Babcie obalają mity na temat Diesla – wideo

Amerykanie przez lata przyzwyczaili się, że jedynym słusznym wyborem pod maską samochodu jest silnik benzynowy. Volkswagen postanowił obalić większość mitów przy pomocy trzech starszych pań oraz psa o imieniu "Tuńczyk".

Koncern Volkswagen od paru lat delikatnie przyzwyczaja mieszkańców Stanów Zjednoczonych do tego, że silniki Diesla mogą być ciekawą, bardziej ekonomiczną alternatywą do opasłych w cylindry i moc silników benzynowych. Tym razem w sieci pojawiło się kilka filmów, w których sympatyczne staruszki obalają mity na temat jednostek wysokoprężnych. 

W USA nadal panuje przekonanie, że silnik zasilany olejem napędowym jest powolny, głośny i śmierdzący, a na dodatek bardzo trudno znaleźć stację z takim paliwem. W jednym ze spotów, oprócz staruszek, pojawił się Tanner Foust (kierowca wyścigowy, kaskader, prezenter telewizyjny), który szybko rozwiewa wątpliwości pań na temat opieszałości jednostek Diesla.

[Aktualizacja]

Prezentowane wcześniej filmy zniknęły z oficjalnego konta YouTube należącego do niemieckiego koncernu. Na szczęście w sieci są dostępne ich kopie. Najprawdopodobniej zostały usunięte po tym, jak wybuchła afera z „Dieselgate”.

https://www.youtube.com/watch?v=0VA51xWXZ3g

https://www.youtube.com/watch?v=I6P-BGRmHDM 

https://www.youtube.com/watch?v=yl8B7bviTZU 

 

Najnowsze

Czy Tor Poznań zniknie z mapy? Wideo

Tory wyścigowe w Polsce można policzyć na palcach jednej ręki. Jednak niebawem może się okazać, że zostaną po nich tylko wspomnienia. W tym tygodniu rozpoczyna się akcja ratowania Toru Poznań, który może zostać zlikwidowany.

Kilka tygodni temu w sieci rozpętała się burza po wypowiedziach prezydenta Poznania, Jacka Jaśkowiaka. Według niego tor należy zlikwidować, ponieważ generuje uciążliwy hałas oraz niedogodności dla okolicznych mieszkańców. 

Wielu Poznaniaków nie zgadza się z jego zdaniem i zamierza zaprotestować przed likwidacją kultowego obiektu. Na razie działania koncertują się w internecie, gdzie pozytywnie wypowiedziało się w tej kwestii już kilka tysięcy ludzi. Organizatorzy akcji zamierzają zebrać co najmniej kilkanaście tysięcy deklaracji. 

Trzymamy kciuki za powodzenie projektu wstrzymania zamknięcia jednego z najlepszych obiektów wyścigowych w Polsce. Tymczasem posłuchajcie, co prezydent Poznania miał do powiedzenia w kwestii toru.

 

Najnowsze

Ma 89 lat i nadal jeździ na motocyklu!

Ta kobieta potwierdza, że wiek to tylko liczba. Mając za sobą prawie dziewięć dekad życia, nadal nie zwalnia, a jej ukochaną maszyną jest Harley-Davidson.

Gloria Tramontin Struck zaczęła swoją przygodę z jednośladami mając szesnaście lat. Od tamtego czasu minęły 73 lata, a ona nadal ochoczo siada na motocykl i jedzie przed siebie inspirując innych. 

„Mówi się, że w pewnym wieku, powinieneś siedzieć przed telewizorem i szydełkować, gdyż Twoje życie minęło. Na litość boską! Gdybyście wiedzieli ile mam jeszcze przed sobą celów” – powiedziała bohaterka, o której jest głośno od kilku tygodni w mediach. 

W każdą środę ta poczciwa motocyklistka zamienia się w prawdziwego easy-ridera. Zakłada na siebie wtedy swoje ulubione ciuchy motocyklowe, robi makijaż i wsiada na Harleya-Davidsona. 

W środowisku motocyklistów jest znana od wielu lat. Należy też do pierwszej organizacji zrzeszającej kobiety-motocyklistki. Przez całe życie zjechała już większość Stanów Zjednoczonych oraz Kanady. Bardzo często towarzyszy jej córka, Lori DeSilva. Wyliczyła, że w tym czasie zrobiła ponad milion kilometrów mając zawsze pod ręką dwa lub trzy motocykle. W tej chwili porusza się na modelu Harley-Davidson Heritage Softail Classic. Przez te wszystkie lata przez jej ręce przeszło 14 motocykli. Pierwszym był Indian Scount Pony. Preferuje raczej ciężkie maszyny, bo podróżuje się na nich wygodniej na długich trasach.

Przez 56 lat małżeństwa nie udało się jej zarazić do pasji motocyklowej męża. Wybrał się z nią zaledwie dwa razy w długą podróż, co często mu wypomina. 

W lipcu tego roku obchodzi 90. urodziny. Oczywiście spędzi je na imprezie motocyklowej w Kanadzie, otoczona przyjaciółmi i fanami, którzy zawsze ją wspierają. To jednak nie jest jej ostatnie słowo. Zamierza kontynuować swoje plany przez najbliższych dziesięć lat!

O dwóch starszych paniach, które są motocyklowymi rekordzistkami Ameryki przeczytasz tu.

Przejechać 1,5 miliona km na 35 motocyklach – niemożliwe? Doknała tego kobieta! Czytaj o tym tu.

Najnowsze

Test Mitsubishi Space Star 1.2 Intense – czy rozmiar ma znaczenie?

Markę spod znaku trzech diamentów spowija rajdowa legenda. Podczas kiedy inne samochody powstawały, aby jeździć, Mitsubishi rodziły się, aby zwyciężać. Aż nadszedł dzień, kiedy producent obniżył swój lot w efekcie czego powstaje Space Star. Czy „mały” oznacza „gorszy”? Przyjrzyjmy mu się z bliska. Łapiemy lupę w dłoń.

Mitsubishi Space Star jest dostępny na rynku od 2014 roku; reprezentuje japońską markę w segmencie B. To najmniejszy model w ofercie producenta, który już po raz kolejny zdecydował się na taki ruch. Warto tu przywołać ducha Mitsubishi Colta, który był obecny na rynku od 1984 roku. O ile jednak jego mocniejsze jednostki skutecznie zapierały dech w niejednej piersi, o tyle marne szanse, że Space Star również to potrafi. Jaka jest zatem geneza jego powstania? Po co ten samochód został powołany do życia? Mieszkańców naszej planety ciągle przybywa, a Ziemia jak nie rosła, tak nadal nie rośnie. Wzrasta zatem popyt  na małe samochody. Mitsubishi zdecydowało włączyć się do gry.

Space Star to nazwa zapożyczona z większego modelu, który był o wiele bardziej przestronnym minivanem. Dziś przede mną stoi niebieski mikrusek, który będzie konkurował z Toyotą Yaris, Hondą Jazz i Peugeotem 208. Wygląd – o gustach się nie dyskutuje. I my też nie będziemy tego tu robić. Jednych ten samochód skutecznie uwiedzie, innych odepchnie. I niech tak pozostanie. Testowana, najwyższa opcja wyposażenia (Intense) prezentuje się nieźle: 15-calowe, aluminiowe obręcze dość skutecznie dodają bryle samochodu lekkości.

Wnętrze – czołowe zderzenie
Uchylając drzwi odnoszę wrażenie, że są wykonane z papieru. Z drugiej strony masa samochodu to tylko 845 kilogramów, zatem każdy z elementów nadwozia będzie po maksymalnej kuracji odchudzającej. Wewnątrz panuje smutek i żal, zaś całość jest pogrążona w bezkresnej ciemności. Jedynym, rozświetlającym wnętrze akcentem jest fragment deski rozdzielczej lakierowanej na wysoki połysk. Ładnie i nowocześnie, ale trochę za mało. Co się dzieje w najniższej wersji wyposażenia? Strach pomyśleć – nie chcę wiedzieć. Tworzywa są twarde jak serce teściowej, fotele są czarne jak buty Batmana. A szkoda – kolorowa nitka, jeden dodatkowy odcień na środkowej konsoli i jakże byłoby tu przyjemniej.

Fotele są wąskie, krótkie i mało wygodne. Ktoś również zapomniał nieco je wyprofilować. Sprawdzą się zatem na niezbyt długich odcinkach – do sąsiada po cukier. I to by było na tyle. Tylna kanapa, wbrew pozorom, miejsca oferuje naprawdę sporo. Możemy zatem zabrać dwie dorosłe osoby, pod warunkiem, że wzrostem nie grzeszą.

Co Polacy sądzą o samochodach elektrycznych?

Jazda – nie płacz kiedy odjadę…
Raczej nie będę. Wprawdzie samochód został wyposażony w mocniejszą jednostkę benzynową dostępną w ofercie, ale to nie zmienia faktu, że taka moc w tym przypadku to stanowczo za mało. Po pierwsze zarówno testowany silnik 1.2 o mocy 80 KM, jak również słabszy 1.0 o mocy 71 KM, to jednostki 3-cylindrowe. W teorii oznacza to, że producentowi bardzo leży na sercu dobro morsów zamieszkujących Antarktydę, a tego typu silniki mają emitować o wiele mniej spalin. Praktyka jest jednak brutalna: podczas kiedy morsy będą się przewracać z boku na bok, Wy będziecie notorycznie słuchać za kierownicą pracy silnika, która do złudzenia przypomina krzyk. Po drugie zarówno maksymalna moc, jak również moment obrotowy (106 Nm), zostały ukryte w wysokim zakresie obrotów, co oznacza, że aby z nich skorzystać trzeba ten mały silniczek kręcić przynajmniej do 4000 obr/min. To, jak nietrudno się domyślić, tylko wzmaga i tak już spory hałas. Można by było temu zapobiec lepszym wyciszeniem kabiny, ale to z kolei wpłynęłoby na masę samochodu. Czyli i tak źle, i tak niedobrze. Chociaż w tym przypadku byłoby to jednak mile widziane, bo Space Star prowadzi się mało pewnie. Podczas jazdy, przy silniejszych podmuchach wiatru, można odnieść wrażenie, że zaraz wylądujemy w pobliskim rowie, bo samochód da się zdmuchnąć z drogi niczym suchy liść. Po przekroczeniu 80 km/h wrażenia z jazdy przypominają te z podróżowania pudełkiem wykonanym z papieru – nie wiemy czy nadal poruszamy się po jezdni, czy może już kilka centymetrów nad jej powierzchnią. Czy są jakieś zalety takiego rozwiązania? Samochód zużywa nieduże ilości paliwa: w cyklu miejskim udało się uzyskać wynik poniżej 7 litrów. Biorąc jednak pod uwagę, że podobnym wynikiem może się pochwalić Seat Leon ST (samochód o wiele większy ze 140-konnym silnikiem benzynowym) to już ta cyfra przestaje robić wrażenie.

Udany weekend Karoliny Pilarczyk. Nawet nieznajomość toru jej nie zatrzyma!

Testowany egzemplarz miał 5-biegową, manualną skrzynię biegów, której praca również pozostawiała wiele do życzenia. Podczas jazdy można było odnieść wrażenie, że dźwignia zmiany biegów została zamocowana na słowo honoru. Skuteczniej odstraszała, niż zachęcała do używania. Na szczęście same biegi wskakiwały na swoje miejsce bez większych oporów ani trudności. Taki rodzaj szczęścia w tym całym nieszczęściu. Przez cały okres trwania testu samochód poruszał się głównie na terenie miasta. Wszelkiego rodzaju muldy oraz nierówności, tak specyficzne dla ulic Warszawy, były doskonałym sprawdzianem dla zawieszenia Space Star’a. A to spisywało się całkiem nieźle.  Kolumny MacPhersona z przodu oraz belka skrętna z tyłu to nie jest szczyt motoryzacyjnych osiągnięć, ale ten zestaw doskonale wybierał wszelkie nierówności. Samochód brał „na miękko” wszelkiego rodzaju przeszkody, i mimo że zawieszenie momentami pracowało zbyt głośno, można mu było to wybaczyć. Miękkie zestrojenie podwozia dawało się odczuć również na zakrętach; nadwozie wyczuwalnie odchylało się na boki.

Podsumowanie – czy rozmiar ma znaczenie?
Rozmiar nie ma znaczenia. Jest wiele małych samochodów, które naprawdę dobrze się prowadzą. Jednym z nich jest Peugeot 208, który zaczyna się od 52 200 złotych, a zatem jest znacznie droższy, niż Mitsubishi Space Star (który można kupić już od 39 990 złotych z silnikiem 1.0 71 KM – na chwilę obecną trwa promocja). Cena jest jego największą zaletą, i jedyną. Samochód powstał jako tani środek transportu, tak też jeździ i tak też wygląda. Nie urzeka ani swoim wyglądem, ani jakością wykończenia, o wrażeniach z jazdy nie wspominając. A konkurencja nie śpi; Toyota Yaris jest o wiele ładniejszym samochodem, a ceny wersji 3-drzwiowej zaczynają się od 39 900 złotych (silnik 1.0 69 KM). Co zatem zrobi Mitsubshi, aby Space Star zyskał sobie przychylność konsumentów? Nie wiemy, ale oby coś szybko wymyślił. Inaczej Japończycy przegrają tę bitwę z kretesem.

Na TAK:
– duża ilość miejsca z tyłu

Na NIE:
– zbyt głośna praca silnika
– zbyt słaba jakość wykończenia wnętrza
– zbyt niepewne prowadzenie samochodu

Mitsubishi Space Star 1.2 Intense – dane techniczne:
Silnik – benzynowy, R3, 12V
Pojemność – 1193 cm3
Moc – 80 KM przy 6000 obr/min
Moment obrotowy – 106 Nm przy 4000 obr/min
Skrzynia biegów – 5-biegowa, manualna
Przyspieszenie 0-100 km/h – 11,7 sekundy
Maksymalna prędkość – 180 km/h
Pojemność zbiornika paliwa – 35 litrów
Pojemność bagażnika – 235 litrów
Masa własna – 845 kg
Napęd – na przednią oś
Długość/szerokość/wysokość  – 3710/1665/1490 mm

Najnowsze

Goodc

The Heist – softowa wersja choppera. Galeria

Basowy dźwięk silnika, nisko osadzone zawieszenie, chromowane wykończenia, brak zbędnych osłon. Cleveland Motorcycles, amerykański producent jednośladów, prezentuje nowość na sezon motocyklowy 2015 o pojemności silnika 125 cm3. Jak wygląda nowość zza oceanu?

Moda na jednoślady o pojemności 125 cm3 pojawiła się wraz ze zmianą przepisów, które umożliwiły poruszanie się tego typu motocyklami posiadaczom prawa jazdy kategorii B. Rynek zalała cała fala modeli, które bardzo szybko zyskały niezbyt pochlebne opinie ze względu na często tandetne, „plastikowe” wykonanie. Dziś sytuacja ta zmienia się. Dowodem są kolejne propozycje, bardziej dojrzałe i przemyślane, których posiadanie naprawdę nie jest powodem do wstydu. Przykładem jest chopper The Heist, który zjechał z linii produkcyjnej amerykańskiej firmy Cleveland Motorcycles. Pasjonaci z Ohio działają od 2009 roku – w ich stajni znajdziemy motocykle niedrogie, o mniejszych silnikach.

The Heist wyróżnia nisko osadzone, teleskopowe, hydrauliczne zawieszenie ze sprężynami oraz rama typu „hard tail”, czyli resorowanie tylne pod siedzeniem.  Motocykl napędza 4-suwowy, jednocylindrowy silnik chłodzony powietrzem, o pojemności pojemność 125 cm3 i mocy ok. 8,2 kW, co pozwala rozwinąć prędkość maszynie do ok. 110 km/h. Skrzynia biegów ma 5 przełożeń. Masa pojazdu bez płynów to zaledwie 128 kilogramów.

Dodatkowym atutem modeli tej marki jest możliwość praktycznie dowolnej przebudowy motocykla i dostosowania go pod własne potrzeby oraz wyobrażenia.

Cena motocykla The Heist wynosi około 12 tysięcy złotych. Gwarancja to 2 lata lub 6 tysięcy kilometrów. Motocykl będzie można obejrzeć na poznańskim Motor Show.

Źródło: Lidor

Najnowsze