Wielki sukces Jorge Lorenzo

Ostatnia runda Motocyklowych Mistrzostwach Świata FIM MotoGP, która odbyła się w Walencji stała się spełnieniem pragnień Jorge Lorenzo.

Należący do zespołu Movistar Yamaha MotoGP kierowca z Majorki zakończył wreszcie długi pościg za kolegą z zespołu Valentino Rossim, który w efekcie dojechał na metę jako drugi. Obok tych dwóch gwiazd, jak zawsze wystąpiła marka Abarth, oficjalny sponsor oraz oficjalny dostawca samochodów dla zespołu.

Grand Prix Motul „Comunitat Valenciana” było dla Jorge Lorenzo okazją do nadrobienia utraconych punktów, co udało się właśnie na własnym torze. Hiszpańskiego kierowcę przed wyścigiem dzieliła siedmiopunktowa różnica od lidera klasyfikacji, którą zniwelował, zajmując pierwszą lokatę i zamykając mistrzostwa 330 punktami. Valentino Rossiemu nie wystarczyło czwarte miejsce w tym GP, które dało mu 325 punktów.

Dla zespołu Movistar Yamaha MotoGP był to sezon ogromnych sukcesów, w którym logo Skorpiona zawsze błyszczało na owiewce Yamahy YZR-M1. Aby jak najlepiej uczcić tę okazję, po zakończeniu Grand Prix, Abarth zaprezentował specjalne logo na cześć zdobycia trzech tytułów, które zdobić będą wszystkie 595-ki Yamaha Factory Racing Edition.

Najnowsze

Goodc

Continental wyznacza przyszłość motoryzacji

Continental to nie tylko opony. To jeden z wiodących dostawców motoryzacyjnych na świecie, rozwijających inteligentne technologie dla transportu. Co nowego pokazał przed sezonem zimowym?

13 października 2015 roku w Warszawie odbyła się konferencja prasowa Continental. Dziennikarzom zaprezentowano wizję roli marki w kształtowaniu przyszłości motoryzacji, przybliżono technologie wykorzystywane w służbie bezpieczeństwa na drogach.

Jak wiadomo nie od dziś, współczesna motoryzacja znacznie wyprzedza oczekiwania kierowców i marzenia konstruktorów. Doskonałym przykładem na rozwój tego trendu mogą być działania Continental. Firma wykorzystuje technologie, które dziś kojarzą się z fantastyką naukową, ale już za kilka lat będą towarzyszyć kierowcom na co dzień.

{{ tn(10509) left }} Świat bez wypadków według Continental
Głównym wyzwaniem stojącym przed inżynierami Continental obecnie i w przyszłości jest skuteczne zapobieganie wypadkom. Jak wynika z badań Komisji Europejskiej, aż 95% wszystkich wypadków jest wynikiem błędu człowieka, a w ponad trzech-czwartych przypadków wina leży wyłącznie po stronie człowieka. Jednym z rozwiązań tego problemu, jest zwiększanie stopnia automatyzacji jazdy. Automatyczne prowadzenie może znacznie zwiększyć komfort i swobodę kierowcy.

Co zatem wymyślono? Zaawansowane systemy wspomagania kierowcy (ADAS), asystenta lewoskrętu, czy coraz popularniejszą funkcję asystenta parkowania – to tylko niektóre z rozwijanych przez Continental projektów.

Ciekawostką jest fakt, że firma, w ramach licznych partnerstw technologicznych, pracuje również nad oponą z mniszka lekarskiego, czy butami Adidas o doskonałej przyczepności.

Najnowsze

Goodc

DS 3 Racing vs. DS 1955 – czarny charakter czy „glam look”?

Silnik 1.6, z którego wyciśnięto 202 konie mechaniczne kontra 1.2 i jedyne 110 koni mechanicznych? Czy można porównać te dwa auta? Najmocniejszą odmianę z najsłabszą? Oto tekst o tym, jak jedna literka mniej w nazwie robi horrendalną różnicę.

Pierwszy z naszych testowych aut, w wersji Racing, jest ewidentnie agresywny – zarówno w wyglądzie, jak i w jeździe. To prawdziwa gratka dla fanów rajdów i sportowego sposobu prowadzenia samochodu. DS3 Racing powstał po to, żeby uczczcić pasma zwycięstw Citroena w rajdowych samochodowych mistrzostwach świata (WRC). Przypomina o tym m.in. napis zarówno na desce rozdzielczej jak i na dachu. Jednak o drapieżności DS3ki w tej rasowej odmianie świadczą nie tylko wszechobecne napisy Racing na dywanikach, fotelach czy też literka R przy znaczku DS na tylnej klapie. To również karbonowe elementy, począwszy od sportowej kierownicy pokrytej skórą perforowaną z elementami stylistycznymi „Carbon”, po fragment deski rozdzielczej, progi, nadkola – i nie jest to zwykłe oklejenie. Co najważniejsze, wszystko podkreślają złote wstawki, nie pozwalające zapomnieć o rajdowych sukcesach francuskiej marki: na 140 startów od 2001 roku, aż 80 zwycięstw! Dlatego w DS3 Racing znalazły się złote felgi (18-calowe!), złoty dach, złota deska rozdzielcza, złoty grill na przednim zderzaku i złote lusterka. Blink blink – musi się świecić! A całość podana w czarnym macie (i to również nie jest oklejenie!) – w końcu to czarny charakter, bo jak inaczej można nazwać ponad 202 konie mechaniczne pod tak „malutką” maską.

Przeczytaj nasze inne testy marki Citroen:
Test Citroen DS3 1.6 THP – powrót do przeszłości
Test Citroen C1 (pierwsza jazda) – puszka radości
Test Citroen C4 Picasso – ile z Picassa jest w Picasso?
Test Citroen C4 Cactus – pierwsza jazda
Test Citroen DS5 1.6 THP 200 KM – czy jestem legendą?
Test Citroen DS3 Sportchick 1.6 THP – szkatułka mocy
Salon marki DS – nowe miejsce kulturalnej na mapie Warszawy

Ale czy wszystkim musi się to podobać?
Przecież nie każdy lubi otaczać się włóknem węglowym, nie każdy musi kochać rajdy i nawet interesując się motoryzacją – nie musi czuć ducha sportowej rywalizacji. Dla takich klientów przygotowano coś bardziej wysublimowanego, delikatnego, bardziej glamour. Wersja limitowana „1955” z okazji 60-lecia powstania kultowego Citroena DS, która także cieszy oczy. Podobnie jak w modelu Racing, w aucie pojawiły się specjalne dywaniki z napisem „DS 1955”, zagłówki na fotelach z logo, jak i emblemat na tylnej klapie i pod lusterkami. Ale „glam look” to przede wszystkim dwukolorowe nadwozie: czarny dach i bardzo wysmakowany niebieski kolor. Środek może jest nieco zbyt ponury, ale ciemna błyszcząca deska rozdzielcza dodaje uroku. W końcu nie ma to być młodzieżowy, krzykliwy design, ale podkreślenie „wieku” marki. W obu autach na konsoli środkowej zainstalowano 7-calowy ekran multimediów. Różnica polega jednak na tym, że w odmianie 1.2 jest dotykowy, co zaowocowało zmniejszeniem liczby przycisków. Z kolei Racing widoczny na zdjęciach jeszcze ma starą wersję multimediów.

{{ tn(10514) left }} Oba DS-y wyposażono też w kamerę cofania oraz przednie światła, łączące biksenony z diodami LED. Wrażenie robi sposób pracy kierunkowskazów, które rozświetlają się od środka na zewnątrz. Gdy zamykasz auta z kolei uroczo „mrugają”. Również z tyłu DS „bawi się” LED-ami z efektem 3D i dodatkowym znaczkiem DS. Fajne!

A co poza „lookiem”?
Gdzie ten czarny charakter? I w czym przejawia się dostojność edycji limitowanej „1955”? Nie wszystko złoto, co się świeci, ale w przypadku DS3 R – chyba tak. Panowie z Citroen Racing stworzyli naprawdę diabelskiego hot hatch’a. W końcu wydobyć 202 konie mechaniczne z jednostki 1,6 turbo to nie lada gratka. Setkę osiągamy w 6,5 sekundy, co naprawdę wbija w fotel. Do tego dodając gazu czuć, jak w zakresie 3,5-6 tysięcy obrotów, auto dynamicznie przyspiesza. Już przy ostrym ruszaniu spod świateł dostaje się niezły zastrzyk energii. Ale ściganie się od świateł do świateł to nie moja bajka, bo prawie każdy tak potrafi. Dlatego postanowiłam zabrać czarną bestię na tor Automobilklubu Polski, na trasę słynnego odcinka Bemowo Rajdu Barbórka i sprawdzić, czy faktycznie te 202 „konie” dają się okiełznać nie tylko na prostej.

Hajda na… tor!
Odpowiedź brzmi: tak. Ale nie jest to takie do końca proste, bo – jak każdy czarny charakter – także DS3 Racing ma swoje „nastroje”. Przede wszystkim jest dość narowisty, co szczególnie czuć przy maksymalnym dodaniu gazu i szybkiej zmianie biegów. Wtedy trzeba naprawdę mocno trzymać kierownicę. Do tego nieco nerwowo zachowuje się na drodze, szczególnie tej z dziurami, gdzie potrafi przeskoczyć z jednej linii toru na drugą. Zawieszenie, oczywiście sportowe, momentami nie do końca radzi sobie z tak dużą mocą. Wydaje się, że jest to spowodowane nie dość dobrym rozkładem masy auta, przez co również przy większych prędkościach, przy wchodzeniu w zakręt zdarza się, że „wypluwa” przód. 6-biegowa skrzynia ręczna jest precyzyjna, ale przy zmianie biegów wymaga przyłożenia dość sporej siły fizycznej. Za to układ kierowniczy spisuje się bardzo dobrze.

Na pewno ogromne wrażenie zrobi działanie układu hamulcowego. Duże czerwone zaciski Brembo widoczne zza złotych obręczy… „robią robotę”! Nawet lekkie dotknięcie środkowego pedału sprawia, że DS jak wryty staje w miejscu. Na szczęście przy tych wszystkich ekscesach w środku spokojnie trzyma nas a’la kubełkowy fotel, w którym nie będziemy raczej „fruwać na boki”. Ważne, że zabawa jest niesamowita! Zastrzyk adrenaliny ogromny i jeszcze do tego ten dźwięk z wydechu… Byle tylko mieć możliwość poszaleć sobie gdzieś, w dogodnych warunkach, bo jak wiadomo ulice do tego nie służą.

Dostojenie? Tylko 60-tką!
W DS „1955” kierowcy ani na dużych prędkościach, ani wariactwie za kółkiem raczej zależeć nie będzie. Fakt, że ciężko porównać najmocniejszą wersję z najsłabszą. Dlatego po odebraniu DS3 z silnikiem 1.2 THP nie wybrałam się nim na Bemowo, tylko po prostu do miasta na kawę. W takich okolicznościach te 110 koni mechanicznych spokojnie daje radę. Wbić w fotel nie wbija, jednak dynamiczne ruszanie, wyprzedzanie czy też przyspieszanie jest jak najbardziej możliwe. To trzycylindrowe 1.2 jest naprawdę wystarczająco żwawe. Zresztą na tyle, że wprowadziło mnie w lekką frustrację – sama jestem właścicielem jednego z pierwszych DS-ów i moje 1.6 bez turbiny, ale mocniejsze o 10 koni mechanicznych… strasznie się męczy. I niestety zaczęłam męczyć się i ja. Po prostu czuć ten postęp technologii.

Wracając do wersji „1955” – tu mamy zamontowaną 5-przełożeniową, manualną skrzynię biegów i całkiem niezłe hamulce. Tutaj te aspekty nie muszą być aż tak rozbudowane jak w Racingu, bo ich po prostu nie potrzebujemy. Stawiamy bardziej na wygląd, komfort. W końcu to edycja limitowana, z okazji 60-lecia słynnego modelu DS, czyli na połączenie designu z technologią. Zresztą oba DS-y wpisują się w tę filozofię. Na miasto są idealne, na trasę już mniej komfortowe, ale to po prostu niewielkie, trzydrzwiowe hatchbacki, które mają służyć do pokonywania krótszych dystansów i sprawdzać się w mieście.

A jak już jesteśmy przy dystansach, to na pewno interesuje nas spalanie. Nie trzeba być omnibusem, żeby stwierdzić, że 1.2 charakteryzuje się zdecydowanie mniejszym zużyciem paliwa (niewiele ponad 7 litrów po mieście), szczególnie, że w wersji Racing ciężko powstrzymać się przed prostowaniem prawej stopy. Z pewnością jednak oba samochody przykuwają oko choćby przyciemnianymi tylnymi szybami, dwukolorowymi nadwoziami, czy też złotymi elementami. No jak można tych maleństw nie polubić?

O werdykt trudno…
My kobiety potrzebujące większej dawki adrenaliny „za kółkiem”, szukające mocnych wrażeń z jazdy, chcące mieć jak najwięcej zwycięstw na koncie (byle nie przejawiających się w punktach karnych), na pewno wybierzemy czarnego „wariata”. Zresztą również niejednego mężczyznę jazda nim bardzo ucieszy. Aczkolwiek nie za szybko, ponieważ na przedstawioną wersję musimy trochę poczekać, bo nie jest w standardowej sprzedaży.

Z kobietom delikatnym, lubiącym szyk i elegancję, poleciłabym idealnie pasującą do trendy szpilek odmianę limitowaną DS „1955”. Oczywiście mężczyźni o mniej sportowych zapędach, a lubiących ciekawe auta, również odnajdą się w tym designie.

Tak czy inaczej, oba auta ewidentnie wzbudzają emocje – są bardzo konkretne. Jeśli więc szukacie czegoś niebanalnego, oryginalnego, to na pewno takie dwa modele są rzadkością. No chyba, że potrzebujecie tylko środka transportu z punktu A do B, ale wtedy na pewno nie pójdziecie po niego do salonu DS.

Dane techniczne

DS3 Racing

 

DS3 „1955”

 

silnik – pojemność

1598 cm3

1199 cm3

moc

202 KM

110 KM

felgi

18-calowe

17-calowe

skrzynia

6-biegowa

5-biegowa

Zużycie paliwa w cyklu mieszanym

od 6,5 l/100 km

od 4,7 l/100 km

cena

128 400 złotych

86 900 złotych

Najnowsze

Goodc

Test Citroen C4 1.6 BlueHDi – efekt wow?

„Więcej designu, więcej komfortu, więcej użytecznych technologii” - w taki sposób Citroen reklamuje nowe C4. A jak jest w rzeczywistości? Czy to odświeżone auto wywołuje spodziewany efekt „wow”?

Przy okazji premiery aktualnej generacji w 2010 rroku, charakter Citroena C4 mocno się zmienił. Już nie szokuje awangardowymi kształtami, charakterystycznymi dla poprzednika. Teraz wyróżnia się stonowanym wyglądem. I nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ bardziej awangardowy, nietuzinkowy design został zarezerwowany dla marki DS.

Przeczytaj też: Test Citroen DS5 1.6 THP 200 KM – czy jestem legendą?

Patrząc jednak na C4 nie można też powiedzieć, że wygląda nudno.  Duży grill, przetłoczenia z boku i na masce nadają temu autu harmonii i spokojnego charakteru. Świetnie zostały wpasowane światła dzienne z diodami LED i światła tylne z efektem 3D oraz chromowane dodatki: przy reflektorach, listwie na progu bagażnika czy też lusterkach. Całość wyciszają jeszcze przyciemniane szyby: boczne i tylna. I choć 5-drzwiowy hatchback w dość efektownym ciemnoczerwonym kolorze nadwozia   nie przykuje uwagi na ulicy, to jednak każdy element karoserii do siebie pasuje. No może poza 16-calowymi felgami i to z kołpakami!

Wnętrze, podobnie jak nadwozie, jest wyważone. Mimo że utrzymane w szarej tonacji, to jednak nie ponure, a na dodatek wykonane z dobrych materiałów. Szczerze mówiąc, ciężko wytknąć tu Citroenowi jakąkolwiek wadę.

Nowy, 7-calowy ekran dotykowy, umieszczony pośrodku deski rozdzielczej, można całkowicie wyłączyć, przez co i część zegarów również przestaje być podświetlona. To ukłon w kierunku komfortu kierowcy podczas podróży nocą. Dzięki temu jego wzrok nie będzie się męczył.

Tapicerka siedzeń ma ciekawą teksturę. Całkiem wygodne, miękkie fotele i tylna kanapa zostały wykończone białą nitką. Między przednimi siedzeniami znalazł się podłokietnik, który chyba jako jedyny nie chciał ze mną „współpracować”, mając ewidentną tendencję do przesuwania się w trakcie jazdy. Kierownica? Wygodna w trzymaniu, z chromowanymi wstawkami, które zdobią przyciski sterujące. Po jej lewej stronie wylądowały przyciski do obsługi m.in. asystenta parkowania, systemu ESP, czy też układu start/stop.

Siedząc w fotelu kierowcy nie odczuwam żadnych rozczarowań i nieprzyjemnych zaskoczeń. Przechodzę na kanapę. Tu jest miękko i bardzo wygodnie. Na dodatek, mogę ją podzielić w proporcji 2/3-1/3, przez co pojemność bagażnika rośnie ze standardowych 408 do 1183 litrów. Nie ma tu zestawu naprawczego ogumienia, więc podłogę bagażnika wypełnia koło zapasowe.

Czas na jazdę
Tak samo jak miękkie w dotyku i przytulnie jest wewnątrz, tak samo przyjemnie jeździ się tym samochodem. Zawieszenie spokojnie wybiera wszelkie dziury i nierówności drogi. Komfortową podróż zakłóca jedynie spora głośność w kabinie, która ujawnia się dopiero przy wysokich prędkościach. C4 prowadzi się w miarę pewnie, jednak ani zestrojenie układu kierowniczego, ani też układu jezdnego nie zachęcają do dynamicznej jazdy.

Turbodiesel 1.6 BlueHDi o mocy 120 koni mechanicznych to dość żwawa jednostka napędowa, która daje C4-ce niezłe przyspieszenie. Oczywiście, bez wbijania w fotel, jednak pozwala na całkiem energiczną jazdę. Silnik swoją moc rozwija płynnie od niskich obrotów i chętnie napędza auto do osiągnięcia przez jednostkę około 3 tys. obr./min. C4 z tym motorem pod maską jest wystarczająco dynamiczne i elastyczne, aby poruszać się nim zupełnie swobodnie, bezproblemowo, zarówno podczas wyprzedzania, przyspieszania, czy płynnej jazdy.

Ale gdzie ten efekt „wow”? Bo póki co… wieje nudą. A jednak – jest! Gdy wsiadłam do w pełni zatankowanego samochodu na wyświetlaczu pojawiła się „magiczna” liczba z zasięgiem aż 960 km. W nowoczesnym samochodzie z niewielkim silnikiem wysokoprężnym to nic nadzwyczajnego. Tyle że po pierwszych kilkudziesięciu kilometrach, jakie przemierzyłam za miastem… zaczęła wzrastać. Zatrzymała się dopiero przy 1180 km. Szczerze mówiąc, to oniemiałem z wrażenia, ponieważ w większości aut, którymi jeżdżę, zasięg spada gwałtownie.

120-konny turbodiesel Citroena wręcz sam produkuje paliwo. Przez cały weekend woziłam rodzinę, znajomych, przejechałam trasę z Warszawy do Radomia i z powrotem, a nie ubyło nawet pół baku! Nie ukrywam, że też zbytnio nie oszczędzałam prawego pedału, jednak wskazówka poziomu paliwa bardzo wolno schodziła w dół. Poza miastem, przy w miarę spokojnej jeździe, czyli bez „żyłowania” wyniku zużycia paliwa, C4 „wciąga” średnio raptem 5,1 l oleju napędowego na 100 km. Z kolei przy bardziej dynamicznej jeździe (w tym po mieście), uzyskałam 6,2 l/100 km.

Na pewno te wyniki można zdecydowanie poprawić i wtedy zasięg C4, dysponującego aż 60-litrowym bakiem, będzie jeszcze większy. Ale nawet przy moim sposobie jazdy  – nie grzeszącym ecodrivingiem – eksploatacja tego Citroena nie wiąże się z wysokimi kosztami. Poza tym, jak twierdzi producent, silnik 1.6 BlueHDi, współpracujący z 6-biegową, ręczną skrzynią biegów, średnio zużywa raptem 3,6 l/100 km w trybie mieszanym. „Wow”!

Czyli jaki?
{{ tn(10506) left }} Pisząc ten test sama się łapię na tym, że często powtarzam słowo „spokój”, „spokojne”. Ale Citroen C4 taki właśnie jest. Nie jest on przez to synonimem sformułowania „nudny jak flaki z olejem”. Po prostu to bardzo wyważone auto. Charakteryzuje się stonowanym designem, ale dla kogoś, kto ceni sobie komfortową, oszczędną jazdę – jest w sam raz. Sprawdzi się i w mieście, i w trasie, z rodziną, i bez. Powiem szczerze, uwielbiam silniki benzynowe, uwielbiam kręcić je wysoko i uwielbiam dać upust swoim emocjom po ciężkim dniu w pracy za kierownicą czegoś mocniejszego i bardziej agresywnego, ale z drugiej strony jak widzę, na wyświetlaczu jakieś dwucyfrowe spalanie to aż serce mi się kraja. A tutaj? Jest zupełnie na odwrót, ponieważ paliwa w baku wystarcza nawet na ponad tysiąc dwieście kilometrów. Jak nie więcej! Fakt, że cena testowanej wersji nie jest jednak niska – około 87 tysięcy złotych. No nic… „Keep Calm and Drive Citroen”.

Na tak
– oszczędny silnik
– oszczędny silnik
– oszczędny silnik

Zasięg na pełnym baku wszystko mi przysłania!

Na nie
– brak podświetlenia lusterka w osłonie przeciwsłonecznej
– „ruchomy” podłokietnik

Dane techniczne Citroena C4 1,6 BlueHDI Feel Edition:
Silnik: turbodiesel 
Pojemność: 1560 cm3
Moc: 120 KM przy 3500 obr/min
Maksymalny moment obrotowy: 300 Nm przy 1750 obr/min
Napęd: na przednią oś
Masa własna: 1280 kg
Pojemność bagażnika: 408 litrów

Najnowsze

Samochody elektryczne, czyli wóz na prąd

Coraz więcej mówi się o tym, że samochody elektryczne to przyszłość motoryzacji. W miastach świata wciąż jednak dominują pojazd napędzane klasycznymi silnikami spalinowymi, ale już firmy wypożyczające auta starają się wpasowywać w nowe trendy i gusta coraz bardziej świadomych zagrożeń ekologicznych klientów.

Jeszcze dwadzieścia lat temu nikt nie śmiałby myśleć, że m.in. na polskie ulice, wyjadą samochody zaopatrzone w silniki elektryczne. Wielu kierowców, zwłaszcza tych motoryzacyjnie zaangażowanych twierdzi, że pojazd zasilany benzyną ma najlepsze właściwości jezdne, jest bardziej zrywny i dostarcza większej frajdy w użytkowaniu. Ale ta opinia już się powoli zmienia. Zaczynamy żyć nieco bardziej ekologicznie, segregacja odpadów staje się coraz bardziej powszechna, dlaczego więc nie zadbać o to, by przed domem stało ekologiczne auto na prąd?

Powoli rosnąca popularność
Na razie auta elektryczne przegrywają w konfrontacji z tradycyjnymi silnikami. W krajach wysoko rozwiniętych ich liczba stanowi ok. 1% wszystkich zarejestrowanych pojazdów. Jednak, mimo tego, że auta te jeżdżą na prą i przyświecająca im słuszna idea, narazie ich sprzedaż raczkuje, a firmy motoryzacyjne prześcigają się w pomysłach i nieustannie pracują nad nowymi koncepcjami. Wyjątkiem od reguły jest Norwegia – tam co czwarty sprzedany samochód to pojazd z silnikiem elektrycznym.

Rynek i przyzwyczajenia zmieniają się jak w kalejdoskopie. Dziś czymś absolutnie naturalnym jest Internet w komórce, a 15 lat temu nikt nawet o tym nie marzył. Śmiało można przewidywać, że wzrastająca konkurencja na rynku maszyn, które napędzane są przez silniki elektryczne sprawi, że za kilka lat „elektryk” będzie autem powszechnym, lubianym i wartym uwagi.

Nie tylko Tesla
Niekwestionowanym liderem w branży samochodów elektrycznych jest amerykańska marka Tesla Motors, która – trzeba przyznać – działa z rozmachem. Pojazdy Tesla to auta dopracowane w każdym calu, dopieszczone pod względem formy i bezsprzecznie eleganckie. A przy tym – ekologiczne, bo elektryczne. Tesla faktycznie dba o najwyższą jakość, ale po piętach producentowi zza Oceanu drepczą europejscy konkurenci. Przykładem może być BMWi3. To auto kompaktowe o futurystycznym wyglądzie, bardzo efektowne i przyciągające wzrok. Na życzenie producent montuje specjalny moduł ścienny Wallbox Pure, dzięki któremu ładowanie pojazdu trwa do 6h. Na pełnej baterii sprytne małe BMW przejeżdża 160 km. Dystans może nie jest imponujący, ale na oszczędne przejażdżki na krótkich trasach na pewno starczy. To tylko wybrany przykład. Poza wspomnianymi markami auta elektryczne (lub hybrydowe, czyli z wykorzystaniem silnika elektrycznego) produkuje także m.in. Toyota, Smart, Mitsubishi, Volkswagen, Volvo, Nissan oraz Renault.

Samochód jak telefon komórkowy
Pojazdy elektryczne trzeba regularnie ładować. Żyjemy w czasach, w których większość sprzętu osobistego wymaga podłączania do prądu co jakiś czas. Dzięki temu łatwiej pamiętać o naładowaniu samochodu. Być może jest to zajęcie nieco bardziej uciążliwe niż podjechanie na stację benzynową. Jednak w przypadku pojazdu na prąd warto pamiętać o ładowaniu, aby w środku trasy nie zabrakło mu energii – pod warunkiem, że całość chcemy przejechać w sposób ekologiczny. Auto na prąd można ładować wszędzie tam, gdzie dochodzi sieć elektryczna, czyli np. w przydomowym garażu (warto mieć zamontowane tzw. gniazdko siłowe) albo w specjalnie zainstalowanych stacjach z urządzeniami elektrycznymi, a prościej mówiąc, z ładowarkami. Takich urządzeń w większych polskich miastach jest już całkiem sporo, a znając nazwy firm, które je dostarczają, łatwo można je zlokalizować na mapie, dzięki specjalnym aplikacjom na telefony komórkowe. Stacje ładowania są już także w większości dużych supermarketów czy na parkingach pod biurowcami.

Korzyści dla środowiska i dla użytkownika
Zacznijmy od tych drugich. Oszczędności! Ceny gazu, ropy czy benzyny ulegają ciągłym zmianom, a przynajmniej raz w roku media podają zatrważające informacje o kolejnej podwyżce paliwa. Ceny za energię elektryczną są bardziej przewidywalne, nie zanotowano jakiś duzych skoków cen za prąd, więc eksploatacja pojazdu staje się znacznie tańsza. 100 km jazdy za 5 złotych jest zupełnie możliwe.

Samochody elektryczne mogą poruszać się buspasami, a także wjeżdżać do stref zamkniętych dla tradycyjnego ruchu kołowego – tak jest na świecie, ale wszystko wskazuje na to, że i do nas niebawem te przepisy „dojdą”.

Silnik elektryczny jest cichy, a więc podróżni mogą cieszyć się ze zmniejszenia poziomu hałasu, co jest bardzo istotne, zwłaszcza przy dłuższej trasie. Takie silniki są też znacznie bardziej bezpieczne podczas wypadku – nie grożą pożarem.

Pojazdy zasilane prądem nie szkodzą środowisku – brak spalin zatruwających powietrze ucieszy ekologów. Innym plusem jest to, że nawet duża liczba tych pojazdów nie wpłynie niszcząco na naturę.

Zaporowa cena i zimowe kłopoty
Samochody elektryczne są niestety bardzo drogie. Chcąc być „eko” w ruchu drogowym trzeba się liczyć z wydatkiem co najmniej 100 000 złotych. O ile eksploatacja nie jest droga, tak serwisowanie pojazdu tego typu do najtańszych nie należy. Tak naprawdę, dopiero po ok. 10 latach od zakupu auta na prąd można się dowiedzieć, czy była to dobra inwestycja i ile tak naprawdę kosztowała.

O ile dziennie Europejczyk średnio przejeżdża 60 km, tak zimą do standardowego zużycia baterii w samochodzie trzeba doliczyć wzrost wynoszący 10-20% na ogrzewanie latem – na klimatyzację. Wniosek jest prosty: pojazd trzeba ładować ze zwiększoną częstotliwością.

Ostrożność w prowadzeniu jest koniecznością
Silnik elektryczny pracuje cicho. Jego uruchomienie jest prawie bezgłośne. I to może być spory problem, ponieważ pieszy nie zawsze usłyszy takie auto, które będzie przejeżdżać w jego pobliżu. Dlatego każdy, kto chce mieć ekologiczny samochód, za kółkiem musi zachowywać wysoką czujność i absolutną ostrożność. Pieszy ma pierwszeństwo w większości przypadków, a samochód z ekologicznym silnikiem nie zwalania kierowców z dbania o wspólne dobro wszystkich uczestników ruchu drogowego.

Samochody elektryczne to zmieniająca myślenie o motoryzacji innowacja, która dostępna jest na razie dla nielicznych. Pewne jest, że producenci takich aut za jakiś czas zaczną wyścig o klienta. Można więc liczyć na mały spadek cen przy ciągle ciekawych i zaskakujących rozwiązaniach technologicznych.

Przeczytaj też:
Kobiece porównanie – elektryczne auto czy motocykl? Film
Coraz więcej samochodów elektrycznych na drogach
Elektryczne cacko – test Mitsubishi i MiEV
Skazani na pojazdy elektryczne?
Testy Volkswagena e-Golfa, Golfa GTE oraz e-up!
Samochód na wodór – jak to działa? Film
Oto najlepsze silniki 2015 roku
Volvo rozwija auta elektryczne
Darmowe „paliwo” na stacjach PKN Orlen
14-latek może legalnie prowadzić Renault Twizy
BMW i3 jako mobilny bankomat
BMW i3 – luksus w służbie naszej planecie. Relacja z prezentacji
Samochody elektryczne trzech generacji
Proste ładowanie w motocyklu
Elektryczne motocykle Brammo Empulse i Empulse R
Skuter elektryczny dla kobiety? Dlaczego nie?
Kobiety o samochodach elektrycznych
Elektryczne samochody od najmłodszych lat
O2 Pursuit: motocykl na powietrze
Little Learners: Twoje dziecko może jeździć elektrycznym Mercedesem
Porsche wynalazcą hybrydy szeregowej
„Maluchy” dla niemieckiej drogówki
Tesla, Hyundai i Cadillac ulubionymi samochodami w USA

Najnowsze