Edyta Klim

„Ruda jeździ”, bo wokół motocykla i podróży kręci się jej życie

„Ruda” Grażyna udowodniła, że wszystko zaczyna się od marzeń, do których warto konsekwentnie dążyć. Mimo wielu przeszkód, zawzięła się, że zostanie motocyklistką. Z perspektywy czasu już wie, że to była jedna z najlepszych decyzji w jej życiu.

„Ruda jeździ”, bo lubi? Co Cię wciągnęło w ten motocyklowy świat?

Motocykle w moim życiu przewijały się już od najmłodszych lat. Mój tata, od kiedy tylko pamiętam, miał w garażu „Komarka” (Romet Komar 2375), na którym, jeszcze jako kawaler, jeździł do mojej mamy. Przez lata dojeżdżał nim też do pracy, gdy tylko pozwalała na to pogoda. Nieraz zabierał mnie na jakieś przejażdżki „wokół komina”, co dla mnie było niesamowitym przeżyciem – dziecięce włosy czochrane przez wiatr, wiatr odczuwany na skórze i ogromna radocha! Tata spędzał w garażu dużo czasu, bo motocykle z tamtych lat nie były tak bezproblemowe jak dzisiaj – wymagały dużo więcej uwagi i umiejętności technicznych. Moja mama „za młodu”, jako jedyna dziewczyna we wsi, również jeździła na motocyklu, który podkradała bratu. Pamiętam takie zdjęcie z rodzinnego albumu, gdzie mama w ładnym, czarnym sweterku i jeansach, jedzie na Simsonie.

Ja sama dosyć późno zaczęłam, tak na poważnie, myśleć o zrobieniu „prawka”. Mimo, że od lat wzdychałam do przejeżdżających motocykli, a na tapecie w telefonie miałam Kawasaki Ninja (o którym marzyłam po nocach). Zawsze postrzegałam motocykle jako „zabawę”, poza moim zasięgiem finansowym. Bo umówmy się – motocykle to nie jest niskobudżetowa pasja. Jednak, gdy tylko ukończyłam studia i rozpoczęłam swoją pierwszą pracę (a raczej kiepsko płatny staż), to zaczęłam odkładać każdy grosz z myślą o kursie i zakupie stroju. I tym sposobem, mając na karku 23 lata, pełna obaw, ale też ogromnej ciekawości – zapisałam się na kurs i rozpoczęłam tę najfajniejszą w życiu przygodę, która trwa nieprzerwanie do dziś.

Czyli nie żałujesz tej decyzji? Jak ona zmieniła Twoje życie?

Czy żałuję? Nigdy w życiu! Patrząc z perspektywy czasu, sądzę, że to była jedna z najlepszych decyzji, jakie mogłam podjąć. Dzięki motocyklowi poznałam mnóstwo świetnych osób, których raczej nie miałabym okazji poznać w innych okolicznościach, na przykład swojego męża. Od kiedy odebrałam upragniony plastik i wsiadłam na swój pierwszy motocykl – zmieniło się naprawdę wiele, choć wcale się tego nie spodziewałam. Motocykl stał się dla mnie odskocznią od problemów, sposobem na spędzanie każdej wolnej chwili, choćby to miała być mała rundka. Teraz wokół motocykla i podróży kręci się moje życie. Na początku roku siadam z kalendarzem w ręku i ustawiam sobie plan urlopowy tak, by wyhaczyć jak najwięcej długich weekendów, a zaraz potem układam w głowie plan, gdzie można w tym czasie wyskoczyć. Urlop również ustawiam pod wyjazdy motocyklowe, bo dla mnie to najlepsza forma odpoczynku i nie wyobrażam sobie innej. Motocykl jest ważną częścią mojego życia i jestem ogromną szczęściarą, że mój mąż ma tego świadomość i całkowicie akceptuje moje szaleństwo na tym punkcie.

W tym roku powstała strona „Ruda jeździ”, chcesz trochę bardziej dzielić się swoją pasją?

Tak, chciałabym pokazać innym, że wszystko zaczyna się od marzeń i nie są to puste słowa. Bo gdy jest się upartym i wytrwałym to małymi krokami, ale cały czas konsekwentnie do przodu – jesteśmy w stanie zrealizować swoje plany. A ja jestem tego najlepszym przykładem. Lata temu, kiedy rozpoczynałam swoją motocyklową przygodę, wyprawa do Chorwacji, czy w ogóle na Bałkany, pozostawała w sferze bardzo śmiałych marzeń, na których realizację nawet nie liczyłam. Pamiętam też, jak mając jeszcze „ciepły plastik” w dłoni, wzdychałam do Kawasaki Z1000SX, które zobaczyłam w jakimś magazynie motocyklowym. Śmiałam się, że może… za jakieś 20 lat, będzie mnie na niego stać. Nie sądziłam wtedy, że uda mi się na dwóch kołach zobaczyć tyle fajnych miejsc i poznać tak wiele fantastycznych osób, poprzez motocyklową pasję.

Jakiś rok temu ruszyłam z blogiem, na którym chciałam dzielić się wrażeniami ze swoich wypraw, zarówno tych większych, jak i mniejszych, jednak szczerze mówiąc – kompletnie brakuje mi czasu na jego prowadzenie. Obróbka zdjęć, przygotowanie wpisów (które edytuję po kilka razy, gdy nie jestem z nich zadowolona) – to zabiera naprawdę sporo czasu, którego ostatnio mam jak na lekarstwo. Wydawało mi się, że fanpage na Facebook’u jest pod tym względem przystępną i mało czasochłonną formą komunikacji z innymi. Poza tym, w dzisiejszych czasach mało kto ma czas na czytanie blogów, natomiast z Facebook’a korzysta praktycznie każdy.

Bardzo też chciałabym pokazać dziewczynom, że ich „małe gabaryty” nie są przeszkodą w jeżdżeniu na motocyklu. Od paru miesięcy mam już nagrany podcast, skierowany głównie do dziewczyn, jednak wciąż brakuje mi odwagi, by po prostu zrobić „klik” i wrzucić go do sieci. Ciągle odzywa się mój wewnętrzny krytyk, który mówi, że są inni, dużo bardziej doświadczeni i ciekawsi motocykliści, i nikt nie będzie tego słuchał. Z drugiej jednak strony wiem, że nadal jest bardzo dużo dziewczyn, które boją się zawalczyć o swoje marzenia – wydaje im się, że są za drobne, by poradzić sobie z motocyklem. Często brakuje im wsparcia i rezygnują z tego marzenia. Chciałabym pokazać im, że warto o nie zawalczyć i nie poddawać się. Wiem, że gdybym ja napotkała na taki „głos”, gdy robiłam prawo jazdy, byłoby mi dużo łatwiej.

Ile sama przeszłaś takich „kryzysów”, zanim oswoiłaś się z gabarytami motocykla? Co Ci wtedy pomagało?

Takich kryzysów (mniejszych czy większych) na początku kursu, gdy oswajałam się z motocyklem, było sporo. Gdyby nie wsparcie instruktorki Agi, to nie wiem czy dotrwałabym do końca kursu. Nie byłam „łatwą” kursantką – dużo rzeczy przychodziło mi z trudem, bo miałam dużo blokad w głowie. Co zrobiłam progres, robiąc dwa kroki w przód, to zaraz nastawał kryzys i cofałam się o krok do tyłu. Wszystkie porażki brałam bardzo do siebie, analizowałam je po tysiąc razy i przeżywałam. Bo przecież innym szło tak super, a u mnie jak po grudzie. Gdybym wtedy spojrzała na siebie z boku, nie powiedziałabym, że ta laska zrobi kiedyś ponad 60 tys. kilometrów na motocyklu! A jednak. Co mi pomagało w oswojeniu się z gabarytami? Moi instruktorzy, który pokazali mi w jaki sposób, odpowiednią techniką i sprytnymi sposobami, nadrabiać brak wzrostu.

Jaki był dla Ciebie ten ubiegły sezon? 

Odstawiając motocykl do garażu na zimowanie, miałam jednak poczucie niedosytu. Choć myślę, że nie tylko ja, bo niestety pogoda w tym sezonie nas nie rozpieszczała. Mimo wielu przeciwności, udało mi się spontanicznie wyskoczyć na Podlasie i Mazury, gdzie przez kilka dni samotnie podróżowałam jak najbliżej wschodniej granicy. Odwiedzałam miejsca nieoczywiste, oddalone od głównych dróg i niejednokrotnie zapomniane, gdzie nagle kończył się asfalt. Ponadto, wraz z mężem, odwiedziliśmy na motocyklach Chorwację. Dotychczas nigdy nie byłam na Bałkanach, więc ten wyjazd był dla mnie niesamowitą przygodą i spełnieniem marzeń!

Cudownie było móc jechać wąską, krętą drogą D25 w paśmie gór Velebit, gdzie z góry podziwialiśmy turkusowy Adriatyk i majaczącą na horyzoncie wyspę Pag (którą kilka dni później również mieliśmy przyjemność przemierzyć). Niesamowite było również móc przejechać się magistralą adriatycką, wijącą się wzdłuż wybrzeża, którą kilka lat wcześniej, zafascynowana, oglądałam w telewizji. Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że kiedykolwiek tam będę i to na własnym motocyklu! To było niesamowite uczucie! Oprócz tego było sporo weekendowych wypadów z przyjaciółmi, z którymi dzielimy tą pasję – Dolny Śląsk, Małopolska, Świętokrzyskie. Udało się też trochę pojeździć, po uwielbianych przeze mnie Czechach, do których mam ogromny sentyment. Myślę, że to był całkiem udany sezon.

Nie wiem, czy dobrze kojarzę, ale miałaś też motocyklowy ślub?

Tak, dobrze kojarzysz. Poznaliśmy się z mężem na szkoleniu motocyklowym z pierwszej pomocy, więc nie mogło być inaczej, ślub musiał być motocyklowy! W końcu to nas połączyło, a świadkiem został nasz przyjaciel – motocyklista, dzięki któremu się poznaliśmy. Pod urząd pojechaliśmy na swoich motocyklach – mąż w garniturze, a ja w tiulowej spódnicy, szpilkach i ramonesce. Nasz widok wywołał niemałą sensację i dużo pozytywnych reakcji. Ponadto, pod urzędem mieliśmy niespodziankę, bo czekali tam na nas znajomi na swoich motocyklach. Niesamowicie nas zaskoczyli, zwłaszcza, że pogoda tego dnia nie rozpieszczała – na termometrze było zaledwie osiem stopni, wiał zimny wiatr, a słońce nieśmiało próbowało się przedrzeć zza chmur. Pamiętam, że od samego rana modliłam się tylko o to, żeby nie zaczął padać deszcz. No, może jeszcze o to, by jakoś zajechać w tych szpilkach do urzędu, a potem na sesję (śmiech). To był cudowny, pełen pozytywnych emocji dzień!

Jakim motocyklem jeździsz? To taki Twój wymarzony? Zapełnił braki poprzedników?

Obecnie jeżdżę na Kawasaki Z1000SX, który zakupiłam pod koniec sezonu w 2019 roku. Ciężko powiedzieć, że to był motocykl, o którym marzyłam, bo na większość tego typu motocykli patrzyłam wcześniej tylko tęsknym wzrokiem, licząc się z moim niskim wzrostem i wagą. Gdy sprzedałam poprzedni motocykl (Kawasaki ER6-N), nie do końca wiedziałam, co chciałabym zakupić. Chodził mi po głowie „duży” Monster, który wydawał się niższy i poręczniejszy, ale od dłuższego czasu nie pojawiały się na rynku żadne ciekawe egzemplarze tego, niezbyt popularnego w Polsce, motocykla. SX wydawał się być super opcją, ale nie brałam go poważnie pod uwagę, a przynajmniej do pewnego czasu…

Wszystko zmieniło się o 180 stopni, gdy nadarzyła się okazja, by przysiąść się do egzemplarza, na którym jeździ przyjaciel mojego męża. W ciągu pół minuty totalnie przepadłam! Wiedziałam, że go chcę i że będzie mój! Nie liczyło się już to, że jest opasłym, ciężkim „mastodontem”, a ja sięgam na nim do ziemi „na baletnicę” (śmiech). Miałam świadomość tego, że większość „poważniejszych” motocykli będzie taka – ciężka i wysoka. Wiedziałam jednak, że jeśli będę się kierować swoimi gabarytami jako wyznacznikiem, to wrócę do młodszego ER-6N, a tego nie chciałam. Chciałam przesiąść się na coś mocniejszego, więc miałam świadomość, że będę musiała nadrobić swoje braki techniką i na tym się skupić. Pozostało więc tylko cierpliwe przeszukiwanie stron i aukcji w poszukiwaniu tego jedynego.

Nie żałujesz tej decyzji?

Nie, bo SX okazał się być naprawdę świetnym kompanem. Cudownie się prowadzi, jest bardzo wygodny i rewelacyjnie spisuje się na długich trasach. Silnik jest bardzo elastyczny, a motocykl zapewnia fajne przyśpieszenie. Czytałam kiedyś taką opinię na temat SX-a, że ma charakter sporta i wygodę turystyka i podpisuję się pod nią rękami i nogami. To bardzo udany motocykl. Uwielbiam go! Jest na tyle udany, że gdybym w tym momencie myślała nad zmianą motocykla, to zdecydowałabym się po prostu na jego młodszy model.

Kiedy udaje Ci się wyrwać na motocykl? Jakie trasy najbardziej lubisz?

Motocykl jest dla mnie najlepszą odskocznią od codziennych problemów i lekarstwem na stres. Gdy odpalam silnik, moje myśli automatycznie przeskakują na inny tryb – skupiam się na sytuacji na drodze, na tym co dzieje się wokół mnie, a przestaję rozpamiętywać niefajne sytuacje i analizować problemy. Wszystko zostaje za mną. Cieszę się chwilą, drogą przede mną, widokami i zapachami (lasem po deszczu, rozgrzanym asfaltem, świeżo skoszoną trawą, sianem czy nadchodzącą burzą). Dlatego staram się wykorzystywać każdą wolną chwilę na taką odskocznię.

Po pracy, gdy mam wolne popołudnie, wybieram trasy „wokół komina”, np. Jurę Krakowsko-Częstochowską, Beskidy, Opolszczyznę. Na dwóch kółkach spędzam również praktycznie każdy pogodny weekend. Bardzo lubię podróżować po Czechach, choć zwykle robię to sama. Porównując z Polską – w weekendy ruch jest tam znikomy, a drogi (nawet te lokalne) są w dużo lepszym stanie, kultura jazdy też jest całkiem inna. Przynajmniej raz w sezonie muszę przejechać się (znaną motocyklistom) drogą 44 przez Jesenik, kręcąc się parę razy góra-dół, a potem na finisz zaliczam drogę nr 11 pełną łagodnych, długich zakrętów i niesamowitych widoków. Bardzo przyjemna jest również trasa wokół Tatr po słowackiej stronie (droga 537 i 584), dostarczającą niesamowitych widoków i wrażeń. Góry, zakręty, piękne widoki – to jest to, co najbardziej lubię!

Mam to ogromne szczęście, że mój mąż jest zapalonym motocyklistą, tak samo jak jego przyjaciele, więc nie muszę wybierać, pomiędzy czasem spędzonym z nim i z przyjaciółmi a swoją pasją. I każdemu tego życzę. Razem chętnie odwiedzamy Dolny Śląsk, czeskie pogranicze, Świętokrzyskie czy Lubelszczyznę.

Wskakujesz też czasem na tor? Jak Ci się podobało w pełni kobiece szkolenie?

Czasem mi się zdarza, choć chciałabym zdecydowanie częściej, ale jak wiadomo – ta zabawa nie należy do najtańszych. W ubiegłym sezonie miałam niesamowitą przyjemność uczestniczyć w kobiecym szkoleniu, prowadzonym przez Moto-Sekcję w Lublinie i najlepszym słowem, które opisze może wrażenia będzie po prostu… SZTOS! Tak, to było świetne szkolenie. Niech najlepszym dowodem na to będzie fakt, że w tym roku również chciałabym wrócić na szkolenie do Artura, który jest niesamowitym i niezwykle utytułowanym instruktorem. To były zawodnik wyścigów motocyklowych, motocrossu oraz reprezentant Polski w rajdach enduro, który wielokrotnie zdobywał drużynowe i indywidualne mistrzostwo Polski. Tytuły tytułami, ale Artur ma naprawdę ogrom wiedzy, tej praktycznej i teoretycznej, którą bardzo chętnie się dzieli. Cierpliwie odpowiada na wszystkie pytania, nawet te, całkiem dla mnie oczywiste. Wszystko dokładnie objaśnia, pokazuje, a przy tym robi to wszystko w tak lekki, humorystyczny i przystępny sposób, że nie ma szans, by przez parę godzin na wykładach u niego się nudzić (śmiech).

Część praktyczna również została świetnie przemyślana i opracowana – ćwiczyłyśmy w niedużych grupach, pod okiem instruktorów, którzy na bieżąco wyłapywali błędy i podpowiadali, jak je wyeliminować, pokazywali też na co zwracać uwagę, by wszystko zaczęło wychodzić. Było dużo ćwiczeń z jazdy precyzyjnej i dużo ciasnych manewrów przy małych prędkościach, co wiem, że sprawia problem wielu osobom, a mi też sprawiało. Taką wisienką na torcie i fajnym zakończeniem dnia, były wolne jazdy na torze. Przeszkody umieszczone na nitce toru sprawiały, że pojemność przestawała mieć znaczenie, a liczyła się technika. Świetnie było widzieć u siebie coraz większy progres z okrążenia na okrążenie – gdy pokonywałam ten sam zakręt z większą prędkością, w większym złożeniu, a czasem zostawiałam za sobą inne motocykle. To naprawdę mobilizuje do pracy nad sobą.

Masz już jakieś plany na przyszły sezon, prócz tego szkolenia?

W przyszłym sezonie chciałabym spróbować jazdy w terenie. Chodzi mi to po głowie, już od kilku lat, ale ciągle coś stawało mi na drodze, a to brak czasu, brak środków na zakup kolejnego motocykla, zmiana pracy, przeprowadzka, itp. W tym roku chciałabym wreszcie spróbować i przekonać się na własnej skórze, czy jest to coś dla mnie i jak sobie dam radę. Zwłaszcza, że chcę w przyszłości kupić taki motocykl, którym będę mogła również zjechać z asfaltu. A plany wyjazdowe? Mam głowę pełną pomysłów, więc zobaczymy na ile uda się je zrealizować.

Strona FB: https://www.facebook.com/Ruda-jeździ-103472355422447

Instagram: https://www.instagram.com/ruda_grazyna/

Komentarze:

Darka - 9 lutego 2022

Bardzo fajnie się czyta!

Odpowiedz

Ruda Grażyna - 13 lutego 2022

Dziękuję! Miło jest dostawać tak pozytywny feedback 🙂

Odpowiedz

Kuba - 7 lutego 2022

Pięknie podsumowane siostra, braciszek dumny <3

Odpowiedz
Pokaż więcej komentarzy
Pokaż Mniej komentarzy
Schowaj wszystkie

Zostaw komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wszyskie pola są wymagane do wypełnienia.

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze

Najnowsze