Zimowe szkolenie z bezpiecznej jazdy na Autodromie Skody w Poznaniu

Nie należę do tych, które jeżdżą wolno. Sama nie wiem skąd to się wzięło, ale od kiedy pamiętam zaliczam się raczej do tej grupy kierowców, których mało kto wyprzedza. Dlatego nie byłam jakoś specjalnie zachwycona faktem, że wezmę udział w szkoleniu z bezpiecznej jazdy...

Jak można łatwo wywnioskować, jechałam tam raczej z nastawieniem negatywnym. „Czego to oni mnie – doświadczonego kierowcę z bezwypadkową jazdą – mogą jeszcze nauczyć?”. Czy to nie szaleństwo rzucić wszystko tylko po to, by pojechać na drugi koniec Polski na szkolenie, które (przypuszczalnie) sama mogła bym poprowadzić? Zdając sobie jednak sprawę z tego, że ośli upór i dziecinny bunt stanowią przeszkodę w nauce, na miejscu postanowiłam wyciszyć głos ego, zmienić swoje podejście i nastawić się na odbiór.

W szkoleniu uczestniczyły same panie i Magdalena Różczka, ambasadorka marki Skoda. Szybki transport z lotniska do Skoda AutoLab. Słowo wstępne od panów instruktorów – wszyscy mają certyfikaty ADAC Fahrsicherheitszentrum Berlin-Brandenburg, EcoDriving Finland oraz ECOWILL. I rzeczywiście, byli bardzo profesjonalni w tym co robili. Jednocześnie wyluzowani, zabawni, zdystansowani do siebie. Każdego chcieli poznać i zapamiętać z osobna. W dodatku mówili moim językiem. Słuchałam ich więc i kiwałam głową jak oldschoolowy pies na desce rozdzielczej Poloneza.

Czas na praktykę…
Kiedy już poznaliśmy zasady gry, udaliśmy się po cztery Skody i wjechaliśmy na autodrom, który znajduje się tuż przy budynku Skoda AutoLab. To całkiem nowy obiekt w Polsce i aż żałuję, że tylko jeden, bo powstał w szczytnym celu – żeby uczyć kierowców bezpiecznej i odpowiedzialnej jazdy. Wprawdzie Skoda Auto Szkoła działa już od ponad 10 lat, jednak autodrom w Poznaniu do użytku został oddany dopiero jesienią ubiegłego roku. Wcześniej Skoda organizowała szkolenia na torach za granicą lub na Torze w Bednarach, co wiązało się z większymi kosztami dla kursantów. Poznański obiekt składa się z czterech specjalnie zaprojektowanych modułów, które pozwolą kierowcom poznać siły działające na samochód i przekonać się, jaki wpływ na zachowanie pojazdu ma kierujący. Moduły zostały wyposażone w nawadniane maty poślizgowe oraz przeszkody wodne, które oczywiście w warunkach zimowych zupełnie nie były potrzebne. Tym bardziej, że instruktorzy specjalnie na potrzeby naszego szkolenia „wyhodowali” na całym autodromie lód i śnieg, co na myśl przywodziło mi świetną zabawę!

Zostaliśmy podzieleni na dwie grupy, po trzy osoby na jeden samochód. Do dyspozycji mieliśmy dwa modele Yeti, Superba i Rapida. Na samym wstępie omówiliśmy prawidłową pozycję za kierownicą, potem były manewry awaryjnego hamowania, omijanie przeszkody oraz wychodzenie z poślizgu. Nawierzchnia do ćwiczeń była idealna, bo najtrudniejsza. Wprawdzie na pasie awaryjnego hamowania rozgrzane opony szybko stopiły lód, ale poza tym wszędzie było biało. Jeśli chodzi o temperaturę otoczenia, mróz sięgał dziesięciu stopni i pomimo wyglądającego czasem zza chmur słońca, na zewnątrz było nieprzyjemnie. Na szczęście do dyspozycji mieliśmy ogrzewane kontenery, w których raz na jakiś czas spotykaliśmy się i omawialiśmy doświadczenia po to, by potem wspólnie wyciągnąć wnioski i je podsumować.

Instruktorzy na bieżąco obserwowali nasze poczynania za kierownicami, będąc cały czas na łączach. W czasie rzeczywistym komentowali, radzili i wyłapywali słabe oraz dobre punkty naszych manewrów przy różnych prędkościach. O ile pamięć mnie nie myli, wszystkie zadania zaczynaliśmy wykonywać z prędkością 35 km/h, a kończyliśmy nawet i z 70 km/h na blacie. Powyżej tej prędkości następowała już utrata kontroli nad pojazdem.

Pozycja za kierownicą najważniejsza
Podczas szkolenia instruktorzy najwięcej uwagi poświęcili prawidłowej pozycji za kierownicą. Dlaczego? Ponieważ to od niej zależy jak sobie poradzimy w ekstremalnych sytuacjach. Jak się okazało, moja pozycja za kierownicą była całkiem niezła (efekt innych, wcześniej przebytych szkoleń). Ale podczas awaryjnego hamowania na autodromie okazało się, że siedzę jednak trochę za daleko od pedałów. Z hamulcem wciśniętym do oporu jakoś dziwnie wyginałam się na fotelu. Nie było stabilnie. Radzę więc sprawdzić, jak to jest u was. Może dla własnego bezpieczeństwa warto przesunąć fotel jeszcze o kilka ząbków do przodu?

Istotne jest też właściwe zapięcie pasów. Szczególną uwagę warto zwrócić na to, by dolny pas dobrze przylegał do ciała. Zimą, kiedy mamy na sobie kurtkę czy płaszcz, lepiej dać go pod pas, pod odzież wierzchnią. Na symulatorze dachowania w Skoda AutoLab można się przekonać na własne oczy o tym, jak ważny jest to element. Tak samo również istotne jest ustawienie wysokości pasów. W niektórych samochodach nie ma tej regulacji, więc osoby o skrajnych gabarytach mogą mieć z tym mały problem.

„Magia” systemów
Najciekawszym ćwiczeniem było według mnie wychodzenie z poślizgu. Najeżdżaliśmy Skodami na szarpak z coraz większymi prędkościami i w momencie, kiedy tylna oś pojazdu znalazła się na specjalnej płycie, zarzucała ona tyłem auta losowo w jedną bądź drugą stronę. Naszym zadaniem było wychodzenie z poślizgów po lekko krętym torze albo za pomocą wciskania gazu lub hamowania. Jak się okazało, w przypadku nowoczesnych aut bogatych nie w dwa czy trzy, ale tak naprawdę w kilkadziesiąt systemów, przy takim nagłym poślizgu bardziej skuteczne okazuje się po prostu awaryjne hamowanie. Wciskając pedał hamulca szybko, mocno i trzymając go długo do samego końca, jesteśmy w stanie kierować pojazdem nawet na bardzo śliskiej nawierzchni (śnieg z lodem). W większości obowiązkowe we wszystkich produkowanych dziś pojazdach systemy jak ESP, ABS, MSR, ASR, EDL, HBA to bardzo przydatna rzecz dla mało doświadczonych kierowców. Ale czy one czasem trochę nie rozleniwiają?

Superb, Yeti i Rapid – test w pigułce
Szkolenie dało mi przy okazji możliwość szybkiego przetestowania trzech samochodów, ale nie będę pisać o bagażnikach, wyposażeniu ani kolorze foteli, tylko o najważniejszych odczuciach za kierownicami tych aut.

Okazało się, że Superb jest znacznie trudniej wyprowadzić z poślizgu niż na przykład Yeti, które ma mniejszy rozstaw osi oraz masę. Skoda Yeti w poślizgu była bardzo posłuszna kierowcy i zwinnie wykonywała moje polecenia. Za to o wiele trudniej było mi w tym samochodzie znaleźć sobie właściwą pozycję do jazdy. Pomimo możliwości regulacji wysokości kierownicy oraz jej oddalenia od kierowcy, była ona i tak ułożona zbyt poziomo. I jak bym się nie ustawiła i tak czułam się w Yeti dziwnie. Niemniej jednak Yeti nie da się nie lubić. To taka dobra kumpela. Można z nią przebywać na co dzień i jest naprawdę ok. Choć w pewnych kwestiach się nie zgadzamy, miło się z nią współpracowało. Ale hollywoodzkiego true love story to z tego nie będzie.

Rapida jakoś nie zapamiętałam. W moich odczuciach to auto jest dziwne – takie niepoprawnie poprawne. I tak też nim się jeździło. Jeżeli jednak jesteście fast & furious (czyli stanowicie mały odłamek społeczeństwa, które najchętniej nabywa najbardziej wyczynowe wersje samochodów) to nie zwrócicie na Rapida uwagi.

Każdy kierowca powinien to przejść
Po zakończonym szkoleniu i testach w Skoda AutoLab ponownie udaliśmy się do sali kinowej, gdzie rozmawialiśmy z instruktorami i podsumowaliśmy wspólnie spędzony dzień. Niektórym kurs dał (oprócz dyplomu) dużo nowych umiejętności. Niektórym wręcz zmienił światopogląd! Na koniec życzyliśmy sobie wszystkiego dobrego i bezpiecznej bezwypadkowej jazdy. Jako, że wyznaję zasadę, że edukacja jest najważniejsza (uważam, że obsługi pojazdów powinniśmy się uczyć już w szkole podstawowej, a może nawet już w przedszkolu) to życzyłam panom ze Szkoły Auto Skoda, by ich szkolenia kiedyś były częścią kursu na prawo jazdy. Tak – uważam, że każdy kierowca powinien przejść taką szkołę życia. Zwłaszcza, że ceny podstawowych szkoleń Skody zaczynają się od około 250 złotych.

Mogło by się wydawać, że nocna trasa do Warszawy na lotnisko w iście zimowych warunkach była dla mnie większą szkołą jazdy niż trening na profesjonalnym autodromie Skody. Drogę powrotną do Katowic pokonywałam jednak już nieco inaczej. Gdzieś z tyłu głowy została mi większa świadomość konieczności przewidywania czy patrzenia daleko przed siebie na drodze. To pewnie dlatego, że nauka odbywała się tak naprawdę poprzez świetną zabawę. Przynajmniej dla mnie to był niezły fun! I tak się właśnie uczy dobrych kierowców! Nie batem czy mandatem (drodzy panowie posłowie), a świetnie zorganizowaną zabawą, która jest w stanie szybko i skutecznie zmienić złe nawyki kierowców. Tak jak robi to właśnie Skoda. Brawo! 

Najnowsze

Edyta Klim

Podróżowanie jest jak narkotyk i ciężko z tym zerwać – wywiad z Iwoną Gogulską

Podróżowanie zawsze Iwonę pociągało, jednak gdy poznała Daniela (obecnego męża), to zakochała się nie tylko w nim, ale też w motocyklach! Obecnie podróżuje na swojej YBR 125, ale już planuje przesiadkę na większy motocykl.

Kiedy Twoje podróżowanie po świecie przekształciło się na podróżowanie motocyklowe?
Podróżowałam zawsze dość dużo, natomiast wyprawy motocyklowe zaczęły się z chwilą poznania mojego obecnego męża. Wtedy on akurat kupił motocykl, który wymagał praktycznie totalnego remontu, więc zimą zamiast ze mną – siedział popołudniami w garażu i go składał (śmiech). Ale później, dzięki jego pracy pojechaliśmy na nasze pierwsze motocyklowe wakacje i zrobiliśmy trasę: Litwa, Łotwa, Estonia. Wtedy zobaczyłam, że podróżowanie motocyklem może być fajne i zaczęłam myśleć o tym, żeby przesiąść się na swoją maszynę.

Czy motoryzacja, motocykle w jakiś sposób interesowały Cię wcześniej?

Zdecydowanie pasją do motocykli zaraził mnie mój mąż Daniel. Wcześniej jednoślady niespecjalnie mnie interesowały. Gdy przeprowadziłam się do Opola, sporadycznie chodziłam jedynie na wyścigi żużlowe, ale tam bardziej ciekawiła mnie rywalizacja, niż same motocykle. Natomiast mój mąż pochodzi z rodziny od zawsze związanej z motoryzacją – już jego dziadek startował w zawodach ulicznych na motocyklach takich jak Norton czy Triumph. Daniel od małego ścigał się na gokartach i zdobywał liczne tytuły.
Teraz motocykle są także i moją pasją, jednak nie było tak od początku. Irytowało mnie to, że Daniel poświęca im tak dużo czasu. Moje nastawienie zmieniło się, chyba po naszej pierwszej wyprawie…

Na ile zmieniło się wtedy Twoje życie?
Zmieniło się bardzo wiele. Dzięki podróżowaniu na motocyklu mogę dojechać prawie wszędzie, więc często mam okazję zobaczyć takie miejsca, w które osoby podróżujące w inny sposób po prostu nie dojadą. Jest też większa wygoda, bo człowiek nie jest uzależniony np. od środków komunikacji publicznej. Dzięki motocyklom poznałam mnóstwo ciekawych osób, a moje wyjazdy stały się o wiele bardziej emocjonujące. Ucząc się jazdy na motocyklu, a następnie podróżując nim – świadomie wyszłam ze swojej strefy komfortu. Zmieniła się trochę moja psychika i podejście do wielu spraw, przez co teraz codzienne stresy, wydają mi się bardziej błahe. Ponadto wraz z wyprawami pojawił się blog: www.szerokadroga.pl, któremu poświęcam obecnie bardzo dużą ilość czasu. Co śmieszne, zmieniłam się także fizycznie – poszerzyły mi się ramiona, przez co połowa moich t-shirtów nadawała się do wyrzucenia (śmiech).

Jednak czy długie dystanse na 125 nie są męczące dla Ciebie (wygoda) i dla Twojego partnera w podróży (niska prędkość)?
Na początku naszych wyjazdów kierowanie motocyklem bywało męczące, zwłaszcza na dłuższych trasach. Po długiej jeździe bolały mnie np. kolana. Ale teraz już się przyzwyczaiłam, nawet jeśli czasem jestem zmęczona, to szybko to mija i z powrotem powraca ochota, by ruszyć dalej. Wychodzę z założenia, że jazda motocyklem ma być przyjemnością, więc jeśli wiem, że coś będzie zdecydowanie powyżej moich (czy motocykla) możliwości – to po prostu nie jadę.


Jeśli chodzi o partnera, to chyba już się przyzwyczaił (śmiech). Nastawiamy się na zwiedzanie, raczej nie jeździmy po autostradach i najważniejsze jest dla nas bezpieczeństwo, więc też i odpowiednia prędkość. Tym bardziej, że coraz częściej słyszy się o wypadkach z udziałem motocyklistów. Moja YBR-ka rozwija prędkość do ok. 115 km/h, więc wcale nie jest to, aż tak mało. Największym problemem jest w tym przypadku głównie wyprzedzanie, bo 125-tka nie jest w stanie tak szybko przyspieszyć, jak chociażby Yamaha TDM 850 mojego męża. Nie we wszystkich państwach można też jeździć 125-tkami na kat. B. Z tych dwóch powodów planuję w końcu zrobić prawo jazdy na motocykl i kupić coś większego.

Gdzie do tej pory byliście i jak łączycie codzienne życie i pracę z podróżowaniem?
Byliśmy m. in. w Armenii, Gruzji, Rumunii, Bułgarii, Albanii, Czarnogórze, Macedonii, Litwie, Łotwie, Estonii, Niemczech. Zanim się poznaliśmy, oboje też sporo podróżowaliśmy, ja wcześniej odwiedziłam takie kraje jak: Ukraina, Hiszpania, Francja czy Włochy. Jednak nie jest łatwo łączyć podróżowanie z pracą na etacie (bo taką właśnie mam). Wtedy urlop może mieć tylko 26 dni, ale staramy się go maksymalnie wykorzystać. Ten czas z reguły starcza na zorganizowanie dwóch większych wypraw w roku. Dużo podróżujemy też w weekendy. Czasem pracuję w soboty, tylko po to, by kolejny weekend był o ten jeden dzień dłuższy. Sporo czasu zajmuje mi również prowadzenie bloga. Myślę, że odpowiednie zarządzanie czasem to właśnie taki złoty środek na pogodzenie pasji z pracą.

W jaki sposób przygotowujecie się do kolejnego wyjazdu, ile czasu wcześniej i na jakich płaszczyznach?
Wszystko zależy od wyjazdu. Z reguły przygotowania zaczynamy jakieś 2-3 miesiące wcześniej. Choć tak naprawdę, jeśli chodzi o serwis motocykli, to przygotowania trwają cały czas… Wychodzimy z założenia, że im lepiej przygotowany do sezonu motocykl, tym później mniej niespodzianek na drodze. Przede wszystkim staram się dużo czytać o kraju, do którego jedziemy. Kupuję przewodniki i mapy, wypytuję znajomych, którzy już tam byli. Wyłapuję te najciekawsze miejsca i tak powoli tworzy się plan podróży. Gdy już jest gotowy, drukuję go i zabieram ze sobą. Dlaczego tak planuję? Otóż na początku naszych podróży, czasem po powrocie okazywało się, że byliśmy tuż obok jakiegoś niezwykłego miejsca… a nie mieliśmy o tym bladego pojęcia i je omijaliśmy! Oprócz tego systematycznie dokupujemy dodatkowy sprzęt, który będzie nam potrzebny podczas wyjazdu. Chodzi m. in. o sprzęt fotograficzny czy biwakowy. Sprawdzamy informacje o zagrożeniach czy też obowiązkowych szczepieniach. Wykupujemy ubezpieczenie oraz wyrabiamy EKUZ.

Planujecie wszystko, czy coś zostaje do decyzji spontanicznych na miejscu?
Zdarza nam się modyfikować plan w trakcie. Mamy to szczęście, że z reguły jedziemy własnym środkiem transportu, więc jak gdzieś nam się nie podoba, to ruszamy dalej. I to samo w drugą stronę – jeśli jest okazja coś fajnego zobaczyć lub skorzystać z jakiejś extra atrakcji, to zostajemy i ewentualnie skracamy dalszą trasę. Jeśli chodzi o nocleg, to z reguły rezerwujemy tylko ten pierwszy. Na dalszą podróż mamy wypisanych kilka adresów, które możemy wykorzystać w przypadku, gdy nic nie znajdziemy po drodze. Taka lista przydała nam się na przykład w Sofii, gdzie wszystkie pensjonaty i hostele do których trafiliśmy były w 100% obłożone.

Twoje ulubione miejsce na ziemi z poznanych do tej pory to….?
Przez ostatnie lata byłam w wielu pięknych miejscach i ciężko wskazać te naj… Jako że od zawsze mieszkałam w mieście, to szczególnie podobają mi się tereny, gdzie czuję bliskość z naturą i gdzie nie ma wielu ludzi. Pod tym kątem na pewno Armenia była takim krajem, bo tam wciąż jest wiele takich, nieco dzikich i nieodkrytych miejsc. Ostatnio nie miałam zbyt wielu okazji, ale bardzo lubię też wracać nad polskie morze poza sezonem. Wtedy czuje się zupełnie inny klimat nadmorskich miejscowości i dla mnie jest to na swój sposób magiczne.

Co Was najbardziej pociąga w podróżowaniu? Obce kultury, piękno przyrody, wielka niewiadoma, co przyniesie kolejny dzień?
Chyba wszystko po trochu. Dzięki temu, że poznajemy inne kultury stajemy się bardziej otwarci i świadomi pewnych rzeczy i zjawisk. Zdobywamy wiedzę i doświadczenie. Ta niewiadoma – „co będzie jutro” jest motorem naszych działań, pcha nas do przodu. Prawda jest taka, że będąc na jednym wyjeździe, już myślę o kolejnym miejscu, które odwiedzę. Podróżowanie jest jak narkotyk i ciężko z tym zerwać.

Działacie czynnie w promowaniu turystyki również w regionie? Opowiedz o tym.
W zeszłym roku rozpoczęliśmy projekt „Opolskie: znane i nieznane”. Zdaliśmy sobie sprawę, że większość mieszkańców naszego regionu (w tym także motocykliści) omija Opolszczyznę, jeśli chodzi o weekendową turystykę. My do tej pory też woleliśmy zwiedzać województwo dolnośląskie, śląskie lub pojechać do pobliskich Czech. Polacy nie znają tego regionu i jeśli już – to turystycznie kojarzą go głównie z pałacem w Mosznie. A opolskie to nie tylko Moszna! Jest tu mnóstwo ciekawych miejsc z interesującą historią. Są piękne zamki i pałace, tajemnicze ruiny, jeziora, ogrody, obiekty industrialne, śliczne drewniane kościółki… a nawet piramida i fabryka robotów! Trzeba więc to wszystko pokazać i rozreklamować. Tym bardziej, że taka turystyka lokalna to świetny sposób na spędzenie wolnego czasu. Na korzyść takich wyjazdów przemawiają też koszty, które są bardzo niskie.

Gdybyś miała podsumować plusy i minusy podróżowania samochodem a motocyklem?

Gdybym miała określić to jednym zdaniem, to powiedziałabym, że samochód to komfort, a motocykl to przygoda! Przede wszystkim w samochodzie zmieścisz większą liczbę rzeczy i raczej nie musisz się martwić, że coś nie wejdzie. My przykładowo jadąc samochodem bierzemy stolik, krzesełka i grill. Na motocykl się to nie zmieści, choć na dłuższe wyjazdy prawie zawsze bierzemy np. kuchenkę turystyczną i mały garnuszek. Jednak przy dwóch motocyklach (nie licząc przedmiotów o większych gabarytach) problem z pojemnością bagażu w zasadzie znika. Plusem jazdy samochodem jest też to, że gdy jedna osoba prowadzi, druga może w tym czasie odpocząć, wyspać się. Ale… jazda samochodem jest nudna! I nie wjedziesz w wiele miejsc, w które wjedziesz motocyklem. Motocykle zawsze przyciągają ludzi, prościej jest więc dowiedzieć się od nich czegoś na temat lokalnej kultury, miejsc, o których nie piszą w przewodnikach, czy wspólnie pobiesiadować wieczorem. Nie ma też problemu z parkowaniem, bo miejsce zawsze się znajdzie. Ale dostrzegam też minusy podróżowania motocyklem – przede wszystkim bezpieczeństwo. Tutaj nawet drobna stłuczka może się skończyć w szpitalu, podczas gdy na aucie zostanie może co najwyżej jakaś rysa. Trzeba też bardziej uważać na rzeczy pozostawione na motocyklu, bo są łatwym łupem dla złodziei. No i na koniec – jazda motocyklem w czarnym kombinezonie w największe upały nie jest jakoś super przyjemna…

Czy na swojej skórze mogliście się przekonać o jakiś niebezpieczeństwach, czyhających na motocyklowych podróżników?
Przypominam sobie jedną taką sytuację. Wracaliśmy wtedy z jednego z rajdów turystycznych. Jechaliśmy prostą drogą, był mały ruch – teoretycznie nic złego nie miało prawa się stać. I nagle… zza krzaków wyskoczyła sarna, dosłownie wprost na mojego męża! Na szczęście miał on na tyle siły, że jakimś cudem udało mu się ją odepchnąć, jej nogi weszły pod koła. O dziwo mąż się nie przewrócił. Ja natomiast jechałam kilka metrów dalej i Daniel stwierdził, że pierwszy raz słyszał z moich ust, aż tyle przekleństw. Prawda jest taka, że byłam w totalnym szoku. Wszystko skończyło się dobrze, ale mam tą świadomość, że gdyby trafiło na mnie, skutki byłyby dużo gorsze.

Jaki kierunek poleciłabyś motocyklistce na najbliższe wakacje?
Myślę, że Albania jest fajnym kierunkiem. Ciekawe trasy (np. Przełęcz Llogara), dużo zakrętów, sporo dobrej jakości dróg. Ale jak ktoś chce zjechać z asfaltu, to też ma sporo okazji (choć trzeba przyznać, że z roku na rok coraz mniej). Ludzie tam są bardzo życzliwi, plaże piękne, a ceny póki co, jeszcze przyzwoite. Warto oprócz wybrzeża, pojechać bardziej na wschód i zobaczyć tą trochę mniej turystyczną Albanię. Polecam też Gruzję. Tam chyba najlepiej polecieć samolotem i wynająć motocykl na miejscu. Jest to może troszkę droższa opcja, ale ten kraj na pewno wiele razy Was zaskoczy. A w gruzińskim jedzeniu jestem dosłownie zakochana!

A jakie Wy macie plany na najbliższy sezon motocyklowy?
Planów jest sporo, pytanie – ile z nich uda się zrealizować? Niedługo lecimy do Birmy. Liczę, że uda nam się tam trochę pojeździć wynajętym sprzętem, chociażby skuterami. Już wiemy, że ten wyjazd mocno nadszarpnie nasz domowy budżet, poza tym urlop też nie jest z gumy, więc nie będzie łatwo zorganizować w najbliższym czasie kolejnego dłuższego wyjazdu. Jeśli chodzi o wyprawy typowo motocyklowe, to myśleliśmy o Ukrainie pod koniec lata.
Na pewno każdy wolny weekend będziemy wykorzystywać na jazdę po Polsce. Chcemy dokończyć rozpoczęty w zeszłym roku projekt „Opolskie: znane i nieznane” i zwiedzić całą Opolszczyznę. Ponadto fajnie byłoby wystartować w kilku turystycznych rajdach motocyklowych, bo panuje tam świetna atmosfera. Myśleliśmy także o Szlaku Orlich Gniazd i Kotlinie Kłodzkiej. Ale to tylko plany.

Będziesz już miała prawko i inny motocykl?
Tutaj też jest wielka niewiadoma (śmiech). Na kurs zapisałam się już rok temu, ale z wielu powodów nie było czasu, żeby go tak de facto rozpocząć. Mam nadzieję, że w tym roku będzie inaczej i na Ukrainę pojadę już większym motocyklem.

Najnowsze

Polskie zegarki dla samochodziarzy – Xicorr F125p Akropolis LE

Połączenie jest oczywiste: szybkie samochody, wyścigi, pomiar czasu = zegarki. Świat oszalał na punkcie limitowanych i ekstrawaganckich czasomierzy motoryzacyjnych, które nawiązują do samochodów, wyścigów, rajdów.

W polskiej rajdowej historii mamy kilka ciekawych wydarzeń, które warto przypomnieć. W tym roku mija 45 rocznica 20 edycji Rajdu Akropolu – eliminacji Rajdowych Samochodowych Mistrzostw Europy Producentów. Czemu zasługuje na uwagę? To właśnie w 20- tej edycji w swojej klasie zwyciężyli Polacy jadąc Polskim Fitem 125p.

Rajd Akropolu określny był mianem najtrudniejszej i zarazem najciekawszej eliminacji, rozgrywany w maju na trudnej technicznie trasie nazywany był „Małym Monte Carlo” i europejskim „Safari”. W 1972 roku 123 załogi stanęły na starcie w Atenach w tym dwie załogi z polski w Polskim Fiacie 125p –  Robert Mucha i Andrzej Jaroszewicz. Rajd skutecznie eliminował załogi po przejechaniu 3599 kilometrów z 91 punktami kontroli czasu po drodze i 39 oesami  na mecie zameldowało się zaledwie 14 załóg.  Polska załoga Andrzej Jaroszewicz i Andrzej Szulc jadąca Polskim Fiatem 125p z numerem bocznym 25 zajęła 11 miejsce w klasyfikacji generalne rajdu i pierwsze miejsce w swojej klasie (1300 -1600 centymetrów). Samochody zostały specjalnie przygotowane do rajdu według przepisów grupy 2 (specjalne samochody turystyczne). Polski Fiat stanowił przykład typowego samochodu turystycznego, o dość znacznych gabarytach i sporej masie, dodatkowo wyposażonego w silnik o małej pojemności i jak na ówczesne sportowe standardy, małej mocy (100 KM). Konkurencja startowała w rajdach samochodami, które były wyposażone w silniki o przeciętnej mocy 150-180 KM. W Europie ścigano się bowiem autami o wyraźnej charakterystyce sportowej, mocnych, szybkich o niewielkich wymiarach i masie całkowitej. Warto przypomnieć, że w grupie tej startowały samochody poddawane daleko idącym zmianom, Fiaty zmagały się na trasie z Fordem Escortem o mocy 160 KM czy Alpine-Renault o mocy 160 KM. Sukces w Rajdzie Akropolu w 1972 roku jest tym cenniejszy, że auto jakim dysponował nasz zespół fabryczny nie stanowiło konkurencji dla znacznie mocniejszej zachodniej czołówki. Załoga wspominając ten rajd podkreśla, że był on bardzo trudny i wymagający. Szczególnie pętla południowa, po szutrowych drogach Peloponezu. Wszechobecny kurz czują praktycznie do dziś. Ciekawostką tego rajdu były długie odcinki dojazdowe, które odbywały się w normalnym ruchu ulicznym. Aby zdążyć do kolejnego Punktu Kontroli Czasu należało osiągać średnią prędkość przejazdową w granicach 50-110 km/h.

Wydarzenie to stało się okazją do przygotowania okolicznościowego zegarka, na którego tarczy można odnaleźć zegary w króla szos lat 80-tych i charakterystyczny prędkościomierz. Odniesień do rajdu jest więcej – zegarek będzie dostępny od maja w limitowanej edycji 125 sztuk. Przygotowany został przez Warszawską manufakturę Xicorr, która specjalizuje się w „motoryzacyjnych” zegarkach.  W swoim portfolio oprócz zegarka inspirowanego Fiatem 125 ma Warszawę M20 i Syrenę Sport. Cena wynosi 2799 zł.

Najnowsze

Autostrady w Polsce będą wolniejsze?

Cieszmy się szybkimi autostradami w Polsce, póki możemy. Naukowcy apelują o obniżenie obowiązującego limitu prędkości ze 140 km/h do mniejszej prędkości.

Specjaliści z Politechniki Krakowskiej apelują do polityków o obniżenie obowiązującego limitu prędkości. Profesor Stanisław Gaca z Politechniki Krakowskiej przyznaje, że autostrady budowano z myślą o prędkości 130 km/h, ale przez lata przy budowie dróg obowiązywała prędkość projektowa wynosząca 120 km/h. Z kolei prędkość miarodajna (służąca ocenie elementów drogi pod względem bezpieczeństwa ruchu drogowego) była ustalona na poziomie 130 km/h.

Politycy zadecydowali o tym, żeby w 2011 roku podnieść limity prędkości na drogach ekspresowych do 120 km/h, a na autostradach do 140 km/h. Eksperci od bezpieczeństwa ruchu drogowego w Polsce oceniają, że podniesienie limitu prędkości na autostradach i drogach ekspresowych nie miało merytorycznych podstaw. Specjaliści twierdzą, że podniesienie ograniczeń prędkości nie zmieniło przepisów dotyczących projektowania dróg.

Nie wiadomo, co zrobią z tymi uwagami przedstawiciele Ministerstwa Infrastruktury. Tym bardziej, że wprowadzone sześć lat temu limity nie wpłynęły na poziom prędkości, z jaką Polacy poruszają się po autostradach. Według najnowszych danych tylko 30 proc. kierowców jeździ zdecydowanie szybciej niż pozwalają na to przepisy. 

Co ciekawe, polskie drogi są jednymi z najniebezpieczniejszych w Unii Europejskiej. Z badań przeprowadzonych przez ETSC (European Transport Safety Council) wynika, że w przeliczeniu na 1 mln mieszkańców, w wypadkach drogowych ginie u nas między 60 a 79 osób. Gorsze statystyki – powyżej 80 zgonów na 1 mln mieszkańców – są na Litwie, Łotwie i w Bułgarii.

Najnowsze

Honda Jazz kontra Rover 100 – drastyczna zmiana

Jak bardzo zmieniły się samochody przez ostatnie dwie dekady? Naprawdę drastycznie. Wystarczy zobaczyć film przygotowany przez Euro NCAP, na którym porównano Hondę Jazz z 2015 roku z Roverem 100 z 1997 roku.

Instytut Euro NCAP powstał w 1997 roku i przez ten czas przeprowadził 1800 testów zderzeniowych kosztujących ponad 160 milionów euro. Dzięki tym badaniom opublikowano 630 ocen, które mocno wpłynęły na producentów samochodów, a wszystko w imię bezpieczeństwa.

Żeby sprawdzić, jak zmieniły się samochody przez ostatnie dwie dekady, wystarczy spojrzeć na materiał przygotowany przez Euro NCAP. Możemy w nim zobaczyć Hondę Jazz wyprodukowaną dwa lata temu oraz Rovera 100 sprzed dwudziestu lat.

Oba samochody mają cztery koła i kierownice, ale pod blaszaną pokrywą skrywają się setki nowoczesnych rozwiązań, które mają zapewnić bezpieczeństwo. Obecne testy uwzględniają dużo ostrzejsze kryteria niż na początku. Euro NCAP cały czas dba o to, żeby standardy były podnoszone. Już w przyszłym roku próby bedą uwzględniać działanie systemów rozpoznawania i unikania kolizji z rowerzystami. A jest to tylko zapowiedź kolejnych zmian szykowanych na lata 2020-2025.

Podczas pierwszych testów w 1997 roku modele takie jak Ford Fiesta i Volkswagen Polo zdobyły trzy gwiazdki z maksymalnych czterech. Jednak popularny Rover 100 zdobył tylko jedną gwiazdkę. Czołowi producenci twierdzili wówczas, że zdobycie maksymalnej noty nie jest możliwe, ale pięć miesięcy później Volvo S40 zdobyło komplet.

Najnowsze