Test Ford Fiesta Black Edition 1.4 EcoBoost: bo to co nas podnieca, to się nazywa Fiesta!
motocaina.pl

Test Ford Fiesta Black Edition 1.4 EcoBoost: bo to co nas podnieca, to się nazywa Fiesta!

15 czerwca 2015
20
Nie musisz być właścicielem drużyny piłkarskiej, ani mieć konta w Szwajcarii, aby cieszyć się świetnym samochodem. Ale to, co musisz mieć, to świadomość, że nie zawsze „najdroższy” oznacza „najszybszy”. Ford w swojej jaskini skarbów trzyma prawdziwą perłę. Nam udało się ją wydobyć na powierzchnię. Od tej pory wiemy jedno: już nic nie będzie takie, jak dotychczas.

Patrząc z boku na jej ponętne kształty ciężko się domyślić, że jest nieprzerwanie produkowana od 1976 roku. Tak długa kariera na rynku to jednak nie tylko zasługa wyglądu, który na przestrzeni tych wszystkich lat zmieniał się jedynie kilka razy, ale przede wszystkim udanej konstrukcji. Wprawdzie dziś gościmy na rynku ósmą generację tego usportowionego malucha, to kolejna operacja plastyczna nie wywróciła jego wizerunku do góry kołami. Kto jednak lubi nieduże kobiety z pazurem, może udać się do salonu i dać się uwieść wersji ST będącej prawdziwym sportem ekstremalnym. Jednak dla  koneserów wzornictwa, którzy nie lubią zlewać się z tłumem, Ford przygotował creme de la creme, czarny charakter dosłownie i w przenośni. Ford Fiesta Black Edition, bo tak brzmi jej pełne imię, nie jest najszybszym wcieleniem nowej Fiesty, ale z pewnością uwodzi najskuteczniej. Czarnym kolorem nadwozia połączonym z czernią aluminiowych felg może i Ford prochu nie wymyślił, ale już dorzucając barwiony na czerwono dach, lusterka boczne oraz atrapę chłodnicy w tym kolorze, całkiem skutecznie namieszał. Projektanci nie potrafili się jednak zdecydować, czy Fiesta w tej palecie barw będzie wyglądać na szybszą, czy na bardziej drapieżną. Dlatego postanowili rozwiązać ten problem w taki sposób, w jaki by to zrobiła każda kobieta. Bo jeżeli nie wiesz, którą wybrać sukienkę, po prostu warto wziąć dwie. Dlatego oprócz wersji Black Edition można się decydować również na Red Edition. Moje myśli jednak krążą wokół „czarnoskórej” piękności.

Wnętrze - coraz cieplej
Drapieżny wygląd nowej Fiesty ma swoją kontynuację we wnętrzu samochodu. Na próżno tu szukać skóry czarnej, niczym przeszłość Andrzeja Gołoty, no i projektant nie poszedł po najmniejszej linii oporu. Materiałowa tapicerka jest tańsza i jednocześnie trudniejsza w utrzymaniu, jednak nietuzinkowa faktura jest znacznie ciekawsza. Tu nic nie jest dziełem przypadku, a dobrze przemyślanej strategii. Dlatego czerń miesza się tu z czerwienią i jakikolwiek inny kolor ma surowy zakaz wstępu. Fotele już na pierwszy rzut oka zdradzają, że na zakrętach będą trzymać nasze ciała w żelaznym uścisku. Od tylnej kanapy takich deklaracji ciężko oczekiwać, ale też mało mnie to interesuje. Wiem, że kierownicy łatwo nie oddam, chociaż jeszcze nie obudziłam ze snu silnika. Zanim jednak ruszę w nieznane, spoglądam do bagażnika. Pojemność 281 litrów nieco ogranicza mój zapał do pakowania się w podróż, ale ciekawym rozwiązaniem kufra jest podwójne dno, które umożliwia bezpieczne przewożenie delikatnych przedmiotów.

Jazda - ognisty podmuch
Ford Fiesta Black Edition to jednak nie tylko szykowna, czarno-czerwona kreacja. To również, a może przede wszystkim, doskonały i jedyny w swoim rodzaju silnik EcoBoost (trzykrotny zwycięzca Engine of the year). Z benzynowej jednostki o symbolicznej pojemności 1.0 producent wycisnął - uwaga - całe 140 KM!  Taka moc z jednego litra to lepszy wynik, niż zdołał osiągnąć Bugatti Veyron (1001 KM z silnika o pojemności 8.0). Oczywiście to nie zasługa magicznej sztuczki, a zaawansowanej technologii, którą Ford, jak wskazują powyższe liczby, opanował do perfekcji. Zmodyfikowano zatem ustawienia turbosprężarki, faz rozrządu i przepustnicy, a wszystko po to, aby świat zza kierownicy wydawał się piękniejszy. Tyle na papierze, a jak jest w rzeczywistości?

Po uruchomieniu silnika nie słychać zwierzęcego ryku, układ wydechowy też nie daje o sobie znać gremium przechodniów. Ku mojemu zdziwieniu spod tylnego zderzaka nie zerka na świat chromowana końcówka układu wydechowego grubości gazociągu. Jest cicho, grzecznie i spokojnie, zupełnie jak w klasycznym egzemplarzu. Ale zawczasu przestudiowałam specyfikację techniczną i wiem, że to tylko oscarowa gra pozorów. Wrzucam pierwszy bieg, aby ruszyć z miejsca, a dźwignia zmiany biegów posłusznie maszeruje na wskazane miejsce. Przełożenia są krótkie i wskakują wybitnie precyzyjne w swoją przestrzeń, nawet gdy kolejny bieg będziemy wrzucać szybko niczym Leszek Kuzaj. Tu nie ma miejsca na chwilę zawahania, wszystko musi działać tak, aby uśmiech z ust kierowcy nie znikał ani na chwilę. I mój nie znika, wręcz przeciwnie, rośnie z każdą minutą. Silnik Fiesty Black Edition generuje dość wysoki jak na tę pojemność jednostki moment obrotowy (180 Nm), który jest dostępny w bardzo szerokim zakresie obrotów: od 1400 aż do 5000 obr/min. W efekcie samochód wręcz wyrywa się do przodu, a ja nie mam serca tłumić jego potencjału. Popuszczam lejce, naciskam gaz i pozwalam 140 koniom nabierać rozpędu. Mały silnik bardzo chętnie wchodzi na wysokie obroty, ale to nic, wrzucam kolejny bieg. Niestety zabawa kończy się na piątym przełożeniu, smutek zalewa moją twarz. Szkoda, bo 6-biegowe skrzynie biegów powoli stają się codziennością - tak mile widzianą w każdym samochodzie.

Jednak ten mały minus szybko można puścić w niepamięć, ze względu na wręcz genialne zawieszenie. Wprawdzie Ford zdążył już z niego zrobić swój znak rozpoznawczy, ale to nadal bardzo miła niespodzianka. Samochód fenomenalnie trzyma się drogi - napęd ma na przednią oś. Nawet na bardzo ostrych zakrętach ani na chwilę nie traci przyczepności, o nadsterowności nie wspominając. I nawet przy większych prędkościach rozwijanych na autostradzie zachowanie zawieszenia nie ulega zmianie, chociaż samochód jest lekki jak dmuchawiec (1016 kg). Fiesta Black Edition prowadzi się niezwykle pewnie i stabilnie. Przy prędkości powyżej 140 km/h w kabinie pasażerskiej robi się naprawdę głośno, a zużycie benzyny przekracza 10 litrów na setkę - ale ten samochód dostarcza tyle radości, że jestem w stanie mu wybaczyć dosłownie wszystko.

Werdykt - nie dopuścić do rozstania
Przez cały okres trwania testu nie mogłam się opędzić od męskich spojrzeń. Odpowiedziałam również na setki zaczepek. Nieważne czy pojawiłam się na stacji benzynowej, czy na parkingu przed supermarketem: wszyscy chcieli wiedzieć, co to za edycja Fiesty i jak dużą moc skrywa pod maską. A przecież to po prostu Ford Fiesta, a nie Ferrari (swoją drogą moim zdaniem o wiele od włoskiego superauta ładniejsza). Aby móc przeżyć równie wspaniałą przygodę co ja, wystarczy mieć 67 500 złotych. Za taką kwotę otrzymamy egzemplarz z nieco mniejszym, bo 125-konnym zapasem mocy. Za silniejszą, 140-konną Fiestę Black Edition trzeba zapłacić 69 150 złotych. Obecnie trwa jednak promocja - warto nieco zgłębić wiedzę na temat nowych cen. Złośliwi powiedzą, że to zbyt duża kwota jak za samochód takich gabarytów. Ja Wam powiem, że to najlepiej wydane pieniądze, jeżeli chcemy mieć trzy samochody w jednym. Bo decydując się na zakup tej drapieżnej kotki zyskujemy wygodne auto do miasta, świetną zabawkę, a przede wszystkim obiekt zainteresowania wszystkich dookoła.

Na TAK:
- bardzo ładny wygląd zewnętrzny;
- świetne zawieszenie;
- doskonały układ kierowniczy.

Na NIE:
- kokpit wykonany z tworzywa na wysoki połysk, na którym zostają odciski palców;
- zbyt twarde szwy na kierownicy.

Ford Fiesta Black Edition 1.4 EcoBoost - dane techniczne:
Silnik – turbodoładowany, benzynowy, R3
Pojemność – 999 cm3
Moc – 140 KM
Moment obrotowy – 180 Nm przy 1400 – 5000 obr/min
Skrzynia biegów – manualna, 5 - biegowa
Napęd – na przednią oś
Przyspieszenie 0-100 km/h – 9 sekund
Pojemność bagażnika – 281 litrów
Pojemność zbiornika paliwa – 45 l
Masa własna – 1016 kg
Długość/szerokość/wysokość – 3969/1978/1495 mm

    Komentarze

    Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Twój może być pierwszy!