210-konna Toyota Yaris zadebiutuje w Genewie

Na zbliżających się targach w Genewie Toyota zaprezentuje nową, sportową wersję Yarisa z mocnym silnikiem benzynowym.

Toyota powraca do segmentu hot hatchów. Auto o 3-drzwiowym nadwoziu i silniku 210 KM to ogniwo łączące Yarisa WRC z rynkową linią najpopularniejszego samochodu Toyoty w Europie. Na stoisku Toyoty w Genewie nowy sportowy model zajmie miejsce obok prototypu startującego w Rajdowych Mistrzostwach Świata, który zadebiutuje 19 stycznia w rajdzie Monte Carlo.

W Genewie zostanie zaprezentowany także miejski Yaris po face liftingu. Samochód otrzymał zmodernizowane wnętrze oraz odświeżoną przednią i tylną część nadwozia, nawiązującą do sportowej odmiany. Miejski model Toyoty został poddany także technicznym modyfikacjom poprawiającym komfort jazdy i pewność prowadzenia.  

Wersja hybrydowa otrzyma napęd o większej mocy. Yaris Hybrid, pierwszy samochód hybrydowy w segmencie B, odpowiada za ponad 40% sprzedaży modelu w Europie.

Najnowsze

Masz 60 sekund. Odrysujesz samochód?

Nissan rzucił wyzwanie światowej sławy rysownikowi. Steven Wiltshire ma sześćdziesiąt sekund na dokładne przestudiowanie sylwetki Nissana Micra, a następnie musi dokładnie narysować samochód. Czy to się uda?

Steven Wiltshire jest znany z ogromnych szkiców wykonywanych piórem, które najczęściej przedstawiają panoramę miasta. Jednak największe wrażenie robi sposób, w jaki zapamiętuje detale. Wystarczy kilkuminutowy przelot helikopterem nad danym obszarem, a następnie artysta przystępuje do tworzenia dzieła. 

Fotograficzna pamięć Stephena została poddana próbie przez Nissana. Japoński producent zaproponował mu narysowanie nowej Micry za pomocą narzędzia Tilt Brush opracowanego przez Google. Aplikacja wykorzystująca urządzenia VR pozwala na wykonywanie trójwymiarowych rysunków.

Artysta specjalizował się do tej pory w rysowaniu amerykańskich krążowników z lat 50. i 60. ubiegłego wieku. Zobaczcie, jak wyglądał proces tworzenia.

 

Najnowsze

Edyta Klim

Katarzyna „Karen” Łapczyńska – niespokojna dusza na motocyklu

Katarzyna Łapczyńska żyje chwilą i uwielbia adrenalinę. Ciężko ją zatrzymać w miejscu, a swoją energię wykorzystuje najchętniej w ekstremalnej jeździe motocyklem.

 Jesteś motocyklistką nie bojącą się ryzyka – od zawsze tak było, czy też przeszłaś etap „grzecznej” jazdy i stwierdziłaś, że to nie dla Ciebie?

Czy byłam kiedyś grzeczną motocyklistą… Mówiąc szczerze, nie. Może to dziwnie zabrzmi, ale od początku jeździłam ponad swoje możliwości. Oczywiście moje pierwsze jazdy po ulicy były trochę asekuracyjne, ale głównie dlatego, że po prostu nie potrafiłam jeździć (śmiech). Początki mojej motocyklowej fascynacji to wczesne dzieciństwo, choć moja mama od zawsze była wielką przeciwniczką jednośladów, ponieważ mieliśmy w dalszej rodzinie trzy wypadki śmiertelne. Starała się mnie trzymać od tego jak najdalej mogła, ale niestety się nie udało (śmiech). Od dziecka chodziłam na żużel, najpierw jako kibic, a później dziennikarz i fotograf. To spowodowało, że całkiem wsiąknęłam w klimat. Dalsze kroki były nieuniknione… Wprawdzie od dziecka marzyłam o crossie, jednak ludzie napotkani na mojej drodze i okoliczności sprawiły, że wszystko potoczyło się zupełnie inaczej.

Zdradziłaś ostatnio, że to problemy zdrowotne w dzieciństwie zmieniły Twoje podejście do wielu spraw. Zwykle trudne doświadczenia pokazują, jak życie jest kruche i wielu ludzi przez to zwiększa swoją życiową asekurację. Ty uważasz jednak inaczej?

Myślę, że nie ma na to reguły. Na pewno patrzę na życie inaczej, ale u mnie zamiast w stronę obawy o siebie i asekuracji, myślenie poszło w kierunku życia chwilą. Starałam się spełniać swoje marzenia i robić wszystko na 100%. Trudno jest mnie utrzymać dłużej w jednym miejscu – po prostu niespokojna dusza. To przekłada się na moją jazdę motocyklem. Spokojna wycieczka w Bieszczady to po prostu nie mój klimat – po dosłownie chwili relaksacyjnej jazdy zaczynam się zwyczajnie nudzić (śmiech). Świadomość tego, że życie jest kruche spowodowała, że po prostu żyje intensywniej i szybciej – nie wiem ile jeszcze czasu będę mogła się nim cieszyć, więc po prostu łapię chwilę.

Latasz na kole w bluzie, jeansach i trampkach – wielu ludzi to krytykuje. Jakie masz zdanie o używaniu odzieży motocyklowej?

To trudny temat. Faktycznie, sporo osób krytykuje jazdę bez pełnego ubioru. Osobiście uważam, że każdy powinien jeździć w tym, w czym mu najwygodniej. Każdy logicznie myślący człowiek wie, że jazda motocyklem jest niebezpieczna i że ubiór może trochę zniwelować straty. Nie jest tak, że nie mam świadomości konsekwencji – leżałam już w każdym rodzaju ciuchów, od jednoczęściowego kombinezonu na torze, po krótki rękawek. Trochę skóry na asfalcie zostawiłam… Ale każdy jest kowalem swojego losu. Po prostu w takim stroju jeżdżę, w jakim jeździ mi się najlepiej i najwygodniej. Oczywiście jeśli ktoś jest nauczony jazdy w pełnej odzieży motocyklowej – to powinien to robić, bo może mu to uratować sporo skóry, ale jeśli coś pójdzie wybitnie nie tak, to nie pomoże to zbyt wiele. Mi osobiście jest obojętne, czy widzę kogoś w kombiaku czy w japonkach – to jego ciało i decyzja.

Jakie motocykle do tej pory miałaś i który darzysz największym sentymentem?

Pierwsze kilometry w życiu zrobiłam na Yamasze DT50R i zupełnie przypadkowo byłam przez jakiś czas wierna tej marce. Później była Yamaha XJ6 w wersji z owiewkami, która zakończyła swój żywot, kiedy kilka lat temu potrącił mnie kierowca busa na jednej z wrocławskim ulic. To był dla mnie impuls, żeby na dobre przesiąść się na „plastiki”. Po XJ6 kupiłam Yamahę R6 RJ11. Ją wspominam bardzo dobrze. Była ładna, a do tego bardzo dużo się na niej nauczyłam i pierwszy raz pojechałam na duży tor z prawdziwego zdarzenia – to był Slovakiaring. Ale zachciało mi się litra (śmiech). Wybór padł na Kawasaki ZX10R pierwszej generacji. Trochę zmęczony życiem i strasznie agresywny pojazd, ale też pozwiedzał ze mną duże tory i dał radę. Później kupiłam Gixxa 1000 K9, po nim Hondę CBR954 Fireblade, a teraz mam jeszcze maszynę typowo do stuntu – Hondę CBR600 F4i z wszelkimi przeróbkami do jazdy ekstremalnej. Szczerze mówiąc lista motocykli, którymi sporo jeździłam, zdecydowanie nie zawęża się do tych, które miałam. Tak naprawdę dzięki uprzejmości wielu osób, miałam okazję w życiu pojeździć naprawdę niezliczoną ilością jednośladów. Chyba wzbudzam zaufanie (śmiech). Na torze upalałam między innymi dwie kultowe sześćsetki – Suzuki GSX-R 600 K5 i Hondę CBR600RR, a na ulicy prawie wszystko, co zostało wyprodukowane w ostatnich 15 latach, jest „ścigaczem” i ma 600ccm lub więcej (śmiech). Trudno powiedzieć, który motocykl darzę największym sentymentem. Chyba każdy. Ja po prostu kocham motocykle.

Cały czas uczysz się coraz lepszego panowania nad motocyklem – co było dla Ciebie zadaniem najtrudniejszym? A może nadal jest?

Najtrudniejszym zadaniem było nauczenie się strzelania ze sprzęgła, żeby postawić motocykl na gumę. Po pierwsze, problem tkwi w dobrej synchronizacji obu rąk i nauczeniu się odpowiedniego odruchu, a po drugie, w przełamaniu naturalnej bariery, którą mamy. Początkowo, gdy motocykl zaczyna unosić do góry przednie koło, mamy nawyk ratowania sytuacji – zamykamy gaz i przesuwamy ciężar ciała do przodu, co naturalnie go zdusza. Co gorsza, wtedy lekkie uniesienie koła jest dla nas sytuacją tak dramatyczną, że reagujemy desperacką akcją ratunkową. A tak naprawdę, zazwyczaj motocykl unosi przód na kilka centymetrów, a do pleców mamy jeszcze dobre parę kilometrów (śmiech). Pokonanie tej bariery i nauczenie się odruchu strzału z klamki było dla mnie zdecydowanie najtrudniejsze. Na szczęście to mam już za sobą. W nowym sezonie powstanie zapewne nowa lista najtrudniejszych rzeczy (śmiech).

Czy porażki, upadki to sytuacje, które Cię wiele uczą? Podnosisz się po nich łatwo, czy nabierasz wątpliwości i musisz od nowa budować pewność siebie?

Jazda motocyklem w ogóle uczy pokory. Nawet jeśli przez chwilę wydaje nam się, że dużo umiemy, to życie szybko to weryfikuje. Upadki mnie nie demotywują, wręcz przeciwnie. Jeśli po glebie czuję, że wszystko jest w porządku, to szybko się podnoszę i mam dodatkową motywację, żeby próbować dalej. Właściwie żaden upadek nie spowodował u mnie blokady. Wszystkie wątpliwości znikają, kiedy wsiadam z powrotem na motocykl. Trochę inaczej jest z pewnością siebie, ale tak naprawdę to nie upadki ją zaburzają, raczej gorszy dzień. Czasem czuję, że nie wychodzi, że po prostu jest to ten dzień, kiedy lepiej odpuścić wielkie wariactwa. Trzeba sobie dać czas, wyczyścić głowę i kolejnego dnia zacząć od nowa.

Czy taką granicę ryzyka, na jakie można sobie pozwolić się czuje? Czy ona jest zauważalna? Czy dopiero, jak się ją przekroczy to z przerażeniem (czasem z bólem) można stwierdzić, że się przesadziło?

Trudne pytanie. Na pewno mogę odpowiedzieć tylko za siebie, bo to sprawa mocno indywidualna. Ludzie, którzy nie podejmują w życiu ryzyka, na pewno mają te granicę w zupełnie innym miejscu niż Ci, którzy wiecznie ryzykują. Skłonności do życia na krawędzi są wpisane w nasz charakter i osobowość, przez co przekładają się na wiele dziedzin życia, nie tylko na jazdę motocyklem. Odpowiadając na pytanie – zależy o jakie granice ryzyka chodzi. Jeśli mamy na myśli tylko i wyłącznie ryzyko związane z tym, czy na wyjściu odkręcić gaz na maksa, czy na 80% lub też związane z punktem hamowania (tu, czy metr dalej) to powinno się czuć. Zależy to od ogromnej ilości zmiennych, ale to my decydujemy, na ile przeciągniemy strunę. Jeśli chodzi o ryzyko samo w sobie, czyli po prostu jazdę na złamanie karku w ruchu ulicznym, ewolucje na motocyklu i tak dalej – to są sytuacje, w których w ogóle nie zastanawiam się nad tym, że podejmuje jakieś ryzyko i jakie ono jest. Po prostu jadę. Dzieje się to między innymi wtedy, gdy podróżuje z kimś – wtedy znikają chyba wszystkie, możliwe bariery. Nakręcamy się wzajemnie, jedna osoba motywuje drugą. Do tego dochodzi ogromny wyrzut adrenaliny. Wtedy liczy się tylko tu i teraz. Raczej nie czuję żadnej granicy ryzyka, bo kiedy zaczynam jazdę na gumie czy też na torze, moje myślenie się zmienia… A właściwie to kierunkuje się tylko na zadaniu, czyli na samej jeździe. Na kalkulacje „czy to już czy jeszcze nie” po prostu nie ma czasu. A wypadki nie zawsze są winą przekroczenia granicy ryzyka, czasem to przypadek lub głupi błąd.

W jednym z komentarzy napisałaś, że 90% motocyklistek porusza się na motocyklach, a nie jeździ. Rozwiń proszę tą wypowiedź.

Tak jest nie tylko w przypadku motocykli, ale też samochodów. I nie tylko wśród kobiet, ale też mężczyzn. Wiem, że to trochę kontrowersyjne podejście, ale po prostu tak uważam. Z pewnymi predyspozycjami trzeba się urodzić. Nauczenie się prowadzenia pojazdu to jedno, ale żeby wejść na określony, ponadprzeciętny poziom, trzeba mieć też trochę naturalnego talentu. Oczywiście oprócz tego konieczna jest ciężka praca i dużo treningu. Większość nawet w połowie nie wykorzystuje potencjału maszyn, które dosiada. Ludzie po prostu przemieszczają się z punktu A do punktu B, co sprawia im radość i daje satysfakcję, więc fajnie, że to robią. To nic złego, wręcz przeciwnie. Sama parę razy w życiu kupiłam motocykl dlatego, że chciałam, żeby był mocniejszy czy ładniejszy, a w rzeczywistości nie byłam w stanie wykorzystać jego potencjału. Dobry zawodnik na torze objedzie amatora na litrze, maszyną o pojemności 125ccm. To jest właśnie piękne w tym sporcie. Ale wracając do pytania – dla mnie to coś więcej, niż niedzielna rozrywka czy też hobby, w które bawię się w wolnym czasie. To trochę realizacja mojego niespokojnego ducha. Dla większości jazda motocyklem to przyjemność, wolność, odskocznia, ale nie podejmują ekstremalnego ryzyka. Dlatego też jeżdżą zgodnie z przepisami lub też niewiele szybciej, a przyjemność czerpią z samego poruszania się. Można powiedzieć, że kierowcy jednośladów dzielą się na wiele grup i to też jest fajne, bo każda z nich ma inne priorytety i co innego daje jej satysfakcje. Dla mnie jazda zaczyna się od momentu, kiedy motocykl zaczyna mi prostować ręce w łokciach (śmiech).

Jak rozpoznać taki talent? Gdybyś miała jakiejś koleżance doradzić, to pod jakim kątem byś sprawdziła jej predyspozycje?

Przede wszystkim trzeba mieć nierówno pod sufitem (śmiech). Szybka jazda motocyklem wymaga bardzo dobrej koordynacji, umiejętności przewidywania, czucia mięśniowego, równowagi… Właściwie dużo jest cech i zdolności, które warto posiadać. Refleks musi być naprawdę wyostrzony do granic możliwości. Im bardziej ekstremalna jazda, tym trudniej. Do tego trzeba „rozumieć” motocykl. Po prostu go czuć. Każda maszyna jest inna, każdy silnik ma inną charakterystykę, inaczej działa zawieszenie, hamulce. Wszystko. To wszystko trzeba umieć wyłapać w momencie, kiedy przesiadamy się z motocykla na motocykl. Jak najszybciej. I co najważniejsze, nie można się bać. Panika to najgorsze, co może nas spotkać w sytuacji zagrożenia. W zasadzie ciężko wymienić te wszystkie predyspozycje. Nazwałabym to roboczo „szósty zmysł” (śmiech).  

Masz wielu fanów, czy to ich wsparcie jest realne? Starasz się mieć z nimi kontakt, inspirujesz ich, lubisz?

Nie przesadzałabym z nazywaniem czytelników mojego bloga, czy też odwiedzających fanpage’a „fanami”. Myślę, że to po prostu ludzie, którzy kochają motocykle. Tak naprawdę zaczęłam się udzielać w sieci parę lat temu, gdy rozpoczynałam swoją przygodę z jednośladami, bo nie znałam nikogo, kto by jeździł. Nie miałam się od kogo uczyć, z kim dzielić pasji, komu opowiadać o sukcesach i porażkach, więc uciekłam w internet. Z biegiem czasu poznałam praktycznie wszystkich, szybko jedzących ludzi w moim mieście, udało mi się przekonać ich, że też coś potrafię, choć to nie było łatwe… Wiecie, kobieta na motocyklu – nie może być szybka, bo to kobieta (śmiech). Teraz mam swoją grupkę, z którą się spotykam czy wybieram na jakieś szybsze przeloty. Bardzo dużo mnie uczą. Ale dzięki prowadzeniu fanpage’a wciąż poznaje naprawdę ogromną ilość osób z różnych zakątków kraju, a nawet świata. Są dla mnie nie tylko motywacją, ale też inspiracją. Widzę, co robią, jak i gdzie jeżdżą – to też dla mnie spora nauka. Można powiedzieć, że ja czerpie z tego równie dużo, jak ludzie mogą czerpać ode mnie. Cały czas staram się mieć kontakt z czytelnikami i to trochę handel wymienny. Chciałabym, żeby hasło „BadGirl” (https://www.facebook.com/badgirlmotorcycles/) kojarzyło się po prostu z zajawką motocyklową i miejscem, w którym można o tym swobodnie pogadać z równie zakręconymi ludźmi. Na pewno jest to dla mnie motywacja, bo wiem, że naprawdę dużo osób mnie obserwuje i całkiem sporo kibicuje. To miłe. Poza tym chciałabym wyjść trochę ponad motocykle i pokazywać ludziom, że można. Że życie to nie tylko monotonia dnia codziennego, że fajnie jest realizować marzenia, nawet mimo przeciwności losu. To taka moja mała misja.

Robisz świetne zdjęcia – co Cię w fotografii najbardziej kręci? To Twoje hobby czy już zawodowe zajęcie?

I hobby, i praca. Nie jest to moje jedyne źródło utrzymania, ale przynosi mi jakieś tam dochody. Fotografia też jest w moim życiu od dziecka. Jako mała Kasia biegałam z aparatem analogowym i polowałam na zdjęcia gawronów w parku (śmiech). Przyznam, że jestem na tym punkcie trochę skrzywiona. Gdy widzę ładny widok, to jestem w stanie zatrzymać się na środku autostrady, wyciągnąć telefon i zrobić zdjęcie. Telefony też wybieram pod kątem dobrego aparatu. Po prostu dzięki temu mam zawsze przy sobie „narzędzie zbrodni” (śmiech). Uwielbiam w tej sposób łapać chwile i rejestrować rzeczywistość. Tak naprawdę wpadając w pęd życia nie zwracamy uwagi na to, co nas otacza. Skupiamy się na zadaniach, a dużo świetnych rzeczy nam umyka. Fotografia pozwala mi się zatrzymać. Choć nie ukrywam, że zdecydowanie najbardziej lubię robić reportaże sportowe, a już wybitnym numerem jeden jest bycie fotografem na rundach MotoGP. Wtedy jestem jak w transie (śmiech).

Czy masz swojego idola, a może idolkę, z której/go chcesz brać przykład? I którego zawodnika MotoGP darzysz największym szacunkiem?

Jeśli chodzi o MotoGP, to od paru lat moim idolem jest Marc Marquez, czego nie da się nie zauważyć np. na moim motocyklu, bo na każdym mam jego naklejkę, przynajmniej jedną (śmiech). Zaimponował mi jeszcze w kategorii 125ccm, głównie szalonym stylem jazdy, nieustępliwością i niesamowicie ryzykownymi manewrami. Można powiedzieć, że lubię rozrabiaków, bo sama rozrabiam (śmiech). Jeśli chodzi o stunt, to taką osobą jest Sarah Lezito – imponuje mi jej zacięcie, zresztą, umiejętności też ma niesamowite. I jest kobietą, a wyróżnia się jazdą, nie wyglądem. To po prostu normalna dziewczyna z zajawką – szanuję to maksymalnie. To tyle jeśli chodzi o znane osobistości, ale jeśli mam być szczera, moimi największymi idolami są moi koledzy – dwóch normalnych chłopaków. Wiele razy miałam okazję z nimi jeździć, podpatrywać ich i się uczyć. Potrafią niesamowicie dużo i byli moją główną inspiracją do tego, żeby rozwijać się w jeździe motocyklem. Dla mnie są niezwykli i zawsze będą. Nie będę wymieniać ksywek, myślę, że oni sami wiedzą, że to o nich chodzi (śmiech).

Jak w tym momencie swojego życia widzisz swoją motocyklową przyszłość? W jakim kierunku chciałabyś się rozwijać?

Tej zimy miałam przed sobą trudny wybór. Wiedziałam, że muszę podjąć jakąś decyzję, ale wykreowały mi się w głowie dwie drogi: stunt, albo cross. Wybór padł na treningi stuntu, bo nic mnie tak nie jara, jak jazda na kole. W listopadzie kupiłam dobrze przygotowaną do takiej jazdy Hondę CBR 600 F4i po Karasiu. Najchętniej postawiłabym i na to, i na to, ale po prostu zjadłyby mnie koszty. Na szczęście, dzięki uprzejmości dobrych duszyczek, będę także miała okazję kilka razy wybrać się do lasu i pobawić na motocyklu enduro. Nie zostanę przez to mistrzem, ale na pewno się czegoś nauczę. Głównym celem są jednak treningi stuntu, a właściwie na początek dobre opanowanie wolnej gumy i stoppie. Mam również motocykl drogowy, też Hondę, tyle że 954RR. To taki mój mały zestaw do stosunkowo taniego upalania. Sprzęt jest przygotowany, a reszta zależy ode mnie. Cel to przede wszystkim dużo jeździć, reszta przyjdzie z czasem. W jeździe motocyklem nie da się przeskoczyć kilka poziomów wyżej, wszystko trzeba sobie mozolnie wypracować!

Najnowsze

Polacy importują rekordową liczbę starych aut

Zapowiadane od dłuższego czasu zmiany w podatku akcyzowym jeszcze bardziej ożywiły import samochodów. W ostatnim miesiącu ubiegłego roku Polacy sprowadzili rekordową liczbę aut.

Instytut Samar poinformował, że w grudniu tzw. prywatny import wyniósł 91 427 używanych samochodów sprowadzonych z zagranicy. To rekordowy wynik nie tylko w całym 2016 roku, ale także w ciągu ostatnich dwunastu lat. 

Przez cały rok Polacy sprowadzili i zarejestrowali po raz pierwszy 942 413  aut używanych. W porównaniu z 2015 rokiem import wzrósł o 20 procent. Gdyby do zestawienia dołączyć wszystkie pojazdu o DMC 3,5 tony, import przekroczył milion egzemplarzy.

Niestety flota samochodów trafiających do Polski jest coraz starsza. Auta w wieku powyżej 20 lat zanotowały wzrost o 101 procent. W zeszłym roku przyjechało do naszego kraju 24 479 takich aut. W tym samym czasie pojawiło się 592 355 egzemplarzy pojazdów mających ponad 10 lat. Ze statystyk Samaru wynika, że średni wiek auta sprowadzanego do Polski osiągnął 12 lat. Najpopularniejszym rocznikiem jest 2005, czyli prawie jedna dziesiąta całego importu używanych.

Przy okazji Ministerstwo Finansów opublikowało raport, z którego wynika, że średnia deklarowana wartość sprowadzanego auta to 29 705 zł. W rankingu popularności marek króluje Volkswagen przed Oplem, Audi, Fordem i Renault. Kolejne miejsca zajmuje BMW, Peugeot, Citroen, Toyota i Mercedes.

Najpopularniejszy model to Audi A4 (38 133 rejestracji). Drugie miejsce należy do Volkswagena Golfa (36 376 rejestracji), a trzecie – Opel Astra (33 421 rejestracji). Na kolejnych miejscach uplasowały się: Volkswagen Passat (33 165 rejestracji) i BMW serii 3 (28 020 rejestracji). 

Najnowsze

Jazda bez OC – jaka kara w 2017 roku?

Ceny stawek za ubezpieczenie OC niebezpiecznie poszybowały w gorę. Z tego powodu wielu właścicieli samochodów mogło się zdecydować na niewykupywanie polisy na następny rok. Zobaczcie, co za to grozi.

Ubezpieczenie OC jest obowiązkowe i co do tego nie ma żadnej dyskusji. W przypadku gdy właściciel pojazdu nie dopełni tego obowiązku i zwłoka wyniesie ponad 14 dni, grozi mu za to kara w wysokości 4 tys. zł. W przypadku gdy spóźnimy się z ubezpieczeniem od 3 do 14 dni zapłacimy karę w wysokości 2 tys. zł. Poniżej 3 dni taryfikator przewiduje 800 zł.

Warto pamiętać o tym, że samochód wcale nie musi wyjeżdżać na drogi. Może stać w garażu, warsztacie lub przykryty kocem na osiedlowym parkingu. Jeżeli samochód jest zarejestrowany – musi posiadać ubezpieczenie OC. 

Wykrywaniem braku OC zajmuje się Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny. W samym 2016 roku na terenie Polski znajdowało się 150 tys. samochodów bez wykupionej polisy, ale ta liczba sukcesywnie się zmniejsza dzięki automatycznemu systemowi, który działa od kilku lat. W ciągu 12 miesięcy aż 80% z 85 000 osób ukarano za brak ubezpieczenia OC. Na konto UFG z tego tytułu trafiło ponad 55 milionów złotych.

Wobec rosnącej skuteczności w ustalaniu pojazdów bez OC naprawdę warto kupić polisę zamiast ryzykować około dziesięciokrotnie wyższą – niż składka za OC – karę za jej brak, a po wypadku spowodowanym nieubezpieczonym autem – zwrot wszystkich wypłaconych świadczeń, sięgających niejednokrotnie setek tysięcy złotych – ostrzega  Hubert Stoklas, wiceprezes UFG.

Najnowsze