Dostawczak był przeciążony, nawet kiedy jechał na pusto! Jak to możliwe?

Takiej kontroli nie widuje się na co dzień. Samochód dostawczy o dopuszczalnej masie całkowitej do 3,5 tony pusty ważył więcej niż mógł z ładunkiem!

Inspektorzy zatrzymali pojazd na jednej z lokalnych dróg. Kierowca próbował ominąć patrol ITD, więc funkcjonariusze pojechali za nim i zatrzymali do kontroli. Szybko ustalili dlaczego szofer chciał uniknąć z nimi spotkania. Samochód o DMC do 3,5 tony z przewożonym ładunkiem ważył 5,2 tony. Kierowcę ukarano 500-złotowym mandatem, a towar przeładowano na podstawioną ciężarówkę.

Kierowca na widok kontroli wyskoczył z pojazdu, a pasażer zajął jego miejsce!

Pojazd bez ładunku został ponownie zważony i dopiero teraz na inspektorów czekało prawdziwe zaskoczenie. Samochód ważył 3,6 tony, a więc był przeładowany nawet na pusto! Według dowodu rejestracyjnego jego masa własna powinna wynosić 3135 kg, co oznacza podejrzanie małą ładowność jak na samochód dostawczy.

Trzykrotnie przekroczył ładowność. I tak znacznie mniej, niż poprzednio!

Wiele wskazuje na to, że ten pojazd wyjechał z fabryki jako mała ciężarówka, mogąca z powodzeniem przewozić podobne ciężary, jakie miał w ładowni w momencie kontroli. Ktoś wykazał się pomysłowością i udało mu się zarejestrować go jednak jako lekkiego dostawczaka.

Czy to rekord? Wiózł ładunek za ciężki o 65 ton!

Inspektorzy zatrzymali dowód rejestracyjny pojazdu. ITD nie informuje jednak, czy zostanie wszczęte postępowanie w sprawie podejrzenia fałszerstwa podczas rejestracji samochodu, ani czy kierujący miał uprawnienia do prowadzenia pojazdów o DMC powyżej 3,5 t.

Najnowsze

Autor nagrania chciał chyba wykreować się na ofiarę, a jedynie się pogrążył

Agresywne i niebezpieczne zachowania na drodze, mogą nawet spokojnemu kierowcy podnieść ciśnienie. To nie jest jedna z takich sytuacji. To sytuacja w której trafia swój na swego.

Zaczyna się od tego, że kierujący Volkswagenem wjeżdża przez autora nagrania. Czy się wcisnął? Trudno powiedzieć. Ruch był gęsty, a autor zostawił przed sobą sporo miejsca. To że ktoś z tego skorzystał, szczególnie nas nie dziwi. Według autora nagrania to było „zajechanie drogi”.

Trochę złośliwości na drodze prawie doprowadziło do bójki

Oburzyło go to tak bardzo, że musiał udowodnić swoją „wyższość” nad kierowcą Volkswagena, wyprzedzając go oraz jeszcze jeden pojazd, pasem do skrętu w lewo. Piękny manewr, naprawdę. Chwilę później Volkswagen znów wyprzedza autora nagrania i zmusza go do hamowania, po czym odjeżdża.

Urażony kierowca Passata jedzie 4 km za drugim kierowcą, żeby zajechać mu drogę

Nagranie znowu przewijamy do przodu i tym razem obaj kierujący jadą obok siebie. Bardzo możliwe że wymieniają gesty wzajemnej sympatii, może nawet werbalne. Trudno powiedzieć, bo wideo zapobiegawczo nie ma dźwięku.

Postronny kierowca stał się ofiarą drogowej „zemsty”

Autor nagrania postanawia dać kolejny popis swoich umiejętności i wyprzedza jadącą przed nim Pandę, korzystając z pasa rozbiegowego, powierzchni wyłączonej z ruchu oraz pasa do skrętu w prawo. Tym razem kierowca Volkswagena był sprytniejszy i zablokował go.

Dwóch szaleńców w Audi bardzo chciało spowodować wypadek

Później nie dzieje się już nic ciekawego, a my się zastanawiamy – który z kierujących popełnił poważniejsze wykroczenia. I dlaczego autor nagrania w ogóle chciał się nim pochwalić? Macie jakieś pomysły?

Najnowsze

Redakcja Motocaina

Czerwona Strzała – czyli VW Garbus, który uwielbia podróże

Kasia i Łukasz kochają klasyki, dlatego wybierają dla siebie wyjątkowe samochody. Na co dzień i podczas krajoznawczych wycieczek jeżdżą czerwonym VW Garbusem, a na europejskie szlaki zabrali Mercedesa Galendę.

Jaka jest historia Czerwonej Strzały? Od kiedy macie czerwonego VW Beetle?

{{ tn(32264) left }}Kasia: Historia połączenia Czerwonej Strzały z nami rozpoczęła się 22 maja 2016 roku, gdy w drodze powrotnej ze spotkania rodzinnego dyskutowaliśmy, z moim przyszłym mężem, na temat zakupu samochodu dla mnie. Wtedy pojawił się pomysł na Garbusa, o którym nie miałam jeszcze wtedy za wiele pojęcia, poza tym, że to fajne, klasyczne auto.

Przejrzałam po drodze ogłoszenia z rejonu Wrocławia i znalazłam – to była właśnie Czerwona Strzała, chyba taka od Amora, bo to była miłość od pierwszego wejrzenia! Kolejnego dnia była już moja. Pierwsze próbne jazdy odbyły się 26 maja i od tego czasu jestem jej głównym kierowcą. Czerwona Strzała to VW1303 z 1974 w wersji skandynawskiej (podwójny podgrzewacz dolotu). Osoba od której kupiłam ten samochód, wcześniej kupiła go od naszego przyjaciela, tak więc historia zatoczyła koło i mamy udokumentowane jego ostatnie lata.

Co przy niej robiliście? Była już kupiona w takim stanie czy musieliście o nią dopiero zadbać?

Na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku, a co najważniejsze – silnik był zdrowy, a zdrowe serce to podstawa. Niestety, jak się okazało później, reszta już nie była taka kolorowa: wszechobecna korozja i usterki zawieszenia oraz elektryczne. To tutaj zaczęła się prawdziwa przygoda i wyzwanie. Doprowadzenie Czerwonej Strzały do obecnego stanu zajęło prawie dwa lata. Samochód został odbudowany blacharsko oraz wymieniono wszystkie zużyte elementy zawieszenia. W trakcie wymiany przewodów hamulcowych ustaliliśmy datę produkcji na 1974, bo takie oznaczenia były na tych przewodach, choć oficjalnie w dowodzie wpisany jest rok 1959.

Czerwona Strzała podróżuje tylko po Polsce, czy też przez granice? Co Was motywuje do wycieczek, jakie miejsca lubicie odwiedzać?

Podróżujemy głównie po Polsce, zdarza się nawet, że w pięć osób, jak podczas zeszłorocznej trasy po wschodniej części kraju. Odwiedzamy głównie miejsca historyczne, takie jak zamki, twierdze, czy fortyfikacje. Nie ograniczamy się jednak tylko do terenu Polski, często bywamy na linii Benesza w Czechach. Kochamy podróże i odkrywanie tajemnic oraz miejsc mniej popularnych. Czerwona Strzała to również auto, którym poruszam się na co dzień.

Rok 2020 przyniósł wiele zmian w naszym życiu. W kwietniu wróciliśmy do Polski, po prawie rocznej wyprawie przez Europę Zachodnią, naszym drugim klasykiem, a w październiku na świat przyszedł nowy członek naszej załogi.

Jaki jest ten drugi klasyk?

Tutaj historia jest również ciekawa. Szykowaliśmy się do wyprawy na zachód Europy. Postanowiliśmy zmienić nasze życie, rzucić pracę i wyjechać w nieznane… po wielką przygodę. Czerwona Strzała wydawała się niestety za mała, aby podołać temu wyzwaniu przez dłuższy czas . Mąż szukał samochodu terenowego, rozglądał się za Land Roverami, jednak ten pomysł nie przypadł mi do gustu, ze względu na budżet.

Jestem miłośniczką starych Mercedesów, a moim pierwszym samochodem był popularny „baleron” W124, którym do dnia dzisiejszego jeździ mój tata. Dlatego, gdy mąż znalazł Mercedesa G – nie pytałam o cenę, choć zapewne przebijała poprzednie propozycje. Kilka dni później wrócił z pracy Gelendą W460 z 1987 roku. Kilka miesięcy trwało przygotowanie „Zielonego Smoka” do trasy. A potem, przez niecały rok, przejechaliśmy: Austrię, Niemcy, Włochy, Szwajcarię i Francję. A co najważniejsze – wyjechaliśmy we dwoje, a wróciliśmy w troje.

Jak wyglądała ta podróż? Mieliście wyznaczony plan i punkty do zaliczenia? Nocowaliście w hotelach czy bardziej na łonie przyrody?

Zakończyliśmy pracę w korporacji i trzeba było robić coś dalej, plan na powiększenie rodziny nie wychodził, więc powstał pomysł na wyjazd. Zawsze kochaliśmy podróże, ale na dłuższe wyjazdy nie pozwalała nam praca – teraz nic już nas nie trzymało. Punkt wypadowy mieliśmy w zachodnio-południowej części Niemiec, gdzie również pracowaliśmy. Pieniądze na podróże trzeba było zarobić, a praca po 8h dziennie i caluśkie weekendy wolne – to dla nas jak wakacje, w porównaniu z poprzednią pracą, gdzie telefon dzwonił 24h na dobę! Wynajmowane tam mieszkanie to był idealny punkt na wypady do Włoch, Francji i Szwajcarii.

Gdzie najbardziej Wam się podobało?

Szwajcaria to chyba moja miłość, góry tam są niesamowite i za każdym razem zachwycały mnie tak samo bardzo. Łukasz jest oczywiście zamiłowany w szwajcarskich fortyfikacjach, ale również nasza część Niemiec była niezwykle malowniczym miejscem, dolina Dunaju, góry, zamki, przygoda – wszytko co kochamy.

Plany o kolejnych wyjazdach popsuł nam niestety wirus, ale w tym samym czasie okazało się, że w drodze jest nasze upragnione szczęście, co zdecydowanie zrekompensowało nam ten trudny czas i ułatwiło decyzję o zakończeniu podróży. Przed nami była kolejna podróż życia, już we troje. Wróciliśmy do Polski 1 kwietnia, a nasz syn przyszedł na świat 8 października. Teraz jeździmy we troje, choć na razie robimy niedalekie wycieczki. Z czasem, jak maleństwo będzie większe i wirus ustąpi, planujemy dłuższe trasy, ale teraz punktem wypadowym będą już nasze Bielany Wrocławskie. 

Dlaczego wolicie mieć starszej generacji samochody?

Bo to są właśnie samochody, a my kochamy motoryzację. Mają swój niepowtarzalny styl, nie zawodzą, a większość usterek można naprawić samemu. Dzisiejsze samochody trudno nazwać samochodami, to są bardziej wygodne przedmioty do poruszania się. Jeżeli coś się wydarzy na trasie, samemu już nic się nie zrobi, bo wszędzie elektronika i plastik.

Integrujecie się z innymi pasjonatami modelu na forach czy zlotach?

Naturalnie. Środowisko posiadaczy Garbusów, czy też innych VW „pędzonych wiatrem”, to bardzo specyficzna grupa ludzi. Bardzo otwartych i serdecznych, na zlotach jest bardzo rodzinnie, a wspólne zainteresowania budują wieloletnie przyjaźnie. Środowisko wzajemnie bardzo się wspiera, a w szczególności to wrocławskie. Fora garbusowe również tętnią życiem, użytkownicy chwalą się nowymi gadżetami w swoich samochodach, pomagają sobie wzajemnie w rozwiązywaniu usterek, wrzucają zdjęcia Garbusów, napotkanych gdzieś w świecie itp..

Dzielicie się swoimi podróżami z internautami, skąd taki pomysł? To Ty się zajmujesz nowymi wpisami?

To mąż głównie zajmuje się nowymi wpisami, bardzo to lubi i można powiedzieć, że to on wykreował Czerwoną Strzałę. Podróżujemy od lat, a mąż zajmuje się kwestią fortyfikacji od kilkunastu lat. Potem pojawiła się Czerwona Strzała i po tym, jak spotkani ludzie reagowali na czerwonego Garbusa na trasie, postanowiliśmy się podzielić naszą przygodą i pasją. Może to również zachęci kogoś do podróżowania i zmiany spojrzenia na świat. Cieszymy się życiem, bo to jest ulotna chwila i tym naszym szczęściem chcemy się po prostu podzielić.

Jak się Tobie się jeździ Czerwoną Strzałą?

W 98% jestem jej głównym kierowcą, mąż sprowadzony został do roli zapasowego rozrusznika lub mechanika (śmiech). Posiadanie Czerwonej Strzały to nie tylko przyjemność z jazdy – to przygoda! Musiałam się nauczyć, jak wymienić linkę gazu w trasie czy rozrusznik. Zresztą podczas odbudowy samochodu sama wygłuszyłam całą kabinę. Kocham prowadzić Czerwoną Strzałę, daje mi to wiele radości, jak i również cieszy mnie to, jak na jej widok reagują ludzie na ulicy. Te wszystkie uśmiechnięte twarze, a w szczególności wywołane uśmiechy u dzieci – dają bardzo dużo satysfakcji.

Fanpage Czerwonej Strzały: www.facebook.com/GarbusCzerwonaStrzala

 

Najnowsze

Gdzie wymienić opony na zimę i jak uniknąć zniszczenia felg?

Polski Związek Przemysłu Oponiarskiego przypomina, by wymianę opon zlecać profesjonalnym, sprawdzonym serwisom. Na przełomie sezonów mamy zawsze do czynienia z wysypem warsztatów, proponujących usługi oponiarskie. Często jednak są to serwisy zupełnie nieprzygotowane do profesjonalnej wymiany opon...

Wybór niesprawdzonego serwisu może się skończyć bardzo źle. Opona może zostać zniszczona podczas nieodpowiedniego zakładania jej na felgę. To zagraża poważnymi wypadkami na drogach. Nadszarpnięte mogą również zostać finanse kierowcy. Nowe zestawy profesjonalnych, świetnych opon potrafią kosztować parę tysięcy. Zniszczenie ich przy zakładaniu lub zarysowanie równie drogich felg, odbije się na kieszeni nieszczęśliwego klienta. Co zrobić, żeby tego uniknąć?

Wymianą opon zdecydowanie powinni zajmować się profesjonaliści. Niestety w Polsce jest ponad 12 tysięcy serwisów zajmujących się oponami. Bardzo duża część z nich to serwisy, które robią to przypadkowo, sezonowo. Wtedy, gdy na wiosnę bądź na jesień jest szturm na warsztaty, żeby wymienić opony. Niestety to nie sprzyja jakości. Technologie, które wchodzą z roku na rok, naprawdę powodują, że gumy są coraz bardziej przyczepne – mamy coraz lepsze opony, znakomite, czy to zimowe, czy całoroczne, czy letnie. Natomiast jeśli chodzi o jakość montażu, sytuacja jest zupełnie odwrotna. Często jest tak, że klienci kupują bardzo drogie opony, po 4-5 tysięcy za komplet. I jadą do serwisu, który reklamuje usługi oponiarskie. Tam te opony są zniszczone, felgi zostają porysowane. Felgi potrafią czasami kosztować 5 tysięcy za sztukę. Proszę sobie wyobrazić, jak właściciel ma podniesione ciśnienie po wyjechaniu z takiego serwisu. Dlatego producenci opon, zrzeszeni w Polskim Związku Przemysłu Oponiarskiego, widząc, co się dzieje na rynku – by ułatwić kierowcom znalezienie odpowiedniego serwisu, stworzyli certyfikat oponiarski. W ten sposób gwarantujemy jakość serwisów, które taki certyfikat otrzymają. To nie jest kolejny zwykły dyplom na ścianie serwisu. Żeby dostać taki certyfikat, trzeba przejść profesjonalny audyt – wykonywany przez niezależna firmę certyfikującą TUV-SUD – powiedział Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego (PZPO). – Audyt ten jest trzystopniowy i można w nim uzyskać certyfikat  serwisu dobrego, bardzo dobrego lub wzorowego. Przy czym już te dobre serwisy mają poziom, który gwarantuje kierowcy wysoką jakość usługi. Audytor oczami kierowcy wchodzi na halę i ocenia wyszkolenie pracowników, wyposażenie, serwisowanie urządzeń. Ocenia również warunki, w jakich kierowca może poczekać na plan wymiany. W ten sposób sprawdza, czy serwis spełnia około 140 przyjętych przez nas kryteriów. Dlatego zachęcam wszystkich: jeśli myślicie o wymianie opon, jedźcie do sprawdzonych serwisów, które mają certyfikat oponiarski Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego – namawia Sarnecki.

Najnowsze

Lexus LC Convertible w karbonie. Ile kosztuje pakiet modyfikacji od tunera Artisan Spirits?

Firma Artisan Spirits – japoński warsztat tuningowy blisko współpracujący z Lexusem i Toyotą – zmodyfikowała nowy kabriolet LC Convertible. Twórcy pakietu tuningowego nie oszczędzali na włóknie węglowym.

W przypadku nowego kabrioletu Lexusa Artisan Spirits ma wiele do zaoferowania. Japoński warsztat tuningowy proponuje pełny pakiet modyfikacji – przedni spojler, dokładki progów oraz tylny dyfuzor. Dzięki takim modyfikacjom auto wydaje się szersze, a jego prześwit spada o 25 mm. Tuner z Kraju Kwitnącej Wiśni przygotował również maskę z dodatkowymi wlotami powietrza oraz tylny spojler typu duck tail. Wszystkie elementy są dostępne w dwóch wersjach – wykonanej ze standardowych kompozytów lub z włókna węglowego. 

Lexus LC Convertible w karbonie. Ile kosztuje pakiet modyfikacji od tunera Artisan Spirits?

Tuningowe dodatki
Warsztat Artisan Spirits przygotował również dodatki do samochodu. To ramki tablic rejestracyjnych z włókna węglowego oraz wykonane z tego samego materiału manetki zmiany biegów. Te drugie pozwalają przejąć ręczną kontrolę nad 10-biegowym automatem Lexusa LC Convertible połączonym z wolnossącą V-ósemką 5.0 o mocy ponad 460 KM.

Jeśli właściciel sportowego Lexusa zdecyduje się na części z włókna węglowego, za pakiet składający się z przedniego spojlera, dokładek progów i tylnego dyfuzora zapłaci 550 tys. jenów, czyli około 19,3 tys. zł w bezpośrednim przeliczeniu. Karbonowa maska to wydatek 260 tys. jenów (9,1 tys. zł), a tylny spojler z tego samego materiału kosztuje 148 tys. jenów (5,2 tys. zł). Specjalne manetki są zaś wyceniane na 68 tys. jenów, czyli niecałe 2,4 tys. zł.

Najnowsze