Moto-zawody: kobieta za kierownicą auta pomocy drogowej

04 września 2014
Iwona Hołyk-Truszkowska jest kierowcą zawodowym, a od 6 lat wraz z mężem udziela pomocy na drodze, zajmuje się przewozem pojazdów i osób. Rozmawiamy z nią o blaskach i cieniach tego zawodu.
Loading module...

Pani Iwona Hołyk-Truszkowska. Kobieta za kierownicą auta pomocy drogowej.

fot. z archiwum Iwony Hołyk-Truszkowska

Pani Iwona Hołyk-Truszkowska z mężem pracuje w firmie "JUMBO PHU , Pomoc Drogowa -Adam Truszkowski", którą założono w 1980 roku.

Skąd pomysł na pracę w pomocy drogowej?

Na początku byłam pracownikiem biurowym w firmie mojego teścia, która zajmuje się pomocą drogową. A, że lubię jeździć autem (nie ważne jakim, czy małym czy dużym) i tego się nie boję, to.... okazja sama się przytrafiła. Jeden z kierowców odszedł i trzeba było szybko kogoś szukać - wsiadłam i pojechałam. Od tamtej pory minęło, już od 6 lat w zawodzie.

Czy trudno było pracować w nowym zawodzie? Jest jakieś szkolenie i egzamin?

Szkolenie nie było mi potrzebne, bo od 18-stu lat ten zawód i wszystkie jego aspekty są w naszej rodzinie. Musiałam jedynie zrobić badania psychotechniczne i lekarskie, a że auto pomocy drogowej mam do 3,5 tony - to jeździłam nim na kategorii B. W zeszłym roku poszłam jednak na kurs prawa jazdy C+E i kwalifikację ze środków unijnych. Więc… jestem już kierowcą zawodowym!

Co na początku nowej pracy sprawiało Ci największe problemy?

Problemów, jako takich nie mam. To nie te czasy, kiedy mój mąż musiał jeździć do wypadków śmiertelnych i wszystko widział. Teraz wysyłani jesteśmy „na gotowe", czyli jak już jest posprzątane po wypadku i zabieramy tylko auto, bez zbędnych widoków.

Jakie trzeba zachować zasady bezpieczeństwa przy zabieraniu pojazdu?

Bezpieczeństwo to przede wszystkim: kamizelka, oświetlenie, pasy mocujące i rękawiczki (zawsze mam pomalowane paznokcie i szkoda mi ich (śmiech)). Jeśli jedziemy na kolizję (zazwyczaj jeżdżę z mężem) i jest tam policja, to spoko - oni nam robią miejsce, pomagają itp.... Ale, jak jesteśmy sami i musimy zablokować pas - to zazwyczaj się zaczyna - trąbienie i wyzwiska. Ludzie się spieszą, ja to rozumiem, ale my nie jesteśmy na spacerku, tylko w pracy. Uwijamy się, jak tylko można najszybciej. Kierowcy nie myślą wtedy, że taka sytuacja mogłaby i ich dotyczyć, ale cóż... kultura. Szkoda tylko, że przy policji tak nie „kozaczą”.

Czy zdarzyły Ci się jakieś groźne sytuacje?

Jeszcze nigdy (odpukać) nie miałam kolizji i nie uszkodziłam auta klienta. Oczywiście jesteśmy ubezpieczeni na taką ewentualność.

A czy są sytuacje, kiedy brakuje Ci „męskiej siły” w tej pracy?

Moje auto ma najazd i wyciągarkę hydrauliczną, więc wszystko odbywa się na pilocie. Oczywiście zdarzają się często sytuacje, że zablokowana jest skrzynia biegów, hamulec ręczny, czy coś tam innego i trzeba się napocić. Jednak jestem o tyle w komfortowej sytuacji, że mam męża, który wówczas się tam wygina na zewnątrz, a ja… pani kierowca (śmiech)... siedzę w ciepłej (lub klimatyzowanej) kabinie i moim zadaniem jest kontrolowanie auta, podjechanie na styk, zabezpieczenie.

Zawsze możesz liczyć na wsparcie męża?

We dwoje szybciej, wygodniej, no i bezpieczniej. Tym bardziej, że to taka praca - nie wiem, czy wychodząc z domu - wrócę za jedną czy za 30 godzin? Ostatnio pojechaliśmy (niby) tylko uruchomić auto, ale się nie udało i klientka zażyczyła sobie, by zawieść je do Białegostoku. A my nie „świrujemy”, bierzemy hotel i kupujemy przybory toaletowe, jeśli nie mamy szansy wrócić na chwilkę do domu. Często jeździmy w trasy, więc to naprawdę bezpieczne i wygodne, że jesteśmy oboje.

Spędzasz z mężem wiele czasu, czy wspólna praca bywa przyczyną spięć? Czy wprost przeciwnie – dzięki temu, świetnie się rozumiecie?

Jesteśmy naprawdę zgrani i nadajemy na tych samych falach. Jeśli nie mamy ochoty, to się nie odzywamy do siebie. Bywa, że się kłócimy (dokładniej to ja się drę, a Darek słucha lub nie - raczej „się wyłącza” (śmiech)) - bo czasami potrzebne jest „oczyszczenie atmosfery”. Ludzie się dziwią, że my tak razem non stop - a my to lubimy! Mąż pojechał na majowy weekend, sam z dziećmi nad jezioro, a ja zostałam w domu - odpocząć mieliśmy od siebie i „zresetować się”. Nic z tego! Już w pociągu wysyłaliśmy do siebie sms-y, aż mnie palce bolały. A w domu.... pusto, cicho, nawet kot stwierdził, że coś jest nie tak i darł się na mnie (śmiech). Po 3 dniach rozłąki nie mogliśmy się sobą nacieszyć - oboje jesteśmy „tacy popaprani” (śmiech). Czasami mówię, że zatrudnię się na tirach (bo to moje marzenie), ale muszę jeszcze, co najmniej 5 lat poczekać, aż syn będzie pełnoletni (śmiech). Wtedy zapakuję się i pojadę na 3 tygodnie - sama!!! To takie ciche marzenie, ale wiem, że nie do spełnienia - bo gdzie ja bym wytrzymała, tyle czasu bez mojej rodzinki?

Pani Iwona Hołyk-Truszkowska

fot. z archiwum Iwony Hołyk-Truszkowska

Tak serio, to mam wspaniały kontakt z dziećmi - jesteśmy zgraną rodziną! Nasza córka w tym roku kończy 18 lat i zawsze mogę na nią liczyć. To taka moja „kumplo-córa”, mówimy sobie wszystko i mam do niej pełne zaufanie (nawet od 15-go roku życia ma dostęp do mojego konta!). Syn ma 12 lat i jest naszym "małym" chłopczykiem, uwielbiam go! Ma niespożyte pokłady energii i wspaniałe serce. Udały się nam dzieci (odpukać) - to najcenniejsze skarby, jakie mamy.

Czy klienci są zdziwieni widokiem kobiety w tym zawodzie?

Codziennie od tylu lat, ludzie jak mnie widzą - to się dziwią. Kobieta!!! (śmiech) Jakby ufo zobaczyli! Śmieszy mnie to i dziwi, bo kobiety naprawdę sprawdzają się w ekstremalnych zawodach i sytuacjach, jak i w dużych pojazdach. Kiedyś z jednym klientem miałam dość napiętą rozmowę, bo to był typ myślący, że „kobieta do garów i rodzenia dzieci, a na pewno nie na kierowcę” (śmiech). Mimo, że z charakteru jestem dość wygadana, uparta i jak trzeba dobitna, to delikatnie wytłumaczyłam (jadąc już), żeby uważał - bo to ja teraz kieruję! I pokazałam mu, że kobiety (choć nie wszystkie, bo czasami bym niejednej sama dała zakaz prowadzenia) potrafią jeździć i myśleć. Na koniec mnie przeprosił i podziękował. No, ale to rzadki przypadek… Jako ciekawostkę zawodową powiem, że więcej mężczyzn niż kobiet, nalewa złego paliwa (śmiech).

Jak zdobywasz klientów? Czy są z ubezpieczalni, z ogłoszeń/reklam, ze współpracy z policją?

Mamy kontrakty ze wszystkimi (prócz jednej) firmami ubezpieczeniowymi, jeździmy dla Porsche Assistance. Więc, na brak pracy nie narzekamy, choć nie jest to łatwy kawałek chleba.

Zdarzają się jakieś nietypowe zlecenia?

Czasami robimy tzw. transport osób – „z i na” lotnisko, pociąg czy do hotelu. Klienci mają rożne assistance i przysługuje im naprawdę dużo opcji. Wówczas, przesiadam się w osobowe auto i gnam na lotnisko, bo np. klient  złamał nogę w Hiszpanii, tam był w szpitalu i z ramienia assistance przetransportowano go samolotem do kraju, a ja go odbieram i wiozę do domu. Wiele jest takich akcji…

Jakie są najczęstsze przyczyny wezwania lawety? Czy zdarzają się prośby o naprawę na miejscu?

Nie lubimy słowa "laweta", bo my jesteśmy pomocą drogową, więc pomagamy na drodze. Więcej jest awarii i to zazwyczaj samochodów gwarancyjnych, czyli nowych! Uruchomienia, czyli rozładowany akumulator (mamy taki defibrylator samochodowy i jeśli można, to uruchamiamy na miejscu), dowóz paliwa, wymiana koła itp.

Kolizje czy wypadki częściej się zdarzają latem niż zimą - ludzie są rozkojarzeni, słoneczko świeci, myślą o... i gotowe! A jak jest zimno, ślisko czy mokro, to ci, co nie muszą jechać lub nie umieją - nie wyjadą. Ci, co muszą a umieją - jadą ostrożnie i nawet jak „jakaś sierotka” się otrze, to można jechać dalej (chyba, że poważnie).

Zdarzają się niechętni do płacenia?

Cena jest ustalana z góry i płatna gotówką, jeśli jest to kurs prywatny lub dopłata do assistance, bo i tak się zdarza. Ale nie miałam jeszcze problemu z tego tytułu.

Pewnie często spotykasz ludzi w stanie zdenerwowania? Musisz sama zachować spokój i jeszcze ich uspokajać?

Ja się śmieję, że codziennie czegoś się uczymy, poznajemy ciekawych lub mniej ciekawych ludzi (ale to mały procent). Przekrój osobowości jest wielki. Czasami klienci płaczą, inni się śmieją, a jeszcze inni mają to „w poważaniu”. Zawsze powtarzam - najważniejsze, że nikomu nic się nie stało, a auto to tylko blacha.

Musisz być cały czas pod telefonem? Czy nocą też?

Trzeba być dyspozycyjnym non stop, ja nigdy niczego nie planuje… Zakupy robię po drodze, dzieci mamy fantastycznie zorganizowane (i super fajne). Uwielbiają ze mną jeździć i poszaleć (ale z głową!). Jeśli jest potrzeba i kursy się ponakładają - to w nocy też jadę, ale staram się być w domu na noc. Uwielbiam tą moją pracę, choć czasami mam dość np. jak umówię się do fryzjera i muszę odmówić (śmiech), albo jestem w sklepie, a tu telefon! Wdrapię się do mamy na 4 piętro i znów telefon! Kąpie się, i… telefon itp. Można, by tu długo wymieniać (śmiech).

Jaką najdłuższą trasę wykonałaś jednorazowo?

8 godzin zajęło mi dojechanie z Wrocławia do Białegostoku (potem hotel), a najwięcej to 16 godzin, praktycznie non stop w aucie (no... siku, kawa, tankowanie były (śmiech)).

Bywało dużo pracy, kurs za kursem - w jednym dniu dwa razy Katowice z Porsche i potem jeszcze po naszym mieście, nie pamiętam… ale ponad tysiąc kilometrów. Niby nic, ale to nie taka płynna jazda, że np. wsiadam i jadę do Holandii - tylko skakanie po ulicach, zapinanie, rozpinanie, masakra!

Kiedy i jak lubisz odpoczywać po takiej, ciągłej dyspozycyjności?

Odpoczywam w biegu (śmiech). Jestem pracoholikiem i ciężko mi usiedzieć „na czterech literach”. Nie mam czasu na pierdoły! (śmiech) Ale, od dwóch lat „mam fioła” na przetwory - wyszukuję przepisy, „pichcę”, „słoikuję” i cieszę się z tych wyrobów, jak dziecko - oglądam przekładam, poprawiam… Zrobiłam, już ponad 180 słoików ogórków rożnego rodzaju, sałatek, kompotów itp. Wszystko to - robię nocami. Obliczyłam, że wystarcza mi 3-5 godzin snu, więc to wykorzystuję. A zimą… uwielbiam piec ciasta (na ostatnie święta upiekłam 7 blach!). Piekę też dla znajomych i do szkół moich dzieci (które zawsze, za mnie się zgłaszają).

A, tak całkowicie to „zresetujemy” się na urlopie we wrześniu - już mam plan działania, zwiedzania... i będą drinki z palemką (śmiech).

Pani Iwona Hołyk-Truszkowska

fot. z archiwum Iwony Hołyk-Truszkowska

Podsumuj proszę, plusy i minusy tego zawodu.

Plusy: uwielbiam jeździć i mogę to robić, poznaję codziennie nowych ludzi, dobrze zarabiam.

Minusy: ciągła dyspozycyjność i kontrola (gdzie jesteś? Co tak długo? Jakie korki, szybciej lub za szybko itp.).

Czy poleciłabyś ten zawód innym kobietom?

Jest to ciężka fizyczna praca, bolą nogi, kręgosłup, trzeba być dyspozycyjnym. I nie może być tak, że np. dziś nie pójdę do pracy, wezmę urlop na żądanie. Bo nie tak to wygląda - to jest pomoc innym i musimy być, musimy szybko zareagować! Ile razy gotowałam obiad na raty, odmawiałam lekarza, nie szłam na wywiadówkę, zostawiałam zakupy w sklepie – nie zliczę.

Kobiecie naprawdę nie jest lekko. Ja mam łatwiej, bo to firma mojego teścia, moja teściowa bardzo mi pomaga, pracuje ze mną mąż i zawsze można wszystko poukładać.

Obawiam się, że nawet gdyby kobiety chciały tak pracować - to nie wiem, czy firmy by je zatrudniały? Choć wiem, że jeździ kobieta za kierownicą pomocy drogowej, gdzieś w okolicach Katowic, bo sama ją widziałam na A4 – szacunek!

Mój szef postawił wiele zatrudniając mnie, na pewno były docinki z innych firm, że „baba na pomocy jeździ” itd... To jest hermetyczny świat, wszyscy się znają, podglądają, obgadują, plotkują (a wierzcie mi - faceci to uwielbiają!). Teraz, po tylu latach już się na pewno przyzwyczaili, ale wiem, że mnie obserwują. Dla tego szanuję mojego pracodawcę - teścia, za możliwość, jaka mi dał.

Komentarze

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Twój może być pierwszy!