzaków. Krajobraz spalony słońcem, pylisty, suchy, ale jakoś dziwnie znajomy. W tych górach odbijają się Bieszczady, z daleka widać połoniny, ich niepokryte lasem nagie szczyty. W mijanych malutkich wioskach odnajduję zupełnie inny znany mi klimat ­- polska wieś beskidzka, niskie domki, drewniane okiennice, cisza i bezruch. Naprawdę nic się nie dzieje, tylko szum motocyklowego silnika miesza powietrze.

Obozowisko
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Popołudnie miało się już ku końcowi, kiedy z asfaltu wjechaliśmy w szutrową drogę. Wśród pagórków, daleko od szosy, rozbiliśmy nasz namiot i rozpaliliśmy ogień. Okrągła tarcza księżyca doświetlała naszą polankę.

Pierwsze promienie słońca w Chile nie dają ciepła. Trzeba trochę poczekać, oswajając się z temperaturą. Zmarzniętymi, zgrabiałymi dłońmi spakowaliśmy nasz dobytek i pojechaliśmy dalej szutrową drogą. To była moja pierwsza szutrowa droga i równocześnie bardzo trudna do pokonania. Kółka mojego motocykla nie lubią kamieni ani niepewnie utwardzanej drogi z tarką, którą po sobie zostawiła jakaś maszyna. Razem z niebieską Yamahą kładłyśmy się w ten kamienisty dukt aż trzy razy. A to dopiero początek przygody z szutrem. Będzie więcej! I częściej!

Ten dzień przyniósł także jeszcze jedno drogowe zdziwienie ­ tunele, pozostałości dawnej kolei transandyjskiej, niewykończone, wyrąbane w skale, nieoszlifowane, dostosowane do wysokości pociągu. Echo w takim tunelu odbija się od surowych ścian i wraca do uszu ze zdwojoną siłą.

Przełęczą w dół
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Kolejne dni podróży przez Chile wyglądały podobnie. Chłodny poranek, który nieśpiesznie przechodził w słoneczny dzień. Drogi, którymi się poruszaliśmy, raz szerokie asfaltowe, ciągnące się nieskończenie ku horyzontowi, raz pyliste, wymagające ciągłej kontroli prędkości i wielkiego skupienia. Nasze noclegi ­ w namiocie, schowani gdzieś za skałą, drzewem, w korycie wyschniętej rzeki, zawsze tak, aby nie być widocznym, choć pewnie byliśmy obserwowani przez setki par oczu owadzich, gryzonich i ptasich.

Codziennie nocne niebo rozświetlała pełnia księżyca. Spaliśmy spokojni, w całkowitej ciszy. Nie zdarzyło się nic. No, rano czasem zajrzał do nas ciekawski osiołek. A tyle się naczytałam, że ta Ameryka Południowa jest taka niebezpieczna.

Przez drogi różne i miasta nieduże dotarliśmy do Ovalle na pierwszy przegląd naszych maszyn po przejechaniu 1000 kilometrów. Jose, mechanik Yamahy, policzył za usługę połowę normalnej stawki, czyli ok. 30 000 peso. Spodziewaliśmy się znacznie większego wydatku. Jose zmienił olej, poprawił łańcuchy, sprawdził opony i jeszcze umył nasze motocykle. Ruszyliśmy ku granicy chilijsko-­argentyńskiej. Wybraliśmy sobie jeden z trudniejszych wariantów ­ Paso Aqua Negra, czyli przełęcz o wysokości 4880 m n.p.m.

Pojechaliśmy więc (z noclegiem w winnicy obok miasteczka Vicuña) ku chilijskiemu przejściu granicznemu. Z powodu braku ubezpieczenia międzynarodowego, które musieliśmy dokupić, dotarliśmy na przejście już po jego zamknięciu, czyli koło godziny osiemnastej. Nie pozostało nam nic innego, jak za zgodą celników rozbić namiot niedaleko budynku odpraw.

I w dół
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

O ósmej rano kolejnego dnia, zwarci i gotowi, zameldowaliśmy się na przejściu. Kontrola paszportów odbyła się bez problemów. Dostaliśmy stemple wyjazdowe. Ale kontrola dokumentów naszych pojazdów... pierwszy zgrzyt. Choć mieliśmy faktury, rejestracje, ubezpieczenia, dopuszczenie pojazdów do ruchu, homologację oraz RUT i adres w Chile... granicy za pierwszym podejściem nie udało nam się pokonać. Celnik uznał, że brakuje nam notarialnego oświadczenia, że motocykle do Chile wrócą i nie zostaną sprzedane gdzieś po drodze. Nawet zamachał nam przed oczami stosownym paragrafem. Zzielenieliśmy ze złości. No, jak to? Nikt nam o tym wcześniej nie wspomniał, żaden urzednik nie pisnął ani słowem, nie mieliśmy pojęcia, że brakuje jakiegoś papieru. Celnik nie dał się ubłagać. Wsiedliśmy na motocykle i wróciliśmy do Vicuñi (a to było po 84 kilometry w jedną stronę), żeby wepchnąć się w kolejkę w kancelarii notarialnej (jedyna w tym mieście, dobrze, że była otwarta) i łamaną hiszpańszczyzną wyjasnić, o co chodzi, podpisać się, zostawić odcisk kciuka i z właściwym dokumentem jeszcze tego samego dnia stawić się na granicy ponownie.

Za drugim razem się udało. Wyjechaliśmy z Chile.

Przed nami pojawiło się niebagatelne wyzwanie: wdrapać się naszymi motocyklami na wspomniane wcześniej cztery osiemset. A silniczki małe, a tlenu na takiej wysokości nie za wiele. Pełni obaw, że będzie trzeba wprowadzać w życie tajną technikę jazdy “pchaj or die”, ruszyliśmy ku szczytom. I co? I te bezczelne Yamahy poszły jak burza! Co im tam góry i chmury, to one rządziły na tej drodze (szutrowej oczywiście).

Celnik na granicy
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Drapaliśmy się w górę, a nad Andy nadciągał mrok. Na sekundę przed zapadnięciem całkowitej ciemności osiągneliśmy przełęcz. A na niej żywego ducha. Krajobraz jak z Księżyca, a na dodatek wzmagający się, zimny wiatr. Posterunku argentyńskiego nie było. Za nami ponad 80 kilometrów pasa ziemi niczyjej. Przed nami droga w dół, w noc, ku przepaściom. Zaczęliśmy bardzo powoli i ostrożnie zjeżdżać, ale już po kilkuset metrach uznaliśmy, że nie ma to żadnego sensu i że dalsza jazda nie wiadomo dokąd to pewna śmierć. Zatrzymaliśmy się więc w miejscu, które sprawiało wrażenie bezpiecznego i osłoniętego od wiatru (jakże się pomyliliśmy). Wiatr szalał, a my z całych sił walczyliśmy, żeby nie porwał nam namiotu. Sypialnię rozbiliśmy, gdy na kilka chwil przestało wiać. Tropik udało się założyć w czasie kolejnego “okna pogodowego”. Wpakowaliśmy się w śpiwory, ubrani we wszystkie ciepłe ciuchy. Wiatr nie miał wstydu, szalał i szarpał naszym namiotem, który pod jego wpływem niebezpiecznie wyginał się raz w prawo, raz w lewo. Leżeliśmy skuleni, zasunięci po nosy w śpiworach, nic do siebie nie mówiliśmy, próbowaliśmy jakoś usnąć. I wtedy usłyszeliśmy czyjeś kroki i dźwięk rozsuwania namiotowego zamka...

Kiedy tak w niepokoju czekacie na dalszy ciąg zdarzeń na przełeczy w Andach, napiszę o sprzęcie, którego używam w tej podróży.

 

Kask

Uvex Boss 525, bardzo wygodny kask z dobrą wentylacją, minusem jest szybka; lekko przyciemniana niestety nie chroni przed ostrym popołudniowym słońcem, a po zmroku lepiej ją otworzyć. Szybka do wymiany.

 

Chusta tuba Buff

Chusta na szyję, którą zakładam codziennie. Osłania szyję, a jeśli zdejmuję kask i jest chłodno, to jednym ruchem przesuwam ją na głowę, aby chroniła czoło i uszy. Łatwo się pierze i szybko schnie. Trwała.

 

Strój motocyklowy duńskiej firmy Macna, niestety nie pamiętam modelu, możecie zobaczyć na zdjęciach.

Kurtka dopasowuje się do figury; porządne ochraniacze łokci oraz wyjmowana docieplająca kurtka wewnętrzna. Nie krępuje ruchów. Minusy to ochraniacz pleców - kawałek karimaty, kiepska wentylacja i płytkie boczne kieszenie.

Spodnie. Wygodne i odporne na ścieranie, z podpinką, podobnie porządne ochraniacze kolan. Minusem jest wentylacja, ponieważ spodnie rozszerzają się u dołu nogawki, przypominając dzwony, ­a zapięcie nogawek na rzepy jest bardzo złym rozwiązaniem, nogawki się same otwierają.

Kurtkę i spodnie można połączyć zamkiem błyskawicznym.

 

Obuwie
Buty trekkingowe Scarpa Lite Trek. Kupione trzynaście lat temu, nie do zdarcia.

 

Rękawice

BMW GS Pro. Wygodne i dobrze dopasowane, choć to męski model. Dobre czucie, ciekawy design. Nie grzeją.

Rzeczy dodatkowe.
Polar, prawdopodobnie grubość 200, kupiony w Chile. Ciepły, miły i mieści się pod kurtką.

Koszulki bawełniane, zwykłe. Szybko schną, zajmują mało miejsca.

Nie korzystam z bielizny termicznej.

 

Wyposażenie biwakowe:

- mata samopompująca Thermarest. Oczywiście trzeba ją napompować, kiedy się rozwinie i rozprostuje. Podobno niezniszczalna. Lekka, nieduża, miękka.

- śpiwór puchowy Millet. Bardzo dobry i cieply śpiwór z kieszonką na stopy.

-prześcieradło podróżne Cocoon z bawełny egipskiej. Idealne w tropiki, aktualnie stosuję jako wkładkę śpiworową. Chroni śpiwór przed zabrudzeniem i stanowi dodatkową warstwę izolacyjną. Bardzo lekkie.

-dmuchana poduszka Cocoon. Same plusy. Lekka, mała i można ją napompować w zależności od potrzeb. Im mniej powietrza w poduszce, tym lepsze dopasowanie w trakcie snu (moja praktyka).

-plecak Deuter Futura, pojemność 32 litry. Siatka od strony pleców zapewnia wentylację, dwie boczne kieszenie, dwie kieszenie w klapie, jedna mała kieszonka w pasie biodrowym, płaska kieszeń z przodu, dwie komory wewnątrz plecaka. Lekka konstrukcja. Odczepiany pokrowiec. Plecak na motocyklu udaje torbę:).

Chile. Wiadomości praktyczne

Aby wjechać do Chile na 90 dni nie potrzebujemy wiz, jednak przepisy dotyczące wwozu roślin, zwierząt czy jedzenia są bardzo restrykcyjne. Wwóz takich towarów trzeba zadeklarować w specjalnym formularzu. Brak deklaracji może skutkować karą pieniężną.

Piknik na skraju drogi
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Chile jest droższe od Polski. Trudno tutaj zaoszczędzić, zwłaszcza na jedzeniu i transporcie. Transport publiczny w Santiago to zawsze spory wydatek. Jeden przejazd autobusem lub metrem to ok. 4 PLN.

 

Przykładowe ceny:
jogurt ­ od 125 peso
pół kilo pieczywa ­ ok. 700 peso
jedno średnie awokado ­ 600­700 peso

butelka soku pomarańczowego ­ 1000 peso ­

znaczek na pocztówkę ­ 2000 peso
litr benzyny ­ ok. 6 PLN, czyli drogo

 

1000 peso = ok. 7 PLN

 

Przed ceną podaje się symbol $, ale nie oznacza to, że cena jest w dolarach. Cena jest w lokalnej walucie, tylko zapis jest mylący.

 

Co trzeba zjeść/wypić:

-awokado ­ chilijskie, dogrzane ciepłym słońcem jest najlepsze na świecie

 

-drink o wdzięcznej nazwie trzęsienie ziemi: owocowy alkohol z lodami, które trzeba sobie wmieszać w napój. Jeden kubek wystarczy, żeby zakręciło się w głowie.

 

-pisco ­w wersji cierpko­-kwaśniej. Oryginalnie pochodzi z Peru, ale Chilijczycy uznali je za swoje. Zawsze podawane jest w wysokich kieliszkach do białego wina.

 

-wino, wino, wino.... Chile z tego słynie. Sklepowe półki uginają się od różnych gatunków win, zaś każdy szanujący się Chilijczyk będzie umiał o winie opowiedzieć i doradzić.

 

W Chile policja cieszy się ogromnym szacunkiem. Nie wolno proponować żadnych łapówek! Policjanci, choć służbiści, są bardzo przejęci swoją rolą, zawsze odpowiedzą na pytania i chętnie pomogą. Próba przekupienia ich będzie obrazą munduru i człowieka równocześnie. Chile jest raczej bezpiecznym krajem. Ludzie są otwarci i pomocni, bardzo przyjaźni dla turysty. Dla siebie nawzajem są raczej oschli i dość oficjalni.

Wolność!
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Po hiszpańsku Polska to Polonia. Nasz kraj jest kojarzony przede wszystkim z papieżem Janem Pawłem II. Chiljczycy dobrze znają osobaę papieża Polaka i bardzo go lubią. Spotkałam się nawet z takimi sytuacjami, w których ktoś na wiadomość, skąd jestem i że z kraju Jana Pawła II­, bardzo się wzruszał.

Noclegi w Chile nie są tanie. W Chile korzystałam z Couch Surfingu, zaś w hoteliku prowadzonym przez chilijską rodzinę skorzystałam raz w mieście La Serena. Koszt jednego noclegu oscylował w granicach 50 USD.

Pozostałe noce spędziliśmy w namiocie, rozstawianym tak, aby nie było widać ani nas, ani motocykli. Było spokojnie i cicho i nic nam się nie stało.

Przewodniki podają, że tani nocleg to wydatek ok. 8000 peso, ale za osobę. Niestety realia są inne niż to, co opisano np. w Lonely Planet. Cena za osobę to jakieś 10 000 peso, czyli ok. 70 PLN.

Psy ­- wspominałam o nich wcześniej. Jest ich naprawdę bardzo dużo, przeważnie są spokojne, ale lepiej uważać. Zarówno na wsi, jak i w miastach potrafią zaatakować motocyklistę. Ja po prostu lekko dodaję gazu i uciekam, ale raz jeden psiak był szybszy ode mnie i złapał mnie za but. Nie bolało, ale nie było miłe. Radzę zachować ostrożność.

W czasie podróży przez Chile Adam złapał gumę. Ostry kolec przebił dętkę. Motocykl został załadowany na pakę samochodu, którego kierowca okazał się wspaniałym i pomocnym człowiekiem, i pojechaliśmy do wulkanizatora. Cena naprawy to 4000 peso. Po tym zdarzeniu kupiliśmy preparat o nazwie Slime i wpuściliśmy go w dętki naszych motocykli. Preparat wzmacnia dętkę i dzięki temu dużo trudniej o awarię. Bardzo dobry zakup.

W Santiago jest zagłębie sklepów motocyklowych oraz punktów z moto akcesoriami. Mieści się przy ulicy Lira, jednak większość towarów to masowa chińska produkcja, trudno kupić coś porządnego, np. kufer.

Warto poznać podstawy hiszpańskiego, po angielsku mało kto będzie nas rozumiał.

    Komentarze

    MartaS
    09 grudnia 2018 13:39
    Super artykuł. Nadal intryguje mnie jednak.. kto rozsunął ten zamek w namiocie? :)
    Jaka cena motocykli?