Świat Ferrari przeżywa oblężenie

Przed nami ostatni wyścig Formuły 1 w tym sezonie. Abu Dhabi już wita zespoły i fanów tego sportu.

 

Można poznawać tor na rowerze…
fot. Ferrari

Podczas gdy teamy przybywają do Abu Dhabi przed decydującą rozgrywką kierowców, Ferrari World Abu Dhabi został otwarty na początku tygodnia dla publiczności. Jak podaje oficjalny serwis włoskiego teamu pierwsze dni przeszły wszelkie oczekiwania. 20 futurystycznych atrakcji w parku tematycznym odwiedziły już tysiące motoentuzjastów. Sukces przekłada się oczywiście na wyniki finansowe. Sklep Ferrari odnotowuje najwyższą sprzedaż, o wartości przekraczającej o ponad 40% obrót najlepiej prosperującego sklepu tej firmy na świecie.

Abu Dhabi jest już oczywiście gotowe na serię wydarzeń przed niedzielnym, ostatnim Grand Prix 2010. Wśród atrakcji przygotowano konkurencję dla dziennikarzy motoryzacyjnych, którzy będą walczyć w kwalifikacjach w symulatorach F10. W czwartek rano czerech najlepszych rzuci wyzwanie Fernando Alonso i Felipe Massie na torze Yas Marina.

My możemy zaznajomić się z torem, za pośrednictwem Marka Webbera, jednego z pretendentów do tegorocznego tytułu.

Najnowsze

Wyraź opinię o Shoei i wygraj konkurs!

Jeżeli jeździsz w kasku Shoei i chcesz otrzymać jego darmowy serwis, weź udział w konkursie organizowanym przez producenta. Jedyne, co musisz zrobić, to podzielić się opinią o swoim kasku z firmą Shoei.

 

fot. motocaina

Firma Shoei od 1959 roku wprowadza najnowsze technologie i ciągle udoskonala swoje produkty. Zadowolenie i satysfakcja klienta dla niej jest dla najważniejsza, dlatego chce poznać również opinię klientów firmy o swoich kaskach. Jeżeli więc jeździsz na motocyklu w kasku od japońskiego producenta, napisz o nim opinię. Jeżeli zostanie ona uznana za najciekawszą, zostaniesz nagrodzona:

1. nieodpłatnym serwisem swojego kasku

2. nowym: wizjerem, pinlockiem, wymiennymi elementami wnętrza, mechanizmami wizjera i wentylacji

3. oryginalną torbą na kask SHOEI

Ponadto spośród wszystkich nadesłanych testów zostaną rozlosowane dwa wizjery do opisywanych kasków. Najciekawsze opisy zostaną umieszczone na stronie internetowej shoei-europe.pl i profilu firmy na facebook’u.

Opinie wraz ze zdjęciami kasku należy przesyłać do 1 lutego 2011r. na adres e-mail: kontakt@shoei-europe.pl

Najnowsze

Asi oko na Maroko – relacja część III

W trzeciej części relacji Joanny Modrzewskiej z RMF FM Marocco Challenge przeczytacie o tym, jak łatwo marzenia mogą odbiec od rzeczywistości, a pozornie zwykła droga może stać się udręką...

fot. terenowo.pl

W hotelu bałam się zdjąć buty. Kiedy wreszcie się na to zdecydowałam oczom moim ukazał się straszliwy balon okraszony wewnętrznymi wylewami. Uwolniona noga puchła w zastraszającym tempie. Na dodatek organizatorzy umieścili mnie na pierwszym piętrze, co nie ułatwiło logistyki. Starałam się chłodzić nogę i jednocześnie przygotować motocykl do wyścigu po wydmach.

Śnieżynka zniosła upadek znacznie lepiej ode mnie. Miała tylko kilka nowych zadrapań. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogę w nim nie wystartować. Późno w nocy przyjechali lekarze. Jeden z nich obejrzał moją nogę, stwierdził wylewy po zerwaniu torebki stawowej, zbicie, ale nic nie mówił, że może być złamana. Padłam na wyro i zasnęłam natychmiast, niestety pod włączoną klimą, której nie miałam siły wyłączyć.

Rano noga przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy. Od razu wiedziałam, że do buta nie wejdzie. Mimo to spróbowałam go włożyć. Wszyscy wyjechali na wyścig na wydmach a ja zostałam wściekła z nogą w hotelowym basenie. Na dodatek przyplątał się jakiś sfrustrowany typ (przez grzeczność nie zdradzę jego tożsamości), który złośliwie zapytał się czy nie lepiej było by od razu pojechać pod palmę, zamiast zapisywać się na rajd. Tylko kontuzja i brak możliwości szybkiego ruchu ocaliły „limo” tego gościa. W takich wypadkach żałuję, że nie mam pozwolenia na broń. Atmosfera zgęstniała.

„Okazało się, że quady i motocykle radzą sobie o wiele lepiej niż samochody.”
fot. terenowo.pl

Moi koledzy z Funriders team (ci, którzy już nie mieli na czym jechać) zabrali mnie na wydmy, a hotelowy barman do woreczka na kask dosypał mi lodu bym mogła chłodzić mojego kulasa. Wjechaliśmy naszą serwisową Navarą na szczyt jednej z wydm, tak, że mogliśmy oglądać zmagania na trasie. Okazało się, że quady i motocykle radzą sobie o wiele lepiej niż samochody. Auta kończyły dopiero pierwszą 20.- kilometrową pętlę, kiedy quady i motocykle zaliczyły już po trzy.

Wycieczka niestety nie zrobiła mi za dobrze zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Do hotelu wróciłam załamana. Tak bardzo cieszyłam się na wyścig po wydmach i nie mogłam w nim wziąć udziału. Wieczorem w hotelu było bardzo miło, przynajmniej sto razy opowiadałam historię mojej kraksy. Ogromna większość uczestników okazywała mi bardzo dużo sympatii. Dodatkowo, do problemów z nogą doszedł jeszcze ból gardła z powodu klimy w pokoju. Zaczęłam się dezintegrować…

„Chęć ukończenia pozostałych etapów zwyciężyła…”
fot. terenowo.pl

Rano przy pomocy Piotrka Zelta wcisnęłam się w buty, robiąc mały show przy basenie. Kiedy już miałam je na nogach zapytałam się organizatorów, czy etap będzie trudniejszy niż te, które do tej pory jechałam. Otrzymałam odpowiedź negatywną i ku zdziwieniu wielu uczestników poszłam się dalej ubierać.

Robiłam dobrą minę do złej gry, bo noga bolała mnie strasznie. Jednak chęć ukończenia pozostałych etapów zwyciężyła. Dziś przyznaję – to był błąd, ale nadal przez myśl mi nie przeszło, że noga może być złamana.

 

„Robiłam dobrą minę do złej gry.”
fot. terenowo.pl

Jechało mi się kwadratowo. Miejsca, które normalnie przeleciała bym z przysłowiowym palcem zaczęły stwarzać problemy. Dodatkowo w pewnym momencie pojawił się strach przed podparciem się prawą nogą, upadkiem itp. Pojawiły się wydmy. Najpierw jechało mi się po nich nieźle, chociaż Śnieżynka wykazywała pierwsze słabości. W kilku miejscach niestety upadłam, a Witek pomagał mi podnosić moto. Chyba w tym momencie przestała też funkcjonować mi głowa. Psycha siadła mi do końca.

Biedny Witek musiał się przebiec po wydmach, żeby dokończyć za mnie fragment po piasku. Złoty chłopak! Ja natomiast miałam trochę radości, bo zabrałam się rajdówką na te ostatnie kilkaset metrów. Dalej nie było wiele lepiej bo pojawiła się bardzo kamienista przełęcz i znowu musiałam szukać pomocy u „obcych”.

„Noga bolała mnie strasznie”
fot. terenowo.pl

Zjazd po wielkich głazach tego dnia mnie przerósł. Najgorsze jest to, że wszystkie te „przerażające” elementy w normalnej kondycji stanowiłyby niezbyt wielki problem. Na skutki takiej kondycji psychofizycznej nie trzeba było długo czekać. Na kilka kilometrów przed metą liczącego niespełna 200 km etapu wywaliłam się na głazach, które naprawdę były prozaiczne.

Tym razem Śnieżynka odniosła poważne obrażenia. Kierownica zgięła się o 90 stopni i na dodatek spadł łańcuch z zębatki zdawczej. Musiałam się poddać. Wierzcie mi, ten etap kosztował mnie więcej sił niż dwa poprzednie.

 

fot. terenowo.pl

Moja Yamaha ten etap ukończyła na dachu samochodu pań sponsorek z firmy Hella gdzie włożył ją sprytnie ich opiekun Mario przy pomocy chłopaków z terenowo.pl.

Jeszcze raz wielkie dzięki! Do hotelu wróciłam jako „turysta”. cdn…

 

Najnowsze

Supersamochód z Belgii

Pewnie zastanawiacie się, co to za auto takiej niepowtarzalnej urody. Macie prawo nie wiedzieć co to jest, samochód bowiem pochodzi aż z Belgii, a ta czarna piękność na zdjęciu to konkretnie nowy model rocznikowy Gillet Vertigo 5 Spirit z nowym, mocniejszym „sercem".

Vertigo potrzebuje 3.3 sekundy do osiągnięcia pierwszej „setki”. A ma być jeszcze mniej…
fot. www.gilletvertigo.com

Tego nie da się ukryć – Gillet Vertigo nie należy do zbyt często spotykanych samochodów. Głównie z tego powodu, że powstaje w Belgii.

Ale zacznijmy od początku. Wszystko zaczęło się w 1994 roku, kiedy to belgijski kierowca wyścigowy, Tony Gillet założył firmę o nazwie Automobile Gillet. Od tej mniej więcej pory na rynku motoryzacyjnym istnieje model Vertigo, którego jeszcze przez chwilę aktualna generacja korzysta z 3.0-litrowego motoru V6 pochodzącego od Alfy Romeo.

Belgijski producent zdecydował się jednak na zmianę, by efekt był jeszcze bardziej porażający.

 

Jeszcze bardziej, ponieważ już w aktualnej wersji 350-konny silnik katapultuje belgijskie coupe ważące

…ponieważ pod maskę trafi V8 od Maserati!
www.gilletvertigo.com

990 kg do pierwszych 100 km/h w czasie 3.3 sekundy. Trudno sobie nawet wyobrazić, co będzie się działo, gdy pod maskę trafi większa widlasta ósemka o mocy 420 KM konstrukcji Maserati…

A tak właśnie będzie – Vertigo 2011 ma otrzymać właśnie ten motor. W dodatku, jak by tego było mało, samochód, dzięki nowym elementom z karbonu zrzuci trochę na wadze i teraz będzie ważył zaledwie 950 kilogramów.

Duże brawa dla Belgów – jest to naprawdę rewelacyjny wynik. Supersamochodów na rynku ważących mniej niż tonę można przecież na palcach jednej ręki policzyć.

Supersamochodów ważących mniej niż tonę można na palcach jednej ręki policzyć…
fot. www.gilletvertigo.com

Cała moc pochodząca od włoskiej V-ósemki, jak przystało na auto wyścigowe, za pomocą sześciobiegowej sekwencyjnej skrzyni biegów przekazywana jest na tylną oś.

Agresywny, nadsterowny charakter auta dopełnia równie niebanalna, poruszająca wyobraźnię sylwetka samochodu. Całość masywnego wyglądu uzupełniają obłędne 19-calowe felgi, które szczelnie wypełniają nadkola brytyjskiego „ducha”.

Automobile Gillet podkreśla, że Vertigo w nowym wcieleniu jest autem, które dostosuje się do indywidualnych potrzeb nawet najbardziej wymagającego klienta.

Pomysł na wnętrze ograniczony jest jedynie przez wyobraźnię klienta.
fot. www.gilletvertigo.com

 

Cóż, skoro już ktoś płaci 200 tysięcy euro (niecałe 800 tys. zł) za samochód, ma prawo wymagać. Tyle bowiem trzeba było zapłacić za ostatnią wersję tego niesamowitego coupe.

Póki co, nie wiemy, ile producent zażyczy sobie za model z silnikiem od Maserati. Jedno jest pewne – na zniżki nie mamy co liczyć…

 

 

 

Najnowsze

Asi oko na Maroko – relacja część II

Przedstawiamy Wam drugą część opowieści Asi Modrzewskiej z RMF FM Marocco Challenge. Tym razem będzie o drugim dniu rajdu, również o tym jak jechać  na motocyklu z obolałą nogą po wyschniętych korytach rzek oraz o tym, jak znaleźć miejsce na wykonanie porannej toalety na środku pustyni...

fot. Terenowo.pl

Po upojnej pustynnej nocy (jak zwykle było około zera i zmarzłam jak przysłowiowy pies) pobudka była wczesna. Rano miałam na sobie komplet ciuchów plus czapkę i rękawiczki. Na szczęście moja Yamaha jest w takich sytuacjach bezobsługowa i tylko musiałam się przyjrzeć (dosłownie) łańcuchowi i stanowi oleju w okienku – i już! Moje zbiorniki świeciły pustką. Na odprawie dowiedzieliśmy się, że w całym obozie nie ma paliwa, a najbliższa stacja benzynowa znajduje się w miasteczku, którego nazwy nie potrafią wypowiedzieć nawet lokalesi. My – jeszcze w kwietniu – nazywaliśmy je czule Hujumuju.

„Tak prozaiczne zajęcie jak poranna toaleta sprawiało nie mały problem…”
fot. Terenowo.pl

Organizatorzy przekazali nam, że w związku z brakiem paliwa oraz tym, że kilka załóg samochodów wyciągnęło się z błota dopiero o świcie, drugi etap będzie liczył tylko trzy zamiast czterech odcinków specjalnych. Bardzo się tym nie zmartwiłam, gdyż etap drugi i tak był najdłuższym w całym rajdzie.

Wróćmy jeszcze na chwilę na biwak do spraw absolutnie życiowych. Namioty rozstawione były na płaskim terenie bez jakichkolwiek krzaczków i większych głazów w zasięgu wzroku. Tak prozaiczne zajęcie jak poranna toaleta sprawiało nie mały problem. Skończyło się na tym, że wszyscy z ok. 200 uczestników pędzili na swoich sprzętach po horyzont, ale gdzie by się człowiek nie zatrzymał i tak widział sylwetki w pozycji zjazdowej. Do tego też się trzeba przyzwyczaić.

fot. Terenowo.pl

Wróćmy na trasę. Żeby dotrzeć do stacji paliw potrzebowałam choć trzy litry „wachy”. Dostałam ją od Maćka, jednego z serwisantów, który miał schowanych kilka kanistrów na „czarną godzinę” (właśnie nadeszła).

Pierwszy OS tego dnia rozpoczął się po zatankowaniu. Razem z Witkiem postanowiliśmy, że już nie będziemy się rozdzielać. Dla odmiany, tego dnia on miał kłopoty z odbiornikiem GPS. Po nocnej lekcji nawigacji chętnie przejęłam rolę pilota. Jechało mi się fantastycznie. Pędziliśmy po ścieżkach, szlakach i czasami na azymut po pustyni poprzecinanej jarami i ouedami (wyschnięte koryta rzek). Wierzcie mi, że taka jazda to kwintesencja afrykańskich rajdów. Człowiek czuje, że żyje! Po nocnych przygodach wszystko za dnia wydawało mi się banalnie proste. Nie myślcie, że było łatwo, zarówno Śnieżynka, jak i KTM Witka parę razy zaliczyły „gleby” – póki co, delikatne. Do czasu!

„Taka jazda to kwintesencja afrykańskich rajdów.”
fot. RMF FM

Tuż przed metą pierwszego i najdłuższego OS-u przy prędkości ponad 70 km/h zaliczyłam fatalny w skutkach upadek. Teraz na poważnie: wielokrotnie w myślach analizowałam tę sytuację. Po przejechaniu ouedu, w którym wyprzedziliśmy kilka samochodów droga się rozwidlała. Część uczestników rajdu pojechała prosto lecz ja byłam pewna, że musimy skręcić w prawo, co też uczyniliśmy. Jechaliśmy szlakiem, a ja dla potwierdzenia chciałam zmienić skalę odwzorowania na ekranie GPS-a. Zajęłam się przyrządami i jechałam jedną ręką. W jakiś idiotyczny sposób zboczyłam lekko ze ścieżki i kiedy podniosłam wzrok zobaczyłam tuż przed kołem spory głaz. Jedno co udało mi się zrobić to przesunąć ciężar ciała do tyłu i dodać gazu. Moto wraz ze mną efektownie wzbiło się w powietrze. Niestety lądowanie nie było już tak fajne. Ciągle prowadziłam jedną ręką i po zetknięciu z planetą skręciło mi się koło.

fot. Joanna Modrzewska

Dużo nie pamiętam, ale jadący za mną Witek miał mocno nietęgą minę, kiedy do mnie podbiegł. Niestety podczas upadku Śnieżynka mnie dogoniła i spadła na nogę. Byłam cała powykręcana i nie mogłam wydostać się spod motocykla. Od razu wiedziałam, że z nogą dobrze nie jest. Byłam też cała wstrząśnięta i poobijana. Do mety etapu dowlekliśmy się za samochodem, który prowadził Piotrek Zelt. Na mecie tego OS-a stała na szczęście karetka. Dostałam dwa Ketonale i wrócił mi humor. Muszę powiedzieć, że nadal jechało mi się bardzo dobrze.

„Pomimo nikłego kręgu światła, jakie dawała czołówka, Piotr jednak koło znalazł.”
fot. Terenowo.pl

Dwa kolejne OS-y zaliczyłam bez większych problemów, czułam tylko jak noga coraz bardziej puchnie w bucie. Godnym odnotowania wydarzeniem na tych odcinkach było przebycie przełęczy Belkassen po wielkich, ruchomych głazach. Zanim do niej dojechaliśmy cały czas popędzałam Witka, gdyż znałam ten odcinek z naszej wyprawy w kwietniu. Wiedziałam, że po ciemku na przełęczy lekko nie będzie. Kolejnym humorystycznym (jak dla kogo) punktem programu tego dnia było spotkanie załogi Piotrka Zelta biegającej po pustyni po ciemku i szukającej zgubionego koła. Pomimo nikłego kręgu światła, jakie dawała czołówka, Piotr jednak koło znalazł. Szczęściarz!

Po trzecim OS-ie, kiedy musiałam na chwilę zsiąść z motocykla, wiedziałam na 100 procent, że z nogą nie jest najlepiej. Ciągle jeszcze mogłam jechać, ale nie mogłam już chodzić. Ostanie 60 km dojazdówki do Merzougi było bardzo ciężkie. Noga bolała, mimo to padałam ze zmęczenia i jechałam zygzakiem. Z ulgą dotarłam do znanego mi hotelu Kasbah le Touareg. cdn…

Najnowsze