Skuter – hit czy kit?

Czy skuter może być wyznacznikiem wolności, przygody i adrenaliny? Większość z nas kojarzy go z tanim i wygodnym transportem po mieście oraz z dostawcami pizzy. Czy słusznie?

Gdy dodamy do tych skojarzeń nieco fantazji, okaże się, że taki skuter można wykorzystać na wiele innych sposobów. Na przykład pobić nim rekord prędkości, czy rekord długości jazdy, można zwiedzić na nim świat, albo stworzyć swój gang. To tylko niektóre pomysły na niestandardowe wykorzystanie tego pojazdu.

Swój udział w biciu Rekordów Guinessa na skuterze ma Polak – Piotr Głowacki z Bełchatowa, który w lipcu 2013 r. odbył podróż ze swojego rodzinnego miasta, aż do Międzyzdrojów. Następnie wykąpał się w morzu, wsiadł na skuter i udał się z powrotem do Bełchatowa – wszystko w zaledwie 24 godziny. Bicie rekordu Guinessa było częścią wyprawy „Bez snu, bez zmęczenia”, a celem Piotra było pokonanie poprzedniego wyniku w tej samej kategorii wynoszącego 968 kilometrów. Po 24 godzinach okazało się, że osiągi były jeszcze lepsze: 1062 przejechane kilometry!

Jego skuter, Gillera Runner z 2007 roku o imieniu Papak, uwielbia podróżowanie. Piotrek na skuterze był m.in. w Grecji i Egipcie, Rosji i w krajach skandynawskich. Wyprawa do Mongolii była kolejną, niestety nieudaną, próbą pobicia rekordu na najdłuższą podróż skuterem. Zawiódł niestety sprzęt, ale pewnie to nie koniec wyzwań, bo ani pustynia, ani śnieg Piotrka nie wystraszą!

Bicie rekordów na skuterze opieraja się obecnie raczej na długości jazdy. Są testem dla wytrzymałości maszyny i kierowcy. Jednak w historii bicia rekordów prędkości na skuterze miała swój udział także kobieta. Marlene Parker w wieku 22 lat pobiła rekord świata na torze Monza, na skuterze Lambretta; było to w 1965 roku. Do bicia rekordu zgłosiło się 67 kandydatek, jednak to Marlene, pracująca wtedy jako kierowca taksówki, miała zaszczyt wziąć udział w tym wyzwaniu. Osiągnęła prędkość 110 mil na godzinę (ok. 177 km/h).

Obecnie nadal powstają konstrukcje na bazie skuterów, które mają dostarczyć wiele adrenaliny. Przykładem może być dragster 2evil z dwusuwowym silnikiem spalinowym o pojemności 172 cm3, który osiąga 150 metrów w 6,5 sekundy. Maszynę wystawia się do startów w wyścigach customowych skuterów. Niestety na naszych torach mistrzostwa Polski skuterów nie są już rozgrywane, a startowała w nich z sukcesami m.in. Natalia Florek.

 

Przykładem sporej fantazji jest Colin Furze, brytyjski hydraulik, który postanowił pobić rekord prędkości na skuterze… dla niepełnosprawnych. Swoją konstrukcję oparł na elektrycznym wózku inwalidzkim i silniku ze swojego crossowego motocykla CR125 z 1997 roku. Przebudował mu ramę, dodał skrzynię biegów i wydech. W 2010 roku na torze wyścigowym Santa Pod Raceway, rozpędził się do prędkości 71,59 mph (115,19 km/h), poprzedni rekord wynosił 62 mph (99,76 km/h).

Obecnie w naszym kraju istnieje wiele klubów zrzeszających kierowców skuterów. Sporo się mówi o jedności motocyklistów, ale na jednakowe wsparcie w środowisku mogą liczyć kierowcy skuterów i … motopedów. W 2012 roku powstał film dokumentalny o gangu dziewczyn z Los Angeles, która jeździ motorowerami – The Gasskettes.

{{ vimeo(37114552) }}

Skuter nie musi być wolnym i nudnym pojazdem, jego ograniczenia są tylko w naszych głowach. Ulubionym cytatem wspomnianego wyżej Piotrka Głowackiego są słowa Paulo Coelho: „Świat należy do ludzi, którzy mają odwagę marzyć i ryzykować, aby spełniać swoje marzenia. I starają się robić to jak najlepiej”.

Najnowsze

Ewa Pertyńska

Latający samochód

Powrót do przyszłości? Nic z tych rzeczy! Abstrakcja? Do tej pory - jak najbardziej. Marzenie? Dla wielu kierowców samochodów, którzy mieli okazję choć raz utknąć w korku, latający samochód może zdecydowanie być spełnieniem marzeń.

            Okazuje się, że projekt latającego samochodu coraz śmielej przechodzi ze świata fantazji do świata realnego. Słowacka marka AeroMobil stworzyła maszynę, która ku zaskoczeniu wszystkich działa!

Nissan zachęca do śpiewania w samochodzie. Stworzył specjalną playlistę, która ułatwi powrót do

            Firma zaprezentowała już wcześniej inny model, AeroMobil 2.5, jednak zachowywał się niestabilnie i nie osiągnął zbyt wysokiego pułapu. Najnowszy projekt, nazwany 3.0, zadebiutował na Festiwalu Pionierów w Wiedniu. Robi wrażenie pojazdu (samolotu?), do którego rzeczywiście chciałoby się wsiąść.

            AeroMobil jest zaledwie jedną z pierwszych prób stworzenia latającego auta, ale można w nim dojrzeć pewne unikalne rozwiązania. Skrzydła chowają się w kadłubie maszyny, gdy nie są już potrzebne. Jest to dużo bardziej efektowne, niż w przypadku modelu Terrafugia, i w dalszym ciągu funkcjonalne.

            Niestety, AeroMobil nadal nie jest magicznym rozwiązaniem problemu utykania aut w korkach. Jako maszyna latająca wymaga licencji pilota, by móc nią sterować. Nie jest również dostępna w sprzedaży. Choć niewątpliwie nie ujmuje to w żaden sposób oszałamiającemego wrażenia, które robi, gdy jest w stanie zmienić tor jazdy z ulicznego na powietrzny.

            W tym momencie wymagane są uprawnienia na tego typu wynalazki. Ale skoro takie rozwiązania już się pojawiają, kto wie, czy w przyszłości nie zobaczymy wersji dostępnej dla przeciętnego kierowcy?

Najnowsze

Świat z bliska – na motocyklu w Wietnamie

Marta i Łukasz w swojej podróży dookoła świata odwiedzili Wietnam - opowiadają nam, jakie najdziwniejsze widoki napotkali.

Nowy Opel Mokka bez kamuflażu jest zwinny i energetyczny. Zobaczcie zdjęcia!
Marta Cwalina-Śliwińska i Łukasz Śliwiński w życiu i w podróżach przede wszystkim nie chcą żałować, że czegoś nie spróbowali. Dlatego ciągle szukają okazji do poznania i przeżycia czegoś nowego. Ich największa jak dotąd przygoda to 11-miesięczna podróż dookoła świata zorganizowana na własną rękę, którą opisują na blogu  www.swiatzbliska.pl. Poprzednio opowiadali nam o podróży motocyklami przez Nową Zelandię. Tym razem zgodzili się opowiedzieć o swojej wizycie w Wietnamie, gdzie również przemieszczali się na dwóch kółkach.

                                                                                                                                                                                                                                   

 

W Waszej wyprawie dookoła świata kilka razy przesiedliście się na jednoślady – między innymi w Wietnamie. Skąd decyzja o zwiedzaniu tego kraju właśnie na dwóch kółkach?

Musimy szczerze przyznać, że przed przyjazdem do Wietnamu w ogóle nie planowaliśmy zwiedzania tego kraju na motocyklach. Wydawało nam się, że nasze niewielkie jeszcze umiejętności (świeżo zdane prawo jazdy kategorii A i pierwsze kilometry przejechane po Nowej Zelandii) nie pozwolą nam na poruszanie się po tamtejszych drogach na dwóch kółkach. Jednak zaraz po przyjeździe do Sajgonu nadarzyła się okazja „nie do przepuszczenia” – dostaliśmy propozycję żeby zwiedzić Deltę Mekongu. Jak się okazało, najlepszym sposobem na tanie zwiedzanie bez zorganizowanej wycieczki było pojechanie tam właśnie na motocyklach. Zapachniało przygodą więc długo się nie zastanawialiśmy i ruszyliśmy w drogę.

Jaguar I-Pace doczekał się liftingu. Elektryczny napęd pozostał bez zmian

W jaki sposób weszliście w posiadanie motocykli w Wietnamie? Wypożyczyliście je? Kupiliście używane?

W Wietnamie motocykle czy skutery wypożycza się tak jak u nas rowery. Jest to zdecydowanie najbardziej popularny środek transportu więc pojazdy te są dostępne dosłownie wszędzie. O prawo jazdy nikt nie pyta. Czasem tylko (naprawdę nie jest to wymagane zawsze) trzeba pokazać, że ogarnia się jazdę na dwóch kółkach kręcąc kilka ósemek na placu przed wypożyczalnią. Jeśli potrafisz przyspieszyć, zahamować i skręcać, a do tego nie przewracasz maszyny przy tych manewrach, jest twoja! W naszym przypadku motocykl na wyprawę w Deltę Mekongu wypożyczył miejscowy chłopak poznany w ramach couchsurfingu, więc właściciel nas nawet nie widział (a tym bardziej naszych praw jazdy).

Jaguar I-Pace doczekał się liftingu. Elektryczny napęd pozostał bez zmian

Czy mieliście jakieś problemy z bezpieczeństwem? Nie było problemu z wypożyczeniem kasków czy stanem technicznym pojazdów?

Stan techniczny motocykla powinien być wystarczająco dobry, żeby można było na nim przejechać z punktu A do punktu B. Jeśli maszyna spełnia te wymogi to znaczy, że jest w stanie technicznym akceptowanym przez większość Wietnamczyków. Tak przynajmniej wygląda to z boku, bo o oficjalnych wymogach odpowiednich ministerstw oczywiście nie mamy pojęcia. Jednak widać gołym okiem, że wiele maszyn przemykających po drogach Wietnamu nie spełnia nawet minimalnych wymogów bezpieczeństwa. Często brakuje im lusterek, świateł mijania, stopu czy migaczy, a opony miewają tak łyse, że aż strach. Zdarza się też, że nie działa nawet prędkościomierz (tak było w naszym przypadku). Na szczęście zdecydowana większość kierowców jeździ w kaskach, więc chociaż w ten sposób się chronią. Natomiast jest jeden element wyposażenia, bez którego nikt nie odważy się włączyć do ruchu drogowego – a jest nim klakson! O tym dlaczego odpowiadamy w następnym pytaniu.

Jakie było Wasze pierwsze wrażenie w ruchu ulicznym w Azji?

Nasze pierwsze spotkanie z ruchem ulicznym w Wietnamie miało miejsce w Ho Chi Minh i musimy przyznać, że nie mogliśmy uwierzyć w to co zobaczyliśmy. Po pierwsze okazało się, że nadrzędną, zawsze obowiązującą i jedyną zasadą, którą w Wietnamie znają i przestrzegają wszyscy jest „Większy ma pierwszeństwo!” Każdy (zarówno miejscowy jak i turysta), który chce przejechać ten kraj bez uszczerbku na zdrowiu musi się do niej stosować absolutnie zawsze i wszędzie – również jako pieszy. Może to brzmieć niewiarygodnie, ale od tej zasady nie ma odstępstw absolutnie nigdy. Dla przykładu: ciężarówka jadąca pod prąd na rondzie ma pierwszeństwo, autobus przecinający sześć pasów ruchu by zawrócić na moście ma pierwszeństwo, bus wjeżdżający na wąską dróżkę uczęszczaną w 99% przez jednoślady ma pierwszeństwo, nie mówiąc o motocyklach jeżdżących po chodnikach czy traktorach wjeżdżających na skrzyżowanie na czerwonym świetle.

Jaguar I-Pace doczekał się liftingu. Elektryczny napęd pozostał bez zmian

Jak można się domyśleć niełatwo jest przyzwyczaić się do tego, że wszyscy tak otwarcie i nagminnie łamią wszelkie reguły obowiązujące na drodze. Obserwując sposób poruszania się pojazdów z boku można wręcz powiedzieć, że zasad generalnie nie ma, a ruch uliczny jest absolutnie nieprzewidywalny. Ponad to wszystko warto dodać, że mało kto w Wietnamie jeździ swoim pasem ruchu, a skutery i motocykle jeżdżą chmarą poruszając się trochę tak jak ławica ryb omijająca przeszkody, które nagle pojawią się na drodze.

Dlatego w takim totalnym chaosie nie można obejść się bez klaksonu, którego użycie jest zgoła inne niż u nas. W Wietnamie nikt bowiem nie trąbi na „barana” czy „babę za kierownicą”, za to nieustannie daje innym znać, że jedzie. Bardzo pomocne w tej drogowej orkiestrze jest to, że dźwięk klaksonu jest przeważnie dopasowany do gabarytów pojazdu tak jak szczekanie do wielkości psa. Rowerek będzie nieustannie ostrzegał pozostałych niezbyt głośną piszczałką, żeby nikt go nie przejechał, za to jak ciężarówka ryknie raz klaksonem głośnym jak trąba, wszyscy szybciutko się usuną. Patrząc z boku wydaje się, że ta kakofonia dźwięków jest nie do ogarnięcia, ale będąc uczestnikiem tego szalonego ruchu drogowego człowiek szybko się uczy. Trąbienie naprawdę pomaga! 

Jaguar I-Pace doczekał się liftingu. Elektryczny napęd pozostał bez zmian

Czy udało Wam się przyzwyczaić do tamtejszego stylu jazdy?

Chyba trzeba się w Wietnamie urodzić i wychować, żeby się do tamtego stylu jazdy naprawdę przyzwyczaić. My ogarnęliśmy ruch drogowy na tyle, by móc przechodzić przez ulicę nie będąc potrąconym przez nadjeżdżające pojazdy (co jest nie lada sztuką i testem odwagi), oraz przejechać te kilkaset kilometrów na motocyklach bez wypadku czy stłuczki, co z perspektywy czasu uważamy za nasze największe osiągnięcie w kategorii „ekstremalnych przygód” w tej rocznej podróży dookoła świata.

Jakie najbardziej niewiarygodne zachowania kierowców widzieliście?

O tym można by napisać książkę! Oprócz wspomnianej już jazdy pod prąd na rondzie, zawracania na moście pomiędzy pędzącymi pojazdami, czy innych „odstępstw” od oficjalnych zasad ruchu prawostronnego, niesamowite jest to co Wietnamczycy są w stanie przewieźć na jednym małym motorku czy skuterze. My zaobserwowaliśmy następujące bagaże: dwupłatowe drzwi, stół, wielki materac wciśnięty między kierowcę i pasażera wystający po metr na wszystkie strony, wieniec pogrzebowy, karnisz, telewizor kineskopowy, kolumnę (!), kilka szyb okiennych rozmiaru balkonowego, cztery 20 kilogramowe worki ryżu, zwierzęta takie jak psy, świnie czy kozy, dziecko w wysokim wiklinowym foteliku i oczywiście tylu ludzi ilu się zmieści (najwięcej naliczyliśmy 5 osób na jednym małym jednośladzie). To są naprawdę tylko wybrane przykłady.

Kolejnym zaskoczeniem jest to, że w Wietnamie na dwóch kółkach jeździ się niezależnie od pogody. Słońce i bezchmurne niebo czy monsunowa ulewa, przez którą widoczność ogranicza się do kilkunastu metrów, są równie dobrymi warunkami pogodowymi na jazdę. W tym drugim przypadku zakłada się płaszczyk przeciwdeszczowy (czyli wielką plastikową folię z otworami na ręce i głowę) i jedzie się dalej.

Podróży na motocyklu w ulewnym deszczu doświadczyliśmy na własnej skórze (i to bardzo dosłownie) właśnie podczas wyprawy do Delty Mekongu, kiedy to w którymś momencie nagle po prostu lunęło jak z cebra. Najpierw schowaliśmy się pod drzewem, ale po 15 minutach byliśmy i tak cali przemoczeni więc nasz nowo poznany kolega z couchsurfingu zasugerował, żebyśmy jechali dalej bo mamy przed sobą jeszcze długą drogę. Więc ruszyliśmy. Łukasz prowadził w kasku bez szybki (tylko takie były w wypożyczalni), a Marta siedziała z tyłu obejmując go w pasie z całych sił. Po pół godzinie nieprzerwanego rzęsistego deszczu na jezdni utworzyła się rzeka z wodą sięgającą do połowy kół. W tej sytuacji nie zawsze wiedzieliśmy czy woda, która nas oblewa to deszcz, czy rozbryzgi wydobywające się spod kół przejeżdżających pojazdów. Jedyny moment, kiedy nie mieliśmy wątpliwości co nas oblało był, gdy z rykiem głośnego klaksonu minęła nas rozpędzona ciężarówka. Wtedy bowiem przykryła nas metrowej wysokości brudna fala ciepłej wody rozgrzanej od gorącego asfaltu. Na szczęście ta podróż skończyła się tylko na przemoczonych ubraniach i plecakach, ale bez żadnych poważniejszych szkód.

Trzecim zaskoczeniem było to, że w Wietnamie wszyscy parkują swoje motocykle w domu. Wjeżdżają po schodkach i parkują w salonie – tak po prostu. Co więcej często można zobaczyć jednoślady zaparkowane na noc w hotelowych holach. Robi się tak, by uchronić się od kradzieży.

Które rejony Wietnamu zwiedziliście w ten sposób? Jakie najciekawsze miejsca tam zobaczyliście?

Na motocyklach zwiedzaliśmy Deltę Mekongu i małą miejscowość na północy Wietnamu o nazwie Sapa. Oba miejsca są naprawdę przepiękne i rewelacyjne do zwiedzania właśnie w ten sposób. Choć warunki do jazdy w obu przypadkach są bardo różne. Sapa to wioska w pięknych, górzystych okolicach gdzie droga często wije się pod górę by po chwili stromo opadać w dół. Co ciekawe miejscowi korzystają wówczas z możliwości zaoszczędzenia na paliwie i jadą w dół na zgaszonym silniku. W Sapie urzekły nas szczególnie tarasy ryżowe, które położone są wzdłuż dróg więc gdzie nie pojedziesz, tam piękne widoki masz gwarantowane. Delta Mekongu to inny świat. Jest płasko ale ruch dużo większy. No i czasem trzeba skorzystać z promu żeby dostać się na drugą stronę jednej z wielu odnóg tej wielkiej rzeki.

Jeździliście sami, czy towarzyszył Wam jakiś lokalny przewodnik?

Do Delty Mekongu pojechaliśmy z chłopakiem, którego poznaliśmy w ramach couchsurfingu oraz z kilkoma innymi turystami z Europy i Azji. Była nas więc całkiem wesoła gromadka. A po Sapie jeździliśmy już sami, bo nabraliśmy na tyle odwagi po pierwszej wyprawie, że zdecydowaliśmy się pojeździć na własną rękę.

Czy jednoślady ułatwiły Wam dotarcie do miejsc, gdzie nie udało by się dojechać w inny sposób?

Podróż innymi środkami transportu z pewnością też byłaby możliwa zarówno do Sapy jak i Delty Mekongu, ale wyprawa motocyklami była zdecydowanie ciekawsza.

Czy macie jakieś porady dla osób, które chciałyby podróżować motocyklem po krajach azjatyckich?

Hmm… Trudno nam dawać rady kiedy sami nie mamy doświadczenia w dalekich podróżach motocyklem po Azji, bo przejechaliśmy tylko kilkaset kilometrów po Wietnamie. Ale ponieważ w Azji generalnie wszystko jest możliwe to i przejechanie jej na motocyklach jest do zrobienia. Na pewno trzeba mieć ze sobą płaszcz przeciwdeszczowy, który zakryje wszystko co powinno być suche, bo w Azji bardzo często pada deszcz.

Czy kobieta podróżująca na motocyklu wywołuje tam zdziwienie? Z jakimi reakcjami lokalnej ludności się spotykaliście?

W Wietnamie chyba mało kogo dziwi kto, jak, i z jakim bagażem jeździ na motocyklu więc kobieta na dwóch kółkach nie będzie zwracała szczególnej uwagi. Natomiast biali turyści jadący w „ławicy” skuterkowo-motocyklowej powodują, że część osób na ten widok po prostu się uśmiecha.

Czy gdybyście mieli podejmować tę decyzje ponownie – nadal zdecydowalibyście się na zwiedzanie Wietnamu na dwóch kółkach?

Całego Wietnamu raczej nie odważylibyśmy się zwiedzać na motocyklach z racji tego, że nasze doświadczenie jazdy na dwóch kółkach jest jeszcze niewielkie. Ale jeśli kiedyś jeszcze tam pojedziemy to na pewno znajdziemy takie miejsce, gdzie w miarę bezpiecznie i bez stresu będzie można pozwiedzać ten kraj właśnie w taki sposób.

Dziękujemy za rozmowę.

Najnowsze

„On Any Sunday. The Next Chapter” – recenzja z polskiej premiery!

W piątek 14 listopada w ramach maratonu filmów ekstremalnych zorganizowanego przez Red Bull i Multikino odbyła się polska premiera motocyklowego filmu dokumentalnego "On Any Sunday. The Next Chapter". Byliśmy tam!

O filmie „On Any Sunday. The Next Chapter” pisaliśmy wcześniej tutaj i tutaj.

Wybierając się do kina na pokaz filmu “On Any Sunday. The Next Chapter” spodziewałam się obrazu podobnego do „Why We Ride” – dokumentu o ludziach, którzy kochają motocykle. Dostałam jednak coś innego, choć pozornie przyrządzonego według tego samego przepisu.

Film składa się z prezentacji kilkunastu postaci związanych z motocyklami, z ich wypowiedzi  oraz z niesamowitych ujęć z jazdy i innych motocyklowych wyczynów. Brzmi bardzo podobnie jak wiele innych motocyklowych filmów, które widzieliśmy. Ale ten film jest inny – głównie dlatego, że producentem jest Red Bull. Dlatego osoby, które oglądamy na ekranie to ekstremalni wyczynowcy, ryzykanci. Oni na motocyklach robią takie rzeczy jak skoki ze skoczni narciarskiej lub mordercze wyścigi w działającej kopalni odkrywkowej. Innymi słowy – to jest film o motocyklach jako źródle ekstremalnych przeżyć. Jako narzędziu do produkcji jak największych ilości adrenaliny. Zatem jeśli kochacie tę odmianę motocyklowego sportu – film Was zachwyci.

A jeśli wolicie spokojne, niedzielne przejażdżki? I tak warto ten film zobaczyć. Jak we wszystkich tego typu produkcjach, są w nim fascynujące, bardzo piękne zdjęcia. Opowieści o motocyklowych ryzykantach przeplatane są wieloma historiami o sile motocyklowej wspólnoty. A ta wspólnota jest uniwersalna dla wszystkich miłośników dwóch kółek. Mamy w filmie na przykład bardzo ciekawy materiał o motocyklach zakupionych przez organizację charytatywną po to, by lekarze w Afryce mogli jak najszybciej docierać do chorych w odległych wioskach. Rozmowa z afrykańskim lekarzem, który dzięki motocyklowi mógł wyleczyć dziesięć razy więcej ludzi niż przedtem – chwyta za serce.

Nie zawiodą się także miłośnicy Moto GP – film śledzi szczegółowo pamiętny sezon, w którym debiutował Marc Marquez. Zarówno Marquez, jak i inni zawodnicy często wypowiadają się do kamery, mamy też dużo świetnych ujęć z toru i dramatycznych zwrotów akcji. Fani Moto GP na pewno je pamiętają – warto jednak przeżyć te emocje ponownie, zwłaszcza że tu wpisane zostały w większą, ciekawą historię.

Film cały czas trzyma tempo, jest dobrze zmontowany, a opowiadane historie przeplatają się i wynikają z siebie, więc ogląda się to bardzo dobrze i bez znużenia. Jeśli motocykle są dla Was ważne – obejrzyjcie go, nie zawiedziecie się. A jeśli macie wśród swoich bliskich kogoś, kto też lubi motocykle, warto pomyśleć o tym filmie jako o potencjalnym prezencie, zwłaszcza że Gwiazdka tuż tuż. 

 

 

Najnowsze

Ewa Pertyńska

Nowy potwór Kena Blocka i film Gymkhana Seven: Wild in the Streets – Los Angeles

Zapomnij o Fordzie Fiesta ST. Ken Block od teraz będzie ujarzmiał inną bestię. Auto, które zobaczymy w najbliższym projekcie Gymkhana 7, ma pod maską aż 845 KM!

{{ gallery(1295) }}

Ford Mustang z 1965 r. z napędem na 4 koła w wersji nadwozia typu notchback jest wynikiem współpracy Kena Blocka, Hoonigan Racing Division i Vaughn Gittin Jr’s RTR. Efekt jest piorunujący: Ford Hoonicorn RTR (gdyż taką nazwę teraz dumnie nosi) został zaprezentowany w Las Vegas, oszałamiając wyglądem i silnikiem V8 o pojemności 6.7 l pod maską. Zbudowany przez firmę ASD samochód ma zamontowaną sześciobiegową skrzynię biegów, ręczny hamulec hydrauliczny, nie mogło zabraknąć oczywiście systemów bezpieczeństwa, takich jak klatka, czy elementy wnętrza zbudowane z włókna węglowego. Wygląd jedynego, niepowtarzalnego samochodu, inspirowany był autami serii WRC i DTM, podobno miały nań wpływ nawet zabawki z okresu dziecięcego Blocka.

„Praca nad tą maszyną trwała 2 lata. Mieć możliwość patrzeć, jak wizja staje się stopniowo rzeczywistością, móc zrealizować projekt, a następnie wykorzystać go przy filmie i móc osobiście prowadzić ten samochód jest doznaniem naprawdę niesamowitym” – mówi Ken Block. „Miałem świadomość, że praca z Vaughn Gittin Jr’s RTR jest dobrym wyborem, ponieważ Mustangi już są ich światem. Jednak przy Hoonicornie przeszli samych siebie. Ich dbałość o każdy najmniejszy szczegół w tej maszynie jest dla mnie po prostu poza zdolnością pojmowania. Jest to bezdyskusyjnie najlepsze auto do Gymkhany jakie kiedykolwiek miałem”.

Nie trzeba mieć szczególnego pojęcia na temat samochodów, żeby jedno spojrzenie na ten samochód zaparło dech w piersiach. Nie jesteśmy tutaj żadnym wyjątkiem. Smaczku dodaje jeszcze opinia samego głównego zainteresowanego – co kryje w sobie ten Mustang, że odbiera słowa profesjonaliście?

Poza tym, szef Hoonigan Racing i kierowca Monster Energy – Ken Block – z dumą ogłaszają, że najnowsza część nagradzanej serii filmów Gymkhana trafiła wczoraj do sieci. Wraz z Gymkhaną SEVEN: Wild in the Streets; Los Angeles, prezentowaną przez Hoonigan, Forda oraz Need For Speed: No Limits, Ken Block powraca na ulice miasta, nawiązując do rozgrywającej się w San Francisco Gymkhany FIVE, którą obejrzało w sumie ponad 68 milionów osób.

Policja z Los Angeles umożliwiła Blockowi przejazd po zamkniętych ulicach miasta w jego Mustangu Hoonicorn. Celem przejażdżki nie było jednak jak najszybsze dotarcie z punktu A do B, lecz znalezienie odpowiedzi na pytanie: Co byś zrobił, gdyby policja zamknęła dla ciebie wszystkie ulice? Dla Blocka nie mogło to oznaczać niczego innego jak świetnej zabawy i kierowania autem w najbardziej szalonym stylu.

Tym razem gwiazdą filmu nie jest tylko sam Ken Block. Jest nim również absolutnie wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju, pierwszy na świecie wyczynowy Ford Mustang 1965 notchback. Pojazd był budowany przez dwa lata w ASD Motorsports w Charlotte w Karolinie Północnej i bazuje na legendarnym Fordzie Mustang 1965 notchback – modelu, który w tym roku świętuje 50-lecie swojej premiery. Firmy RTR oraz ASD Motorsports zamontowały w nim silnik Forda Roush Yates V8 o pojemności 6,7 l i dysponujący mocą 845 KM, która jest przenoszona na cztery koła przez skrzynię Sadev. Stylistyka auta składa się z inspiracji czerpanych ze współczesnych aut WRC, DTM oraz samochodów zabawek z dzieciństwa Kena Blocka.

– Jeździłem w Gymkhanie już kilkoma autami, ale to jest z całą pewnością najlepsze. Moment obrotowy i moc z silnika V8 są absolutnie odurzające, a opony momentalnie stają w kłębach dymu. Jestem niesamowicie podekscytowany tym, jak udało nam się skonstruować to auto i co wyszło z tego video. Naprawdę czuję, że jest to najlepsza Gymkhana, jaką udało nam się nakręcić. Chciałbym podziękować władzom Los Angeles za udostępnienie mi ulic miasta na kilka dni – powiedział Ken Block.

Gymkhana SEVEN: Wild in the Streets; Los Angeles to prawdziwy hołd dla etosu wolności, jako że najbardziej zatłoczone ulice Ameryki zostały zamknięte specjalnie dla Blocka. Oglądanie jednych z najbardziej wyrafinowanych i zadymionych manewrów Kena Blocka wprawia w zdumienie. Szczególnie zadziwia to, jak bardzo na granicy kontroli pojazdu jeździ i jak niski margines błędu sobie pozostawia.

Video zostało nakręcone w ciągu 5 dni w na początku października tego roku, w tak słynnych punktach Los Angeles jak m.in. jego centrum, autostrady, rzeka, most na 6. ulicy, Randy’s Donuts, Chinatown oraz napis ‘Hollywood’.

– Możliwość dostępu do tych miejsc była niesamowita. Oczywiście komisja ds. filmów w Los Angeles jest całkiem niezła i przyzwyczajona do takich projektów, lecz tym razem po raz pierwszy w historii ktokolwiek zdołał pojeździć na szczycie wzgórza ze słynnym napisem ‘Hollywood’. Niektóre pozwolenia, takie jak te z Departamentu Bezpieczeństwa Narodowego, nie były proste do zdobycia – skomentował Ken Block.

Najnowsze