Motocyklami w Nowej Zelandii: Marta Cwalina-Śliwińska i Łukasz Śliwiński

Marta Cwalina-Śliwińska i Łukasz Śliwiński dzielą się wrażeniami z podróży motocyklowej po Nowej Zelandii.

Marta Cwalina-Śliwińska i Łukasz Śliwiński
fot. Marta i Łukasz, swiatzbliska.pl

Marta i Łukasz w życiu i w podróżach przede wszystkim nie chcą żałować, że czegoś nie spróbowali. Dlatego ciągle szukają okazji do poznania i przeżycia czegoś nowego. Ich ostatnia przygoda to 11-miesięczna podróż dookoła świata zorganizowana na własną rękę, którą opisują na blogu  www.swiatzbliska.pl

Z nami dzielą się swoimi wrażeniami z Nowej Zelandii, którą zwiedzali motocyklami.

Więcej o kobietach w podróżach motocyklowych przeczytasz tutaj.

Od jak dawna jeździcie na motocyklach?
Tak naprawdę nasze doświadczenie w jeździe na motocyklach ogranicza się do kursu na prawo jazdy zrobionego przed wyjazdem w roczną podróż dookoła świata, oraz kilku tysięcy kilometrów przejechanych właśnie przez Nową Zelandię, która była jednym z etapów tej wyprawy. Możemy więc śmiało przyznać, że zdecydowanie bliżej nam do motocyklowych żółtodziobów niż do pogromców szos na dwóch kółkach. Dodamy jeszcze, że egzamin na kategorię A zdaliśmy na trzy tygodnie przed wyjazdem, a dokumenty z wpisanymi już uprawnieniami odbieraliśmy dosłownie na kilka dni przed wylotem. W tej naszej motocyklowej przygodzie mamy więc od samego początku naprawdę bardzo dużo szczęścia.

Gejzery Wai-O-Tapu
fot. Marta i Łukasz, swiatzbliska.pl

Co skłoniło was, aby Nową Zelandię zwiedzać na dwóch kółkach?
Zainspirowali nas znajomi, którzy kilka lat temu przejechali ten kraj na rowerach. Byli zachwyceni wolnością jaką daje podróżowanie na dwóch kółkach i tamtejszą naturą, która odbierana z takiej perspektywy jest jeszcze piękniejsza. My stwierdziliśmy, że rowerowy wycisk to nie dla nas, ale idea podróży na dwóch kółkach została nam w głowach. Tak właśnie zrodził się pomysł podróżowania na motocyklach.

W jaki sposób weszliście w posiadanie motocykli, którymi podróżowaliście po Nowej Zelandii?
Z kupnem i sprzedażą motocykli w Nowej Zelandii nie ma najmniejszych problemów, bo biurokracja jest minimalna, a ofert dużo. Najlepiej szukać ich na portalu trademe.co.nz będącym czymś w rodzaju naszego allegro. W większych miastach, takich jak na przykład Auckland lub Christchurch, można się również wybrać do dealerów, którzy w swojej ofercie mają także używane maszyny. My nasze Suzuki GN250 kupiliśmy właśnie w takim miejscu. Dzięki temu nie musieliśmy się w ogóle martwić o rejestrację czy techniczne badania bo o wszystko zadbał sprzedawca.

Czy wasze motocykle były od razu gotowe do drogi, czy może musieliście wprowadzać jakieś modyfikacje?
Ponieważ na znalezienie pojazdów na miejscu chcieliśmy poświęcić jak najmniej czasu, żeby nie tracić cennych dni podróży,  już kilka tygodni przed przyjazdem do Auckland sprawdziliśmy w Internecie co jest dostępne. Dzięki temu, po dotarciu do Nowej Zelandii oglądaliśmy już tylko te motocykle, które nas interesowały. Jednym z najważniejszych elementów, na które zwracaliśmy uwagę w wyposażeniu, był stelaż na bagaże. Potrzebowaliśmy przecież zamontować do czegoś nasze  dwa małe i dwa duże plecaki, z którymi podróżowaliśmy. A ponieważ dość szybko udało nam się znaleźć maszyny z takimi dodatkiem, nie musieliśmy nic w nich zmieniać.

Transport Marty i Łukasza w Nowej Zelandii
fot. Marta i Łukasz, swiatzbliska.pl

Ile kilometrów przejechaliście waszymi maszynami i jaka była wasza pierwsza myśl, kiedy uświadomiliście sobie ile drogi przed wami?
Podczas siedmiu tygodni spędzonych na obu wyspach Nowej Zelandii przejechaliśmy ponad 4200 kilometrów. Szczerze mówiąc nie od razu wiedzieliśmy, że tyle przejedziemy bo przed wyruszeniem mieliśmy tylko zarys trasy, a nie szczegółowo zaplanowane odcinki. Natomiast jeśli chodzi o pierwszą myśl po tym jak już odebraliśmy maszyny od dealera, ubraliśmy się w stroje ochronne, założyliśmy kaski i rękawiczki to musimy przyznać, że nie było to radosne „Hurra!”. Nie dość, że na motocykle wsiedliśmy pierwszy raz od czterech miesięcy po zrobieniu prawka, to jeszcze musieliśmy od razu przestawić się na ruch lewostronny i przejechać z ruchliwego centrum Auckland na jego obrzeża do miejsca, w którym zatrzymaliśmy się na noc. Jechaliśmy wtedy co najwyżej 40 km/h, ale dzięki temu bez problemów dotarliśmy do pierwszego celu. Potem, w zależności od pogody i trudności trasy, pokonywaliśmy od 100 do 200 km dziennie (dla porównania doświadczeni motocykliści robią tam nawet 400-500 km jednego dnia) i tak uzbierało nam się te kilka tysięcy.

Jak się jeździ po tym dalekim kraju? Przypuszczam, że drogi mają świetne, ale czy da się odbić od głównego szlaku i pojechać motocyklem po mniej uczęszczanych ścieżkach?
Rzeczywiście drogi są świetne i, poza dużymi miastami, bardzo mało uczęszczane. Ponieważ my jeździliśmy głównie mniej ruchliwymi trasami, często zdarzały się takie dni, w których w ciągu godziny mijało nas tylko kilkanaście samochodów. W takich warunkach jazda to naprawdę sama przyjemność. Można jechać z taką prędkością z jaką się chce, podziwiać widoki dookoła i zatrzymywać się w dowolnym miejscu pobocza, żeby porobić zdjęcia. Świetną pomocą w wyborze drogi był motocyklowy atlas Nowej Zelandii kupiony na miejscu, który bardzo dokładnie opisywał trasę i oceniał jej atrakcyjność zarówno pod kątem scenerii, jak i poziomu trudności. Najtrudniejsza trasa jaką pokonaliśmy miała odcinek, na którym przez 56 km były tylko zakręty. Był to nasz motocyklowy Everest, po którym odstawiliśmy maszyny na jakiś czas, żeby po prostu od nich odpocząć.

Nowa Zelandia, choć geograficzne bardzo nam odległa, kojarzy się z m.in. z ekranizacją powieści Władca Pierścieni. Co was w tym kraju najbardziej urzekło?
Natura jest rzeczywiście niesamowita. Oprócz gór, lasów, jezior czy rzek, a więc zwykłych okoliczności przyrody, można tam znaleźć również lodowce, fiordy, jaskinie, wulkany, gejzery, piękne plaże i dzikie wysepki. A wszystko to otoczone bezkresnym oceanem. Nic więc dziwnego, że Nowa Zelandia jest często określana jako świat w pigułce. Ale nas najbardziej zachwyciła sama podróż. Tak jak wspomnieliśmy, były to nasze pierwsze kilometry w samodzielnej jeździe na motocyklach (wcześniej poruszaliśmy się tylko po ulicach Warszawy z instruktorem „na plecaku”), więc radocha jaką mieliśmy z tej formy zwiedzania była nie do pobicia.

Jezioro Wanaka
fot. Marta i Łukasz, swiatzbliska.pl

Jak Nowozelandczycy reagują na podróżników na motocyklach? Czy mają pojęcie, gdzie leży Polska i czy wiedzą coś o naszym kraju?
Nasza motocyklowa podróż wzbudzała spore zainteresowanie wszędzie tam, gdzie się zatrzymywaliśmy, czy to na krótką przerwę czy na nocleg. Bardzo pozytywne emocje wzbudzało już samo to, na jakich maszynach jeździliśmy bo, jak się okazało, na Suzuki GN 250 Nowozelandczycy często uczą się jeździć. Kiedy więc mówiliśmy, że my na tych „błyskawicach” jedziemy przez cały ich kraj, pytaniom nie było końca. Często też trąbiły na nas wyprzedzające nas samochody, a o tym, że są to przyjazne „obtrąbienia” w podziękowaniu za ustąpienie miejsca na drodze, dowiedzieliśmy się dopiero po jakimś czasie. Jeśli zaś chodzi o wiedzę Nowozelandczyków o naszym kraju to trudno powiedzieć, ale skojarzenia z Polską mają raczej dobre. My w każdym razie spotkaliśmy się z samymi pozytywnymi reakcjami.

Co polecacie zobaczyć w Nowej Zelandii? Co jest takim absolutnym hitem tego kraju, bez którego nie można się obejść?
Oprócz pięknej natury i Władcy Pierścieni Nowa Zelandia słynie też ze sportów ekstremalnych. To tutaj ktoś po raz pierwszy skoczył z mostu na bungee i to podobno w tym kraju rocznie oddaje się najwięcej komercyjnych skoków spadochronowych. Oprócz tego można wybrać się na lot widokowy szybowcem, helikopterem, małym samolotem, popływać wśród skał motorówką rozwijającą prędkość prawie 90km/godz., czy powiosłować kajakiem po morzu. Poszukiwacze adrenaliny mają tu naprawdę duży wybór.

Jaką podróż macie w planach na najbliższą przyszłość i czy ponownie odbędzie się ona na motocyklach?
W najbliższą podróż wybieramy się już niedługo do Norwegii gdzie naszym celem jest zobaczenie zorzy polarnej. Ponieważ w czasie kiedy tam będziemy nadal będzie zima, a słońce wychodzi zza horyzontu tylko na kilka godzin, naszym transportem tym razem nie będą motocykle. Ale może kiedyś…

A czy widzieliście kiwi?
Tak, kiwi widzieliśmy w jednym z centrum ochrony tych ptaków i musimy przyznać, że jest to dość komiczny ptak, który chodzi tak jakby się cały czas skradał.

Dziękujemy za rozmowę!
My również.

Droga do Mount Cook
fot. Marta i Łukasz, swiatzbliska.pl

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wszyskie pola są wymagane do wypełnienia.

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze