Zmiany w zespole Ramony Karlsson

Główny mechanik Ramony Karlsson - Mikael Gustafsson, wystąpił w roli kierowcy w szwedzkim Rally-SM.  Na prawym fotelu towarzyszyła mu pilotka Ramony, Miriam Walfridsson! 

Miriam Walfridsson i Mikael Gustafsson.
fot. materiały prasowe
Po raz pierwszy razem wzieli udział w szwedzkim Rally-SM.
fot. materiały prasowe

Mikael wykorzystał przerwę w startach WRC żeńskiej załogi, odkurzył swój stary kask i postanowił sprawdzić się w roli kierowcy. Razem z Miriam świetnie sobie poradził, bo pomimo złapania jednego kapcia, załoga debiutująca w tym składzie zajęła 2 miejsce w klasie i 6 w klasyfikacji generalnej.

– To było świetne – mówiła Miriam – Michael woli jak dyktuję opis słowny, podczas gdy my, z Ramoną, korzystamy z opisu liczbowego. To była na prawdę spora zmiana, ale zadziałało świetnie, bez żadnych problemów. Jesteśmy bardzo zadowoleni z drugiego miejsca – podsumowuje zawodniczka.

Na szczęście ten skład załogi nie jest na stałe, bo przed Ramoną i Miriam jeszcze dwie rundy PWRC, jedna we Włoszech, a druga w Hiszpanii.

Najnowsze

Wypowiedzi zawodniczek po Rajdzie Polski

Z szutrowymi odcinkami Rajdu Polski zmierzyła się tylko jedna polska pilotka. Poradziła sobie świetnie i już razem ze swoim kierowcą planuje kolejny start zagraniczny po nawierzchni szutrowej.

Małgosia Malicka u boku Grzegorza Sikorskiego w Fordzie Fiesta podczas Rajdu Polski.
fot. Jola Żuk

Małgosia Malicka-Adamiec wystartowała u boku Grzegorza Sikorskiego w Fordzie Fiesta. Na mecie załoga zameldowała się na 7 miejscu w klasie i 39 w klasyfikacji generalnej mistrzostw Polski, natomiast w mistrzostwach Europy odpowiednio na miejscu 1 i 27:

– Start w Rajdzie Polski pod wieloma względami możemy zaliczyć do udanych.

Po pierwsze – jest to bezcenne doświadczenie w tak bardzo trudnym rajdzie i  dlatego meta w gronie czołowych polskich kierowców rajdowych naprawdę bardzo cieszy.  Jak wspominałam był to debiut fiesty na szutrach i według mnie udany. Jazda tym samochodem daje sporo satysfakcji. Auto spisywało się bezproblemowo, za co w tym miejscu serdecznie dziękuję całej ekipie serwisu firmy K technology.

Po drugie pierwszy nasz start w RSMP jak i RSME, najdłuższy odcinek liczący prawie 25 km – zapamiętam na długo! Warunki momentami były na prawdę bardzo trudne, wręcz terenowe i nawet najmniejszy błąd mógł kosztować wiele, dlatego tez nasze podejście było bardzo pokorne. Oczywiście nie obyło się bez przygód – bo zdarzyło się nam być poza drogą, ale na tym rajdzie na kibiców zawsze można liczyć – dziękujemy!

Pozostaje tylko żałować, że rajdów szutrowych u nas jest tak mało. Dlatego również w tym roku pojedziemy Rajd Lausitz i już za kilka dni spróbujemy swoich sił na pięknych niemieckich szutrach. Grześkowi dziękuję za atmosferę i dobrą współpracę. Wnioski po rajdzie zostały wyciągnięte i jestem bardzo pozytywne nakręcona!  Dziękujemy sponsorom i Radiu ESKA za wsparcie! – mówi Małgosia.

Załoga Malicka / Sikorski na mecie Rajdu Polski
fot. z archiwum M. Malickiej

Na rajdzie wystąpiły jeszcze 2 zawodniczki zagraniczne, czyli w pełni żeńska załoga z Ukrainy – Inessa Tushkanova i Irina Jankovskaja. Włoszka Tania Canton, mimo obecności na Liście Zgłoszeń na rajdzie się nie pojawiła.

Inessa i Irina w Mitsubishi Lancerze EVO VIII nie mogły narzekać na brak zainteresowania mediów i kibiców, gdyż Inessa – to znana modelka, która równie dobrze jak przed obiektywem, poradziła sobie z trudami Rajdu Polski. Bez przygód się nie obyło, ale kobieca załoga osiągnęła metę na 6 miejscu w klasie i 34 w klasyfikacji generalnej mistrzostw Polski, oraz odpowiednio na 4 i 25 w mistrzostwach Europy:

– Przede wszystkim cieszę się z tego, że mogłam znów wystartować w Polsce – mam tutaj rewelacyjnych fanów i spotkania z nimi są dla mnie wielką przyjemnością. Rajd Polski zaimponował mi wysokim poziomem wydarzenia – to duża, międzynarodowa impreza z bardzo wymagającymi trasami. Wiedziałam, że będzie to dla mnie duże wyzwanie, ale jak zawsze postawiłam na odważną jazdę bez kompleksów. Cieszę się, że mogłam zaprezentować się z dobrej strony i tym bardziej jestem zła na tego pecha, który nas dopadł z przebitą oponą.

Biorąc pod uwagę wyjątkowo trudne warunki i nasze przygody na trasie uważam, że udało nam się osiągnąć dobry wynik. Jestem zadowolona. Już nie mogę doczekać się kolejnej wizyty w Polsce – mówiła zadowolona z występu Inessa.

Trzymamy kciuki za udany powrót sympatycznych, ukraińskich zawodniczek na polskie oesy i za wyższą frekwencję rodzimych zawodniczek podczas kolejnych rajdów!

Inessa Tushkanova i Irina Jankovskaja
fot. materiały prasowe

Najnowsze

Monica Belucci i wywiad z czerwonym Ferrari w tle

Kto nie zna pięknej Monici Belucci? Włoska uroda i niezaprzeczalny talent aktorski to niewątpliwe atuty gwiazdy, za którą - nota bene- sama się nie uważa. W osobliwym wywadzie dla The Official Ferrri Magazine przeprowadzonym przez pisarza Alessandro Baricco, aktorka przekazuje wiele swoich przemyśleń. I wbrew przewidywaniom - nie mówi jedynie o samochodach. 

Witaj, Monica.

-Cóż to za samochód.

Piękny, nieprawdaż? Myślę, że jest w podobnym wieku do mojego

To Ferrari równie sędziwe, jak Ty.

Dokładnie, ale nie mów już nic więcej.

Monica Belucci i Alessandro Baricco
fot. Ferrari

-Dobrze. Co będziemy robić z tym wspaniałym Ferrari?

Zrobimy parę zdjęć przed wywiadem, to konieczne.

-Ok!

Nie całkiem..

-Dlaczego?

Nie znoszę, kiedy ktoś mi robi zdjęcia.

Dlaczego? Mów.

Kiedy jesteś fotografowana – o czym wtedy myślisz?

– Co za pytanie.. Myślę o tym, co teraz robię!

Mówisz o tym, że zastanawiasz się, jaką masz wtedy minę?

– Oczywiście

Ja próbuję wtedy myśleć o czymś kompletnie innym.

To bardzo źle! Kiedy jesteś fotografowany, musisz pokazać energię, siłę, i piękno być może.

Jeśli jednak myślę o czymś innym, to jak mam poradzić sobie z tym, o czym mówisz?

Wyobraź sobie, jak te zdjęcia będą wyglądały..

Dobrze, nie rozmawiajmy o tym.

– Przykładowo, teraz powinieneś wiedzieć dokładnie, co zrobić ze swoimi dłońmi, oczami, ze wszystkim.

Żartujesz! Cudem jest, jeśli wiem akurat, jaką mam w danym momencie minę.

– Bo Ty nie chcesz tego wiedzieć.

Jestem pisarzem, nie modelem.

fot. Ferrari

– Oczywiście, że nie jesteś modelem. Ale- jaki typ wywiadu mamy dziś przeprowadzić?

Jakikolwiek chcesz. Chciałbym zasugerować tylko jedną zasadę.

Jaką?

Rozmowy o dzieciach są dziś zakazane.

– Dlaczego?

Nie wiem, wszyscy rozmawiają o dzieciach przy każdej możliwej okazji. Mam nadzieję jednak, że dzieci nie ingerują w całe ich życie.

– Czyli chciałbyś dowiedzieć się czegoś o dzieciach?

Opowiedz mi.

– Może to, że one sprawiają, że często robisz rzeczy, których nigdy nie myślałeś, że je potrafisz lub nigdy nie chciałeś ich zrobić.

Tak, mnie też się to zdarzyło.

– To jest fantastyczne.

Tak, ale w wywiadzie chciałbym to pominąć, pamiętasz?

fot. Ferrari

– Jak zechcesz. Zatem, o czym porozmawiamy?

Nie wiem, zobaczymy. To nie jest łatwe, z tej perspektywy wyglądasz zupełnie spokojnie, tak, że nie wiem, co powiedzieć.

Ha, ha, ha!

Mam na myśli to, że kiedy widzimy Cię na czerwonym dywanie, wyglądasz jakbyś się już tam urodziła. Wyglądasz, jakbyś cieszyła się życiem jedynie tam.

– W takim razie to tylko dobre show i udawanie

To znaczy?

– Nigdy nie przyzwyczaiłam się do czerwonego dywanu. To trudne być „tam”. Stoisz, by wygrać lub przegrać, w klika sekund. Jedyną gorszą rzeczą jest siedzenie w pustym domu bez prądu – tak samo jest na premierze – nigdy nie wiesz, co się wydarzy, a może zdarzyć się absolutnie wszystko. Być może rozszarpią mnie na kawałki lub ogłoszą jednak mój sukces, kto wie. Wtedy jesteś w ciemności, zabójczej ciemności. Jednak niesamowitej ciemności, trzeba przyznać.

Dobrze słyszeć, że czasami boisz się czegoś. A błędy, popełniasz jakieś?

– Co za pytanie! Masę błędów, zwłaszcza z mężczyznami

Myślałem raczej o zawodowych kwestiach.

– Tak, z mężczyznami

Podaj przykład. Nie musisz podawać żadnych nazwisk.

fot. Ferrari

– Nie, to nie tak. Mam na myśli to, że wiele nauczyły mnie moje błędy i muszę im podziękować, że jestem tu, gdzie jestem, dlatego nawet cieszę się, że je popełniłam. Nie mam już świadomości, że kiedyś byłam przez nie bardzo zraniona.

To typowe dla urodzonych zwycięzców.

– Tak?

Jeden z trenerów water polo tłumaczył mi kiedyś to, jak być bardzo dobrym graczem. Mówił o czterech, czy pięciu cechach charakterystycznych, a jedną z nich było właśnie to, że podnosisz się i czujesz się lepiej po każdej porażce. Czy to zdarzyło się Tobie – mam na myśli – „porażka z prawdziwego zdarzenia”?

– Hmm, nie wiem. Ale było wiele trudnych momentów. Są chwile, kiedy czuję się naprawdę mała.

Na przykład kiedy?

– Na przykład kiedy poszłam na test sprawdzający czy pasuję do danej roli w filmie Under Suspicion z Gene Hackmanem and Morganem Freemanem?

Kontynuuj.

– Poszłam tam i spotkałam Morgana Freemana, a on spojrzał na mnie i zapytał tylko: „Ty potrafisz grać?”. W takich momentach człowiek czuje się naprawdę mały.

Chciałbym dokładnie wiedzieć, co mu odpowiedziałaś. Słowo po słowie.

– Nic. Zrobiłam test i poszło mi dobrze. Zostałam wybrana do roli. Bo wiesz, jako dziecko zawsze miałam w sobie taką bestię, która kazała mi walczyć. Teraz prawdopodobnie jestem trochę silniejsza, jednak ta bestia i tak we mnie tkwi, jeśli wiesz, co mam na myśli.

Być może wiem.

– Na przykład, nie koncentruję się na sobie, a to, co robię w życiu nie przeszkadza osobom z mojego otoczenia. Zapewne znasz ten typ osób, które przychodzą na przyjęcie, wchodzą i nie dbają o resztę, a o zwrócenie na siebie uwagi. Kojarzysz? No cóż, ja taka nie jestem. Staram się nikomu nie przeszkadzać, rozumiesz?

Tak.

Jak małe zwierzątko. Nie będziesz kazał mi tym jeździć?

Nie, tylko udajemy.

Ah, no tak.

Byłaś kiedykolwiek wcześniej w Ferrari? Mam na myśli, nie w pracy.

Tak, kilka razy. Byłam tu kiedyś z jednym francuskim reżyserem.

Kim on był?

– Nie pytaj o takie rzeczy..

No dobrze, zatem podaj mi imię aktora, który zrobił na Tobie duże wrażenie. Pracowałaś z wieloma gwiazdami, to teraz powiedz, kto sprawił, że powiedziałaś „wow!”.

– Depardieu.

Dlaczego?

Bo tkwi w nim zwierzę.

Z pewnością..

– W bardzo pozytywnym sensie. Ten mężczyzna ma w sobie siłę, intensywność i jedyna rzecz, jaką można o nim powiedzieć: tkwi w nim zwierzę.

Jesteś gwiazdą. Dobrze móc przeprowadzić z Tobą rozmowę.

Gwiazdą?

Tak.

– Nie, poczekaj, tu nie ma żadnych gwiazd, w tej części Europy, ja widziałam je jedynie w Stanach Zjednoczonych i wtedy zrozumiałam, co znaczy być „gwiazdą”. To jest ogromny system, do którego potrzebna jest kreacja czyjejś sylwetki. To po prostu show. A tu w Europie, my nie mamy żadnych gwiazd.

No cóż, poza tym to, jak działasz na ludzi jest niesamowite. Kiedy zdałaś sobie sprawę, że jesteś taka?

– Jaka?

Że wyszłaś już z kąta, przybyłaś do celu drogi.

– Nie przybyłam. Nigdy nie dociera się tam do końca.

To bardzo amerykańskie.

– Ale prawdziwe. Jestem może dopiero w połowie mojej drogi. Chcę się starzeć, bo wiem, że jeszcze wiele na mnie czeka. Doświadczenia nabywa się z wiekiem, z momentem, kiedy czujesz się dojrzały. Stajesz się silniejszy.

Lub w najgorszym wypadku musisz w to uwierzyć.

 

 

Materiał opublikowany w The Official Ferrari Magazine 17 maja 2012 roku.

 

 

Najnowsze

„Byle dalej. W 888 dni dookoła świata” Marta Owczarek i Bartłomiej Skowroński

Dwa lata i pięć miesięcy -  to czas, w którym Marta Owczarek i Bartłomiej Skowroński przeżyli przygodę swojego życia. W 2008 roku oboje porzucili prace: adwokatki i menadżera, by na motocyklach wyruszyć w podróż dookoła świata. Teraz, para w książce "Byle dalej" opowiada o swoich przeżyciach: radościach, smutkach oraz determinacji w osiąganiu celu.

Nie trzeba milionów, wystarczą chęć i determinacja, by pojechać, poznać, zobaczyć na własne oczy, posmakować, powąchać, pożyć! Oczywiście, trzeba się najpierw zwolnić z pracy, jak zrobili to Marta i Bartek, trzeba liczyć się z ryzykiem na wielu frontach, ale przecież kto nie ryzykuje ten nie ma.

„Lepiej zaoszczędzić na wygodnym łóżku, żeby potem zanurkować, polatać na paralotni, skoczyć na bungee czy ze spadochronem. Albo po prostu wędrować kilka miesięcy dłużej. Taki styl to zresztą nie tylko oszczędność. Pomaga zbliżyć się do miejscowych, sprzyja przygodzie, daje poczucie większej wolności, niezależności, odrobiny wyzwania. (..)Zamiast celować palcem w globus, jedziemy po prostu tam, gdzie akurat odbywa się jeden z najbardziej magicznych, wyjątkowych i tajemniczych spektakli przyrody. Zaćmienie Słońca… ” – mówi Marta.

fot. materiały prasowe

W ten sposób lądują w Mongolii. Tam rozpoczyna się ciąg przygód i zadziwień światem, jego mieszkańcami, zwyczajami, bogactwem, biedą, pomysłowością, życzliwością (jakże miła i przydatna!), ale też złem i cwaniactwem.

Po drodze do Chin, w Kazachstanie, o mało nie zostają deportowani, na granicy chińskiej Chińczycy chcą skonfiskować… przewodnik, bo Tajwan jest w nim zaznaczony jako osobne państwo. W Nepalu idą w góry bez tragarzy, są świadkami zamieszek w Katmandu. W Indiach latają na paralotniach: Marta łamie nogę w kostce! W Kambodży złodzieje kradną jej portfel. Po dziesięciu dniach walki z wietnamską biurokracją ruszają w dalszą drogę na skuterach…Objeżdżają egzotyczne wyspy Mikronezji, a tam nurkują i zwiedzają podwodne muzeum Wojny na Pacyfiku. Wymarzona wyspa Borneo okazuje się rajem, ale… zorganizowanej turystyki: na najwyższym szczycie tłok jak na Giewoncie w lipcu. Potem wojaż samochodem terenowym przez Australię, przez „najdłuższy skrót świata”, przez Pustynię Gibsona… Z Nowej Zelandii łączą się przez skype’a z przyjaciółmi w Polsce na przedwigilijnym spotkaniu. Łączą się u obcych ludzi, z ich domu, bo w pobliżu nie ma internetowych kafejek. Wkrótce będą sączyć yerba mate w Argentynie i żuć liście koki w Boliwii. W Chile przeżywają trzęsienie ziemi. W Peru jedzą miejscowy przysmak: pieczone świnki morskie…

Trasa wiodła przez wiele kontynentów
fot. materiały prasowe

Dwa lata i pięć miesięcy. Wielka przygoda, mnóstwo ciekawych informacji i wspaniałe zdjęcia, mówiące o opisywanych miejscach, ludziach i zwierzętach drugie tyle. To wszystko uczestnicy wyprawy zawarli w książce „Byle dalej”- pozycji, która z pewnością do gustu przypadnie wszystkim entuzjastom dalekich podróży na dwóch kołach.

Najnowsze

Motopomorzanki na szlaku do Lwowa

Jak to zawsze bywa w długie zimowe wieczory motocykliści myślą o długich wyprawach w sezonie. I tak na jednym z naszych spotkań grupy motocyklistek Motopomorzanki jedna z nas (fiorino) wpadła na pomysł: „a może tak szlak bursztynowy przecież jesteśmy z Pomorza a szlak wiedzie od Gdańska aż po ciepła i słoneczna Italie”. Wszystkie spojrzałyśmy na nią ze zdziwieniem „A co to jest ten szlak”? Po kilku dniach każda poszperała w internecie i znalazłyśmy już wszystkie szczegóły. Włochy cudownie ciepły Adriatyk Austria Alpy nie może być lepiej. Jedziemy zdecydowałyśmy, miałyśmy całą zimę, żeby dopiąć wszystko na ostatni guzik, choć i tak pakowałyśmy się na dzień przed wyjazdem. 4 dziewczyny Ańdzia, Alicja, Bosco i Fiorino. Cztery różne motocykle BMW, Harley, Kawasaki i Yamaha droga od Gdańska przez Czechy, Austrie, Włochy, Węgry i Słowacje około 4300 km.

Nareszcie nadszedł ten dzień 27 sierpnia 2011 godzina 10.00 znajomi motocykliści i motocyklistki odprowadzają naszą czwórkę spod Katowni  w Gdańsku siedziby Muzeum Bursztynu, do Pruszcza Gdańskiego na Faktorię Rzymską – rekonstrukcję osady z czasów rzymskich wypraw po bałtyckie złoto – bursztyn.

Po pożegnaniu z wszystkimi ruszamy same do Kalisza po pierwszych przejechanych 100km byłyśmy tak usmażone od żaru lejącego się z nieba i od gorących silników, że dalej już jechałyśmy w krótkich rękawkach. Kiedy tylko dotarłyśmy na miejsce pojechałyśmy jeszcze na ślub motocyklistki, której znajomi zaprosili nas na tą uroczystość, złożyłyśmy parze młodej życzenia i dałyśmy bursztynki na szczęście (które zresztą dawałyśmy wszystkim napotkanym i życzliwym osobom)i pojechałyśmy na zwiedzanie najstarszej części miasta Kalisza Zawodzie. Piękna rekonstrukcja starego grodu Piastów gdzie z pewnością cofnęłyśmy się w ówczesne czasy. Można tam obejrzeć nie tylko ówczesne budowle, ale także organizowane są

inscenizacje tamtejszego życia my trafiłyśmy ku naszemu zdziwieniu na palenie czarownicy.

Następny dzień to z Kalisza droga na Wrocław.

Miasto leży nad rzeką Odrą i czterema jej dopływami. Nazywane bywa Wenecją Północy.

(We Wrocławiu krzyżowały się dwie główne drogi handlowe – Via Regia i Szlak bursztynowy.)

Pogoda znów cudowna (chyba za sprawą burszynków lub ojca Dobrodzieja, który codziennie za nas się modlił i przysyłał wpierające smsy).

Wrocław piękna starówka, po której oprowadziły nas także piękne i sympatyczne motocyklistki z tego miasta, chodząc po mieście na każdym kroku odnajdowałyśmy krasnale, także krasnala na motocyklu,  który wszystkich pozdrawia (lewa w górę).

Oczywiście dużo mostów no i mosty zakochanych z tysiącami różnych kłódek z wyznaniami miłosnymi. Zwiedzając zaczepiła nas para młoda (do których wyjątkowo na trasie miałyśmy szczęście) „Dziewczyny czy możemy na motocyklu zrobić sobie sesję zdjęciowa?”

„Jasne nie ma problemu” taki miły akcent dla młodych i znów bursztynki na szczęście.

Następnym punktem było Skalne Miasto w Czechach. Skupiska wielu form skalnych, którym natura nie poskąpiła swoistego uroku. Zresztą o każdej ciekawej skałce

 jesteśmy informowani przez tabliczki informacyjne, na której znajduje się jej nazwa.

Malownicze skały , jeziorka , wodospady. Po jednym z jeziorek pływałyśmy łódką z flisakiem, który ku naszemu zdziwieniu nie wiedział co to jest bursztyn, ale po naszym wyjaśnieniu zrozumiał, że to ponad 40milionowa zastygła żywica drzew iglastych.

Po zwiedzaniu jazda do Austrii. Pełne baki, łańcuchy nasmarowane i w drogę do Niedrsultz. Po miłym spotkaniu z tamtejszymi władzami i mieszkańcami w muzeum bursztyny, a raczej skansenie pora na odpoczynek. No i trafiło się nam spanie u ludzi którzy mają własną winnice(trzeba dodać, że Austria to kraj winnic co można było zobaczyć jadąc lokalnymi drogami, po lewej i prawej pola z winogronami) cóż nam pozostało tylko spróbować ich wspaniałego trunku na który sami nas zaprosili o jakie było nasze zdziwienie, kiedy przy śniadaniu policzyli nas po 8 euro za to winko.(wiec uwaga na gościnność Austriaków)

No cóż stwierdziłyśmy,że byli tak przemili i sympatyczni, że zapłaciłyśmy. Ruszamy dalej przed nami piękny Wiedeń.

Architektura wspaniała wszystkie się zachwyciłyśmy tym miastem. Wiedeńskie pałace no i najpiękniejszy zamek Schönbrunn.

Wiele ciekawych alternatyw, co można w mieście robić to np. wesołe miasteczko, boisko pośrodku dwóch pasów ruchu, sztuczne plaże i wiele innych.

Co ciekawe kiedy sygnalizacja świetlna zmieniając z poszczególnych kolorów parę sekund przed migała co myślę, że jest udogodnieniem dla kierowców. 

Po zwiedzaniu wybrałyśmy się na lokalne jedzenie oczywiście z golonką, kiełbaskami, sznyclem i winkiem w roli głównej mmmhhh pychotka. Do kolacji przygrywał nam skrzypek czyli były także śpiewy i tańce w miłym gronie.

Czas opuścić Wiedeń i mknąć dalej. Nawierzchnia super, motocykle bez zarzutu. Dojeżdżamy do jeziora Worther See w poszukiwaniu noclegu trafiamy na pana który kieruje nas skrótem do kampingu „Motorami dacie rade”-mówi harley, kawasaki er6 ,

yamaha xj6 i bmw k1200rs przeprawiają się przez szrutową czasem błotnista drogę przez las jakieś 4km cały czas z górki „jest wyjechałyśmy, ale mi skrót pomyślałyśmy no i zgodnie stwierdziłyśmy nasze motocykle dają rade nawet off road:)

Dojechałyśmy do miejsca noclegu no i trafiłyśmy na prywatną plażę „ale znów nam się udało”. Po odświeżeniu w jeziorku ruszamy w miasto.

Siedząc w knajpce zdecydowałyśmy ze już czas jechać, ponieważ grzmiało i błyskało się chciałyśmy szybko zdążyć przed burzą.

Kiedy podchodzimy do motocykli Kasia (fiorino)mówi „słuchajcie nie mam klucza od blokady” I w tej chwili zaczęły się poszukiwania godz 23 ciemno i jeszcze zaczęła się burza co za pech. Klucza w tą noc nie znalazłyśmy, ale rano gdy już miałyśmy

ślusarza i miał rozcinać blokadę nagle telefon Kasia „Znalazłam klucz” Okazało się ,że był w kiosku wypadł podczas wyciągania pieniędzy na kartkę do rodziny. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło przy okazji tej nocy podczas poszukiwań klucza zobaczyłyśmy pokaz grających fontann z animacją teledysków (coś pięknego). Poza tym przeżyłyśmy chrzest bojowy… ciemna nocą… w terenie alpejskim, po burzy na mokrej nawierzchni w niskiej temperaturze Alicja i Kasia(fiorino) na plecaka… stresik był… ale wszystko zakończyło się pozytywnie 🙂

Po przygodzie z kluczem z Austrii wjechałyśmy do Italii tu złapał nas deszcz po raz pierwszy więc raz ubieranie raz rozbieranie z przeciwdeszczówek. Jednak raz tak nas złapała ulewa ograniczając widoczność do 50m że zmuszone byłyśmy przerwać naszą jazdę i stanęłyśmy pod pierwszym mostem jaki się nadarzył. Nie byłyśmy osamotnione ponieważ pod tym samym mostem stał tir po kilku minutach pan kierowca stwierdził ze zrobi nam trochę miejsca żeby choć trochę motocykle zmieściły się w suchym miejscu. Po 15 minutach ulewa ustąpiła i naszym oczom ukazały się piękne Alpy.

Dotarłyśmy do Aquilei miasta wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO, gdzie pozostałości po imperium rzymskim i kolekcji bursztynu z tamtego okresu są oszałamiające

No i przyszedł czas wykapać się w ciepłym Adriatyku. W tym celu udałyśmy się do Grado oddalone od Akwilei o 15km. które, było pierwszym portem na szlaku rzymskich statków.( w Laguna di Grado już w starożytności służył jako węzeł komunikacyjny dla statków płynących do Akwilei: legiony Juliusza Cezara przepływały tędy podczas wypraw do północnej części rzymskiego imperium)

Choć turystów w małych ilościach(bo to już wrzesień) i na plażach pustki my jako jedyne o godz 18.00 kąpiemy się w ciepłym morzu. Strój powrotny z Grado był w stroju w którym u nas w Polsce rzadko można wybrać się o godz 23.00 nawet i w szczycie sezonu mowa tu o krótkich rękawkach i spodenkach. No i jazda przed Basią(Bosco) bezcenna gdyż jej kawa oświetlała nie tylko drogę za nasze 4 motocykle ale i odbijały się  lusterkach Ańdzi i tym samym po oczach przeżycie niezapomniane.

Kolejne dni pod hasłem viva Italia. Wenecja, do której dotarłyśmy promem autobusem i znowu promem, zrobiła na nas duże wrażenie jednym słowem  wow. Miasto poprzecinane jest licznymi kanałami pełniącymi role ulic.

Nie sposób przejść więcej niż kilka metrów i nie napotkać czegoś interesującego.

Plac św. Marka, stare kamieniczki, most miłości , maski weneckie.  Jedząc oczywiście pizze i popijając piwko usiadłyśmy na jednej z przystani podziwiając to urokliwe miejsce, gondole no i oczywiście gondolierów, oj było na co popatrzeć.

Po Wenecji, Werona arena z I wieku dziś wystawiane są tu wielkie spektakle operowe których podczas których 20 tys. widzów zajmuje miejsca dawnych kibiców igrzysk gladiatorskich(w dniu kiedy tam przybyłyśmy wystawiana była Aida)  . Aby wejść na arena trzeba było zapłacić wstęp(8 euro), ale znowu zadziałały nasze bursztynki gdy pani dowiedziała się jaki amber jest stary stwierdziła że jeżeli tak to musimy wejść za darmo:). Oczywiście poszłyśmy w miejsce najsłynniejsze w Weronie balkon Julii wejście na dziedziniec wypisany milionami wyznań miłosnych no i oblepionymi gumami do żucia.

Obok znajduje się z sklepik gdzie pan w mgnieniu oka wyszył fantazyjnie nasze imiona na pamiątkowych kartkach z Werony.

Następnym punktem trasy było jezioro Garda. Cudne jezioro (Lago di Garda to największe jezioro Włoch) wspaniały półwysep Sirmione z gajami oliwkowymi, gotyckim zamkiem oraz znajdującym się na końcu półwyspu ruiny Grotte di Catullo zwane Willą Catulli, są to pozostałości starorzymskiego kompleksu uzdrowiskowego. Oprócz tego w Sirmione są zabytkowe kościoły i urokliwe uliczki.

Tam też trafiłyśmy na wystawę starych motocykli jednak były przykryte z racji tego ze padał deszcz.(ale zdjęcie przy Indianie jestJ)

Niedaleko znajdował się parking z setką albo i więcej skuterów i motocykli pomyślałyśmy wtedy „oni dopiero umieją parkować żaden centymetr wolnego miejsca się nie zmarnuje”:)

Wyjazd z Descenzano di Garda do Riva. Wzdłuż jeziora (tu jednak już w deszczu) przepiękne widoki , nie do opisania (jezioro i w tle Alpy miejscami ośnieżone) asfalt mokry czasami

z kamykami odpadającymi od skał i tunele wykute w skałach. Niesamowite przeżycie nagle wjeżdżasz w skałę i przejeżdżasz ją na wskroś.

Jadąc przez taki tunel wszystko paruje lusterka szybka od kasku, więc tak jak wszystkie miałyśmy otwarte kaski, aż tu nagle z naprzeciwka rozpędzony samochód jak nie chluśnie, Ańdzi po oczach, aż myślała, że utopi się we własnym kasku dalsze tunele

pokonywała już z półotwartą szybką.

Robimy na granicy tylko buzi pięknej Italii i wjeżdżamy ponownie do Austrii Do miejscowości Faak Am See gdzie odbywa się największy

zlot Harleya. Droga do Faak kręta raj dla motocyklisty, a do tego piękne widoki przedzierając się przez kolejne winkle nagle na zakręcie pojawił się tir w ostatniej chwili Alicja odbija w prawo i dalej do góry. W końcu dotarłyśmy, rozstawiłyśmy tylko namiot i poszłyśmy na teren zlotu. Noc H-D piękne maszyny niespotykane w Polsce,butiki z odzieżą,piwka,wspaniałe koncerty, przy których super się wybawiłyśmy no i mnóstwo ludzi pozytywnie zakręconych na punkcie Harleya. To miasteczko na tydzień zamienia się w Harleywood.

Spanie w namiocie nas zmroził byłyśmy tak zmarznięte że chciałyśmy zakładać kaski na głowy, ale rano ciepły prysznic, kawka i w drogę.

Opuszczamy Alpy, aby udać się na Węgry. Zatrzymałyśmy się w mieście Szombathely gdyż był to ważny ośrodek handlowy na szlaku bursztynowym, łączącym ze sobą morza Śródziemne i Bałtyckie.

Z Węgier przejazd znów do Austrii do Parku Archeologicznego Carnuntum , 45 km na wschód od Wiednia, było kiedyś ważnym rzymskim obozem wojskowym na słynnym bursztynowym szlaku i silnie promieniującym centrum rzymskiej kultury a teraz odrestaurowane mury mogą zwiedzać turyści.

Po zwiedzaniu tradycyjny sznycel no i następne państwo Słowacja czyli zaliczyłyśmy 3 państwa w jeden dzień. Podążając dalej śladami rzymian trafiamy do Trenczyna miasto

na Słowacji Inskrypcja na stromej ścianie trenczyńskiej skały zamkowej(znajduje się w hotelu Tatra), która potwierdza obecność rzymskich legionów na tym terenie została wyryta na pamiątkę zwycięstwa nad Kwadami w 179 roku n.e.. .

Wracając już  do naszych kochanych maszyn na parkingu ,podbiegł pan ze straży miejskiej i prosił nas o dowody pytamy się wiec w jakim celu a on ,że nie można tu parkować, wiec żeby załagodzić sprawę i nie dostać mandatu opowiedziałyśmy panu o naszej ekspedycji droga bursztynową i wręczyłyśmy mu bursztynka na co pan szybko się odsuną, bo myślał ze to łapówka. Ale powiedziałyśmy mu że wszyscy od nas dostają na pamiątkę, wiec trochę zmiękł i dał nas pouczenie.

Z tak historia wjeżdżamy do Polski odwiedzić Wieluń miasto organizatora Europejskiego Święta Bursztynu. Miałyśmy zaplanowaną wizytę na godz 16.00 lecz przesunęło się

na godz 17.00 ponieważ drogi w Polsce nas przerosły( dziury i koleiny).Nocleg i przepiękna nadwarciańska okolica znajdująca się na szlaku bursztynowym wynagrodziła nam męczącą drogę.

Pełne wrażeń doświadczeń i wiedzy nie tylko z jazdy na motocyklu ale także, wiedzy związanej z bursztynem jego historią i historią rzymian którzy podążali tą trasa jak my wracamy do domu. Ale jednak gdy wracałyśmy zahaczyłyśmy jeszcze o zamek krzyzacki w Malborku gdzie przywitali nas motocykliści jak i motocyklistki (z grupy do której również należymy MOTOPONORZANKI) no i najważniejsze nasze ukochane rodziny.

Na tym nie koniec naszego „motoszlaku bursztynowego”… za rok planujemy przejazd szlakiem bursztynowym republikami nadbałtyckimi do Sankt Petersburga. Trzymajcie kciuki 🙂

Najnowsze