Ferrari pokonane przez… konia

Kto wierzył jedynie w moc koni mechanicznych, bardzo się mylił. Jak się okazało, w konfrontacji z końmi wierzchowymi nie mają one żadnych szans.

Konie są bardzo silnymi zwierzętami, niekiedy mogą też siać destrukcję. Według statystyk, jedno zwierzę potrafi generować siłę o wartości 7300 funtów podczas kopnięcia. To wystarczająco, by złamać kość. I uszkodzić Ferrari 458 Italia. 

Ferrari 458 Italia – ofiara rozjuszonego wierzchowca
fot. Ferrari

Tak właśnie stało się na jednej z ulic w Szanghaju, gdzie jedna z zawodniczek klubu jeździeckiego, nie opanowawszy swojego konia, pozwoliła mu na chwilę frywolności. Zwierzę wyładowało swój stres na jednym z Ferrari. Uczennica nie wiedziała chyba jednak, o jaką wartość uszkodzeń toczy się zamieszanie…

Najnowsze

Slalomem przez Polskę na motocyklu – część druga

W 2009 roku podczas podróży Slalomem przez Polskę stanęłam w Nowym Sączu na rozstaju dróg. Wtedy, jeszcze z plecakiem, na Virago 535. Zastanawialiśmy się, czy jechać na zachód - byle bliżej domu, czy też uderzać na wschód i odwiedzić Bieszczady, w których tak dawno nie byliśmy. Od tamtego dylematu minęły dokładnie 3 lata.

Relacja z podróży Slalomem przez Polskę tutaj.

Wolne, pogoda dopisuje, choć ostatnio pogoda ma akurat najmniejszy wpływ na decyzję co do wyjazdów. Mapa, aparat, kawa, drugie śniadanie i czekolada zapakowane. Tuż przed wyjazdem wymieniłam jeszcze klamkę sprzęgła. Drażnił mnie już widok wygiętej dźwigni i kiepsko wyregulowana linka…

W trochę innych okolicznościach, bo tym razem na Fazrze, bez plecaka i tak trochę od drugiej strony, dokończyłam rozpoczętą podróż Slalomem przez Polskę. Plan zakładał przelot przez Komańczę, Duklę, Żmigórd i Ożenną. Dalej kawałek Słowacją do Muszyny i kolejno Piwniczna Zdrój, Nowy Sącz, Gródek nad Dunajcem, Zakliczyn, Ciężkowice, Gorlice i z powrotem przez Duklę do Cisnej.

fot. Karolina Dudzik

9:45 czasu motocyklowego – START

Początkowo jeszcze sennie jechało się przez znajome rejony, bo jakoś tak wyszło, że od kilku miesięcy mieszkam w Bieszczadach, więc trasa z Cisnej do Komańczy nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Wręcz przeciwnie, przyznam szczerze, że to najgorszy bieszczadzki odcinek, jaki udało mi się poznać. Do tego mijałam roboty drogowe. Dziury i mnóstwo kamyczków, które tylko zrywały przyczepność. Ale kto wie, może przyjdzie taki moment, że wreszcie na poważnie państwo zajmie się remontem tej drogi? Za to ja, jadąc tym odcinkiem, tylko się przekonywałam, jak bardzo brakuje enduraka… Na polskich drogach rzeczywiście sprawdzałby się idealnie. Żadne dziury, piaseczki czy roboty drogowe nie byłyby mu straszne. Człowiek mógłby pruć 90-100 km/h zarówno po lokalnych, jak i po leśnych drogach.

W Komańczy, w lewo na Duklę – i to jest droga, którą jechałam pierwszy raz. I przyznam, że obecnie nasycona jestem widokiem gór, więc ten odcinek też nie zrobił na mnie większego wrażenia, a i asfalt nie był rewelacyjny.

Kierunek – Popradzki Park Krajobrazowy

Plan był taki, żeby nie jechać krajówkami, jak najszybciej do celu, tylko – tak jak kilka lat temu –zabłądzić jak najwyżej w góry mało uczęszczanymi drogami. Wzbijaliśmy się przełęczą z Nowego Żmigórdu do Krempnej. Dalej w stronę Ożennej na Słowację. Trasa wiodła przez Magurski Park Narodowy. I przyznam, że przelot przez przełęcz był rzeczywiście atrakcyjny. Wpadając do Słowacji liczyłam na lepszy asfalt, ale… Podobnie jak przy granicy z Czechami, okazuje się, że asfalt nie jest taki, o jakim wielu motocyklistów sobie marzy. Natomiast od polskiego dywanu odróżnia go fakt, że nawet na maksa załatany odcinek jest po prostu płaski. Jakby ktoś z poziomicą sprawdzał, czy nie ma wybojów na drodze.

fot. Karolina Dudzik

Z przygodami

Jechać tak bez przygód jest nudno, a że nieszczęścia chodzą parami, to właśnie na Słowacji miał miejsce kulminacyjny punkt tego wyjazdu. Rozpoczęło się od małego zagubienia w Bardejovie. Choć pewna byłam, że jadę krajową 77 w stronę zachodu do Muszyny, w K’lusow zorientowałam się, że to nie ta droga. Niestety nie miałam przy sobie mapy Słowacji, więc trzeba było zrobić tak, by nie wyjechać poza ten skrawek papieru, który posiadałam. W tym samym momencie zapaliła się lampka rezerwy. Hmmm, czemu mnie to nie dziwiło? Jeszcze bez paniki, trochę bardziej bocznymi drogami, niż początkowo planowałam. Przez Richval i Kuzlow trafiłam z powrotem na właściwą ścieżkę. Od kilku tankowań wskaźnik paliwa coś wariuje, a że licznika przed wyjazdem nie wyzerowałam, zupełnie nie wiedziałam, ile paliwa w baku zostało. Liczyłam na odrobinę szczęścia i o dziwo… poszczęściło się.

Leluchów – Muszyna – Piwniczna Zdrój

W Leluchowie odbiłam znów do Polski. Droga do Muszyny wiedzie wzdłuż Popradu, z przełęczy wpada się wprost na most łączący centrum z małym „przedmieściem”. Widok całkiem „WOW”. A ja po raz kolejny przekonałam się i spróbuję przekonać was, że Polska z perspektywy motocykla też jest fajna i nie trzeba jeździć daleko, bo nacieszyć oko widokami, pokręcić się po serpentynach czy też odpocząć. W Muszynie przystanek i kilka pamiątkowych fot, bo kto wie, kiedy tu znów zabłądzę. Tam, gdzie stanęłam, przechodziło mnóstwo dzieciaków. Młodzi chłopcy witali się i z lekkim zastanowieniem patrzyli, co ta „typiara” robi. Za to ja z uśmiechem na twarzy ustawiałam samowyzwalacz, tak by zrobić jakieś sensowne zdjęcie. A skoro już się zatrzymałam, to jeszcze łyk kawy i kanapka. Byłam już bliżej niż dalej połowy drogi.

Kiedy szukałam na mapie jednodniowej trasy, urzekł mnie odcinek wiodący wzdłuż granicy ze Słowacją z Muszyny do Piwnicznej Zdrój. Tory kolejowe, rzeka Poprad i granica. Postanowiłam na własnych oponach sprawdzić, czy ten odcinek w rzeczywistości prezentuje się równie atrakcyjnie jak na kartce. I jak się okazało… raj na Ziemi. Hmmm, który to już motocyklowy raj na Ziemi znalazłam, i to na dodatek w Polsce?

Cel – tankowanie

Zastanawiałam się, czy nie odbić w stronę Wierchomli, aby odwiedzić znajomego, ale mrugająca lampka przypominała o ubywającym paliwie. Tym razem rozsądek wygrał i postanowiłam poszukać stacji. A szukać nie trzeba było długo, bo zaraz za Muszyną z prawej strony uraczyła mnie egzotyczna stacja w żaden sposób nieprzypominająca Orlena, Statoila czy innego BP, do tego z bardzo starodawnym dystrybutorem. Cóż… stacja jak stacja, oby tylko paliwo nie było chrzczone. Zaryzykowałam tankowanie, zapytałam o toaletę. Toaleta była, ale nie było wody, więc nieczynne. Trochę już w górach mieszkam, więc spodziewam się, że czegoś brakuje, nie ma, albo nie będzie w najbliższym czasie. Podsumowując całą historię z tankowaniem, sprzedawca okazał się, ujmę to delikatnie… obojętny, zrezygnowany i lekko dający do zrozumienia „a dajże mi babo święty spokój”. Pozostały krzaki. Zmartwiło mnie, już nie pierwsze z jakim się spotkałam, obojętne, wręcz pesymistyczne podejście ludzi i wiszący w powietrzu marazm. Pewno jeszcze długo nie zrozumiem takiej postawy i chyba nawet nie będę się starać rozumieć. Tak czy owak, nie było co filozofować, bo sikać mi się chciało w dalszym ciągu…

Mały kryzys dopadł mnie zaraz za Młodowem. Zmęczenie dało się we znaki. Nie była to moja pierwsza dłuższa podróż, więc już wiedziałam, jak sobie poradzić. Znów przystanek, kanapka i kilka łyków kawy, chwila odpoczynku. Obudzona ruszyłam dalej. A pełną koncentrację odzyskałam w Nowym Sączu, akurat trafiłam na godziny szczytu, a ponieważ nie zamierzałam stać w korku…

fot. Karolina Dudzik

Dunajec

Do Gródka nad Dunajcem odbiłam od Kurowa jadąc wzdłuż Dunajca. Dalej drogą zwaną Językiem Teściowej, która wiedzie prawobrzeżem Jeziora Różnowskiego. Choć widoki zdecydowanie wygrywały z dolnośląską Doliną Stu Zakrętów czy Obwodnicą Bieszczadzką, to dość spory ruch nie pozwalał na maksymalne wykorzystanie tego odcinka trasy. Mimo wszystko skusiłam się na podwójne zdobycie przełęczy. Po odrobinie szaleństwa przyszedł czas, by zawijać rogala do domu. Ostatni odcinek po Beskidach przez sam środek Ciężkowicko-Różnowskiego Parku Krajobrazowego. Kolejno drogami 975, 980 i 977 dobiłam do Grolic.

Zbliżając się do końca…

Choć w górach – już było górki. Pozostała Dukla, w Tylawie odbicie na Komańczę i Cisną. Końcówka już lokalną 897. Zastanawiałam się tylko, jak będzie wyglądać ten remontowany rano odcinek. Jak się domyślacie, wyglądał… zupełnie beznadziejnie. Przed samą Cisną, dokładnie na Przełęczy Żebrak, jeszcze przystanek. Słońce akurat zachodziło, więc była okazja do kolejnej fotki „my na tle tego czegoś tam”. W międzyczasie szybki telefon do mamy. To znaczy… miał być szybki, wyszło jak zwykle. Na koniec tankowanie, aby moto było zwarte i gotowe do kolejnego wyjazdu.

Zrobiliśmy 510 km i wiecie co… po niezliczonej ilości weekendowych wyjazdów w Góry Stołowe ze Szczecina oraz podróży dookoła Europy poczułam pewien kilometrowy niedosyt. Za to powróciło niesamowite zadowolenie z kolejnej samotnej podróży, bo tych ostatnio było mało…

Szerokości!

Najnowsze

Osiemnaście razy McGuiness

John McGuiness, najprawdopodobniej najszybszy i najbardziej utalentowany zawodnik wyścigów na wyspie Man, po raz osiemnasty w karierze zwyciężył w rozgrywkach Tourist Trophy.

26 maja na wyspie Man rozpoczęły się sesje treningowe, zaś 2 czerwca pierwszy poważny wyścig – Dainese Superbike.

John McGuiness swoje osiemnaste zwycięstwo osiągnął na motocyklu Honda CBR1000RR Fireblade. Według statystyk, przeprowadzonych przez specjalistów działających przy TT, najszybszy odcinek pokonał ze średnią prędkością 209km/h.

John McGuiness wciąż najszybszy
fot. iomtt.com

„Wygrałem wiele razy, ale wciąż nie wiem, co powiedzieć. W tym sezonie miałem kilka dobrych startów i z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że nie ma substytutu dla czasu spędzonego na jeździe. Nie czuję się wcale młodszy, ale radości, która mnie wypełnia podczas wyścigów, nie da się porównać z niczymi innym. Siedzenie tu z osiemnastym zwycięstwem w kieszeni jest dla mnie nieprawdopodobnym przeżyciem” – powiedział McGuiness po wyścigu.

Najnowsze

Wielofunkcyjna torba na motocykl

Jeśli nie możesz żyć bez laptopa czy iPada, ale jazda motocyklem jest dla ciebie równie ważna, firma Hammarhead Industries stworzyła specjalną torbę, w której możesz pomieścić swoje skarby i bezproblemowo przewozić je jednośladem.

fot. materiały producenta

Zapewne wielu będzie zaskoczonych faktem, że ta niepozorna torba wykonana jest z wodoodpornego materiału, pokrytego warstwą skórzanych wstawek.

Stworzona do przewożenia różnego rodzaju urządzeń – w tym laptopów o ekranach do 15″, iPadów, Kindle’ów i tym podobnych. Przeznaczona do noszenia na plecach. Jej wymiary, to 45.75 x 30.5 x 15.25 cm, a pojemność – 22 litry. Koszt to 290 dolarów amerykańskich.

Do kupienia: http://shop.hammarhead.com/

O małej torbie na motocykl pisałyśmy wcześniej tu.

O dedykowanej przewożeniu laptopa torbie Givi przeczytasz tu.

 

fot. materiały producenta

Najnowsze

Małgorzata Rdest coraz lepsza

Jeżdżąca pod patronatem Motocainy Gosia Rdest pokonuje kolejne kręgi wtajemniczenia. Tym razem w Walencji, gdzie odbył się kolejny weekend z cyklu Formula BMW Talent Cup 2012.

Gosia ponownie zasiadła za kierownicą BMW FB02 z numerem bocznym 11. Wyzwanie było spore, z uwagi na potężny upał (ponad 30 stopni Celsjusza) i wilgotność, ale Gosia poradziła sobie znakomicie, ostatecznie osiągając dziewiąty czas na torze.

Gosia Rdest za kierownicą BMW FB02
fot. materiały zawodniczki

„Weekend w Walencji był bardzo trudny, po części ze względu na charakterystykę toru, a po części na ekstremalną temperaturę. Gosia udowodniła, że jest gotowa na kolejny krok kształcenia, który już niebawem odbędzie się na torze Silverstone” – powiedział Dirk Adorf, instruktor.

Tak natomiast występ podsumowała sama Gosia:
„W miarę upływu czasu zwiększam swoją wiedzę na temat zachowania na torze, udoskonalam technikę jazdy, poznaję tajniki telemetrii, podświadomie nie mogę zapomnieć o wielkim finale serii – nagroda dla zwycięzcy kusi, to przecież cały sezon w bolidzie ufundowany przez BMW. Dlatego daje z siebie 100%, żeby w pełni wykorzystać całą wiedzę nabyta podczas ostatniego wyścigu. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy trzymają za mnie kciuki”.

 

Najnowsze