Katarzyna Frendl
Redaktor

Test Alpine A110 - majstersztyk!

02 marca 2019
13
Alpine A110, to jeden z tych samochodów, którego testu nie mogłam się doczekać. Jest bowiem potomkiem legendy - auta, które królowało na trasach rajdowych w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Przed Francuzami stało więc niezwykle trudne zadanie wszczepienia wyjątkowego ducha w pojazd, który musi spełnić wszystkie wymagania nowoczesnego kierowcy.

Samochód od samego początku wywołuje ciarki na plecach. Jego smukła, ale jednocześnie atletyczna sylwetka jest kompletnie różna od tego, co spotkać możemy na ulicy. Bezpośrednich nawiązań do słynnego przodka jest bardzo dużo. Uwagę przykuwają przede wszystkim podwójne reflektory i biegnące przez środek maski żebro, które nadaje dynamikę lekkiemu nadwoziu. Maska jest w tym przypadku stwierdzeniem nieco mylącym, ponieważ z przodu znajduje się bagażnik, a silnik w Alpine A110 umieszczony jest centralnie, za plecami kierowcy i pasażera. Bardzo nisko poprowadzona linia dachu kończy się zgrabnym „kuperkiem”, którego zwieńczeniem jest delikatny spojler. Stylistycznych i historycznych nawiązań jest więcej. Specjalny lakier „niebieski Alpine” jest wizytówką samą w sobie, a emblematy w kolorach francuskiej flagi nie pozostawiają wątpliwości, skąd pochodzi to ekstrawaganckie coupe.

Cu-de-ńko!
Dwuosobowy kokpit nie ma w sobie grama praktyczności, ale to jest w nim właśnie wspaniałe. Samochód ma przede wszystkim wywoływać emocje i to już od momentu otwarcia drzwi. Do wnętrza wsiada się niezbyt wygodnie - nisko, ale to norma w tego typu autach. Sportowe fotele kubełkowe Sabelt niemal dotykają ziemi, dlatego kierowca powinien mieć zdrowe kolana. Fotele ważą jedyne 13 kilogramów każde i dają się regulować tylko w płaszczyźnie poziomej, ale po zajęciu miejsca w klaustrofobicznie ciasnej kabinie i tak nie bylibyście w stanie bawić się ustawieniami siedziska. Do tego auta lepiej ubrać się w spodnie, bo wysiadając z niego można stracić całą godność. Jeśli jakimś trafem usiądziecie w fotelu pasażera, poproście kierowcę, by podał wam rękę przed opuszczeniem auta. Kabina została dokładnie wyłożona skórą i alcantarą, a elementy deski rozdzielczej wykonane zostały z włókna węglowego.

Wszystko wygląda schludnie, sportowo i niezwykle stylowo. Pozycja za kierownicą wymusza na kierowcy chwyt oburącz, bo tak zwyczajnie jest najwygodniej. Alpine jest wyposażone w zamykany schowek przed pasażerem oraz półkę pod konsolą centralną, w której możemy trzymać na przykład rękawiczki. Jest nawet kieszonka na smartfon lub kluczyk, ale jeśli przyjdzie wam ochota na kawę, będziecie się musieli zatrzymać, bo producent nie przewidział miejsca na kubek. I bardzo dobrze. Alpine - jeśli nie na torze - to najlepiej czuje się przed ekskluzywną kawiarnią, a wy, popijając południowe cappuccino będziecie mogli w spokoju napawać się widokiem swojego samochodu. Brzmi to nieco narcystycznie, ale wierzcie mi, to auto mogłabym stawiać w salonie i patrzeć na niego godzinami.

I jak tu nie kochać?
Jeśli przez głowę przemknie wam myśl, że ta cudowna niepraktyczność może być wadą francuskiego coupe, straci ona kompletnie znaczenie w momencie, gdy wciśniecie czerwony przycisk START. Za plecami obudzi się wtedy do życia nowa jednostka Renault o pojemności 1,8 litra. Motor w pewnym sensie znany jest z modelu Renault Megane RS, ale przedstawiciele Alpine przekonują, że jedynie dół silnika jest wspólny, a głowica i cały osprzęt zostały ponownie opracowane na potrzeby małej karoserii A110. Za sprawą aktywnego układu wydechowego za plecami słyszymy nieustające prychanie, kichanie, gwizd i łoskot, jakby do tłumika wsypano garść gwoździ. Surowe i charczące brzmienie zespołu napędowego nie pozostawia złudzeń, że mamy do czynienia z najprawdziwszym samochodem sportowym. Niska masa, w połączeniu z napędem na tylną oś i mocą 252 KM, tworzy mieszankę wybuchową. To maleństwo przyspiesza do 100 km/h w 4,5 sekundy! Takie wartości zarezerwowane są dla samochodów wyczynowych! Sposób, w jaki auto nabiera prędkości jest niewiarygodny. Automatyczna skrzynia zmienia biegi błyskawicznie, ale sportowo zauważalnie. Jej charakterystyka została tak dopracowana, abyśmy byli pewni, że dany bieg właśnie został zapięty. Powiem szczerze, że bardzo dawno nie prowadziłam samochodu, w którym krzyczałabym z radości.

Jazda Alpine A110 jest trochę jak zabawa z młodym niedźwiedziem. Niby to małe, śliczne i niewinne zwierzątko, ale jeśli przeholujemy z zabawą może nas skaleczyć ostrymi pazurami, bo nie czuje jeszcze swojej siły.

Tryb Normal sobie darujcie, chyba że wracacie w nocy do domu i nie chcecie budzić sąsiadów. Jedynym słusznym ustawieniem jest Sport i powinno być domyślnym po uruchomieniu silnika. Samochód staje się wtedy narowisty i prowokujący, ale nad bezpieczeństwem kierowcy czuwają systemy, dzięki którym może poczuć się mistrzem kierownicy, bez obawy o konsekwencje. Przy dynamicznym starcie lub na wyjściu z zakrętu, tył lubi się uślizgnąć, ale samochód cały czas daje się kontrolować. W tej konfiguracji aktywuje się także układ wydechowy, który poprzez specjalną membranę przenosi wrażenia dźwiękowe do kabiny. Przycisk zmiany trybu jazdy kryje jeszcze jedno ustawienie - Track, ale moim zdaniem ten tryb powinien nazywać się „Are You Nuts?”.  To opcja dla odważnych i doświadczonych kierowców i jeśli nie spisaliście wcześniej testamentu, nie bawcie się regulatorem. Po jej uruchomieniu komputer wyłącza wszystkie wspomagacze i zdani będziecie jedynie na własne umiejętności. Alpine z małego misia zmienia się w dorosłego Grizzli, który po przegryzieniu łańcucha z pewnością odgryzie wam głowę. Tu trzeba mieć refleks rewolwerowca i szybkie ręce, by zapanować nad rozwścieczonym pojazdem. Na szczęście, jednym ruchem da się wrócić do cywilnych ustawień i A110 znów staje się wesołym, choć wciąż wymagającym autem.

Czyli jaki?
Ile kosztuje przyjemność jazdy francuskim sportowcem? Testowana przeze mnie seria Premiere Edition, wyprodukowana w liczbie 1955 egzemplarzy rozeszła się na pniu. Obecnie zamawiać można auta w specyfikacji Pure i Legend, różniące się jedynie opcjami wyposażenia. Samochód kosztuje 256 tysięcy złotych i uważam, że to niewygórowana kwota za styl i szaleństwo jakie daje to fantastyczne małe auto. Zużycie da się utrzymać na przyzwoitym poziomie 11-12 litrów na 100 kilometrów i to w trybie Sport, bo jak wspomniałam to on jest właściwym do podróży.

Kiedy oddawałam samochód po tygodniowym teście czułam się jak dziecko, któremu zabrano zabawkę… Najlepszą zabawkę. Alpine A110 miał być nawiązaniem do legendy rajdowej z lat siedemdziesiątych. Inżynierom ta sztuka udała się w stu procentach. W wyniku ich pracy powstał samochód kompletnie niepraktyczny, ale też cudownie fascynujący. Samochód, kompletnie oderwany od szarej codzienności i tak bardzo pociągający, że będę za nim tęsknić.

NA TAK
- nawiązanie do historycznej A110;
- świetny układ napędowy;
- frajda za kierownicą;
- cudownie niepraktyczny.

NA NIE
- słaba ergonomia kabiny;
- ciasne wnętrze pozbawione schowków na drobiazgi.

Dane techniczne Alpine A110

Silnik:

Benzynowy, doładowany R4

Pojemność skokowa:

1798cm3

Moc:

252 KM przy 6000 obr./min

Maksymalny moment obrotowy:

320 Nm przy 2000 - 5200 obr./min

Skrzynia biegów:

Automatyczna dwusprzęgłowa , 7 biegów

Prędkość maksymalna:

250 km/h

Przyspieszenie 0-100 km/h

4,5 s

Długość/szerokość/wysokość:

4180/1980/1252 mm

Komentarze

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Twój może być pierwszy!
Podobne artykuły

Motocaina na Youtube

Najnowsze artykuły

Motocaina na Instagramie

Gorące dyskusje