Współpraca BMW Motorrad i Dainese

BMW Motorrad i Dainese wypuściły oświadczenie o nawiązaniu długoterminowej współpracy przy projektowaniu odzieży ochronnej dla motocyklistów.

Punktem wyjścia ma być technologia D-Air Protect System opracowana przez Dainese, która zostanie wykorzystana przy projektowaniu protektorów  z poduszkami powietrznymi w kombinezonach BMW Motorrad.  Debiutanckim produktem współpracy jest jednoczęściowy DoubleR RaceAir powstały z myślą o torach wyścigowych. Kombinezon zostanie zaprezentowany podczas międzynarodowej imprezy EICMA w Mediolanie w listopadzie, kiedy zakończą się kompleksowe testy prowadzone obecnie przez BMW w Monachium.

fot. BMW Motorrad

Kolejnym krokiem ma być zmodernizowanie systemu Dainese D-Air Street System dla potrzeb BMW Motorrad, co ma nastąpić w 2015 roku. W międzyczasie będą prowadzone testy wytrzymałościowe i zderzeniowe. Technologia D-Air Street składa się z poduszki, którą można zamontować w kurtce lub kombinezonie oraz zestawu dwóch akcelerometrów. Poduszka ma dwie komory o pojemności 12 litrów oraz zasilane bateriami generatory, które je automatycznie pompują.

Najnowsze

Mercedes W196 Juana Manuela Fangio sprzedany za zawrotną cenę

Samochody przeobrażają się w kolekcjonerskie rarytasy z rozmaitych powodów. Czasami z uwagi na niebanalny, przełomowy design, czasami wprowadzone innowacje, a czasami z uwagi na osobę właściciela.  W tym przypadku mówimy o sytuacji, gdy historia auta i jego kierowcy splotła się w jedno.

Mowa o Mercedesie W196, bolidzie Formuły 1, którym jeździł legendarny Juan Manuel Fangio. Z dwunastu wyścigów, w których rzeczony bolid brał udział, Fangio wygrał dziewięć. Nic dziwnego, że ten rarytas 58 lat po przejściu na wyścigową emeryturę osiągnął zawrotną wartość. I rzeczywiście, podczas aukcji na Bohmans Goodwood Festival of Speed samochód osiągnął cenę niemal 30 milionów dolarów (dokładnie 29,650,095). Tym samym stał się najdroższym pojazdem kiedykolwiek sprzedanym na aukcji.

Tak prezentuje się supercenny bolid
fot. materiały prasowe

Szczegółów nie znamy, możemy więc zabawić się wyobrażeniem, że aukcja przebiegła w taki właśnie sposób, jaki znamy z filmów – dwóch nobliwych dżentelmenów z cygarem cierpliwie przebijających ofertę. Jeśli się zastanowić, to właściwie Mercedes W196 wyczerpuje więcej niż jedną cechę konieczną do przeobrażenia się w marzenie kolekcjonera: trudno mu odmówić estetyki, zapisał się w historii innowacyjną jak na owe czasy technologią (wtrysk paliwa, niezależne zawieszenie wszystkich kół, hamulce wewnętrzne i podwozie zbudowane na kratownicy przestrzennej, żeby wymienić tylko kilka elementów), a dodatkowo jego właścicielem był kierowca-ikona F1.

Najnowsze

Seksistowska reklama Renault – czy na pewno? Film

Brytyjski Urząd Standardów Reklamy (ASA) ma zastrzeżenia co do internetowej reklamy Renault Clio. Urząd uznał za zasadne skargi o seksistowskie podejście i przedmiotowe traktowanie kobiet.

W filmie zainteresowani klienci przychodzą do salonu Renault na jazdę próbną. Całość została nagrana w konwencji ukrytej kamery. Kiedy mają przetestować funkcję „va va voom”, nagle przed nimi wyrasta obraz wieży Eiffela i roztańczeni paryżanie. Pośród charakterystycznych dla Paryża motywów pojawiają się również skąpo odziane tancerki i stąd wziął się cały problem.

Renault odpiera zarzuty, argumentując, że spot nie ma charakteru erotycznego, a jest po prostu swobodnym nawiązaniem do tradycji burleski i Moulin Rouge, humorystycznie i na luzie, w stylu trafiającym w gust młodej publiczności. ASA jednak uważa, że przeczą temu zbliżenia na kobiece atuty tancerek i rodzaj choreografii. W odpowiedzi Renault wypuściło reklamę w wersji okrojonej. Zamiast roztańczonych pań mamy ujęcie na wnętrze auta i napis: „Nasi kierowcy doświadczyli jazdy próbnej va va voom. Niestety, nie możemy pokazać wam tej części. Możemy jedynie zasugerować, byście sami zdecydowali się na jazdę próbną”.

Co ciekawe, reklama Renault, w której pojawiają się roznegliżowani panowie, podobnych kontrowersji nie wzbudziła. I chyba naprawdę ciągłe doszukiwanie się podtekstów seksistowskich idzie w kierunku przesady…

Najnowsze

Nowy Suzuki Swift już w Polsce

Nowy Suzuki Swift jest już dostępny na polskim rynku. Japoński kompakt zyskał nową stylizację nadwozia oraz odświeżone wnętrze.

Suzuki Swift to samochód kompaktowy o sportowym charakterze. Wytwarzany w siedmiu zakładach produkcyjnych na świecie, jest sprzedawany w ponad stu krajach na wszystkich kontynentach. Teraz na polskim rynku debiutuje odświeżona wersja tego popularnego kompaktu.

Odświeżony Suzuki Swift
fot. Suzuki

Nowy Swift otrzymał bardziej stylowy wygląd, dzięki zmodyfikowanemu przedniemu zderzakowi oraz masce silnika. Wprowadzono także nowy kształt maskownicy lamp przeciwmgłowych. W wersji Premium światła do jazdy dziennej oraz dodatkowe światło STOP  wykonano w technologii LED. Lusterka boczne zostały zintegrowane z  kierunkowskazami.  Wnętrze samochodu także zyskało odświeżony wygląd. Dostępne nowe wzory tapicerki siedzeń, stosowane w wersjach wyposażenia Club oraz Comfort-Premium, są wedle zapewnień producenta trwałe i praktyczne. Zmieniono również wzór felg aluminiowych. Suzuki Swift dostępny jest w dziewięciu kolorach nadwozia, w tym dwóch nowych: ciepłym, słonecznym Sunburst Yellow Metallic oraz głębokim, kobaltowym Boost Blue Pearl Metallic.

Najnowsze

Motocyklem przez Amerykę Południową: Argentyna

O podróży do Argentyny marzyłam prawie dziesięć lat, a inspiracją i motywacją była historia Evy Peron, Evity, argentyńskiej pierwszej damy, której życie i działalność nieustannie mnie interesują. Argentyna to wielki kraj, pełen przemiłych ludzi, którzy mają szczęście żyć pośród zapierającego dech w piersiach krajobrazu... Ale zaraz, zaraz, bo my chyba jesteśmy jeszcze na dzikiej przełęczy...

Sto kilometrów wiatru

Zamek od namiotu wydał chrobotliwy dźwięk i umilkł, znowu usłyszeliśmy kroki. Na krzyknięte z głębi namiotu CZEŚĆ nikt nie odpowiedział, za to w nasz maleńki przyczółek ponownie uderzył wiatr. Kto mógł być na tej wysokości o tej porze? Chyba tylko szaleniec, taki jak my. Znowu usłyszeliśmy stąpanie po kamieniach i zaraz po nim poczuliśmy kolejne uderzenie wiatru. Wydawało nam się? Kroki powtórzyły się jeszcze kilka razy, ale nie był to człowiek, ani zwierzę, ani duchy. To wiatr, który każdą nową uderzeniową falę zapowiadał chrzęstem kamieni, które do złudzenia przypominały czyjeś kroki.

Byliśmy bardzo zmęczeni, ale nie dało się zasnąć. Sen przychodził i odchodził, każdy podmuch wiatru wybudzał nas z płytkich drzemek. Czas dzielący nas od świtu wydawał się wiecznością. Ale nie mieliśmy wyboru.

Nowy etap
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Rozjaśniało się długo, słońce nieśpiesznie wychylało swoją żółtą twarz zza posępnych gór. A my sobie naiwnie myśleliśmy, że jak tylko wstanie dzień, to wiatr przestanie dąć, w spokoju złożymy namiot i zjedziemy sobie w dół. A figę!

Termometr pokazywał dziesięć stopni poniżej zera, a promienie słońca oświetlały wszystko dookoła, tylko nie nasz namiot. Wiatr nie ustawał w swoim szaleństwie. O wstawaniu nie było mowy, bo było po prostu za zimno. Musieliśmy czekać. Wtedy poczułam zapach, który bardzo mnie zaniepokoił, bo oznaczał, że możemy mieć poważne kłopoty z motocyklami. Benzyna. Nie lubię zapachu benzyny, robi mi się od niego niedobrze, więc wyczuwam go szybko i bezbłędnie. Zapach mógł pochodzić tylko z jednego miejsca, z naszych motocykli.

Wyjrzeliśmy z namiotu. Obie Yamahy leżały w kamieniach, pod każdym motocyklem rysowała się ciemnoszara plama paliwa. Pięknie! Nasze baki tak mają właśnie zrobione odpowietrzenie, połóż motocykl, uleje się ze zbiornika. Nie zważając na chłód wyskoczyliśmy, aby podnieść nasze maszyny i szybko wróciliśmy do namiotu.

Do tej pory nigdy nie miałam problemów z wysokością, nie bolała mnie głowa, nie dręczyły żadne inne dolegliwości fizyczne. Do tamtego poranka na przełęczy. Ułożyłam się z powrotem w śpiworze i się zaczęło – ból głowy, mdłości i równocześnie taka dziwna, niemiła błogość, takie uczucie ciszy i spokoju, którego nikomu w górach nie życzę, bo to może źle się skończyć. Mój niepokojący stan trwał jakieś dwie godziny. Ból głowy powoli odpuszczał, a słońce wreszcie oświetliło namiot. Zaczęliśmy się zbierać. Bardzo powoli, bo wiatr nie dawał za wygraną. Ostatecznie cały sprzęt udało się spakować, choć zajęło nam to oceany czasu. Niestety złamał nam się element namiotowego stelaża – walczyliśmy, żeby wicher nie zrobił z namiotu balona i nie uniósł go w nieznanym kierunku i trach, przęsełko z włókna szklanego pękło.

Motocykle nie odpaliły od razu, silniki zaskoczyły po długim i namiętnym piłowaniu gazu na luzie. Ruszyliśmy w dół. Dopiero wtedy zobaczyłam rozmiar tej przełęczy i uświadomiłam sobie, jaką cenę mogliśmy zapłacić, gdybyśmy chcieli zjeżdżać nocą.

Z każdym metrem w dół robiło się cieplej, czułam jak moje stopy i dłonie wracają do w miarę normalnej temperatury.

Ruta 40
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Posterunku granicznego nie było. Dopiero znak drogowy uświadomił nam, że do wjazdu do Argentyny zostało jeszcze prawie osiemdziesiąt kilometrów. Zaraz za znakiem wiatr zrzucił Adama z motocykla, jakby chciał powiedzieć: To ja tu rządzę, wy mali ludzie.

Zjeżdżaliśmy, starając się nie robić postojów, bo kiedy się zatrzymywaliśmy wiatr zginał nasze wyczerpane ciała wpół. W końcu z obszaru gór wjechaliśmy na płaską, asfaltową drogę. Po prawej i lewej stronie majaczyły skaliste szczyty, a droga przed nami wyglądała na bardzo długą.

Wiatr uderzył z lewej strony, podcinając motocyklom kółka. Prowadziłam maszynę prawie równolegle do ziemi, albo może tylko mi się zdawało. Kontrowałam podmuchy, które spychały mnie ku ziemi. Jechałam w wielkiej złości. Pierwszy raz wiatr zacinał z boku i na dodatek w taki silny i upierdliwy sposób.

Nie wiem ile to trwało, dla mnie za długo. Na horyzoncie zamajaczył wreszcie argentyński posterunek. Śmiało można rzec, że do Argentyny nas po prostu wwiało.

Noc spędziliśmy w hotelu w miasteczku San Jose, ciesząc się rzeczami prostymi – prysznicem, ciepłą wodą, wygodnym łóżkiem.

 

Ruta 40

Droga numer 40 to kilka tysięcy kilometrów przestrzeni, która ucieszy każdego motocyklistę. Szeroka, rozłożysta jezdnia, prosta, dobra asfaltowa droga, wiodąca przez surowy, ale piękny krajobraz. Albo zupełnie inna, zaskakująca swoim szutrowym obliczem lub pociągnięta zboczami gór, gdzie zakręty mają szerokość dwóch metrów i wchodzi się w nie z nadzieją, że po drugiej stronie nikogo nie ma.

Wzdłuż tej trasy przycupnęły małe miasteczka i wioski, w których żyją ludzie, tacy jak my, tylko że do okiełznania mają trudny kawałek świata.

Można by jechać bez końca, przed siebie, póki dzień się nie skończy. Po kilkuset kilometrach oczy przyzwyczajają się do widoków, gór, kaktusów wielkoludziego wzrostu. Czasem w tę idyllę wkradnie się czarna plama – końskie lub krowie truchło, uschnięte, przysypane pyłem drogi, z grymasem bólu zastygłym na martwym pysku. Z tego zasuszonego zwierzęcia ptaki i lisy wyszarpują dla siebie resztki wnętrzności, przez spłowiałą skórę przebijają połamane żebra.

Przedziwna kraina
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

W krainę tę przedziwną wrośli ludzie, uczepili się jej i zostali. Pobudowali niewysokie domki, z niektórych tynk osypał się już dawno, z drzwi farba odleciała ostrymi fragmentami wraz z wiatrem. Przejeżdżaliśmy przez mieściny, które małymi kropkami umieszczono na mapie, maluteńkie wioski, w których w jedynej chatce, tuż przy drodze, ktoś sobie mieszka, ma dwie kury, psa i ledwo żywy samochód.

Miasto Inków
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Na nocleg zjechaliśmy z drogi, namiot stanął skryty za gęstymi krzakami, na inną noc wybraliśmy sobie termy, małe nieukończone spa dla lokalnych mieszkańców. Ot, dwa domki i ciepła woda termalna lejąca się z umieszczonej w ścianie rury. Zatrzymaliśmy się na dwóch campingach i w jednym hoteliku. Po drodze zwiedziliśmy pierwsze na naszej trasie inkaskie ruiny El Shinkal, miasto Quilmes i spotkaliśmy lamy. Lama! Co za miłe stworzenie. Podobno plują. Nie pluły. Lami pyszczek wyraża tyle emocji, jest strach, ciekawość, zdziwienie, zainteresowanie. Długie uszy, puchate nogi i miękkie delikatne futerko. Rozczulający widok.

Przeurocza lama
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Do Salty i dalej

Ruta 40 została za plecami, wjechaliśmy na drogę 68 zwaną Quebrada de Cafayate, malowniczo wijącą się wśród pomarańczowych erodujących skał. Nie sposób jej przejechać bez zatrzymania się przynajmniej pięć razy. Skały ułożyły się w przedziwne formy, raz przypominają osypany pyłem, zapomniany pałac, raz niezwykły amfiteatr. Niezwykły, bo ciągnący się ku górze. Głos odbija się od ścian i ulatuje gdzieś w przestworza. Są tu skały uformowane w kształt żaby, choć moim zdaniem bardziej przypominały skulonego chomika, są kaniony, których nazwy, takie jak Tyłek Diabła, wywołują uśmiech. Trudno do Salty dojechać w dwie godziny.

Park narodowy
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Salta to pierwsze i zarazem ostatnie większe miasto na naszej argentyńskiej moto-drodze. Nic szczególnego pod względem urbanizacyjnym, bo zbudowane jak wszystkie mijane do tej pory miasta. Wszystkie cechuje scentralizowany rynek i uliczki, w większości jednokierunkowe….i to jest spory problem, bo żeby wrócić na wybraną ulicę trzeba wielokrotnie skręcać i sprawdzać, czy to jeszcze pod prąd, czy już nie. W Salcie jest ładny centralny placyk i kilka kameralnych uliczek pełnych sklepików z pamiątkami z Argentyny. Kupiliśmy akcesoria do yerba mate i malutką, ręcznie robioną lamę.

W Salcie zostaliśmy dwa dni. Hotelowy parking był nieczynny, więc motocykle zostały zaparkowane na chodniku przed naszym oknem. Zostały tam na dwie noce i nic im się nie stało, choć przestrzegano nas, że w Argentynie poziom bezpieczeństwa jest niski i wszystkiego trzeba pilnować. Ale Argentyna to kultura motocyklowa przecież.

Po wizycie w Salcie i krótkim odpoczynku udaliśmy się do parku Calilegua, ale ze wszystkich dzikich zwierząt (np. puma, jaguar, tapir), jakie w nim żyją, z bliska widzieliśmy głównie wredne meszki, które dość skutecznie pogryzły mi twarz. I tak, z lekką opuchlizną, pojechałam do Boliwii.

 

Argentyna. Informacje praktyczne

 

Do Argentyny nie potrzebujemy wiz, jeśli nasz pobyt nie przekracza 90 dni.

 

Wymiana waluty

 

W Argentynie oficjalny kurs dolara jest sztywny, na poziomie 5,1 peso za jednego dolara amerykańskiego. W związku z tym rozwinął się czarny rynek handlu walutą, bardzo korzystny dla turystów, ponieważ kurs wynosi ok. 9 peso za jednego dolara. W nielegalny sposób pieniądze wymienić bardzo łatwo, zwłaszcza w dużych miastach. Na prowincji jest już gorzej.

W Buenos Aires na uczęszczanych ulicach stoją panowie i przechodzącemu turyście szepczą cambio, cambio, dolares, euro, co oznacza wymianę waluty. Powinno działać również hasło DOLAR BLUE, tak potocznie określa się kurs dolara w szarej strefie.

W Buenos Aires wymieniliśmy dolary w sklepie z butami. Nie należy się obawiać takiej wymiany, każdy chce zarobić.

Argentyńskich peso trzeba pozbyć się przed wyjazdem z kraju. Waluta nie jest chodliwa w innych państwach regionu.

 

Co zjeść i czego się napić?

 

– empanadas, czyli pierożki, ale nie gotowane, tylko pieczone. Do wyboru różne rozmiary i nadzienia. Lepiej jeść na ciepło.

 

– milanesa – kotlet schabowy w wersji ultra cienkiej

 

– pizza – w Argentynie lepiej nie mówić, że włoska pizza jest lepsza. Pizza argentyńska jest zawsze na grubym cieście, suto pokryta żółtym serem. Do tego różne dodatki; pierwszy raz spotkałam się z tak dużymi kawałkami surowego pomidora na pizzy.

 

– chorizo – kiełbaska z ognia. Podawana z chlebem lub bułką.

 

– piwo Salta i Quilmes, zwłaszcza ciemne. Bardzo dobre piwo.

 

– słodycze…dulce de leche, czyli roztopiona krówka. Argentyńczycy je uwielbiają. Można zjeść do chleba jak nutellę, ale najlepiej smakuje w ciasteczku Alfajor, czytamy alfahor. To ciasteczko w rodzaju markizy, kruchutkie, często oblane czekoladą ( białą lub mleczną), pycha! Bez Alfajor nie ma Argentyny. Poza tym spotkacie się tutaj z wieloma rodzajami czekolady Milka i Cadbury, w roli głównej dulce de leche. I jeszcze rogaliczki, umiarkowanie słodkie, posmarowane cukrowym roztworem. Na śniadanie idealne.

 

– wołowina. Argentyńczycy są z niej dumni i lepiej przy nich nie mówić, że jadło się coś lepszego. Tradycja barbeque jest tutaj powszechna i jeśli zapraszają, trzeba pójść.

Barbeque nie odmawiamy
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

– yerba mate, czyli inaczej herbata paragwajska. Uzyskuje się ją z wysuszonych liści ostrokrzewu paragwajskiego. Do picia potrzebujemy tykwy, zwanej tutaj mate, czyli specjalnego naczynka (można zastąpić je małą filiżanką lub kubeczkiem) i bombiszy, czyli metalowej słomki. Wkładamy bombiszę w tykwę, sypiemy zielonego proszku i zalewamy wodą w temperaturze ok. 70 stopni Celsjusza. Gotowe. Można dosłodzić.

W Argentynie picie mate ma wymiar społeczny. Argentyńczycy noszą ze sobą termosy, żeby w każdej chwili dolać ciepłej wody. Mate często pije się wspólnie, podając naczynko kolejnej osobie. Nie należy zmieniać położenia bombiszy i nie należy dziękować, bo w następnej kolejce osoba, która podziękowała, zostanie pominięta.

Tykwy i bombisze są do kupienia prawie wszędzie, a wzorów i rozmiarów jest bez liku. Podobnie z gatunkami yerba mate.

Yerba delikatnie pobudza, dodaje energii i wspomaga dietę.

 

Przykładowe ceny:

 

ciasteczko Alfajor – 3 peso

woda mineralna 1,5 litra – ok. 6 peso

yerba mate 1/2 kilo – 10 -12 peso

litr benzyny w północnej Argentynie – 6 peso

znaczek na pocztówkę -14 peso

pizza na północy kraju – 45 peso, w stolicy 70 peso

guma do żucia – poniżej 2 peso

czekolada – powyżej 10 peso

breloczek z ręcznie wykonaną lamą – 15-25 peso

bombisza – średnia cena to 20 peso

 

Noclegi

 

Te na dziko nic nie kosztują, ale ważne, żeby rozbijać namiot w bezpiecznym miejscu.

W Argentynie jest sporo campingów, jednak poza sezonem turystycznym część z nich jest zamknięta. Bywa, że w jakiejś miejscowości czynny jest jeden camping.

Jakość tych usług, jak i ich ceny – bardzo różnie. Trafiliśmy na camping za 30 peso od osoby, który był kiepski. Ale inny nocleg był na campingu, gdzie nawet mieliśmy wifi, za 40 peso za dwie osoby i motocykle.

Hostele – korzystaliśmy rzadko, ceny za pokój dwuosobowy to ok. 230 peso. Trzeba się targować.

Nocleg w niedoszłym termal spa
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Internet

 

Jest w bardzo wielu miejscach, w kawiarniach, restauracjach czy hostelach. Nawet niewielkie miasteczka mają bezpłatną strefę wifi, przeważnie w okolicach głównego placu miejskiego.

 

Ludzie

 

Mili, uczynni, otwarci i weseli. Całują się w policzek, nawet jeśli już mieli okazję widzieć się tego samego dnia.

Argentyńczycy są wyluzowani, nigdzie się nie spieszą. Pana policjanta można dowolnie ustawić sobie do zdjęcia.

Życzliwa policja
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Emocje są tu zawsze bardzo wyraźne, ludzie w dyskusjach są bardzo zaangażowani, starają się przeforsować swoje zdanie. Nie ma uczuć letnich w Argentynie, a jak ludziom coś się nie podoba, to wychodzą na ulice i protestują.

 

Papież Franciszek

Argentyna ucieszyła się z wyboru, jakiego dokonało konklawe. Odwiedzałam Buenos Aires na chwilę przed Wielkanocą, ale na ulicach nie było widać jakiejś wielkiej świątecznej euforii. Owszem, nowy papież był na wielu plakatach, bo każda partia w taki sposób chciała mu pogratulować. W księgarniach książki o papieżu Franciszku leżą tuż obok biografii Ernesto Che Guevary. Handlarze pamiątkami szybko wyczuli rynek i na każdej prawie ulicy można kupić sobie jakiś papieski gadżet. Papież jest na okładkach prawie wszystkich gazet, zaś media śledzą każdy jego krok. Argentyńczycy mają do Franciszka stosunek pozytywny, podobnie jak do Jana Pawła II.

Tango Argentino – taniec pełen skomplikowanych gestów, oddający, często skomplikowane, relacje między kobietą a mężczyzną, erotyczny, namiętny i tańczony w wielu miejscach argentyńskiej stolicy. Na tancerzy można natknąć się np. w dzielinicy San Telmo albo El Caminito, albo pójść na pokaz tango połączony z lekcjami tańca. Na tango idzie się późnym wieczorem, tańczy się nocą aż do rana. Warto to zobaczyć!

 

O motocyklu Yamaha YBR 125 ED

 

Link do strony brazylijskiego producenta: www.yamaha-motor.com.br

 

Yamaha ma swoją fabrykę w Brazylii, dzięki temu po drogach Ameryki Południowej jeździ sporo całkiem niezłych, dość tanich i łatwych do naprawienia motocykli.

 

Plusy:

 

– cena: 6000 PLN

 

– porządny dziesięciokonny silnik, który znakomicie sprawdza się nawet na sporych wysokościach

 

– dobrze działająca skrzynia biegów; biegi wchodzą łatwo i delikatnie

 

– spory bak, na którym przy optymalnym spalaniu można przejechać nawet 400 kilometrów

 

– sprawnie działające hamulce

 

– wygodna i miękka kanapa

 

– zwinność i zwrotność

 

– ogólnie jest to przyjazny kierowcy motocykl, który prowadzi się łatwo i przyjemnie

 

Minusy:

 

– koła nie pozwalają na szybszą jazdę po drodze szutrowej

 

– kiepskie wykonanie kierunkowskazów, brak możliwości wymiany samej lampki, trzeba wymieniać całość. Na nierównej drodze kierunkowskazy odczepiają się same i smętnie wiszą na kabelkach. Tylne da się sklepić klejem, przednie trzymają się na taśmę, ich naprawa jest trudniejsza

 

– waga; motocykl waży 120 kilo i sama nie jestem w stanie go podnieść, jeśli się wywróci

 

– nie najlepiej działający wskaźnik paliwa, bardzo długo pokazuje pełny bak, żeby nagle niebezpiecznie przesunąć się na środek

 

Motocykl jako najlepsza suszarka

fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Nie wyschło? Na to jest sposób, wystarczy przewiewny woreczek. Taki woreczek został mi po kurtce przeciwdeszczowej i po prześcieradle turystycznym. Wpakowałam do dwóch woreczków mokrą bieliznę i skarpetki, przywiązałam do motocyklowego bagażu tak, żeby nie odleciało i po stu kilometrach wszystko było suche.

Najnowsze