Samochód, który zabija...?

15 marca 2012
Lubimy mroczne historie o nawiedzeniach i przekleństwach. Miło się ich słucha i równie miło je opowiadać, z dreszczykiem emocji i obowiązkową wstawką „nie jestem przesądna, ale...". Legendy mają swój urok.

Do ich grona należy mrożąca krew w żyłach opowieść o klątwie Habsburgów i zabójczej limuzynie, która rzekomo ściąga zły los na każdego, kto do niej wsiądzie.

Wszystko miało swój początek 28 czerwca 1914 roku, kiedy następca tronu Austro-Węgier, arcyksiążę Franciszek Ferdynand Habsburg w towarzystwie żony Zofii, wsiadł do eleganckiej limuzyny sygnowanej przez uznaną fabrykę Gräf & Stift. Z dworca kolejowego w Sarajewie udali się w kierunku koszar wojskowych. Trasa przejazdu była znana od kilku dni, jednak - nie zważając na niebezpieczeństwo - para zdecydowała się podróżować z opuszczonym dachem. Nie mieli pojęcia, że wzdłuż przejazdu czyhają na nich uzbrojeni zamachowcy.

Granat rzucony przez jednego z nich odbił się od arcyksiążęcej limuzyny i wybuchł w pobliżu drugiego samochodu w kordonie, raniąc kilka osób. Kolejna próba powiodła się lepiej - mimo przedsięwziętych środków bezpieczeństwa, jeden ze spiskowców, Gavriło Princip, zdołał zbliżyć się do pojazdu na tyle, by oddać celny strzał. Arcyksiążę i jego małżonka zginęli, a ich śmierć zapoczątkowała tragiczny łańcuch zdarzeń, którego efektem był wybuch wojny na skalę taką, jakiej historia dotąd nie znała.

fot. materiały prasowe

Limuzyna, jeszcze wówczas nie uważana za pechową, trafiła w ręce jednego z uczestników feralnego przejazdu, generała Oskara Potiorka. Już na początku wojny jego oddziały zostały zdziesiątkowane, a decyzje taktyczne generała bezlitośnie wyśmiano. Reputacja wojskowego legła w gruzach. Zmarł pogrążony w depresji.

Samochód zaanektował jeden z podwładnych generała. Nie minęło 10 dni, nim spowodował tragiczny wypadek. Zabił dwoje wieśniaków, stracił panowanie nad kierownicą i wjechał w drzewo, tracąc życie na miejscu. Pod koniec wojny limuzyna przeszła na własność gubernatora Jugosławii. W ciągu czterech miesięcy brał udział w czterech wypadkach samochodowych - jeden z nich kosztował go utratę ręki. Kolejny właściciel, lekarz, również zginął w feralnym aucie po zaledwie pół roku użytkowania. Ten sam los spotkał kolejnych właścicieli: diamentowego potentata Simona Mantharidesa i szwajcarskiego kierowcę rajdowego. Kolejnym pechowcem okazał się serbski farmer, który nabył limuzynę z uwagi na jej wartość historyczną. On również nie pożył długo. Ostatnią ofiarą mściwego auta był właściciel garażu, wracający z wesela. Legenda głosi, że w pewnym momencie limuzyna przestała go po prostu słuchać i powiodła wprost na zatracenie.

Pechowy samochód, otoczony złą sławą, znajduję się obecnie w muzeum w Wiedniu. Przyciąga nieprawdopodobną liczbę turystów, którzy pragną zobaczyć morderczą limuzynę na własne oczy. Wierzyć, nie wierzyć? No cóż, nie jestem przesądna, ale...

Komentarze

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Twój może być pierwszy!