Edyta Klim

To nie tylko auto, to przyjaciel – wywiad z Angeliką Smolarek, właścicielką Fiata 126p

Miłością do Fiatów 126p zaraził Angelikę Smolarek jej chłopak. Teraz kupiła, uczy się naprawiać i może dopieszczać swojego "maluszka" o imieniu Marylka.

Razem ze swoim chłopakiem jeździcie Fiatami 126p – od jakiego czasu macie „maluszki” i skąd się wziął pomysł na takie właśnie samochody?

Swojego „maluszka” posiadam od 19 października 2014 roku. Dosyć krótko, gdyż bardzo zastanawiałam się nad tym zakupem – nie wiedziałam, czy dam radę i czy w ogóle warto? Jednak chęć jego posiadania była większa, bo chciałam się realizować tak samo, jak Radek – mój chłopak. On już od 13 roku życia jeździł „maluchami” i co jakiś czas je wymieniał, więc podejrzewam, że 3 lub 4 na pewno się u niego przewinęły, dopóki nie sprowadził swojego Henia (ja go tak nazwałam i tak już zostało). Henio ma nawet swoją stronę na fb: https://www.facebook.com/Radzio126p . Na Radka pasja łatwo przeszła z dziadka, bo on od zawsze miał smykałkę do napraw i prowadzenia samochodów. A z Radkiem jesteśmy parą od czterech lat i automatycznie ta pasja… jakoś przeszła na mnie (śmiech).

Czy historia tego podrywu też była związana z motoryzacją?

Poznaliśmy się w sumie przez „maluchy”, bo za pierwszym razem spotkałam Radka, jak jechał tym samochodem, a potem Fiaty nam towarzyszyły (zwłaszcza Henio) w dalszym życiu i poznawaniu się.

Twój Fiat także ma imię?

Mój Fiat ma na imię Marylka – takie śmieszne imię wybrałam (śmiech). Nie ma jeszcze swojej strony na FB, bo uważam, że nie jest na tyle reprezentatywna. Może kiedyś, jak będę dłużej nią jeździć…

W jakim stanie je kupiliście i co przy nich zrobiliście do tej pory?

Z tego co wiem, Radek włożył w Henia naprawdę dużo sił i pieniędzy jednocześnie. Jak przy każdym, tak „wiekowym” aucie – było wiele pracy, wiele do poprawy, do wymiany… Bez tego się nie obejdzie! Dobrze, że wiele części nadal można kupić w sklepach (śmiech) i prawie wszystko zostało wymienione na nowe. Ma go już kilka lat, a bez podstawowych wymian, Henio daleko by nie zajechał…

U mnie również nie było kolorowo, od marca do czerwca tego roku czyściliśmy (w ramach możliwości) każdą część silnika, został on przemalowany, głowica została splanowana na 2mm, wszystkie filtry zostały wymienione, rozrząd również… Chciałam mieć pewność, że jak pojedziemy na jakiś zlot, to Maryla da radę dojechać i wrócić na kołach. Opony były także zmieniane, hamulce i liczne przewody… Naprawdę, chyba nie ma takiej rzeczy, której bym w niej nie wymieniła na nową (śmiech).

Oddajecie je czasem w ręce mechanika?

Nigdy nie oddajemy ich do mechaników z tego względu, że są to samochody, które dość łatwo można naprawić, jak się wie w jaki sposób. Poza tym mamy znajomych, którzy oddają auta do mechaników, a potem są bardziej niezadowoleni po naprawie, niż przed… Oczywiście zdarzają się mechanicy, którzy zrobią wszystko jak trzeba, ale o takich naprawdę jest ciężko. Poza tym sam fakt, że robimy przy nich sami, od podstaw, sprawia, że to nie jest tylko auto, ale nasz przyjaciel! Nie jest przedmiotem, a staje się pełnoprawnym członkiem rodziny. I to jest właśnie fajne. No a ja, jako kobieta, wręcz nalegałam, by być przy wszystkich pracach przy mojej Marylce i chłonąć wiedzę od Radka.

Staracie się jak najwięcej zachować z oryginału, czy raczej dostosowujecie Fiaty do indywidualnych potrzeb?

Raczej przerabiamy je do indywidualnych potrzeb. Oczywiście nie jest to „wiejski tuning”, ale obniżenie samochodu, dołożenie innych felg (niż oryginalne), inne zderzaki, halogeny, inny kolor klapy, przyciemnione szyby. To raczej małe zmiany, jednak znajdą się i tacy, którym „gleba” (obniżenie) i wygląd inny, niż oryginał przeszkadza i nie omieszkają nam to wytknąć (śmiech). Ale zazwyczaj jest więcej pozytywnych ocen, niż hejtujących głosów. Oryginałów jest jednak sporo, a my nie chcemy się na tym wzorować – chcemy zrobić coś, co by pasowało do nas samych, naszych charakterów i temperamentów. Ach, no i oczywiście półki na głośniki, odpowiedni bass, radio – to u nas norma! Albo głośno, albo wcale (śmiech).

Sama wybierałaś swojego Fiata? Czy trudno było kupić coś w dobrym stanie?

Ja to jestem w gorącej wodzie kąpana! (śmiech) Chciałabym już, tutaj, teraz, natychmiast coś znaleźć, kupić i zacząć działać! A tu nie… Szukaliśmy naprawdę długo, a może mi się tylko tak wydaje, bo jestem niecierpliwa. Marylka nie była „tą pierwszą i jedyną”. Najpierw pojechaliśmy z naszym kolegą zobaczyć takiego, limonkowego malucha. Prawie 200 km w jedną stronę, z lawetą, zimno jak pierun, ciemno, my po pracy… Zajechaliśmy na miejsce koło 21 godziny. Podjeżdżamy, mgła, cicho, zimno na podwórku, a „maluch” stoi. Na środku, przed stodołą. Ja tylko wysiadłam i od razu chciałam wsiadać z powrotem, i wracać do Wrocławia.

Zakochałam się w nim, bo środek miał cały beżowy, ale nie byłam przygotowana na to, co zobaczyłam na miejscu! Fiat był z korozją, która go wręcz pożerała, ledwo dało się go odpalić (to akurat nie problem, bo przecież była laweta), ale jak Radek z kolegą położyli się pod samochodem, by sprawdzić jak wyglądają progi i podłoga – to usłyszałam same niecenzuralne słowa! Facet, który go sprzedawał to totalny laik, nie mający pojęcia o stanie samochodu, a przez telefon usłyszeliśmy, że ma tylko „trochę dziurek”. One okazały się być wielkimi dziurami, w które można było włożyć całą rękę z barkiem! No i zdjęcia nie oddawały tej całej brzydoty, jaką zobaczyliśmy na miejscu. Chcieliśmy negocjować cenę i dać max 800 zł, by odzyskać chociaż to ładne wnętrze (które o dziwo się zachowało), ale sprzedający nagle powiedział, że za 1500 zł to on sprzeda swojemu sąsiadowi. I najlepsze jest to, że właściciel nie dał sobie wmówić, że z samochodem jest coś nie tak, choć niedługo będzie można tym jeździć tylko jak Fred Flinston – nogami po asfalcie! (śmiech) Wróciłam trochę zła, zażenowana, ale nadal miałam siłę, by szukać dalej…

Drugie podejście było lepsze?

Kilka tygodni później, po codziennym siedzeniu na różnych portalach ogłoszeniowych, znalazłam moją perełkę! Niedaleko, bo w Wałbrzychu i najważniejsze – wróciliśmy nią na kołach! Sprzedawca był prawie tak samo zapalony do naprawiania starych aut jak my i od razu po sprzedaży malucha, pojechał kupić poloneza (śmiech).

Do zrobienia w Maryli była na pewno zbieżność, bo luz na kierownicy był nieziemski, no i hamulce – to było widać i czuć podczas jazdy. I tak się zaczęła moja przygoda! Wracałam z takim „bananem” na twarzy z zachwytu, że aż się cała trzęsłam (śmiech).

Czy te emocje nadal Ci towarzyszą? Masz frajdę z jazdy „maluszkiem”?

Pewnie, że tak! W ogóle każdy maluch pachnie inaczej, dlatego są tak wyjątkowe. Inaczej się jeździ, inaczej odczuwa się narastającą prędkość. To czysta adrenalina połączona z miłością i pasją. Zapewne, nie tylko ja mam takie zdanie (śmiech).

Poruszacie się nimi na co dzień, czy raczej „od święta”?

Ja swoją Marylkę już schowałam na sen zimowy w garażu, gdzie będzie co jakiś czas odpalana, ale na pewno nie wyjedzie na śnieg. Szkoda mi samochodu, a wiem, że sól i śnieg na pewno nie pomogą mi w zwalczaniu korozji, która gdzieniegdzie się już pojawiła (notabene kupiłam już nową podłogę dla niej!). Radek zazwyczaj też chowa Henia, zwłaszcza na śnieg, ale on jeździ częściej ode mnie, aż do momentu, gdy nie zobaczy płatków śniegu spadających z nieba (śmiech). Ogólnie, to na co dzień posiadamy inne samochody, którymi dojeżdżamy do pracy, więc Fiaty są jednak „od święta”.

Czy ten model wyróżnia się na drodze i zwraca uwagę? Zagadują Cię ludzie, gdy się nim gdzieś zatrzymujesz?

Jak każdy samochód starej daty, który dość żwawo porusza się na drodze – wzbudza sensację (śmiech). Są to samochody już nieprodukowane, nie można pójść do salonu i wybrać sobie model i kolor, który nam pasuje. Sami musimy wszystko ulepszać, szukać rozwiązań, by nie zaprzepaścić filaru polskiej motoryzacji. Może dlatego u wielu ludzi wzbudza on nostalgię, przywołuje wspomnienia, gdyż kiedyś tylko one poruszały się po drogach. Także owszem, maluchy przyciągają uwagę przechodniów i kierujących, starych, jak i młodych… Zdarza się, że ktoś zagada. Ale to normalne. Niektórzy z czystej ciekawości pytają, jak dalej sprawują się maluchy na drogach, a inni – by przypomnieć sobie swoje „stare, dobre czasy”. 

Jeździcie razem na jakieś zloty? Znacie wielu pasjonatów tej marki?

Pewnie, że jeździmy! Ale Radek był na większej ilości zlotów. Ja z nim byłam rok temu (jego Heniem) na beskidzkim u naszych kochanych kolegów w Węgierskiej Górce. Za to w tym roku wybraliśmy się na ogólnopolski zlot do Krakowa. No i jeszcze jakieś małe, jednodniowe zloty, ale to blisko u nas (na placu Solnym we Wrocławiu, czy w Oławie). Znamy bardzo wielu pasjonatów tej marki, wielu z nich to nasi dobrzy znajomi. No i we Wrocławiu mamy duże wsparcie – a zawsze raźniej jechać na zlot paczką, jakby coś się stało (śmiech).

Mieliście już jakieś przygody w trasie? Jak sobie wtedy poradziliście?

Staramy się tak przygotowywać samochody, by nic większego się nie zepsuło po drodze, zwłaszcza, jak jedziemy w dłuższą trasę. Ja miałam kilka małych przygód w drodze do Krakowa, ale nie były to postoje dłuższe, niż kilka minut, więc nie biorę tego pod uwagę jako usterka (śmiech). Za to w samym Krakowie musieliśmy już szukać dla mnie filtra powietrza, bo stary się rozpadł i prawie zatkał gaźnik.  

Czyli stary samochód trzeba traktować łagodniej i lepiej? Bardziej zapobiegać usterkom?

Zawsze traktujemy je łagodniej i lepiej, bo jak wcześniej mówiłam, nie jest to zwykły samochód, a nasz przyjaciel, a każdemu przyjacielowi – trzeba czasem pomóc (śmiech). Wymiany na bieżąco to w sumie podstawa i jedyna reguła, żeby zapobiegać jakimkolwiek usterkom.

Jakie macie plany na przyszłość związane z Marylką i Heniem, a może w planie kolejny nabytek?

Raczej żadnych następnych „maluchów” nie będzie, bynajmniej nie teraz, nie w tym, ani w przyszłym roku. A z resztą, to czas pokaże… Mamy kilka planów, zwłaszcza z Heniem, ale wolimy nie mówić, by nie zapeszać, ani nie zdradzać za wiele (śmiech). 

Najnowsze

Top 5 o czym warto pamiętać przy doborze łańcuchów śniegowych

Sezon zimowy oznacza dodatkowe utrudnienia dla kierowców. W niektórych regionach, w tym szczególnie górskich, warunki drogowe ulegają na tyle dużemu pogorszeniu, że konieczne lub nawet wymagane prawem może być założenie łańcuchów śniegowych.

Jeśli przewidujemy wystąpienie takiej sytuacji, to warto odpowiednio wcześniej zaopatrzyć się w łańcuchy. Przy samym ich wyborze dobrze jest natomiast pamiętać o kilku kluczowych sprawach. W sklepach znaleźć można szeroką gamę łańcuchów samochodowych. Nie brakuje zarówno prostych konstrukcji, których ceny zaczynają się od kilkudziesięciu złotych, jak i rozwiązań bardziej zaawansowanych technologicznie, kosztujących nawet ponad 1 000 zł. Przy wyborze łańcuchów warto przede wszystkim określić swoje potrzeby, w tym również to, jak często i gdzie będą wykorzystywane.

1. Potrzeby
Wybór łańcuchów najlepiej rozpocząć od określenia w przybliżeniu tego, jak często i w jakich warunkach będą używane. Poza kwestią wielkości środków, które możemy przeznaczyć na łańcuchy, najważniejsza jest sprawa naszych potrzeb. Jeśli przypuszczamy, że sprzęt tego typu być może okaże się nam przydatny, chociażby raz w roku czy nawet rzadziej, to raczej nie ma większego sensu inwestować w bardziej zaawansowane konstrukcje, chyba że najbardziej cenimy sobie łatwość montażu oraz demontażu łańcuchów. Jeżeli jednak wiemy, że najprawdopodobniej będą nam potrzebne wiele razy – np. w trudnym, górskim terenie – to już wtedy można rozważyć zakup droższego i tym samym bardziej komfortowego w użytkowaniu oraz pewniejszego sprzętu.

2. Montaż
Na rynku dostępne są łańcuchy stworzone przy użyciu różnych technologii, które mają wpływ m.in. na sposób montażu. Dość kłopotliwe w montażu łańcuchy najazdowe stosuje się praktycznie tylko do samochodów ciężarowych, pojazdów odśnieżających, czy też wózków widłowych. W przypadku samochodów osobowych dominują łańcuchy z różnymi systemami szybkiego montażu (np. rozwiązania samonapinające się, niewymagające zatrzymania po kilkudziesięciu metrach w celu dociągnięcia łańcuchów). Z punktu widzenia kierowcy najwygodniejsze są łańcuchy nakładki, które montuje się jedynie od zewnętrznej strony koła – wtedy nie musimy sięgać do strony wewnętrznej. Minusem tego mechanizmu jest cena, ponieważ takie łańcuchy należą do zdecydowanie najdroższych.

3. Prawo
Kolejną istotną sprawą jest kwestia prawa w poszczególnych krajach, do których ewentualnie pojedzie kierowca w czasie zimy. Osobne przepisy dotyczące łańcuchów co do zasady funkcjonują w państwach, gdzie uwarunkowania geograficzno-klimatyczne sprawiają, że w niektórych regionach użycie łańcuchów może być w czasie śnieżnego sezonu koniecznością. W samej Polsce nie ma obecnie obowiązku posiadania łańcuchów. Wymóg ich zastosowania dotyczy jedynie niektórych odcinków dróg, odpowiednio oznaczonych znakami nakazu. Użycie łańcuchów dozwolone jest również w innych przypadkach, jeżeli wymagają tego warunki pogodowe (np. w sytuacji bardzo silnego zaśnieżenia). W niektórych krajach europejskich posiadanie łańcuchów w określonym czasie i w określonych rejonach jest obowiązkowe. Dotyczy to m.in. państw definiowanych jako alpejskie, gdzie liczba dróg wymagających założenia w zimie łańcuchów jest wyraźnie wyższa niż w Polsce.

4. Atesty
Wybierając łańcuchy, warto sprawdzić także, czy mają one jakieś atesty czy certyfikaty. Jednymi z najpopularniejszych na kontynencie są austriackie Ö-Norm, niemieckie TÜV oraz włoskie CUNA, które potwierdzają zgodność danego produktu ze standardami krajowymi/europejskimi. Fakt posiadania odpowiedniego atestu to z jednej strony potwierdzenie norm jakościowych i wytrzymałościowych, ale i swego rodzaju gwarancja zgodności z lokalnymi wymogami, co jest niekiedy bardzo ważne. W niektórych państwach dozwolone jest używanie tylko łańcuchów posiadających odpowiedni certyfikat. Tak jest m.in. w Austrii, gdzie dopuszczalne są wyłącznie łańcuchy z atestem Ö-Norm – za użycie sprzętu bez tego certyfikatu grożą kary pieniężne.

5. Konfiguracja
Doboru konkretnych łańcuchów można dokonać zarówno w punktach sprzedaży detalicznej, jak i przez internet. W obu przypadkach trzeba znać podstawowe informacje nt. samochodu – m.in. dane dotyczące rozmiarów opon, czyli szerokości przekroju, wysokości profilu oraz średnicy osadzenia.

Źródło: Taurus

Najnowsze

Test Renault Trucks serii T-Range 520 High sleeper cab i T-Range 460 sleeper cab

Trzeba pojeździć co najmniej kilkadziesiąt kilometrów ciężarówką, aby móc powiedzieć kilka słów o nowych pojazdach dalekobieżnych Renault Trucks. Dziś testujemy dwa modele serii T-Range 520 High sleeper cab i T-Range 460 sleeper cab.

Na pierwszy rzut oka widoczna jest ewidentna różnica w wielkości obu modeli. Otóż 520-ka jest wysoka na 3,95 m, natomiast 460-ka mierzy 3,77 m. Długość (16,5 m) i masa (40 ton) obu pojazdów jest jednakowy. Czym jeszcze się różnią? Jednostką napędową. W T-520 oferowana jest tylko jedna jednostka o pojemności 13 litrów i w wariantach mocy 440, 480 i 520 KM. W modelu T-460 oferowane są dwa motory: pierwszy o pojemności 11 litrów i w opcjach 380, 430 i 460 KM mocy oraz drugi o pojemności 13 litrów, dokładnie taki sam jak w T-520.

Zaczynamy od T-520. Po otwarciu drzwi to standardowa ciężarówka. Dopiero po wejściu do kabiny widok zaczyna nabierać ciekawszych kształtów. Ogromna przestrzeń kabiny jest naprawdę odczuwalna – do tego płaska podłoga i mamy wrażenie, jakbyśmy byli w małym pokoiku. Ale jak w każdym modelu są wady i zalety. Jest świetna regulacja fotela, która pozwala dostosować optymalny ustawienie siedziska kierowcy, jednak regulacja kolumny kierownicy trochę wydaje się nieco ograniczona.

Ergonomia wszystkich dostępnych urządzeń obsługi auta na przedniej konsoli jest doskonała – także lodówki, która znajduje się pod dolnym łóżkiem – jest w zasięgu ręki. Oczywiście nie jest to „osobówka”, w której bez zmiany pozycji można obsłużyć dosłownie wszelkie funkcje auta, ale te, które są newralgiczne dla bezpieczeństwa jazdy są w intuicyjnych miejscach. Pod kołem kierownicy dostępne są drążki skrzyni biegów, retardera oraz włącznika sygnalizacji kierunku jazdy wraz z obsługą wycieraczek. W samej kierownicy sterować można tempomatem oraz zestawem audio oraz niektórymi opcjami komputera pokładowego.

Drugą część trasy testowej pokonaliśmy T-460. Mimo że wysokość w kabinie jest jednakowa co w 520-stce to 20 centymetrów tunelu silnika daje wrażenie mniejszej przestrzeni. Nie mniej jednak, rozmieszczenie i obsługa urządzeń jest dokładnie taka sama co w bracie bliźniaku.
 
Ruszamy w drogę. Wciskamy hamulec, wybieramy Drive, wciskamy pedał gazu i ruszamy. Auto płynnie, bez zbędnych szarpnięć startuje z miejsca. Mimo swoich gabarytów prowadzenie 40-tki wydaje się bardzo proste. 520-konna jednostka bez problemów rozpędza 40-tonowy zestaw do prędkości 90 km/h. Na nierównej nawierzchni i koleinach podwozie świetnie amortyzuje wszelkie niedogodności podłoża, a w kabinie mamy wrażenie jazdy po równej drodze. Gdyby założyć, że nie będzie nigdy gwałtownego hamowania, możnaby swobodnie – w ramach testu – stawiać kubek z napojem na stoliku, bez obaw, że za chwilę będzie sprzątanie (oczywiście tego nie polecamy). Po drodze mijamy kilka wzniesień, po których jazda jest czystą przyjemnością – auto nie ma problemów z wjazdem pod górkę na wyższych biegach. Kręte i węższe drogi pokonywaliśmy bez większych utrudnień.

460-tka natomiast daje jednak nieznacznie odczuć, że prowadzimy 40 ton. Troszkę wolniej przyspiesza – czuć masę również podczas wyprzedzania. Różnica między modelami wydaje się być niewielka – to zaledwie 60 koni mechanicznych, 350 Nm i 2 litry mniej. A jednak w czasie jazdy daje się odnieść dziwne wrażenie, że auto niechętnie „zostaje” w koleinach. Trudno jednak odnaleźć tu racjonalne wytłumaczenie tego odczucia, bo w obu autach zastosowano jednakowe podwozie.

Duży może więcej
Nie chodzi tylko o liczbę koni pod maską, ale też wykorzystanie wolnej przestrzeni oraz zagospodarowanie jej do granic możliwości. W T-520 jest mniejszy schowek – może nie poraża wielkością, ale można już uporządkować sobie niezbędne rzeczy wedle własnego swojego upodobania. W schowku z prawej strony znajdują się niezbędne przybory, potrzebne podczas awaryjnego postoju.

Trochę elektroniki i człowiek się gubi
Do obsługi elektroniki auta potrzebne jest… kilku godzinne szkolenie, które pozwoli na początek ustawić wszystkie systemy, tak abyśmy wiedzieli jak obsługiwać te „dobrodziejstwa”. Przede wszystkim „Adaptive Cruise Control” – to aktywny tempomat, który wykorzystuje monitoring drogi przed pojazdem, do wykrywania poprzedzających pojazdów. Pozwala on na bezpieczną jazdę ze stałą prędkością, bez konieczności manualnego jej zmniejszania lub zwiększania – wykorzystuje przy tym retarder bądź konwencjonalny hamulec. Układ dostosuje prędkość do jadącego wolniej przed nami auta, a gdy zdecydujemy się na manewr wyprzedzania, ACC przyspiesza do ustawionej wcześniej predkości. Kolejnym ciekawym rozwiązaniem jest „Front Collision Warning System”, który ostrzega kierowcę o możliwej kolizji za pomocą systemu audio. Idealne dla tych, którzy potrafią się czasem „zagapić” – samochód sam zwolni zachowując bezpieczną odległość lub w najgorszym przypadku użyje hamulca. Oczywiście wszystko można ustawić pod swoje własne preferencje. Następny system  to Lane Departure Warning System (LDWS), który ostrzega kierowcę przez głośniki o przekroczeniu linii wyznaczających pas ruchu. W zależności, z której strony przekroczymy linię, z tego głośnika usłyszymy ostrzegawczy sygnał dźwiękowy. Na pokładzie znalazło sie wiele innych systemów wspierających kierowcę, ale również właściciela firmy mającej w swoim parku kilka takich pojazdów. Wystarczy jeździć autem w trybie Eco – przy umiejętnym wykorzystaniu może przynieść wymierne korzyści dla oczędności w całej flocie..

Wrażenia z jazdy
Renault T-Range 460 jeździ się tak, jakbyśmy od zawsze jeździli tym autem. Automatyczna, 12-stopniowa skrzynia biegów działa w sposób idealnie odwzorowujący pracę kierowcy. Wciskając pedał gazu można odnieść wrażenie, że ktoś za nas wykonuje czynności związane ze zmianą biegów, tj. wciskał sprzęgło, zmieniał bieg, zwalniał sprzęgło, wciskał gaz. Dla kierowców zaczynających przygodę w transporcie dalekobieżnym, auto, które „myśli” i odciąga od wielu „niepotrzebnych” czynności, pozwala skupić się na gabarytach pojazdu, czy pokonywaniu zakrętów, a w konsekwencji na bezpiecznym dojechaniu do celu. Praca staje się łatwa, prosta i przyjemna.

Czyli jaki?
Francuzi, próbują wyprzedzać konkurencję – niektórych rywali doganiają, a niektórych przeganiają. Konfigurację auta zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz można dostosować do swoich potrzeb i w zależności od zasobności portfela indywidualizować do woli nadwozie. Naszym zdaniem to świetny pojazd dla wszystkich tych, którzy lubią mieć na pokładzie „na wszelki wypadek” mrowie systemów wspierającyh kierowcę oraz tych, dla których oszczędność jazdy jest priorytetem.

Najnowsze

Hyundai wprowadza model IONIQ z wyborem trzech napędów elektrycznych

Hyundai ogłosił nazwę kompaktowego modelu z napędem alternatywnym, który trafi do sprzedaży w 2016 roku. Hyundai IONIQ dostępny będzie z napędem elektrycznym, hybrydowym plug-in oraz hybrydowym i jest pierwszym na świecie modelem, w którym jedno nadwozie oferowane jest z trzema różnymi rodzajami jednostek napędowych.

Nazwa nowego modelu nawiązuje do elementów silnie wpisanych w jego charakter. ION – to naładowany elektrycznie atom (pol. jon). Natomiast drugi człon nazwy pochodzi od angielskiego słowa unique (pol. wyjątkowy, niepowtarzalny) co ma podkreślić rolę modelu w gamie Hyundaia i odzwierciedlać zaangażowanie marki w ochronę środowiska.

IONIQ został stworzony na całkowicie nowej platformie, zaprojektowanej specjalnie pod kątem zróżnicowanych jednostek napędowych. W czysto elektrycznej wersji (EV) został wyposażony tylko w akumulator litowo-jonowy. Hybryda plug-in (PHEV) łączy w sobie silnik spalinowy z energią z baterii elektrycznej. Z kolei hybryda (HEV) wykorzystuje silnik benzynowy oraz odzyskiwaną, w celu ładowania baterii, energię ruchu samochodu.  

W 2013 roku marka stała się pierwszym na świecie masowym producentem samochodu napędzanego wodorem, wprowadzając do sprzedaży model ix35 Fuel Cell.

Hyundai IONIQ zostanie po raz pierwszy pokazany w Europie podczas targów motoryzacyjnych w Genewie, w marcu 2016 roku. Światowa premiera będzie miała miejsce na rynku koreańskim już w styczniu.

 

Najnowsze

Hyundai Motorsport zaprezentował nowy model i20 WRC na sezon 2016

Hyundai Motorsport potwierdził gotowość do startów w Mistrzostwach Świata WRC w 2016 roku, prezentując w swojej siedzibie w niemieckim Alzenau model i20 WRC.

Oficjalne odsłonięcie nowego, 5-drzwiowego i20 WRC oznacza rozpoczęcie kolejnego rozdziału w krótkiej historii Hyundai Motorsport, budowanej przez 2 sezony Mistrzostw. Od początku startów w 2013 roku kierowcy Hyundaia stawali pięć razy na podium, odnotowując także spektakularne zwycięstwo w rajdzie Niemiec.

W 2015 roku Hyundai mocno koncertował się na testach i badaniach rozwojowych nowego modelu i20 WRC, aby odpowiednio przygotować się do startu w otwierającym sezon 2016 Rajdzie Monte Carlo. Nowy i20 przejechał 8 000 km i zgodnie z oczekiwaniami okazało się, że jest nie tylko szybszy od poprzednika ale także ma lepsze właściwości jezdne. 

W każdej rundzie przyszłorocznych Mistrzostw wystartują trzy samochody Hyundaia, za kierownicą których zasiądą: Dani Sordo, Hayden Paddon i Thierry Neuville. Przez cały sezon – od Rajdu w Monte Carlo, aż do zamykającego Mistrzostwa Rajdu w Australii, będą prowadzili samochody  #3, #4 i #20.

”Z tymi kierowcami pracowaliśmy przez dwa minione sezony i cieszymy się, że będą mieli teraz okazję wystartować w nowym modelu i20 WRC. Ich opinia na temat samochodu jest bardzo pozytywna, dlatego tym bardziej nie mogę się doczekać, aż zobaczę ich na poszczególnych odcinkach rajdów. Mamy naprawdę silny zespół kierowców, ze zróżnicowanym doświadczeniem, a biorąc udział we wszystkich rundach – łącznie z nowym rajdem w Chinach, wszyscy trzej będą mieli równe szanse w Mistrzostwach Kierowców.” – powiedział Michel Nandan, Szef Zespołu Hyundai Motorsport. 

Kierowcą testowym zespołu Hyundaia pozostanie Holender, Kevin Abbring, który pojawi się w czwartym samochodzie także w wybranych rundach Mistrzostw.

Najnowsze