Zabójcze kolory

To, w jakim kolorze kupujemy auto, nie jest wyłącznie wyrazem naszych osobistych upodobań. Jak się okazuje, może wpłynąć na nasze być albo nie być na drodze.

Paris Hilton i jej różowy Bentley
fot. motocaina.pl

Eleganckie ciemne barwy, w szczególności czerń, stwarzają największe zagrożenie. Są po prostu słabo widoczne, nawet w pełnym słońcu. Zdecydowanie lepiej sprawdzają się jasne i jaskrawe kolory, jak biały czy żółty – łatwo je dostrzec niezależnie od warunków pogodowych. Odbijają światło, dzięki czemu zwracają na siebie uwagę z większej odległości.

Okazuje się jednak, że prawdziwym gwarantem bezpieczeństwa jest samochód w kolorze… różowym. Jeśli wierzyć szwedzkim statystykom, różowe auta ulegają wypadkom najrzadziej. Natomiast w świetle badań przeprowadzonych na Monash University Accident Unit w Australii, czarne samochody są o 12% bardziej narażone na wypadek niż białe.

A zatem różowy Bentley Continental GT wybrany przez Paris Hilton to przejaw odpowiedzialności na drodze, a nie jakaś tam fanaberia!

Najnowsze

Zmarł Ferdinand Alexander Porsche – ojciec Porsche 911

W miniony czwartek zmarł Ferdinand Alexander Porsche, najstarszy syn założyciela firmy, Ferry’ego. Miał 76 lat.

Ferdinand Alexander Porsche
fot. Porsche

W rodzinnej firmie pracował od 1958 roku i praktycznie na początku kariery, w roku 1962, stworzył jeden z najbardziej rozpoznawalnych samochodów sportowych na świecie – Porsche 911. Stał za wieloma słynnymi projektami: od bolidów wyścigowych z lat 60. poczynając, na  Porsche 904 Carrera GTS kończąc. Kiedy w 1972 roku firma przekształciła się w spółkę akcyjną, założył własną działalność, Porsche Design Studio. Projektował m.in. zegarki, pióra wieczne i okulary.

Więcej o Ferdinandzie możecie przeczytać tutaj.

 

Najnowsze

Nie jestem żoną – rozmowa z Ewą Fus z „Auto Fus”, dealera BMW, Mini i Rolls-Royce

O pasji do motoryzacji, miłości do własnego BMW X6, o lęku przed lataniem i codziennej pracy w salonie samochodowym wśród głównie męskiego towarzystwa rozmawiamy z Ewą Fus, córką Tadeusza Fusa, założyciela warszawskiego salonu Auto Fus - dealera BMW, Mini, Rolls-Royce i helikopterów Robinson.

Ewa Fus przed salonem „Auto Fus”
fot. Daniel Ratowski

Na wywiad przychodzę nie wiedząc, jak pani Ewa Fus wygląda, ile ma lat, czym się zajmuje w firmie. Dziwne uczucie. Ponadto zwykle robię rekonesans o osobie, z którą rozmawiam. Niestety: trudno znaleźć cokolwiek o mojej rozmówczyni. Nie uświadczę ani jej zdjęć w internecie, ani wywiadów, ani choćby krótkich wypowiedzi. Nasuwa mi się refleksja, że być może jest to świadomy wybór: życie w cieniu ojca – wizjonera oraz starszych braci. Być może to kobieta, która nie musi podnosić sobie własnej rangi obecnością na warszawskich „salonach”, w mediach, czy obcować na co dzień z celebrytami. Mimo że ma takie znajomości w swoim portfolio, nie ma potrzeby o nich opowiadać wszem i wobec, chwalić się swoim statusem zawodowym i rodzinnymi koneksjami. Czekam zatem na tę rozmowę w napięciu.

I oto nadchodzi: młoda, uśmiechnięta bizneswoman. Dlaczego od razu „biznes”? Świadczy o tym jej strój – starannie dobrany, markowy. Nie ma w nim ani odrobiny ekstrawagancji. Dość nieśmiało przechodzimy do pierwszych pytań.

Jaka jest pani rola w firmie? Czym się pani zajmuje?
Zajmuje się głównie częścią salonową, pomagam w tym drugiemu z moich braci. Fakturowanie, organizacja zamówień, dokumentów. Jest u nas podział obowiązków – oczywiście nad wszystkim czuwa tata.

Już jako mała dziewczynka przejawiała pani zainteresowanie motoryzacją?
To było nieuniknione, mam dwóch starszych braci. Ale to nie było w żaden sposób narzucone. Od dziecka fascynowały mnie samochody, takie „męskie” sprawy. Nie mogłam się doczekać, kiedy zrobię prawo jazdy.

Pamięta pani swój pierwszy samochód?
Tak, to było Renault. Zresztą kiedyś byliśmy autoryzowanym dealerem Renault, przez trzy lata, dopiero potem powstała centrala BMW Polska i postanowiliśmy zmienić markę.

Kobiety lubią mieć wpływ na aranżację wnętrz. Maczała pani palce w projekcie architektonicznym salonu?
Aranżacja wnętrza to przede wszystkim pomysły mojego taty. Jeszcze nawet nie było wstępnej makiety, a on już miał wyobrażenie, jak to wszystko powinno wyglądać. Ma bardzo dużo pomysłów, nie wszystkie da się zrealizować, ale wybiera najlepsze – zawsze to robi.

Skoro Auto-Fus to firma rodzinna, to pewnie dochodzi między wami czasem do scysji?
Zdarza się, że każdy z nas ma swoje zdanie. Ale po to mamy wewnętrzne spotkania, na których wymieniamy się uwagami, aby unikać wielkich sporów. Staramy się wszystko dopasować, żeby było dobrze. Owszem, to jest praca, ale generalnie jesteśmy ze sobą bardzo zżyci. Nie wyobrażam sobie dnia, żebyśmy się z braćmi nie widzieli, nie spotkali. To firma stuprocentowo rodzinna.

Jeździ pani na motocyklu?
Niestety nie. Chciałabym, ale troszkę brakuje mi na to czasu. Za to jeżdżę samochodem (śmiech).

A jakim?
Preferuję SUV’y, duże samochody, bo w nich czuję się bezpieczniej. Nie zależy mi na tym, żeby jeździć nisko, sportowo, żeby się ścigać. Moim wymarzonym samochodem było BMW X6 i właśnie takim teraz jeżdżę.

Przypis redakcji: tu pani Ewa wyraźnie się ożywia. Widać błysk w oku. Czuć, że rozmowa o samochodach sprawia jej przyjemność.

Ewa Fus z dumą prezentuje piętro w salonie przeznaczone na samochody BMW M.
fot. Daniel Ratowski

Kiedy w salonie pojawiają się premiery, czuje pani ekscytację? Natychmiast je pani testuje? Jak to się ma do innych niż BMW marek?
Ekscytacja jest zawsze. Od razu chcę podpatrzeć, co się pojawiło nowego (śmiech). Rolls-Roycem jeździłam jako pasażer i chyba tak się w nim czuję najlepiej – nie sądzę, bym chciała do niego wsiąść jako kierowca. Mini natomiast jest super samochodem, jeżeli chodzi o jazdę w mieście. Jeździłam nim na studiach i to było wspaniałe – zawsze i wszędzie miałam miejsce do parkowania. Gdybym mogła mieć dwa samochody, pewnie zostałabym przy BMW jako aucie dużym, rodzinnym, a na codzienne jazdy zafundowała bym sobie takiego Miniaka.

Wspomniała pani o studiach. Ma pani wykształcenie kierunkowe, wybrane z myślą o firmie rodzinnej?
Jestem magistrem ekonomii ze specjalizacją „zarządzanie i kierowanie przedsiębiorstwem”. Już na studiach pracowałam w firmie, początkowo na pół etatu, na recepcji, żeby się wdrożyć i zobaczyć, jak to wygląda. To był też sposób, aby zastanowić się, gdzie w przyszłości będę chciała pracować, czym się zająć w firmie. Zdecydowałam się na część salonową, bo w serwisie czekałaby mnie typowa praca biurowa, a ja lubię urozmaicenie i lubię mieć kontakt z samochodami i ludźmi.

To praca od rana do nocy?
Nie. Chociaż ja lubię zrealizować swój dzień w stu procentach, dokończyć wszystkie tematy, niczego nie zostawiać na później. Cóż, nie zawsze się to uda, ale się staram.

A co po pracy? Ma pani jakieś hobby, pozazawodowe zainteresowania?
Po pracy – oczywiście życie prywatne, znajomi. Na pewno sport, również ze względu na to, że choruję na cukrzycę. Chodzę na siłownię i uprawiam tenis.

Kobieta sukcesu w swoim BMW X6.
fot. Daniel Ratowski

Podobno popularne u Was w rodzinie jest posiadanie licencji pilota. Pani również ją ma?
Licencję pilota mają moi bracia i tata. Ja niestety nie ufam maszynom latającym. Tata walczył ze mną półtora roku, żebym wsiadła z nim do helikoptera. W końcu się zdecydowałam i na dzień dzisiejszy tata jest jedyną osobą, której ufam w stu procentach – tylko z nim wsiądę i polecę.

Zetknęła się pani w swojej pracy ze stereotypem „uwaga, baba za kierownicą”, czy „baba się nie zna na motoryzacji”?
Nie spotkałam się z tym. Nie uważam, żebym była super kierowcą, ale zawsze miałam duże wsparcie i pomoc ze strony ojca i braci. Poświęcili mi dużo uwagi, kiedy robiłam prawo jazdy, ćwiczyli ze mną, żebym nie robiła błędów, nie nabrała złych nawyków.

Dużo pani podróżuje?
Rocznie robię około 30 tysięcy kilometrów. Czasami służbowo, ale częściej prywatnie. Oczywiście sama siedzę za kółkiem. Nie męczy mnie to, wręcz przeciwnie, wtedy odpoczywam.

Ma pani pełną swobodę decyzji w obrębie firmy? Czy zdarza się, że jakieś pani posunięcia są krytykowane?
Zawsze wolę się porozumieć z tatą, przedyskutować z nim swoje decyzje, zarówno służbowe, jak i prywatne. Mam do niego pełne zaufanie. Wiem, że mi pomoże i doradzi w wyborze właściwej decyzji – zwłaszcza wtedy, kiedy mam jakieś wątpliwości. To samo tyczy się oczywiście mamy.

Mama też pracuje w firmie?
Oczywiście. Jest zaangażowana w księgowość, zajmuje się kontaktami z bankami.

Salon BMW „Auto Fus”.
fot. Daniel Ratowski

Gdzie się pani widzi za 10 lat? Ma Pani nadzieję zostać w firmie do emerytury?
Nie wyobrażam sobie innego miejsca. Póki oni tu wszyscy są – ja jestem z nimi (mowa o rodzinie – przyp. red).

Czyli trudno tu mówić o jakimś „zmęczeniu materiału”, że ma pani dość motoryzacyji?
Nie, absolutnie. Zresztą tutaj każdy dzień jest inny, każdy przynosi inne wyzwania.

Kibicuje pani jakiejś dyscyplinie sportu motorowego?
Od zeszłego roku mamy swój własny team motocyklowy. Jeżdżę na wyścigi, kibicuję, to jest takie odbicie od rzeczywistości. To są naprawdę widowiskowe imprezy, zresztą to wie chyba każdy, kto jeździ na wyścigi. Miałam też przyjemność spotkać się kiedyś w salonie z Anią Jackowską, która samotnie przemierza świat na motocyklu. Osobiście wolę zawsze podróżować w zespole. Skrzykuje się wtedy grupa znajomych, zabieramy najpotrzebniejsze rzeczy i jedziemy.

Jak pani się dogaduje z mężczyznami pracującymi w firmie, a jak z kobietami, którym jest w waszej firmie całkiem sporo – widać różnice w kontaktach biznesowych?
Myślę, że nie. Są tu i mężczyźni i kobiety, mamy naprawdę fajną ekipę i nie można narzekać – gramy na tych samych nutach. Dogaduję się ze wszystkimi bezproblemowo. Mieliśmy też wyjazd integracyjny. Myślę, że takie wyjazdy są potrzebne, można porozmawiać ze wszystkimi zupełnie inaczej, luźniej, swobodniej, poznać się – na co dzień nie ma na to czasu. 

Bierzecie pod uwagę pomysły pracowników?
Jesteśmy na to otwarci. Zdarza się, że ktoś wychodzi z pomysłem, to zawsze jest brane pod uwagę.

Jeśli kiedyś zdecyduje się pani na założenie rodziny, to co się stanie jeśli się okaże, że dzieci chcą się ścigać, czy brać udział w rajdach?
Pewnie będę się denerwowała, ale cóż… takie geny (śmiech).

Pani mama również ma takie tendencje motoryzacyjne?
Pewnie w nieco mniejszym stopniu niż tata, ale tak. Zawsze go wysłuchuje z zainteresowaniem, kiedy wraca do domu, odpowiada o nowościach, wrażeniach dnia.

Czy obserwuje pani taką tendencję, że więcej kobiet obecnie samodzielnie kupuje samochody, nie tylko jako towarzystwo dla męża?
Tak. Kobiety coraz częściej wiedzą dokładnie, czego chcą, co jest dla nich najważniejsze, są zdecydowane.

A była Pani świadkiem scysji, kiedy mężczyzna chciał czegoś innego, a kobieta miała inne zdanie?
Bywały takie sceny. Ale kobieta zawsze znajdzie sposób, żeby postawić na swoim (śmiech).

Macie tutaj mnóstwo gadżetów, akcesoriów. Ma pani potrzebę, żeby ubierać się np. w kolekcję BMW?
Noszę! Ale staram się nosić te, które mi się podobają i pasują do okazji. Niektóre są naprawdę fajne, zakupiłam i mam.

Zdarza się, że jest pani kojarzona z uwagi na nazwisko?
Miałam ostatnio taki przypadek, że zatrzymała mnie policja. Do kontroli: samochód, dokumenty, wszystko. Policjant mnie pyta, czy jestem żoną „tego starszego, czy młodszego Fusa”. Mówię, że żadnego. „To jakie są między wami relacje?”. Jestem siostrą, odpowiadam. „Ojej! To jest jeszcze siostra?”. No właśnie, bracia się nie chwalili się (śmiech). To pytanie, czyją jestem żoną, pada chyba najczęściej. I kiedy wyjaśniam, jak to naprawdę jest, zazwyczaj spotykam się z totalnym zaskoczeniem!

Przypis redakcji: po zakończonym wywiadzie wychodzimy pozwiedzać salon. Pani Ewa z dumą pokazuje nowy obiekt, lądowisko dla helikopterów, odrębne piętro przeznaczone dla samochodów sygnowanych – wiele mówiącym fanom motoryzacji – symbolem M Gmbh (Auto Fus jest jednym z dwóch dealerów w Polsce, którzy zyskali oficjalny certyfikat do sprzedaży BMW M). Jest zrelaksowana, sympatyczna, otwarta na współpracę. Cieszę się, że są takie kobiety, które łączą pasję do motoryzacji ze sposobem na życie.

Rozmawiała: Katarzyna Frendl

Najnowsze

Valentino Rossi w Ferrari na torze w Monzy

Dziewięciokrotny motocyklowy mistrz świata Valentino Rossi zapowiada start w inauguracyjnej rundzie wyścigu Blancpain Endurance Series na torze w Monzy (14-15 kwietnia). Valentino usiądzie za kierownicą Ferrari 458 Italia oznaczonym słynnym numerem 46.

Valentino Rossi
fot. Blancpain

Rossi vel. Doctore wystartuje z numerem 46 w barwach szwajcarskiego Kessel Racing Team (VR46-Monster), a jego zmiennikiem będzie bliski przyjaciel Alessio „Uccio” Salucci. Wsytartują w klasie Pro-Am Cup.

„Zdecydowaliśmy o tym w ostatniej chwili” – mówi Rossi i dodaje: „wyścig w towarzystwie Uccio to będzie prawdziwa przyjemność”.

„Monza i Ferrari, trudno wyobrazić sobie lepszą kombinację, by zapewnić imprezie powodzenie” cieszy się Stephane Ratel, założyciel i prezes SRO Motorsports Group.

„Valentino to prawdziwa gwiazda sportu motorowego” – dodaje.

W pierwsza rundzie tego słynnego wyścigu wezmą udział supersamochody 11 uznanych marek: Audi, Aston Martin, BMW, Dodge, Ferrari, Jaguar, Lamborghini, McLaren, Mercedes, Nissan i Porsche.

Ferrari 458 Italia
fot. Ferrari

W gronie przeciwników Valentino nie zabraknie słynnych nazwisk, m.in. zwycięzcy 24-godzinnego wyścigu w Le Mans, Davida Brabhama, czy byłych gwiazd F1, Marka Blundella i Karla Wendlingera.

Najnowsze

5 miejsce Gabrieli Grajewskiej w Rajdzie Gazel!

Dobiegł końca Rajd Gazel, podczas którego Gabriela Grajewska zmierzyła się z marokańską pustynią za kierownicą Dacii Duster. Polka i jej pilotka, pomimo, że był to ich debiut rajdowy, zajęły piąte miejsce w kategorii Crossover.

Ana-Maria de la Fuente – pilotka (z lewej) i Gabriela Grajewska – kierowca, 5. na mecie Rajdu Gazel!
fot. Renault

Rallye Aicha des Gazelles zakończył się także sukcesem dla Dacii Duster. Załogi jadące właśnie tym samochodem zajęły pierwsze 3 miejsca w klasyfikacji Crossover.

Radość z ukończenia rajdu była wielka.
fot. Renault

Organizatorzy rajdu zadbali także o mieszkańców miejscowości, przez które prowadzi trasa rywalizacji. Mogli oni skorzystać z darmowej pomocy medycznej lekarzy różnych specjalności, a dzieci otrzymywały ubrania i przybory szkolne przekazane przez uczestniczki rajdu.

– Duster sprawował się znakomicie bez względu na nawierzchnię: wydmy, góry czy kamienistą pustynię. Udało nam się dotrzeć do końca bez usterek – mówi nasza zawodniczka.

Od 22 do 29 marca Gabriela Grajewska i jej pilotka, Ana-Maria de la Fuente, przemierzały pustynię w ramach Rallye Aicha des Gazelles 2012. Zadanie było o tyle trudne, że w czasie jazdy zespołom nie wolno było korzystać z GPS-u, telefonu komórkowego ani innych urządzeń elektronicznych. Do dyspozycji miały tylko kompas i czarno-białą mapę z lat 50. w skali 1:100 000.

– Na takich mapach wiele zaznaczonych dróg już nie istnieje – wyjaśnia Polka.

Dodatkowym utrudnieniem były oczywiście warunki pogodowe – w cieniu temperatura przekraczała 35°C, natomiast na ostatnim etapie poza częstymi w tym regionie silnymi wiatrami przynoszącymi piasek, jazdę utrudniały deszcze i burze. Rywalizacja obejmowała sześć etapów o zróżnicowanej trudności oraz długości.

– Najtrudniejszy był pierwszy etap. To był dla nas prawdziwy test umiejętności i charakteru – podsumowuje Gabriela Grajewska.

Zresztą cały rajd to niezwykłe doświadczenie o spełnianiu marzeń, dążeniu do celu, umiejętności stoickiego podejścia do problemów i nie poddawaniu się trudnościom. Działalność charytatywna prowadzona na trasie rajdu powodowała, że byłyśmy jeszcze bardziej dumne z udziału w tym przedsięwzięciu.

Rozgrywany w południowym Maroku, Rallye Aicha des Gazelles odbywa się od 1990 r. i do tej pory wzięło już w nim udział 3000 kobiet z 36 krajów. Obecnie już 6 zespołów świętowało triumfy
w samochodzie Dacia Duster – zwyciężczynie w kategorii Crossover w 2010 r., laureatki 2. i 3. miejsca w 2011 r. oraz załogi, które zdobyły miejsca od 1 do 3 w 2012 r.

Rywalizaja była trudna; jak oceniają same zawodniczki, był to „test umiejętności i charakteru”.
fot. Renault

Najnowsze