Edyta Klim

Don’t Rush Challenge od grupy motocyklistek enduro „Baby na Motóry!”

Don't Rush Challenge cieszy się coraz większą popularnością. Swoją wersję przedstawiła także grupa motocyklistek enduro „Baby na Motóry!". Zobaczcie, jaka to była przemiana!

Don’t Rush Challenge to krótkie filmiki, które pokazują różne oblicza jednej osoby w ekspresowej przemianie. Następnie łączy się kilka takich filmów w jeden, z podkładem muzycznym muzycznym utworu „Don’t Rush” od Young T & Bugsey ft. Headie One. Ważne jest takie ułożenie scen, by przejście z jednej osoby do drugiej odbywało się w formie wirtualnego przekazania jakiejś rzeczy lub takiego samego sposobu zasłonięcia obiektywu.

Po wersjach ze zmianą odzieży i makijażu, wyzwanie przyjęło się w różnych grupach zainteresowań i grupach zawodowych. Swoje wersje Don’t Rush Challenge pokazały także motocyklistki – zobaczcie je tutaj: Seksowne i odważne-wiele twarzy motocyklistek w Don’t Rush Challenge

Grupa motocyklistek enduro „Baby na Motóry!” postanowiła zmontować własną wersję Don’t Rush Challenge. Na pomysł stworzenia takiego filmu wpadła Eliza Zielińska, którą rozbawiły i zainspirowały filmiki stworzone przez zawodowych żołnierzy, pilotów i polskie stewardessy:

Obejrzałam kilka tego typu challenges – spodobały mi się bardzo wersje polskich stewardess oraz zagranicznych pilotów samolotów i stwierdziłam, że trzeba pokazać kobiecą stronę off-road. Zmotywowało mnie to, że jeszcze nigdzie nie natrafiłam na taką wersję, gdzie motocykle i kobiety będą w takiej, niestandardowej odsłonie. Należę do grupy na Facebooku ,,Baby na Motóry!”, która zrzesza polskie motocyklistki. One nie boją się zjechać z asfaltu i często lubią lądować w błocie, w piachu. Osobiście weszłam do świata enduro i potwierdzam, że jest to super odpoczynek od asfaltu (śmiech).

Mogłoby się wydawać, że to nic trudnego, jednak dobre zgranie scen wymaga doskonałej współpracy wielu osób:

Wstawiłam na grupie świetny filmik polskich stewardess z zapytaniem, czy są w grupie chętne osoby, żeby nagrać coś podobnego. Odzew był szybki i duży! Zaczęło się od komentowania posta, a skończyło na stworzeniu specjalnego czatu dla występujących dziewczyn. Miałam w głowie taką wizję, żeby rozpocząć od seksownego wyglądu, a na kolejnych ujęciach odsłonić piękno motocykli off-road. Stworzyłam wspólny plik do edycji, gdzie napisałam kilka propozycji scen, a dziewczyny mogły go uzupełniać własną weną twórczą. Nakreśliłyśmy całkiem fajny scenariusz, który tak naprawdę, nie był bardzo potrzebny, ponieważ ostatecznie chodziło o kolejność scen, co, która motocyklistka odbiera i jak podaje dalej. Współpraca z dziewczynami na czacie była tak przyjemna, że do tej pory utrzymujemy tam kontakt i czat stał się dla nas czymś więcej, niż więzią ,,służbową” – mówi Eliza.

Po indywidualnych nagraniach trzeba je wszystkie zmontować w jeden film Don’t Rush Challenge:

Dogadałyśmy się, że każda z nas nagra swoje sceny i wyśle mi do montażu. Tu przyszła z pomocą Asia Jankowska-Mazur, która zaproponowała pomoc w łączeniu filmów. Podzieliłyśmy się pół na pół, a w ostateczności Asia przejęła całość, bo ma większe doświadczenie w montażu, a i mi zaczęło brakować na to czasu.

Efekt końcowy moim, i nie tylko moim zdaniem – jest rewelacyjny! Miałyśmy odcinek przedpremierowy, tzn. mogłyśmy w swoim gronie obejrzeć film i się  nim zachwycić. Chwilę później został upubliczniony na YouTube. Jestem bardzo zadowolona ze współpracy z dziewczynami i już myślimy nad kolejnymi, filmowymi odsłonami siebie i naszej pasji. Film wyszedł świetnie, bo z „Babami na Motóry!” nie mogło być inaczej! – podsumowuje Eliza.

Więcej o grupie: Baby na Motóry!

Najnowsze

Bazowa Honda Jazz kosztuje 93 900 zł. Dziękujemy ci, Unio Europejska!

Za nową generację miejskiego Jazza zapłacimy o wiele więcej, niż za kompaktowego Civica. Jest jednak ku temu dobry powód, a komu możemy dziękować za taki stan rzeczy, wiecie już z tytułu.

Powiedzmy to jeszcze raz, pełnym zdaniem. Nowa Honda Jazz, miejski minivan, którego długość ledwie przekracza 4 metry, kosztuje w wersji podstawowej 93 900 złotych. Potencjalny kupujący może zdecydować się też na odmianę Elegance (98 900 zł) lub Executive (105 990 zł). Albo pójść na całość i kupić stylizowanego na crossovera Jazza Crosstar, dostępnego tylko z topowym wyposażeniem, kosztującego 112 900 zł.

Nowa Honda Jazz zaprezentowana. Będzie wyposażona w centralną poduszkę powietrzną

Jakim cudem miejski minivan jest droższy o prawie 16 tys. zł od dłuższego o pół metra, kompaktowego Civica? To proste – Jazza kupimy w Europie tylko w wersji hybrydowej. Napędza go jednostka benzynowa 1,5 l o mocy 97 KM oraz silnik elektryczny mający 109 KM. Honda zdecydowała się na to drogie rozwiązanie ze względu na problemy i koszty dostosowania konwencjonalnego napędu do wymogów unijnych. Zamiast to robić, zrezygnowano ze stosowanego w poprzedniku silnika 1,3 l, dostępnego poza naszym kontynentem, i pozostawiono tylko hybrydę.

Belgijska policja uziemiona przez normy emisji spalin?

Taki napęd pozwala też na zbliżenie się do wymogu emisji CO2 na poziomie 95 g/km. Zbliżenia, ponieważ chociaż według Unii Europejskiej każde nowe auto powinno osiągać taki wynik, jest on nierealny nawet dla małego i lekkiego (trochę ponad 1,2 t) samochodu hybrydowego! Jazz emituje średnio 102 g CO2/km i za każdy gram ponad limit Honda musi zapłacić UE 95 euro od każdego sprzedanego samochodu, co oczywiście też znajduje odzwierciedlenie w cenniku.

Znaczenie ma także bardzo bogate standardowe. Już w bazowej wersji otrzymamy klimatyzację automatyczną, cyfrowe zegary, radio z ekranem dotykowym, światła LED (przód i tył), podgrzewane fotele przednie, adaptacyjny tempomat, asystent pasa ruchu oraz wiele innych elementów. Skrzynia biegów jest oczywiście automatyczna (e-CVT).

Honda zapowiedziała, że do 2022 roku wszystkie sprzedawane przez nią w Europie modele, będą miały napędy wykorzystujące silniki elektryczne. Czas żebyśmy zaczęli się przyzwyczajać, że już niedługo wszystkie auta tego japońskiego producenta będą bardzo drogie. Dziękujemy ci, Unio Europejska!

Najnowsze

Karolina Chojnacka

Kierowcy wyrażają swój sprzeciw wobec rasizmu

Nie milkną echa śmierci George'a Floyda, którego podczas interwencji brutalnie dusił policjant Derek Chauvin. Tragiczne wydarzenie wywołało reakcję największych gwiazd sportów motorowych, między innymi Lewisa Hamiltona, który skrytykował za milczenie całe środowisko Formuły 1.

25 maja w Minneapolis w stanie Minnesota policjant Derek Chauvin podczas interwencji brutalnie dusił 46-letniego czarnoskórego George’a Floyda. Mężczyzna zmarł. Wydarzenie wywołało w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie falę protestów przeciwko brutalności policji i rasizmowi. Sprawa poruszyła też największe gwiazdy motorsportu.

Jako pierwszy w środowisku Formuły 1 zabrał głos Lewis Hamilton, jedyny czarnoskóry kierowca w stawce. Na swoim Instagramie zawodnik Mercedesa napisał:

Miniony tydzień był tak ciemny. Nie udało mi się utrzymać moich emocji. Czułem tyle gniewu, smutku i niedowierzania w tym, co widziały moje oczy. Ogarnia mnie wściekłość na widok takiego rażącego lekceważenia życia naszych ludzi. Niesprawiedliwość, z jaką spotykają się nasi braci i siostry na całym świecie raz po raz, jest obrzydliwa i to MUSI się skończyć.

Wiele osób wydaje się być zaskoczonych, ale niestety to nie jest zaskakujące. Ci z nas, którzy są czarni, brązowi lub pomiędzy, widzą to codziennie i nie powinni musieć czuć się winni lub bać się o swoje życie z powodu koloru swojej skóry. Will Smith podsumował to najlepiej: rasizm nie pogarsza się, on jest filmowany. Dopiero teraz, gdy świat jest tak dobrze wyposażony w aparaty i kamery, skala problemu wyszła na jaw.

Tylko wtedy, gdy dochodzi do zamieszek i krzyków o sprawiedliwość, władze coś robią, ale to jest o wiele za późno i nie zrobiono wystarczająco dużo. Trzeba było spalić setki tysięcy ludzkich skarg i budynków, zanim urzędnicy zareagowali i postanowili aresztować Dereka Chauvina za morderstwo, i to jest smutne.

Niestety, Ameryka nie jest jedynym miejscem, w którym rasizm ma się dobrze. Wciąż zawodzimy jako ludzie, kiedy nie możemy stanąć w obronie tego, co słuszne. Proszę, nie siedź w milczeniu, bez względu na kolor twojej skóry. Życie czarnoskórych osób ma znaczenie.

Przeczytaj też: Lewis Hamilton – to już 250 startów w Formule 1! Co o nim wiemy?

W innym wpisie Lewis Hamilton podkreślił, że popiera jedynie legalne i pokojowe protesty przeciw rasizmowi, a akty wandalizmu, jakich dopuścili się niektórzy protestujący, są karygodne:

Sposób, w jaki traktowane są mniejszości narodowe, musi się zmienić. Trzeba uczyć dzieci od małego, że wszyscy jesteśmy tacy sami, tępić rasizm. Nie rodzimy się rasistami, nie mamy nienawiści w naszych sercach. Uczymy się tego dorastając.

Kierowcy wyrażają swój sprzeciw wobec rasizmu

W swoich mediach społecznościowych Hamilton także skrytykował innych kierowców Formuły 1 za to, że nie poruszają tematu śmierci George’a Floyda i nie zwracają wystarczającej uwagi na konieczność walki z rasizmem:

Widzę was. Tych, którzy milczycie. Największe gwiazdy, a milczycie w obliczu niesprawiedliwości. Nikt z mojej branży nawet nie dał jakiegokolwiek znaku. Mój sport sam jest zdominowany przez biel. Jestem jedną z niewielu „kolorowych” postaci, jak dotąd. Myślałem, że zobaczycie co się dzieje i powiecie coś na ten temat. Nie możecie stać z boku i nic nie robić. Wiem, kim jesteście, obserwuję was.

Gorzkie słowa Hamiltona podziałały, bo niemal natychmiast zawstydzeni biali zawodnicy odpowiedzieli na apel czarnoskórego kierowcy. Jako jeden z pierwszych na wpis Hamiltona zareagował Daniel Riccardo. Australijski kierowca Renault napisał w swoich mediach społecznościowych:

Widząc wiadomości z ostatnich dni, jestem smutny. To, co przydarzyło się George’owi Floydowi i co dzieje się w dzisiejszym społeczeństwie, jest hańbiące. Teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej musimy stać razem, zjednoczeni. Rasizm jest toksyczny i należy się nim zająć, ale nie przemocą czy ciszą, ale jednością i działaniem. Musimy wstać, musimy być zjednoczeni. Bądźmy lepsi, ludzie. To jest rok 2020, na miłość boską. Życie czarnoskórych osób ma znaczenie.

Swój sprzeciw wobec rasizmu wyraził także kierowca Ferrari, Charles Leclerc:

Szczerze mówiąc, nie czułem aby było na miejscu, bym się dzielił swoimi spostrzeżeniami na ten temat. Dlatego do tej pory tego nie zrobiłem. Najwidoczniej tkwiłem w błędzie. Wciąż staram się znaleźć słowa, które opisywałyby okrucieństwo niektórych filmów, jakie widziałem w Internecie. Rasizmowi muszą towarzyszyć działania, a nie milczenie. Proszę – bądźmy aktywni, angażujmy się i szerzmy świadomość na temat walki z tym zjawiskiem. Naszym obowiązkiem jest wypowiadanie się na temat niesprawiedliwości. Dlatego nie milczę.

W podobnym tonie wypowiedzieli się także pozostali kierowcy F1, w tym Lando Norris, Carlos Sainz, Alex Albon, George Russel, Antonio Giovinazzi czy Nicholas Latifi, a także władze samej Formuły 1.

Kierowcy wyrażają swój sprzeciw wobec rasizmu
 

Podobnie jak Hamilton, Bubba Wallace, jedyny czarnoskóry kierowca w serii NASCAR, zachęcił swoich kolegów z toru, by wypowiedzieli się w sprawie śmierci George’a Floyda:

Kilku kierowców – bardzo niewielu – wyraziło swoją opinię na temat tego wydarzenia i doceniam to. Ale cisza ze strony najlepszych kierowców w naszym sporcie jest więcej niż frustrująca. Do wszystkich naszych kierowcy – nasz sport zawsze był trochę rasistowski. NASCAR –  wszyscy myślą, szaleństowo, flaga Konfederacji, rasiści. Nienawidzę tego. Nienawidzę tego, ponieważ wiem, że NASCAR to o wiele więcej. Czy nie dbacie o to, co się dzieje na świecie? Nasze głosy mają o wiele większą wagę niż głos Joe Schmo z ulicy. Musimy się bardziej postarać, aby każdy mógł bez obaw powiedzieć to co czuje.

Pod koniec dnia to jest o wiele ważniejsze niż jakiekolwiek zwycięstwo w wyścigu, jakiekolwiek mistrzostwo, które kiedykolwiek osiągnąłeś. To jest coś, co może się zmienić tylko w wyniku globalnych działań. Wyobraźcie to sobie. Nie chciałbym być facetem, który wygrał mistrzostwo w tym okropnym roku, ale nigdy nie skomentował problemów, z którymi mamy do czynienia w naszym społeczeństwie. Nie chciałbym dźwigać tego ciężaru.

Kierowcy NASCAR jak Austin i Ty Dillon, Tyler Reddick, Jimmie Johnson i Kyle Busch po apelu Wallace’a wyrazili swój sprzeciw wobec rasizmu.

Przeczytaj też: Najszybsze kobiety w historii NASCAR

Wielu kierowców, między innymi z Formuły 1, Formuły E, NASCAR czy IndyCar, w ramach akcji Blackout Tuesday, we wtorek, 2 czerwca, opublikowało na swoich Instagramach czarne kwadraty. Masowa akcja #BlackoutTuesday miała wyrażać sprzeciw wobec rasizmu i brutalności policji, a także być wyrazem solidarności z przedstawicielami dyskryminowanych mniejszości.

Najnowsze

Pomysł rządu na ratowanie gospodarki – zwiększyć podatki kierowcom

Na szczęście nie chodzi o Polskę, tylko o Niemcy. Projekt powinien, przynajmniej w opinii niektórych środowisk, zostać uznany za mało sprawiedliwy. Media podawały tę wiadomość w pozytywnym kontekście. Czy słusznie?

Mogliście gdzieś już słyszeć o tym projekcie (a właściwie już przyjętym rozwiązaniu), ponieważ jest on częścią planu ratowania niemieckiej gospodarki. Przeznaczono na niego w sumie 130 mld euro i można w nim znaleźć kilka naprawdę dobrych pomysłów. Przykładowo na pół roku zostanie obniżony podatek VAT z 19 na 16 procent (u nas kiedyś wynosił „tylko” 22 procent).

Przeczytaj także: Już niedługo zobaczymy polski samochód elektryczny?

Niemiecki rząd nie zapomniał także o branży motoryzacyjnej, która stanowi ważną część tamtejszej gospodarki. Ale nie jest to chyba dokładnie taka pomoc, na jaką liczyli producenci. W ramach pobudzenia rynku nowych samochodów, rząd dopłaci nawet 9 tys. euro do zakupu elektrycznego auta, kosztującego nie więcej, niż 40 tys. euro (do droższych będą to tylko 3 tys. euro). Przypomnijmy, że rok temu elektryki stanowiły 1,8 proc. sprzedanych samochodów w Niemczech. Takie dopłaty to świetna zachęta do zwiększenia ich udziału w rynku, ale czy promowanie produktu, który stanowi margines rynku, ma szanse ten rynek uzdrowić? Zachowamy w tej kwestii sceptycyzm.

Przeczytaj także: Elektryki są bardziej czyste od aut spalinowych? Ujawniamy prawdę

Przyjęty projekt zakłada również przedłużenie zwolnienia aut elektrycznych z podatku drogowego do 2030 roku. Kolejna dobra decyzja wspierająca popularyzację niskoemisyjnego transportu. Ale wydawało nam się, że cały czas była mowa o ratowaniu gospodarki i pobudzaniu popytu. Częścią tej strategii jest także obowiązkowa ładowarka do elektryków na każdej stacji, o czym pisaliśmy niedawno.

Przeczytaj także: Rewolucja na niemieckich stacjach – każda będzie musiała mieć nowy „dystrybutor”

W publikacjach, jakie się pojawiły na ten temat, można się było dowiedzieć o jeszcze jednej zachęcie do zakupu aut elektrycznych. Chodzi o wyraźne podwyższenie podatku drogowego dla aut spalinowych! Media zwykle określały to jako „zachętę”, czyli coś jednoznacznie pozytywnego. „Zachęta” dotyczyć będzie wszystkich samochodów, których emisja CO2 przekracza 95 g/km. Nie podano o ile zwiększy się „zachęta”, ale dotknie ona wszystkie modele, które nie mają napędu hybrydowego typu plug-in. Hybrydowa Toyota Corolla hatchback emituje (zależnie od wyposażenia) od 97 do 116 g CO2/km, więc nawet decydując się na tę wychwalaną, niskoemisyjną technologię, narazimy się na „zachętę”. W przypadku nowego Golfa z 3-cylindrowym silnikiem 1.0 TSI (110 KM) emisja CO2 wynosi 121 g. Według obecnych stawek, co roku właściciel musi płacić państwu 72 euro „zachęty” za jazdę takim autem. Znacznie mniej emituje wersja 2.0 TDI 115 KM (107 g), ale ponieważ to diesel, „zachęta” wynosi już 214 euro rocznie. Ciekawe, ile to będzie po zmianach.

Przeczytaj także: Drogi opustoszały, a w polskich miastach nadal jest smog! Czyżby aktywiści nie mieli racji?

Podsumowując, Niemcy w ramach ratowania gospodarki, będą zachęcać do zakupu samochodów, które sprzedają się w śladowych liczbach i zniechęcać do aut, które wybiera 98,2 procent kierowców. Też macie wrażenie, że nie chodzi tu o rozruszanie rynku nowych pojazdów, tylko o promowanie elektryków? Nie mamy nic przeciwko premiowaniu zakupu auta elektrycznego, ale zniechęcanie do jazdy samochodowymi spalinowymi (wszak podatek płaci się co roku od każdego pojazdu!) i nazywanie tego pakietem pomocowym dla gospodarki, to chyba lekka przesada i nadużycie.

Najnowsze

Rewolucja na niemieckich stacjach – każda będzie musiała mieć nowy „dystrybutor”

Przez dystrybutor rozumiemy oczywiście punkt ładowania samochodów elektrycznych - cóżby innego? Sęk w tym, że nie brzmi to jak dobry pomysł w obecnej sytuacji.

Nie tak dawno temu informowaliśmy, że w Unii Europejskiej kiełkuje plan pomocowy dla branży motoryzacyjnej. To była dobra część tej wiadomości. Z kolei zła była taka, że mowa była o wspieraniu jedynie tej „prawomyślnej” części motoryzacji, czytaj „pojazdów elektrycznych”.

Unia Europejska zniesie VAT na samochody elektryczne?

W innej sytuacji pochwalilibyśmy taką inicjatywę. Gdy jednak producenci, szczególnie niektórzy, mają ogromne problemy finansowe, wspieranie zakupu aut, którymi zainteresowany jest znikomy odsetek kierowców (zainteresowany w sensie kupna, a nie odpowiedzi w ankietach w stylu „jakby mnie było stać, to pewnie bym kupił”), raczej niewiele zmieni ich trudną sytuację. No chyba, że jest to kolejny ze sposobów na „przekonanie” producentów samochodów do jak najszybszego przejścia na napęd wyłącznie elektryczny.

Nowy rodzaj baterii spopularyzuje samochody elektryczne?

Pomóc chcą w tym prawdopodobnie Niemcy, którzy w ramach planu ratowania gospodarki, wartego 130 mln euro, chcą część środków przeznaczyć na postawienie punktów ładowania pojazdów elektrycznych na każdej stacji benzynowej. A jest ich w sumie 14 118 sztuk. Powtórzymy się więc i napiszemy raz jeszcze, że w normalnej sytuacji pochwalalibyśmy rozbudowę infrastruktury ładowania elektryków, ale nie jest to chyba to, czego teraz najbardziej potrzebuje niemiecka gospodarka.

Elektryki są bardziej czyste od aut spalinowych? Ujawniamy prawdę

W zeszłym roku auta na prąd stanowiły zaledwie 1,8 proc. sprzedaży wśród osobówek w tym kraju.  Zwiększenie liczby ładowarek może oczywiście zachęcić niektóre osoby do kupna elektryka, ale nie należy przeceniać ich roli. Według danych Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych w krajach gdzie elekromobilność jest wysoko rozwinięta, około 80 proc. ładowania pojazdów elektrycznych odbywa się z gniazdek domowych. Ogólnodostępne ładowarki są traktowane przez większość kierowców jako rozwiązanie awaryjne lub takie, pozwalające odbywać dalsze podróże. Trudno zatem oczekiwać, że ich pojawienie się na stacjach paliw, poskutkuje nagły wzrostem zainteresowania elektrykami, co przełoży się na zauważalnie lepsze wyniki finansowe firm motoryzacyjnych, a w konsekwencji na poprawę kondycji gospodarki. A chyba o to właśnie chodzi w programie pomocowym?

https://www.youtube.com/watch?v=n1YK-QnW4Xg

Najnowsze