Będę rozwijać się dalej - wywiad z Aleksandrą Czuryło-Wośko

29 maja 2012
10
O emocjach przy wyborze rajdówki, stresie przed Rajdem Świdnickim, pasji, bez której nie wyobraża sobie życia i o tym, jak ważne jest dla niej wsparcie męża rozmawiamy z Aleksandrą Czuryło-Wośko, zawodniczką, która pierwsze kroki stawiała w Pucharze Kobiet Motocaina.pl

Co się u Ciebie zmieniło od czasu Twoich startów w Pucharze Kobiet Motocainy?

Co się zmieniło? Hmmm… portfel stał się cieńszy (śmiech). Poznałam też rajdy profesjonalne, które bardzo się różnią od tych amatorskich. Chyba ciężko już mi będzie wrócić do startów w KJS, chyba że w ramach treningu i poznawania nowej rajdówki. Jazda torowa podoba mi się niezmiennie (bo na torze czuje się bezpieczniej), ale kręcenie się wokół pachołków na placach już mi się nie podoba. Bo to nie ma nic wspólnego z jazdą rajdową ani torową, choć faktycznie od kjs-ów trzeba zacząć. A do tego zużycie opon podczas takich prób jest bardzo duże. Ale to nie był czas stracony, atmosfera na KJS była świetna i poznałam tam wielu pasjonatów, z którymi kontakt utrzymuje do dnia dzisiejszego.

Pamiętasz ten moment, kiedy postanowiłaś, że na KJS ta Twoja pasja się nie skończy?

Kiedy zaczęła mi wychodzić jazda na torze, zrozumiałam, że jeżeli nie rozwinę się dalej – to będzie to stanie w miejscu. I nigdy się nie dowiem, czy zakocham się bardziej w tej rajdowej pasji. Rozumiem, kiedy ktoś jeździ w KJS w ramach hobby, ale ja wierzę, że stać mnie na to, by się rozwinąć bardziej. Chcę, by z tej jazdy coś wychodziło i przyszły też dobre wyniki.

Ola Czuryło-Wośko na mecie Rajdu Świdnickiego
fot. Stefan Wyszyński

Gdzie zadebiutowałaś w nowej rajdówce?

Pierwszy raz rajdową Astrą wystartowałam podczas dwóch dni Rajdu Świdnickiego. Mimo iż to jeszcze była jazda bez pomiaru czasu, to i tak duże wyzwanie, szczególnie pod względem liczby kilometrów, które musiałam pokonać. Napięcie podczas tych dziesięciu czy dwunastu cr kilometrów oesowych jest niewspółmiernie większe, niż podczas kilometrowej próby na KJS. Chociaż jednak mam wrażenie, że na KJS byłam bardziej zestresowana.

Jak to możliwe, przecież ranga rajdu jest wielokrotnie większa?

W KJS startowałam walcząc z konkurencją i na czas. A na rajdzie jechałam jeszcze bez pomiaru czasu, bałam się tylko o to, by gdzieś nie wypaść z drogi – bo to grozi wstrzymaniem prawa do licencji na pół roku. Zaczęłam też sama pracować nad opanowaniem stresu i wmawiać sobie, że wszystko będzie dobrze. Najgorsze było oczekiwanie i odliczanie na starcie, jak żołądek zaciskał się przy odliczaniu. A potem, kiedy już jechałam na odcinku, to było wielkie skupienie i samoistnie ten stres gdzieś odpływał.

Jak wyglądał proces wyboru odpowiedniej na debiut rajdówki?

Mój mąż Rysiu jest mechanikiem i ma już sprecyzowaną grupę samochodów, których mieć nie możemy. Po wykluczeniu wszystkich marek francuskich i samochodów na „F” – niewiele już pozostało (śmiech). Wybór miał zapaść pomiędzy Oplem Astra a Hondą Civic. Miałam okazję przejechać się Hondą Civic Magdy Misiarz i bardzo mi się spodobało! Szczególnie niska pozycja kierowcy, bardzo dobra w prowadzeniu i czuciu samochodu. Z drugiej strony pomagał mi w wyborze Paweł Krysiak, bardziej przekonany do Astry. Ale dostałam też kontakty do osób ścigających się Hondami, by określiły mi koszty eksploatacji swojej rajdówki. Z kolei Łukasz Tomalik dał mi się przejechać Astrą i też mi się podobało, ale jednak to wyższa pozycja za kierownicą. Zdecydowały w dużej mierze względy ekonomiczne – tańszy zakup samochodu i jego utrzymanie. W tym rankingu zwyciężył Opel Astra.

To pozostało tylko kupić?

I to było właśnie straszne! Wybraliśmy jeden egzemplarz i pojechaliśmy „komisyjnie” go obejrzeć. Pomagało mi dwóch doświadczonych w jeździe Astrą zawodników: P.Krysiak i A.Nykiel.  I wróciliśmy z niczym, ponieważ opis auta minął się z rzeczywistością. Już w drodze powrotnej trwały w sieci poszukiwania kolejnego auta i nim wróciliśmy z tej długiej trasy, to powstał plan obejrzenia innej Astry pod Świdnicą. Nawet lepiej, bo nie trzeba było jej przerejestrowywać. Zobaczyliśmy auto następnego dnia i to wyglądało naprawdę źle! Gorzej niż to poprzednie. Natomiast kiedy Bolek się nim przejechał, to powiedział, że nie ma się nad czym zastanawiać, bo technicznie jest OK. A i cena była połowę mniejsza, praktycznie za sprzedaż Corsy kupiłam rajdową Astrę. A jak nią potem wracałam, to byłam lekko zszokowana – że tak może przyśpieszać samochód! (śmiech)

Ola podczas Pucharu Kobiet Motocaina.pl
fot. Andrzej Browarny

Trzeba było w nią włożyć trochę pracy?

Astra była bardzo zaniedbana blacharsko i pod kątem eksploatacyjnym. Zawieszenie, krótka skrzynia i silnik pracowały jak powinny. Kiedy zdjęliśmy z niej pakiet GSi, to powstał obraz nędzy i rozpaczy! Zobaczyliśmy, że faktycznie samochód musi być z 1992 roku – bo korozja „od stóp do głów” (śmiech). Musieliśmy powycinać te elementy i popracować nad blacharką, potem odmalować od środka. Następnie zaczęły się prace nad wyjętym silnikiem i skrzynią – pełny przegląd plus wymiana elementów eksploatacyjnych. No i na sam koniec zostało malowanie zewnętrzne, którego się podjął Bolek. Ja oczywiście chciałam na czarno, ale ostatecznie dałam się przekonać do koloru srebrnego.

Wszystko zgodnie z homologacją?

Tak, to jest auto podchodzące pod A-grupę (niepełna z braku środków). Bałam się tego pierwszego badania kontrolnego, bo słyszałam wiele opowieści o tym, za co można nie być dopuszczonym do rajdu. Nie mogłam sobie pozwolić na taką stratę wpisowego. Ale, nie było aż tak strasznie, bo przecież startowałam jeszcze w stawce bez pomiaru czasu. Pan robiący badanie był bardzo sympatyczny i dowcipny, jednak ja byłam tak spięta, że przeraziłam się tym, iż potrzebna jest faktura na tarcze hamulcowe, bo były nowe. A to był tylko – taki żarcik! (śmiech)

Czułaś się przygotowana do pierwszego startu?

Nie zdążyłam się przygotować tak jak chciałam, bo same prace nad samochodem przeciągnęły się o trzy tygodnie. Pojechałam tylko na jeden trening, może dwugodzinny, z pilotem u boku.

To jak poszedł Ci pierwszy opis prawdziwych oesów?

Miałam z tym bardzo duży problem, a musiałam być zdana tylko na siebie. Jadąc cywilnym autem zupełnie inaczej odczuwałam trudność zakrętów. Trudne zakręty opisane jako 2, potem rajdową Astrą byłabym w stanie pokonać na 3+. Nie miałam kompletnie doświadczenia w tym temacie i opis okazał się być niedopasowany do późniejszej jazdy rajdówką. Sama różnica zawieszeń miała bardzo duże znaczenie. Zaskoczyło mnie to i zdenerwowało, bo nie spodziewałam się aż tak diametralnej różnicy.

Połączeni wspólną pasją - Ola i Rysiek w dzień ślubu
fot. Witold Królikowski

Na coś jeszcze nie byliście przygotowani?

Okazało się, że powinniśmy rozbudować jednak trochę stronę serwisową na rajdzie. Myśleliśmy, że Rysiu, jako jeden mega-mechanik, przy tak przygotowanym aucie w zupełności wystarczy. Inni zawodnicy mieli liczniejsze zespoły i zrozumieliśmy dlaczego, podczas tak głupiej sytuacji, jak przygotowanie auta na drugi dzień zawodów. Po pierwszym dniu jazdy samochód był od kół po dach w błocie! A nie może podjechać taki do startu. I okazało się wtedy, że trzy pary rąk do wyczyszczenia auta w tak krótkim czasie – to za mało. A gdyby była jeszcze jakaś usterka do usunięcia? Teraz twierdzimy, ze bezwzględne minimum to jednak 2 osoby na serwisie.

Wsparcie w mężu masz, a co na tę rajdową pasję mówi reszta Twojej rodziny?

Rodzice chyba nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, co zamierzam. Mama nie chciała słuchać, żeby się nie denerwować, pytała tylko, czy dobrze mi poszło. Tato zawsze zwracał mi uwagę na  to, że zbyt mocno się stresuję, ale nie miał pretensji, że ostatnie pieniądze wydajemy na rajdówkę.

Jakie masz teraz plany na rajdową przyszłość?

Plany były bardzo ambitne, natomiast portfel je szybko zweryfikował (śmiech). Bardzo chciałam pojechać wszystkie rundy RPP bez pomiaru czasu. Problem był ze znalezieniem sponsorów, bo na ten moment wszystko robimy z własnych oszczędności. A raczej był to bardziej  problem ze znalezieniem czasu na ich szukanie i przygotowanie oferty. Przed rajdem nie było na to szans, po rajdzie potrzebowałam czasu, by zregenerować siły. A teraz podjęłam nową pracę...

Byłam na kolejnych treningach i doszłam do wniosku, że jednak potrzebuje więcej kilometrów do zdobycia doświadczenia. I w tym przypadku korzystniejsze będą starty w rajdach trzecioligowych plus dużo treningów, niż jazda za stawką RPP. Nie czuję się jeszcze na siłach, by zdobyć licencję R1 i jeździć w RPP, bo potrzebuje najpierw poznać i poczuć ten samochód. Na koniec roku, jeżeli będę przekonana o swoich postępach – to podejmę kolejne decyzje. Niestety są one też kosztowne, bo wymogi dotyczące wyposażenia w rajdach RPP są jeszcze wyższe.

Co właściwie sprawiło, że jeździsz w rajdach?

Robiłam po kolei wszystko co się dało: tańczyłam rock'n'rolla  i w zespole, trenowałam akrobatykę, koszykówkę, lekkoatletykę (biegi, pchnięcie kulą). Może łatwiej wymienić, czego nie robiłam? (śmiech). Nie były to chwilowe, a raczej wieloletnie pasje. Prawo jazdy zrobiłam dopiero wtedy, kiedy sama na nie zarobiłam. A kilka lat temu, kiedy byliśmy z Rysiem na Rajdzie Elmot, powiedziałam: „Chyba mi się to podoba, ja też tak chcę!”, a on mi odpowiedział: „To zrób to prawo jazdy, a ja ci zrobię samochód”. I tak decyzja zapadła. Potem, jak to się wszystko zaczęło, to już nie mogliśmy bez tego żyć. Nie wyobrażaliśmy sobie weekendu bez ścigania na torze albo przesiadywania w warsztacie.

Wychodzi na to, ze masz idealnego męża, bo nie pcha się do kierownicy?

Miłością Rysia jest mechanika i w tym się realizuje. No i wspiera mnie na każdym kroku, wierzy we mnie i motywuje, gdy już zaczynam wątpić. Z takim wsparciem mogę się rozwijać!

 

    Komentarze

    mariola
    02 czerwca 2012 07:58
    Świetny artykuł :) Olu my też trzymamy za Ciebie kciuki!!!!