Test Harley Davidson Street 750

Nowoczesny i zwinny - Street 750 to nietypowy motocykl ze stajni Harley Davidson. Przetestowałyśmy go, by ujawnić jego prawdziwe oblicze.

Street to mały i lekki cruiser. Pierwszy rzut oka sprawia, że chcemy na niego patrzeć dłużej – klasyczna sylwetka, atrakcyjna okrągła owiewka dookoła przedniego reflektora, matowa czerń pięknie wyprofilowanego baku… Ten motocykl jest piękny. Jest także wygodny. Kształtna kanapa i szeroki bak, który można objąć kolanami, zapewniają stabilną pozycję do jazdy. Kierownica jest idealnie ustawiona – nie trzeba do niej daleko sięgać. Dzięki temu nie pochylamy pleców, za co kręgosłup jest wdzięczny, nawet na dłuższych trasach. Podnóżki nie są wysunięte do przodu jak w standardowych cruiserach, dlatego za pierwszym razem trzeba ich trochę poszukać. Ale po chwili przyzwyczajenia docenimy pozycję zapewniającą komfortowe zgięcie kolan. Zwłaszcza że dzięki niej można też dość aktywnie pracować ciałem w zakrętach. Tak, to nie pomyłka. Street składa się bowiem bajecznie: kręte drogi lub żwawa miejska jazda to jego żywioł.

Wygodne i proste w obsłudze są umieszczone na rączkach kierownicy kierunkowskazy i kill-switch. Sterowanie obu kierunkowskazów jest zresztą umieszczone w lewej rączce (inaczej niż w klasycznych Harleyach, gdzie włącznik prawego kierunkowskazu mamy po prawej stronie). Zegary i kokpit to minimalizm i prostota. Jeden okrągły prędkościomierz, na którego tarczy umieszczono tylko podstawowe kontrolki – to musi nam wystarczyć. Taki klasyczny design współgra jednak świetnie z estetyką motocykla. Na cyferblacie mamy też małe podświetlane okienko z informacją o przebiegu maszyny. Możemy również ustawić dwa oddzielne przebiegi dzienne – i to wszystko. Czy ten zestaw jest wystarczający? Nie do końca – brakuje zwłaszcza obrotomierza i wskaźnika kontroli paliwa. Tym bardziej, że kontrolka rezerwy ma zwyczaj migać przedwcześnie, szczególnie przy jeździe pod górę i z góry. Można też przyczepić się odrobinę do jakości wykończenia drobiazgów – wiązki kabli są widoczne, niektóre śruby i spawy wyglądają topornie. Kiedy jednak spojrzymy na niską cenę tej maszyny – zrozumiemy, że pewnie niedociągnięcia musiały wynikać z obniżenia kosztów produkcji.

Wszystkie te drobiazgi można jednak wybaczyć, gdy ruszymy przed siebie i poczujemy, jak pracuje silnik tego motocykla. Street 750 prowadzi się bowiem znakomicie dzięki elastycznej i dynamicznej jednostce napędowej o pojemności 749 cm³. Dostarcza ona 56 koni mechanicznych mocy, a że konstrukcyjnie jest to dwucylindrowy widlak – moc oddawana jest zadziornie i żwawo. Innymi słowy – motocykl rwie się do jazdy, błyskawicznie przyspiesza, a do tego zachowuje stabilność i idealnie wchodzi w zakręty. Przy niewielkiej masie (222 kg) 56 koni mechanicznych wystarczy w zupełności, by poczuć radość z jazdy, dynamicznie wyprzedzać, czy stabilnie pędzić przed siebie w dłuższej trasie. W tym ostatnim przeszkadzać może brak owiewki. Silny pęd wiatru sprawia, że jazda z prędkościami powyżej 120 km/h nie jest zbyt przyjemna. Silnik też przy wyższych prędkościach i obrotach traci swoją żwawość. Osiągnięcie 100-120 km/h jest błyskawiczne i dostarcza mnóstwo frajdy. Powyżej tych prędkości trzeba już żmudnie rozpędzać maszynę. Ale jest ona w stanie pojechać w tempie zblizonym do licznikowego 180 km/h – zachowując przyzwoitą stabilność. Niestety, przy wysokich prędkościach poza wiatrem odrobinę dają znać o sobie wibracje. A skoro już o wibracjach mowa – fani typowego dla HD głośnego dudnienia i czucia całym ciałem wibracji silnika w przypadku Streeta bardzo się zawiodą. Nowy, chłodzony cieczą silnik wysokoobrotowy pracuje bardzo spokojnie, wydając z siebie przyjemny, lecz dość cichy pomruk. Dla mnie to zaleta, lecz rozumiem, że niektórym może brakować pewnej szorstkości, do której przyzwyczaiły nas inne modele HD.

Na pochwałę zasługuje konstrukcja skrzyni biegów – przełożenia są długie i elastyczne, na szóstym biegu możemy zwolnić do 50 km/h bez nieprzyjemnego szarpania czy dygotu. Problem sprawia tylko poszukiwanie biegu neutralnego. I umiejscowienie dźwigni zmiany biegów – zanim ruszymy warto ułożyć stopę już pod nią, bo jest dość mocno odsunięta do przodu w stosunku do intuicyjnego ułożenia stopy na podnóżku. Elastycznie zaprojektowane biegi sprzyjają jeździe miejskiej. Także wąska sylwetka i nisko umieszczony środek ciężkości czynią ze Streeta idealny środek transportu do miasta. Dynamiczny i zwinny motocykl poradzi sobie bez problemu w każdym korku. Pomogą w tym też wąsko ustawione lusterka – nie wychodzą one zupełnie poza obrys kierownicy. To zaleta w ciasnym miejskim ruchu, lecz odbija się niestety na widoczności – w praktyce widzimy w lusterkach więcej swoich ramion, niż ruchu za nami.

Inwestycje infrastrukturalne w Warszawie – kiedy kolejne etapy obwodnicy?

Skoro o mankamentach mowa – największym z nich są hamulce. Zarówno z przodu, jak i z tyłu mamy tylko jedną tarczę z zaciskami dwutłoczkowymi. Do tego przewody nie są ujęte w stalowy oplot, co sprawia, że nierozgrzane hamulce reagują z opóźnieniem. Dotyczy to zwłaszcza hamulca tylnego, którego praca jest bardzo słabo wyczuwalna. Nie pomaga też fakt, że dźwignia tylnego hamulca jest umieszczona bardzo daleko od podnóżka – więc naciśnięcie go wymaga bardzo świadomego i mocnego ruchu stopą. Tracimy wtedy cenne ułamki sekund. Przednie hamulce działają poprawnie, ale ich siła pozostawia trochę do życzenia. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę dynamikę jazdy, jaką Street oferuje. Być może wprowadzenie obowiązku posiadania ABS sprawi, że producenci poprawią cały układ hamulcowy Streeta. Byłoby to wskazane i uczyniłoby ze Streeta pojazd bliski ideału.

Na razie jest to znakomity fun bike, nie pozbawiony mankamentów, lecz zapewniający kierowcy mnóstwo przyjemności. Jest to też godny zainteresowania model dla osób o niewielkim wzroście i nie dysponujących dużą siłą. Lekki, zwinny, wygodny i łatwy w obsłudze. A do tego niedrogi. Polecam motocykl Harley Davidson Street 750 wszystkim, którzy cenią urok klasyki, ale zależy im też na dobrej zabawie. Moim zdaniem to udane połączenie tradycyjnego wyglądu z nowoczesnym stylem jazdy.

Dane techniczne Harley Davidson Street 750:
Silnik: dwa cylindry, V-twin, 749 cm3, chłodzony cieczą
Moment obrotowy: 60 NM
Moc maks.: 56KM @8000 Obr/min
Średnica x skok tłoka: 85 mm x 66 mm
Stopień sprężania: 11:1
Zasilanie: wtrysk paliwa Mikuni
Układ Chłodzenia: chłodzony cieczą
Rozrusznik elektryczny
Przekładnia 6-cio stopniowa
Hamulce: 2-tłoczkowe pływające, po jednej tarczy z przodu i z tyłu
Długość: 2,225 mm
Rozstaw osi: 1,535 mm
Prześwit: 145 mm
Wysokość siedzenia: 710 mm
Opony: przód 100/80 R17, tył 140/75 R15
Zbiornik paliwa: 13,1 L
Spalanie (wg producenta): 4,7 L / 100 km
Max masa brutto: 400 kg
Masa (gotowy do eksploatacji): 222 kg
Masa (bez płynów): 206 kg
Lampki kontrolne: Światła drogowe, bieg jałowy, niskie ciśnienie oleju, kierunkowskazy, diagnostyka silnika, niski poziom paliwa
Wskaźniki: 3,5-calowy elektroniczny prędkościomierz z kontrolkami świateł drogowych, biegu jałowego, niskiego ciśnienia oleju, kierunkowskazów, diagnostyki silnika, niskiego poziomu paliwa i blokadą wyłącznika zapłonu i widelca oraz wlewu paliwa

Cena: 33 980 złotych

Najnowsze

Edyta Klim

Female Biker Meet

Już 16 sierpnia odbędzie się największy na świecie zlot motocyklistek w Londynie, który jednocześnie będzie próbą pobicia Rekordu Guinnesa!

Poprzedni rekord należy do Australii, gdzie pojawiło się 221 motocyklistek, a już teraz na facebookowym profilu przyjazd na spotkanie w Londynie deklaruje ponad 900 kobiet. Imprezę organizuje Dorchester & West Dorset Advanced Motorcyclists (DWDAM), a miejscem spotkania będzie The Ace Cafe w Londynie.

Celem spotkania jest uzmysłowienie wszystkim, że kobiet motocyklistek jest bardzo wiele i pora, by producenci dostrzegli je przy tworzeniu swoich produktów, i zadbali lepiej o ich bezpieczeństwo:
– Zwykle brakuje wszystkich, dostępnych dla mężczyzn opcji, wybór jest mały, a często i jakość gorsza. Pora zrozumieć, że kobiety nie tylko siedzą na motocyklu z tyłu, ale także używają go same, wyczynowo czy turystycznie. Wzywamy wszystkie motocyklistki do udziału w spotkaniu i pomocy w biciu światowego rekordu. Czymkolwiek jeździcie – przybywajcie! Każda z Was jest mile widziana – mówi organizatorka zlotu Sherrie Woolf.

Całą paradę z BMW Wollaston do Ace Cafe poprowadzi Maria Costello, a na miejscu będą loterie charytatywne, konkursy z cennymi nagrodami, szkolenia i inne atrakcje.

Więcej informacji znajdziecie na stronie oficjalnej: http://www.wimagb.co.uk

Najnowsze

Chciał przejechać przez Karkonosze Land Cruiserem

Mamy za sobą kilka dni upałów, a tym samym pierwsze efekty zbyt długiego przebywania na słońcu. Straż w Karkonoskim Parku Narodowym zatrzymała kierowcę Toyoty Land Cruiser, który chciał dojechać na szczyt.

Polskie Radio Wrocław donosi, że kilka dni temu w drodze na najwyższe pasmo  Karkonoszy chciał wjechać niepełnosprawny mężczyzna. Toyota Land Cruiser, którą prowadził przez obszary objęte ścisłą ochroną, została zatrzymana przez straż Karkonoskiego Parku Narodowego. 

Strażnicy nakazali mu zawrócenie i wyjechanie spod Domu Śląskiego specjalnie przygotowaną drogą transportową. Postanowił on jednak ruszyć inną trasą, ponieważ stwierdził, że wskazana będzie zbyt nudna. Ruszył zatem przez Biały Jar, gdzie auto wpadło w poślizg. 

Komendant Straży Karkonoskiego Parku Narodowego zrelacjonował, że samochód staczał się bez sterowności. Kierowca nie panował nad autem, wyrywał kamienie ze szlaku oraz wywołał panikę wśród turystów. Szlakiem przemieszczali się ludzie, a w tym matki z dziećmi. 

Podobno tylko szczęście spowodowało, że nie rozjechał turystów. I to właśnie ten fakt był w tym wszystkim najgorszy. Drogą, którą wybrał, nie przemieszcza się nawet GOPR. Sprawcy wykroczenia grozi nawet do 5 tys. zł. grzywny.

Najnowsze

Edyta Klim

Poznajcie motovlogera, który łączy dolnośląskich motocyklistów

Rafał Wojtas wpadł na pomysł organizowania zbiorowych wycieczek po Dolnym Śląsku. Jego pomysły spotkały się z tak olbrzymim zainteresowaniem, że na ostatniej wycieczce pojawiły się, aż 54 motocykle!

Od dawna jesteś motocyklistą? Jakie miałeś motocykle do tej pory?

Motocyklistą jestem już, od jakiś 5 lat. Swój pierwszy motocykl kupiłem jako małolat i była to Jawa 50, kolejna to WSK 125, którą przerobiłem na crossa. Gdy tylko zdałem prawo jazdy kat. A, kupiłem pierwszy, większy motocykl – MZ 250, niestety był tak awaryjny, że po roku go sprzedałem. Obecnie od 2 sezonów jeżdżę Hondą CBF 500 z 2005 r., do której tak się przywiązałem, że na pewno zostanie ze mną na dłużej…

Kiedy odkryłeś uroki wspólnego podróżowania z innymi motocyklistami/tkami?

W 2014 roku pierwszy raz podłączyłem się do chłopaków na wspólny wyjazd na zlot do Czeszowa. Tam poznałem kilku motocyklistów i ta przyjaźń trwa do dnia dzisiejszego, i myślę, że nadal będzie trwała. Obecnie zajmuję się też fotografią i prowadzę  motovlog – wojtasmotovlog, w którym umieszczam filmy z każdego naszego wypadu. Filmy kręcę tylko z dwóch powodów: pierwszy – lubię się bawić obróbką video i ciągle czegoś nowego się uczę, a drugi, najważniejszy powód, że robię to dla uczestników tych wycieczek. Uważam, że to fajna sprawa móc po latach obejrzeć sobie filmy z naszych wypadów, powspominać te piękne, wspólne chwile i np. pokazać swoim dzieciakom, czy wnukom.

Czy na początku było trudno robić takie filmiki? Ile czasu musisz poświęcić na złożenie takiego filmu?

Wiadomo, początki są zawsze trudne i trochę czasu mi zajęło, zanim poznałem sposoby montowania video. Na chwilę obecną z 60 giga materiału, 15 minutowy film obrabiam w jakieś 3 godziny pracy. 

Jaka była pierwsza wycieczka z Twojej inicjatywy? Gdzie i ile osób pojechało?

Pierwszą wycieczką, którą zorganizowałem był to wypad do Wojnowic koło Wrocławia do pałacu na wodzie. Był to zwykły spontan i tak naprawdę nie wiedziałem, czy w ogóle ktoś ze mną tam pojedzie. Jednak zebrało się 9 uczestników i znowu poznałem nowe osoby. W jakimś sensie był to dla mnie wielki sukces, gdyż całkowicie obcy ludzie zjawili się na moje zaproszenie. Szczególnie, że wtedy jeszcze niewiele się działo w naszym środowisku i na wycieczki ciężko było znaleźć chętnych.

Ile od tamtej pory zrobiłeś już wycieczek i czy wszystkie wypaliły?

Niech pomyślę… było ich tyle, że ciężko mi je wszystkie wymienić. Z bardziej znanych to: Niedzielny wypad na rybkę do Doliny Baryczy, Wypad  do Lubiąża, Szlakiem wygasłych wulkanów do zamku Grodziec, Niedzielny wypad do Zamku Moszna, czy Niedzielny wypad do Perły Zachodu. Każda wycieczka roznosiła się dużym echem i zbierała coraz większą liczbę uczestników. A to z kolei mnie motywowało do dalszej działalności w tym kierunku. Wtedy wpadłem na pomysł, żeby organizować wspólne wypady na zloty motocyklowe i tak powstało nowe wydarzenie – Motoinwazja, którego kolejne edycje gromadziły od 24 do 40 maszyn. Nie zdawałem sobie sprawy, że tak się to rozwinie i spodoba się ludziom. Nie zdarzyło mi się jeszcze, by jakiś wyjazd nie wypalił, jakoś tak wychodzi, że mam szczęście też do pogody! (śmiech)

Jak kształtowała się frekwencja na Twoich wycieczkach?

Prawdziwy szał zaczął się od wycieczki do Bystrzyckiego Parku Krajobrazowego i Mietkowa – tu zaczęła się prawdziwa „zabawa” z ogarnięciem grupy całkiem nowych ludzi. Dzięki fajnemu człowiekowi – Arturowi Langner wycieczka była jeszcze ciekawsza, bo pokazał nam Kamieniołom w Sobótce. Wieści tak szybko się rozeszły, że następna wycieczka do Kolorowych Jeziorek też okazała się sukcesem z wielkim podziękowaniem ze strony uczestników. Z pomocą w asekuracji grupy ruszył Łukasz Gilewski, któremu bardzo dziękuję. A któregoś dnia wpadłem na pomysł, żeby zaryzykować i zrobić wycieczkę do dość nieprzyjemnego miejsca, jakim jest obóz Gross-Rosen i nie do końca wierzyłem, że to może się udać… Okazało się jednak, że motocykliści z  Moto Wrocław potrafią oddać szacunek ludziom pokrzywdzonym przez wojnę i zebrało się wtedy, bodajże 35 motocyklistów. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że na mojej wycieczce zjawił się Waldemar Rogoziński – prawdziwa legenda motocyklizmu. 

Ostatnie wydarzenie, czyli Wycieczka do Perły Zachodu okazała się prawdziwym hitem! Pamiętam, że jak przyjechałem na zbiórkę przy stacji BP, to złapałem się za głowę – zjawiło się 54  motocyklistów i nie tylko tylko z Wrocławia, ale z takich miast jak: Trzebnica, Żmigród, Jelenia Góra, Strzegom. To naprawdę było coś wspaniałego! I tu nie mogę nie wspomnieć  o moim przyjacielu Michale Szamszur, który pomógł mi w asekuracji całej grupy.

Na ostatniej wycieczce miałeś rekordową frekwencję – to wada czy zaleta pomysłu? Jak ogarnąć taką ilość maszyn?

Trudno powiedzieć… Wydaje mi się, że zaleta. Ale nie ukrywam, że zawsze jest strach, czy poradzimy sobie taką grupą? Na szczęście motocykliści są tak fajnymi i zgranymi ludźmi, że jeden pilnuje drugiego i cala grupa jedzie w miarę równo.

Skąd bierzesz pomysły na wycieczki i czy zawsze tą trasę masz już sprawdzoną? Jakie atrakcje lubią motocykliści? Czy trzeba zapewnić też dobrą knajpę na obiad?

Pomysły na wycieczki biorą się z tego, że bardzo lubię poznawać ciekawe miejsca i historię naszego Dolnego Śląska, i nie tylko. Wiele pomysłów też podsyłają mi ludzie i staram się je wszystkie łączyć, i realizować. Często jeżdżę samotnie, wiec niektóre trasy znam, pomagam sobie też zdjęciami satelitarnymi, aby oszacować stan i atrakcyjność dróg. Z reguły każde miejsce jest ciekawe dla  motocyklistów, dlatego że nie widzi się tego na co dzień. Co do  dobrej knajpy, to każdy wie, że to jest już tradycja i posiłek bez dobrej rybki się nie obejdzie! (śmiech)

A która wycieczka była Twoim zdaniem najlepsza i dlaczego?

Nie ma lepszych czy gorszych wycieczek, każda jest inna i zawsze wnosi coś innego. Na każdej z nich poznaje się nowych ludzi, dzielimy się wieloma tematami i zawsze jest sympatycznie. A jeśli widzi się i słyszy, że uczestnikom się podoba – to satysfakcja jest pełna.

Są jakieś zasady na Twoich wycieczkach? Jak i czy się dzieli grupa, jakie są prędkości podczas jazdy?

Zasady są trzy: jedziemy razem, zawsze bardziej doświadczeni motocykliści są proszeni o pilnowanie tych słabszych i zawsze trzymamy tempo pod najsłabsze maszyny (najczęściej są to te o pojemności 125).

Czy na Twoje wycieczki jeżdżą też motocyklistki? Ile ich było do tej pory i czy były zadowolone?

Odkąd rozeszła się wieść o moich wydarzeniach i nie ma dyskryminacji ze względu na pojemność, i moc motocykla oraz na umiejętności – to zauważyłem, że z imprezy na imprezę dołącza się coraz więcej dziewczyn. I zawsze to przynosi jakieś urozmaicenie. A jeśli jakaś dziewczyna nie ma motocykla, to zabieramy ją jako „plecak”. Czy są  zadowolone? Myślę, że tak, dlatego że coraz większa ilość koleżanek stawia się na  kolejne  wypady. I z tego miejsca pragnę zachęcić wszystkie panie, aby się nie bały i dołączały do nas podczas kolejnych wypadów. Zawsze służymy pomocą!

Zdarza Ci się jakiś motocykl zgubić?

Z reguły nie, ale jeśli już do tego dojdzie, to zawsze robimy 2 postoje między całą trasą i wtedy, gdy kogoś brakuje, to organizujemy „grupę pościgową” i eskortujemy do „zgubę” do reszty. 

Na ile profile społecznościowe i fora dyskusyjne pomagają w takich akcjach? Czy bez nich coś takiego, jak wspólne, motocyklowe wycieczki byłyby możliwe?

Moje zdanie jest takie, że bez portali społecznościowych nie da się tak sprawnie działać i w ogóle coś zorganizować. Bo właśnie przez internet najlepiej można dotrzeć do odpowiedniej i dużej grupy ludzi z informacją.

Chciałem przy okazji podziękować wszystkim, którzy mi zaufali i zawsze zjawiają się na moich wydarzeniach. I obiecuję, że będę dalej dążył do tego, żeby takie niedzielne wypady, motoinwazje i mój nowy pomysł – niedzielne objazdówki, sprawiły by dolnośląski motocyklizm rósł w siłę!

Czy każdy może podjąć się takiej akcji prowadzenia wycieczek? Masz jakieś dobre rady?

Jeśli ktoś ma zapał i chęć do tworzenia czegoś – to zawsze mu się uda! Jeśli mogę dać jakieś rady, to zawsze dobrze jest mieć kogoś zaufanego do pomocy na początek i nie dyskryminować motocyklistów, którzy jeżdżą mniejszymi maszynami. Zawsze będę uważał, że nie ważne czym jeździsz, ważne, że to kochasz! 

Najnowsze

Gosia Rdest ósma na Red Bull Ringu

W ostatni weekend na austriackim torze Red Bull Ring odbyła sie trzecia runda zawodów Audi TT Sport Cup. Startująca z 12 pola Gosia Rdest odrobiła aż cztery pozycje i finiszowała na ósmym miejscu.

Gosia Rdest coraz pewniej czuje się za kierownicą Audii TT. Podczas piątkowego wolnego treningu wykręciła jedenasty czas, w kwalifikacjach była dwunasta. 

Już na pierwszym okrążeniu sobotniego wyścigu awansowała o dwa oczka, a następnie wyprzedziła Shauna Tonga i Kaana Öndera. Finiszowała na ósmym miejscu w generalce i jako druga kobieta w stawce. Szybsza była Rachel Frey, zawodniczka, która od lat związana jest z Audi. 

W niedzielę na Red Bull Ringu nastąpiła drastyczna zmiana pogody. Wyścig Audi TT Sport Cup rozegrano podczas ulewnego deszczu. Widoczność ograniczały też mocno zaparowane szyby, na które narzekało wielu zawodników. 

Gosia Rdest startowała z 17 pola. Po piątym okrążeniu na torze wywieszono czerwoną flagę. Powodem był groźny karambol, w którym uczestniczyło sześć pucharowych TT-tek. Żaden z kierowców nie odniósł obrażeń. Gosia jechała pierwszym samochodem, który bezkolizyjnie ominął miejsce wypadku. Organizatorzy przyznali połowę punktów za wyścig, Polkę sklasyfikowano na 17 miejscu.

„Z sobotniego wyścigu jestem bardzo zadowolona, udało się zyskać cztery oczka w górę, do tej pory w Audi to mój najlepszy bilans wyprzedzeń. Po raz pierwszy jeździłam Audi po torze który znam, na którym czuję się dobrze, myślę że ten fakt również dawał mi przewagę. Samochód prowadził się bardzo dobrze, robił wszystko, co chciałam. Inżynier spisał się świetnie, na piątkę z plusem. Miałam kilka szans na awans jeszcze o dwa oczka, ale popełniłam dwa błędy, zaczął się przegrzewać samochód, temperatura skrzyni biegów i temperatura wody. Musiałam jechać rozsądnie i odpuścić kolejne ataki. W samochodzie było bardzo gorąco, ale dobra forma fizyczna ułatwia ściganie się w takich warunkach. W niedzielę pogoda zdeterminowała przebieg wypadków. Ciężko to nazwać ściganiem, była to moja pierwsza jazda aż w takim deszczu. Na początku wydawało się, że nie będzie tak źle, ale z okrążenia na okrążenie było coraz gorzej, zaczynało coraz bardziej padać, mieliśmy cztery okrążenia za safety carem. Na piątym okrążeniu organizatorzy zdecydowali się wznowić wyścig. Safety car zjechał, ale wyścig trwał może 100 metrów, bo już po pierwszym zakręcie sześć aut miało kolizję, z czego jedno praktycznie spłonęło. Byłam pierwszym autem, które mijało ten karambol, cieszę się, że mój samochód nie ucierpiał. Emocje były niesamowite.” – mówiła Gosia Rdest po wyścigu.

Najnowsze