Rajd Dakar - Dzienniki Rajdowe Celestyny Kubus. Cz. 5

16 lutego 2014
60
Oto piąta, ostatnia część dzienników rajdowych Celestyny Kubus, które spisała podczas Rajdu Dakar w 2009 i 2010 roku. W tej partii prześledzimy końcowe etapy Rajdu Dakar 2010 roku.

Etap X La Serena – Santiago de Chile

Pobudka o 4 rano, budzę chłopaków, ciężko się wstaje, strasznie bolą mnie plecy, nie mogłam się na nich położyć, pięknie się załatwiłam, do tego jest bardzo zimno i  wszystko jest mokre, namioty, buty które zostały przed nimi, nie chce się wyłazić ze śpiwora. Prysznic, nie należał do najprzyjemniejszych, śniadanie, tradycyjnie już od ponad tygodnia nutella z rogalikami, do tego ciepła herbata i w drogę. Przed nami ostatni odcinek specjalny w Chile. Dojeżdżamy do jakiejś małej miejscowości, zawodnicy będą jechać wyschniętym korytem rzeki, ja i Agata zostajemy na moście a reszta gdzieś tam sobie idzie, no i dobrze, chociaż nie musimy na siebie patrzeć. Spotykamy Henka i Mirjam, która odpadła na odcinku po dniu wolnym. Z powodu kontuzji, której nabawiła się kilka dni wcześniej niestety musiała zrezygnować z dalszej rywalizacji. Dalsza jej jazda wiązała się ze zbyt dużym ryzykiem, cieszę że wygrał zdrowy rozsądek i postanowiła odpuścić choć jak dla mnie i tak jest fantastyczna. Siedzimy na moście i obgadujemy przechodzących mieszkańców, jest wesoło. Pewnie zastanawiacie się dlaczego, większość młodych dziewczyn odstawionych jak na randkę, umalowane, uczesane, w mini spódniczkach. No ewidentnie nie jest to strój rajdowy, jeszcze odrobina plotkowania nikomu nie zaszkodziła i myślę, że nikomu nie robiłyśmy tym krzywdy. A chociaż była okazja pożartować. Ale to nie najważniejsze, mamy bardzo fajny widok i dobrze widzimy rywalizację zawodników. Dobrze, że ci ludzie nas nie rozumieli, bo chyba spaliłabym się ze wstydu. Na pierwszego motocyklistę czekaliśmy około pół godziny, jako pierwszy jechał Cyril Despres, widzieliśmy też Marca Comę i Heldera Rodriguesa, na dziewiątej pozycji jechał Kuba Przygoński a tuż za nim nasz ulubieniec Juan Pedrero, potem Czachor i Dąbrowski, Krzyś dopiero koło czterdziestej pozycji, strasznie się wiezie pomyślałam, no chyba że coś się po drodze wydarzyło no ale o tym dowiemy się dopiero na biwaku. Fajnie obserwowało się to  wszystko z mostu. Niestety ciągle odczuwałyśmy wczorajsze poparzenie słoneczne, nasze plecy to była jedna wielka rana, do tego było mi cały czas zimno, mimo iż było dobrze powyżej trzydziestu stopni, ja siedziałam skulona i przykryta bluzą. Nic dziwnego, że wszyscy się na mnie gapili. Dzisiaj postanowiliśmy zobaczyć motocyklistów i przynajmniej kilka samochodów. W przerwach gadaliśmy i ponownie obgadywaliśmy wszystkich jak leci, ale tym razem przyłączyli się do nas nasi koledzy. Coś strasznego, serio.  Kiedy stałam na moście, kilka razy przechodził obok nas fajny chłopak, cały czas się uśmiechał i powiedział cześć, myślałam że to do kogoś kto stał za mną, więc nie odpowiedziałam. Potem przechodził jeszcze kilka razy, za każdym razem mówił cześć a że ja nie odpowiadałam to w końcu mnie zaczepił. Okazało się, że pracuje dla Volkswagena, robi dokumentację filmową, a pochodzi z Los Angeles. Brad z boskim akcentem, do tego niesamowicie przystojny.

Marek Dąbrowski na starcie kolejnego os-u, Chile.

fot. z archiwum Celestyny Kubus

Przyłączyła się do nas Agata, bardzo fajnie się nam rozmawiało, miał lekki problem z moim imieniem, ale ostatecznie dał radę.  Rozmawialiśmy o rajdzie i o naszych wrażeniach z tych ostatnich dni, okazało się że już widział nas wcześniej ale jakoś nie miał okazji żeby zagadać. Miło, że w końcu się odważył. Pytał się nas czy będziemy na biwaku bo chciałby się jeszcze spotkać. Pewnie, czemu nie! Było bardzo miło, niestety naszym kolegom ewidentnie to przeszkadzało i stwierdzili, że musimy jechać, dlatego nienawidzę podróżować w tak dużej grupie, bo większość zawsze wygrywa. Tak więc jeżeli nie chciałyśmy zostać na moście musiałyśmy już iść. Ruszyliśmy w drogę do Santiago de Chile, ostatni przystanek w tym pięknym kraju. Tym razem to Agata prowadziła samochód a nasi koledzy już tradycyjnie raczyli się lokalnym piwem, a na koniec zasnęli. Zatrzymałyśmy się na jednej ze stacji benzynowych, bo zaczęła nam się palić jakaś kontrolka. Oczywiście poinformowałyśmy o tym chłopców ale żaden z nich nie wykazał ani odrobiny zainteresowania tą sytuacją. Wysiadłyśmy z Agatą z samochodu i zauważyłyśmy, że coś spod niego wycieka, trochę się przestraszyłyśmy. Zaalarmowałyśmy Michała i Antka, ale oni nadal nic. Miałyśmy bardzo dużo szczęścia bo na tej samej stacji zatrzymała się ekipa Grześka Barana. Poprosiłyśmy chłopaków, żeby sprawdzili co to wycieka. Z pomocą przyszedł Rafał Marton i Paweł Zborowski, zajrzeli pod maskę. Sprawdzili wszystko i okazało się, że to woda z klimatyzacji, no ale skąd my to mogłyśmy wiedzieć.  Dopiero w momencie, kiedy Rafał i Paweł sprawdzali co się dzieje, nasi koledzy się obudzili i zrobili nam awanturę, że robimy niepotrzebne zamieszanie bo oni od razu wiedzieli, że to woda z klimatyzacji. I jak w ogóle możemy prosić kogokolwiek o pomoc w takiej sprawie. No tylko wielka szkoda, że jakoś nie byli chętni żeby to sprawdzić i nam o tym powiedzieć. Poradziłyśmy sobie bez nich.  Poszłyśmy jeszcze porozmawiać z Grzegorzem, kupić napoje i po pewnym czasie pojechaliśmy dalej. Do biwaku dotarliśmy koło godziny 19, był straszny skwar, nie było praktycznie czym oddychać. Biwak na jakimś zupełnym odludziu, myślałam, że dojedziemy do Santiago ale byliśmy jakieś 70 kilometrów od stolicy Chile. Za ogrodzeniem paliły się dwa ogniska, a wokół nich metalowe kije a na nie ponabijane barany, wiadomo co będzie dzisiaj na obiad. Chciałam odebrać swoją akredytację, ponieważ tego dnia była mi potrzebna. Byłam przekonana, że tak jak zawsze dostanę na rękę opaskę z nazwą biwaku. Sprawdzili moją tożsamość i chłopak z akredytacji poprosił mnie żebym poszła z nim do bramy,  idę a tam jeden z ochroniarzy pisze mi na ręku markerem swoje nazwisko. Super, niezły patent. ASO[1] zabrakło opasek, pierwszy raz spotkałam się z taka sytuacją. Szukamy Honda Europe, po drodze wpadamy na Krzyśka, od którego dostajemy opaski. Tradycyjnie ustawili się na samym końcu, jedyne co ich usprawiedliwia to, to że było tam trochę trawy a nie sam piach. Miejsce trochę przypominało sawannę, pożółkła wysoka trawa, małe karłowate drzewka z kolcami i pewnie dużo ciekawych zwierzątek w tej trawie, ale jakoś od początku rajdu się tym nie przejmowałam, mimo iż panicznie boję się pająków. Porozmawialiśmy trochę z Krzyśkiem, okazało się, że miał dość poważną wywrotkę był przekonany, że ma złamaną kość udową, dlatego był tak daleko w klasyfikacji. Na całe szczęście nic poważnego sobie nie zrobił najadł się jedynie przy tym trochę strachu. Rozłożyłam namiot i poszłam wziąć prysznic. Jaka ta zimna woda była cudowna, mogłabym nie wychodzić z pod prysznica gdyby nie fakt, że zaczęła się już robić kolejka. Dla kobiet były przeznaczone tylko trzy kabiny. W drodze powrotnej wpadamy coś zjeść, baranki były takie sobie. Ale nic innego nie było do jedzenia tak więc, albo to albo nic. Po obiedzie czas na relaks, zabieramy ze sobą jedną koleżankę, która potrzebuje fachowej pomocy manikurzystki. Siedzimy we trójkę razem z Honda Europe, Holendrzy i Patrick z zaciekawieniem obserwują co my tam wyprawiamy, ja opiłowuję jedną rękę, Agata drugą, potem malowanie, do którego pożyczamy latarki od jednego z zawodników. Co tam wypełnianie road booka, malowanie paznokci jest w końcu ważniejsze. Było wesoło a do tego wzbudzałyśmy zainteresowanie wszystkich odwiedzających nasz team, wpadł do nas m.in. Marc Coma. Po zabiegach kosmetycznych idziemy na spacer, spotykamy mechaników Orlen Teamu którzy pokazują nam złapanego w słoik mało przyjemnego ogromnego pająka, mam nadzieję że nic podobnego nie wejdzie mi do namiotu, bo wtedy nie ma szans żebym tam spała. Potem sprawdzamy jak poszło naszym załogom samochodowym i ciężarówce. Spotykamy Grześka Barana i razem z nim idziemy się odprawić, tak żeby szybko następnego dnia przejechać przez granicę. Odprawa trwała może z dziesięć minut, przy jednym stoliku celnicy z Chile, przy kolejnym z Argentyny, wszystko poszło sprawnie i bez żadnych problemów. Ponieważ nie chciało nam się jeszcze spać, poszłyśmy posiedzieć na stołówkę. Tam zawsze się coś dzieje i można spotkać znajomych lub poznać nieznajomych. Wpadamy na Marcina i jego znajomych z X-Raid BMW. Oni siedzą przy ognisku, które zostało rozpalone przed namiotem cateringowym ale my postanowiłyśmy usiąść na jednej z ławek pod namiotem, zaraz obok nas usiedli znajomi mechanicy z Francji. Przechodzą też obok nas nasi koledzy, ale chyba nie za bardzo spodobało się im, że dobrze się bawimy i sobie poszli, jak dla mnie rewelacja. Rozmawiamy, śmiejemy się, dość zabawnie wyglądała mieszanka języków, francusko – polsko - angielska, większość tematów oczywiście dotyczyła relacji damsko – męskich, no ale to byli Francuzi tak więc nikogo nie powinno to dziwić, ale co najważniejsze nie szło nam tak źle skoro do namiotów poszłyśmy chyba po trzeciej. Tak więc zostało nam jakieś trzydzieści minut snu, skoro pobudka była zaplanowana na 4 rano, zupełnie nie wiem po co rozkładałam namiot, niespecjalnie mi się przydał tamtej nocy.

Etap XI Santiago de Chile – San Juan

Spałam, albo inaczej zdrzemnęłam się pół godzinki. Wcale tego nie żałuję, bo był to bardzo udany wieczór. Obudziłam całe towarzystwo, poprosiłam Michała - Pawła żeby złożył mi namiot, do tej pory nie zrobiłam tego ani razu, w końcu od czego ma się kolegów. Ja w tym czasie poszłam wziąć prysznic i na śniadanie. Siedzimy całą ekipa, razem z Agatą po raz kolejny zajadamy się nutellą i rogalikami, nie wiem jakim cudem się nam to nie znudziło. Dosiadają się do nas zawodnicy m.in. Kuba Przygoński, jest okazja żeby pogadać. Dzieli się z nami swoimi wrażeniami z dotychczasowych etapów, o tym, że jedzie mu się coraz lepiej ale również dopytuje się jak my sobie radzimy. Potem szybkie pakowanie, do samochodu i w drogę. Dzisiaj przekraczamy granicę, jesteśmy na zupełnym zadupiu a pojawił się dość istotny problem, mianowicie brak paliwa. Rezerwa już się pali a stacji benzynowej jak nie było tak nie ma, taki stres o piątej rano to nic przyjemnego. Dzień wcześniej nie zatankowaliśmy i to był błąd! Zaczyna się robić bardzo nerwowo, pytamy się co chwilę kogoś czy nie wie gdzie jest stacja, ale każdy mówi coś innego, że za dwa kilometry, drugi że za dziesięć i komu tu wierzyć. Po drodze same miasta widma, niewielkie miejscowości z jedną ulicą a po prawo i lewo domki, wyglądające na opuszczone. Ciężko stwierdzić czy w ogóle ktoś tam mieszka, bo o tej porze nie było tam nikogo.  No nic zdajemy się na własną intuicję i zjeżdżamy tam gdzie jest najwięcej świateł, znajdujemy małą stację benzynową w dodatku czynną, dzięki Bogu, bo na tym pustkowiu ciężko byłoby coś znaleźć, nie mówiąc o zatrzymaniu jakiegoś samochodu. Dawno nie było w samochodzie takiej ciszy. Zatankowani po sam korek, uspokojeni i szczęśliwi jedziemy na granicę chilijsko-argentyńską. Przekraczamy ją bez żadnych problemów, bez większej kontroli. Szczerze mówiąc gdyby nie celnicy sprawdzający nasze paszporty to nie wiedziałabym kiedy przejechaliśmy do Argentyny. Na zewnątrz jest strasznie zimno, gigantyczna różnica temperatury. Myślę że było zaledwie kilka stopni powyżej zera. Znowu jesteśmy w Andach, jest cudownie, piękne widoki, do tego wszystkiego po woli zaczyna wschodzić słońce jest przepięknie, nie ma nic wspanialszego niż majestatyczne góry o poranku. Zatrzymujemy się na chwilę, żeby rozprostować kości, chciałam porobić zdjęcia, no ale tradycyjnie padła mi bateria. Czy to zawsze musi się stać w najmniej odpowiednim momencie, chyba tak…  No trudno nie będzie zdjęć widoczków, jedziemy dalej na odcinek specjalny. Niestety zatrzymuje nas policja, pierwszy raz od tylu dni, no ale nic dziwnego skoro Michał wyprzedzał na krętej górskiej drodze autokar! Skończyło się jedynie na pouczeniu. Biorąc pod uwagę to z jakimi prędkościami jeździmy i ile kilometrów przejechaliśmy aż dziwne, że ani razu nikt z nas nie zarobił mandatu. W Polsce pewnie połowa z nas już by się pożegnała z prawem jazdy, na całe szczęście to Ameryka Południowa… Dojeżdżamy w okolice startu i zatrzymujemy się na pobliskiej stacji benzynowej, tam spotykamy Krzyśka i innych zawodników z Honda Europe. Ponieważ Miriam już zakończyła swoją przygodę z rajdem, w teamie zostali sami mężczyźni. Idziemy się trochę odświeżyć, robi się coraz cieplej za kilka godzin będzie niemiłosiernie gorąco, stoimy w toalecie a tu co chwilę do damskiej wchodzą jacyś zawodnicy, mówiłyśmy im żeby wchodzili bez krępacji w końcu po prawie dwóch tygodniach zdążyłyśmy się przyzwyczaić do ich towarzystwa… nawet w łazience. Trochę czasu zajął nam pobyt na stacji i przez to spóźniliśmy się na start naszych. Jedziemy kawałek dalej, tak żeby chociaż złapać Krzyśka i zrobić mu jakieś zdjęcia.

Krzysztof Jarmuż przyjeżdża na start odcinka, Argentyna.

fot. z archiwum Celestyny Kubus

Jestem zła na chłopaków, bo przez nich spóźniliśmy się na start to oni się tak ociągali. Nie maiłam kompletnie ochoty oglądać tego co się działo na trasie, razem z Agatą zostałyśmy w samochodzie. Oni sobie poszli i wcale nie miałam nic przeciwko temu. Chwila odpoczynku dobrze nam zrobi. Przebieram się, robię generalny porządek z ubraniami, jest kiepsko niewiele czystych ciuchów mi zostało, a do końca rajdu jeszcze trzy dni. Ale dam radę. Obok nas co chwile przechodzą jakieś pieski, widać ze są głodne, nic nie mamy do jedzenia, ale dajemy im wodę. Za miskę służy nam nakrętka od Isostara Krzyśka, myślę że nie miał by nam tego za złe, bo sam ma hopla na punkcie zwierzaków, co chwilę jakiegoś adoptuje. Spędzamy tam kilka godzin, jest coraz cieplej, nic mi się nie chce, jestem jakaś kompletnie zrezygnowana. Rajd tego dnia zupełnie mnie nie cieszył i nie wiem dlaczego tak było. Michał gubi gdzieś kamerę, okazuje się że położył ją na ziemi i wstając zapomniał o niej a jak się po nią wrócił, to już nie było po niej śladu. Agata jest na niego zła, tak więc atmosfera robi się jeszcze bardziej gorąca. Po kilku godzinach jedziemy do miejscowości San Juan. Byłam tam w zeszłym roku. W samochodzie raczej mało fajna atmosfera, nikt się nie odzywa, wszyscy są wściekli, strasznie dziwny dzień a do tego do przejechania jeszcze ponad 500 km. Myślę, że właśnie wtedy dopadł nas kryzys związany ze zmęczeniem, od pierwszego dnia nie było łatwo. Śpimy niewiele, albo wcale, non stop jesteśmy w drodze. W końcu i nas musiało to dopaść, mimo jednego wolnego dnia.  No ale nie ma co narzekać, ja i tak nie zamieniłabym tego na nic innego na świecie. Po długiej podróży dojeżdżamy do miejsca biwaku w okolice San Juan. Biwak zlokalizowany jest na niewielkim torze wyścigowym, między górami, podobnie jak rok wcześniej. Przy wjeździe był przepiękny park a w nim tradycyjnie tysiące ludzi witający zawodników. Uwielbiam ten widok i podziwiam tych ludzi. Zabieramy rzeczy, idziemy rozłożyć namioty, trzeba wchodzić pod górkę, mam dość, serio po prostu już mi się  nie chce! Znajdujemy Holendrów, rozkładam swój namiot, na podłożu pełno kamieni, dobrze że mam karimatę bo inaczej to bym sobie nie pospała. Mam podły nastrój, jestem na wszystkich zła, szczególnie na chłopaków którzy kompletnie nie liczą się z naszym zdaniem i nas olewają. Myślałam, że może chociaż Krzysiek stanie po stronie mojej i Agaty, ale gdzie tam, on trzyma z nimi. Chrzanić to, idę wziąć prysznic, jedyna przyjemna chwila tego dnia. Potem siedzimy przy namiotach, odwiedza nas m.in. Marcin, oglądamy zdjęcia, rozmawiamy, robi się już ciemno. Nie dość, że mam podły nastrój to pokłóciłam się z Krzyśkiem, w sumie o głupotę, ale czasem jedno słowo w mało odpowiednim momencie może wywołać kłótnię. Tego dnia jestem jakaś zdołowana i przybita, chce mi się płakać. Biorę aparat i idę połazić po biwaku, robię zdjęcia, muszę trochę odreagować. Miło, że chociaż inni witają mnie z uśmiechem, całe szczęście poznałam wiele osób i zawsze mogę z nimi pogadać. Po pewnym czasie wracam do namiotów, razem z Agatką idziemy na stołówkę, siadamy przy jednym ze stolików, razem z nami kilka osób, które poznałyśmy w trakcie trwania rajdu. Ale jakoś nie mam ochoty na zabawę, wracam do namiotu i idę spać.

Etap XII San Juan – San Rafael

Pobudka bardzo wcześnie, idę wziąć prysznic, jest ciemno, zimno, kamienie wbijają się w stopy. Ale co mi tam, zabieram rzeczy i idę na stołówkę, czekam tam na wszystkich aż się pofatygują na śniadanie. Złość mi nie przeszła. Przychodzą koledzy, nie mogę już na nich patrzeć. Szybko jem śniadanie i idę jeszcze umyć żeby i zmykam do samochodu. Po kłótniach uzgadniamy, że jedziemy na start zlokalizowany zaledwie 70 km od San Juan. Super trasa, prowadzi nas przez góry, cały czas kręte dróżki, mijają nas co chwilę „dakarowcy”, humor powoli wraca. Postanowiłam się zupełnie nie przejmować i cieszyć się ostatnimi dniami rajdu. W końcu jestem tu dla siebie i tylko dla siebie! Dojeżdżamy do startu, tradycyjnie już bez problemów udaje nam się ominąć ochronę, mamy takie szczęście, wjeżdżamy tam gdzie nie powinno być nikogo z poza rajdu. Jest już kilku zawodników, w tym Juan, humor od razu mi się polepszył, a wystarczył jeden uśmiech. Pyta się czy wszystko ok i jak się czuję, jest dobrze. Poszłam na linię startu porobić trochę zdjęć, krajobraz zupełnie inny niż ten do którego przyzwyczaiło nas Chile. Nie ma piasku i wydm za to są kamienie i szutry. Wreszcie pojawiło się słońce i jest coraz cieplej, w pewnym momencie woła mnie jakiś argentyński fotoreporter, zupełnie nie wiem o co mu chodzi. Kiedy do niego podchodzę pokazuje mi żebym stanęła w tym miejscu to wyjdą mi lepsze zdjęcia. Bardzo miło z jego strony. Po kilku minutach ruszają pierwsi zawodnicy, czekamy aż wystartują wszyscy. W międzyczasie robimy sobie sesję zdjęciową, jest naprawdę wesoło. Paweł i Michał się wygłupiają, jest fajnie. Atmosfera jakby trochę lepsza…  Potem szybka ewakuacja do samochodu i jedziemy na CP1, czyli punkt kontroli na którym zawodnicy mają 15 minutową przerwę. Jedziemy jakieś trzy godziny, w pewnym momencie okazuje się, że musimy zawrócić bo pojechaliśmy za daleko. Zawracamy i dojeżdżamy do miejsca kontroli, kilka razy przejeżdżaliśmy już przez takie punkty, ale tutaj musieliśmy odpowiadać na różne pytania, skąd jedziemy, dokąd w ile osób, czy nie przewozimy owoców itd. Takie kontrole są najczęściej zlokalizowane na granicach poszczególnych prowincji. W wielu prowincjach głównym środkiem utrzymania jest produkcja wina, nie wolno wwozić owoców aby jakieś niepotrzebne choroby nie przedostały się na plantacje winogron w danym regionie. Czekamy kilka minut, nie możemy jeszcze jechać, każą nam czekać, pierwszy raz spotkaliśmy się z taką sytuacją, no ale nie ma się co wychylać. Jak każą to czekamy. Jeden z policjantów pokazuje nam swojego kolegę który siedział na motocyklu, mieliśmy jechać za nim w kolumnie samochodów, po co nie mieliśmy pojęcia. No ale ok. Byliśmy zupełnie zdezorientowani ta całą sytuacją a poza tym baliśmy się że nie zdążymy na CP1 gdyż dokładnie nie wiedzieliśmy ile jeszcze zostało nam do przejechania. Jechaliśmy tak jakieś 20 km, aż dojechaliśmy do CP1, czyli do miejsca w którym chcieliśmy się znaleźć. Jak się okazało punk ten znajdował się bezpośrednio na drodze i eskorta policji była pewną formą zapewnienia bezpieczeństwa przejeżdżającym zawodnikom, no ale skąd mogliśmy to wiedzieć… Zostawiliśmy samochód, chłopcy poszli na któryś tam kilometr odcinka, my miałyśmy okazję się przebrać i nasmarować kremem z filtrem, bo już ostro grzało. Ponieważ okazało się, że jednak moje buty wywalili koledzy, tak dla funu, my dla zabawy wlałyśmy Antkowi piwo do torby z ubraniami. I to wcale nie ja wpadłam na ten pomysł… Może i nie powinnyśmy, ale co tam. Jak Kuba Bogu… W zdecydowanie lepszych nastrojach, po małej zemście poszłyśmy na miejsce w którym zatrzymywali się zawodnicy. Na drodze zostały ustawione barierki, za które nie można było teoretycznie przejść. Podkreślam teoretycznie, bo jak już się wielokrotnie przekonałyśmy podczas tego rajdu, dla nas nie ma rzeczy niemożliwych. Stałyśmy przy barierkach i rozmawiałyśmy po Polsku czym oczywiście wzbudzałyśmy spore zainteresowanie, w pewnym momencie podeszła do nas policjantka mówiąca po angielsku. Szok, w Argentynie niewielu policjantów mówi w innym języku niż hiszpański zresztą nie tylko policjantów. Była bardzo miła i powiedziała że gdybyśmy czegoś potrzebowały to służy nam pomocą. Chwilę z nami rozmawiała, pytała się na których zawodników czekamy a potem, jak już któryś z naszych kolegów przyjeżdżał, pozwalała nam do nich iść. Do tego wszystkiego robiła nam z chłopakami zdjęcia, czym kompletnie nas rozbroiła. My czekałyśmy przede wszystkim na Krzyśka, ale zanim przyjechał udało nam się porozmawiać z Alainem Duclo z Francji, ewidentnie chciał się z nami zaprzyjaźnić. Miłe. Ja czekałam tradycyjnie już na mojego znajomego z Hiszpanii. Kiedy już wsiadł z powrotem  na motocykl podeszłam do niego zrobić sobie koleje zdjęcie. Za nim stał Kuba Przygoński, życzyłam mu szczęścia i wróciłam za barierkę. Za chwilę przyjechał Krzysztof, ponieważ miał 15 min do startu, przyszedł do nas. Oczywiście miał najlepszą opiekę ze wszystkich zawodników, full serwis.

Jakub Przygoński i Celestyna Kubus na biwaku w Santa Rosa, w Argentynie.

fot. z archiwum Celestyny Kubus

Myślę, że pozostali zawodnicy trochę mu zazdrościli. Przyniosłyśmy mu wodę, Agata poleciała do samochodu po Isostara, napełniłyśmy mu camel baga, czego nie zrobiłam rano na biwaku bo byłam na niego zła i to była taka moja mała zemsta, do tego nad głową miał parasolkę trzymaną przeze mnie w pewnym momencie jakiś fotoreporter zaczął robić nam zdjęcia. Krzysiek trochę się zasiedział i musiał ekspresowo się ubierać i wskakiwać na motocykl. Pojechał a my poszłyśmy szukać cienia, no i znalazłyśmy namiot a w nim Michałów dwóch w słomkowych kapeluszach. Wyglądali przezabawnie, do tego chyba sporo za nie przepłacili. No ale co najważniejsze byli przeszczęśliwi i bardzo się do nich zdążyli przyzwyczaić. Wpakowaliśmy się do samochodu i w drogę, znowu nasza kolej na prowadzenie samochodu, panowie coś za bardzo polubili argentyńskie piwo, no ale niech im będzie jedziemy do San Rafael, miejsca przedostatniego w tym roku dakarowego biwaku. Biwak był zlokalizowany w tym samym miejscu co rok wcześniej, na obrzeżach miasta niedaleko niewielkiego lotniska. Zanim jednak do niego dojechaliśmy spędziliśmy jakąś godzinę w gigantycznym korku. Po obu stronach jezdni było pełno ludzi, praktycznie od wjazdu do miasta wyznaczali trasę do biwaku. Koledzy postanowili chociaż raz poczuć się jak gwiazdy Dakaru, odkręcili szyby w samochodzie, machali ludziom, przebijali piątki a przy okazji surowym okiem oceniali lokalne piękności. Było przy tym sporo śmiechu i niezła zabawa dobrze, że ci ludzie nie wiedzieli kim na prawdę jesteśmy. No ale prawda jest taka, że dakarowa koszulka w czasie trwania rajdu czyni cuda. Wreszcie udało się dotrzeć na miejsce, zabrałyśmy szybko swoje rzeczy, chłopaków zostawiłyśmy i poszłyśmy na biwak. Nie miałyśmy pojęcia gdzie tym razem ustawili się nasi, łaziłyśmy jak zwykle z tysiącem niepotrzebnych rzeczy i wyglądałyśmy jak zagubione dzieci we mgle. W pewnym momencie usłyszałyśmy nasze imiona, myślałam że to chłopcy. Jak się okazało, wołali nas nasi nowi francuscy koledzy. Przywitałyśmy się z nimi, chwilę porozmawialiśmy po czym wskazali nam gdzie stoi nasz team, tuż za ich. Zaproponowali nam, że zaniosą nasze rzeczy no ale nie było już takiej potrzeby, pożegnałyśmy się i poszłyśmy rozłożyć namioty. Był tylko Patrick Trahan „człowiek z północy”, mówiliśmy tak o nim gdy nie chcieliśmy wymawiać przy nim jego imienia, albo nie mówić Kanadyjczyk, przygotowywał road booka na kolejny dzień. To jeden z tych zawodników z którym zawsze chętnie rozmawiałam, niesamowity człowiek, ogromny optymista i zawsze uśmiechnięty, nawet mimo ogromnego zmęczenia. W międzyczasie rozłożyłyśmy namioty i poszłyśmy wziąć upragniony prysznic. Po drodze zaczepił nas przystojniak z L.A. Brad, poznałyśmy go jakoś w Chile. Obiecał, że nas odwiedzi. Dotarłyśmy wreszcie do miejsca naszego celu, tradycyjnie zima woda która już chyba nikogo nie dziwi, w końcu ważne, że w ogóle jest. Po jakiejś godzince wracamy do namiotów, Henk pyta się czy nie pojechałybyśmy po paliwo dla zawodników. Czemu nie i tak nie mamy nic innego do roboty. Dostajemy trzy karnistry i pieniądze, idziemy do samochodu. Jedziemy przed siebie zupełnie nie pamiętając gdzie może znajdować się stacja benzynowa. Przejechałyśmy jakieś 10 km i postanowiłyśmy zawrócić i pojechać w przeciwnym kierunku, po około 20 km znalazłyśmy stację, wlałyśmy paliwo do karnistrów, poprosiłam rachunek, bo to dla Henka i wróciłyśmy na biwak. Byłą okazja, żeby pogadać sam na sam, podsumować to co się wydarzyło przez ostatnie dwa tygodnie i dojść do wniosku, że żeby z kimś się zaprzyjaźnić nie trzeba tego kogoś znać całe lata. Wiem, że po tym rajdzie mam nową przyjaciółkę i mam nadzieję, że nasza przyjaźń przetrwa bardzo długie lata i że to nie będzie nasz ostatni wspólny rajd. Przez te dwa tygodnie działo się naprawdę wiele, ale w każdej sytuacji stałyśmy za sobą murem i wspierałyśmy się. Wróciłyśmy na biwak, po karnistry przyszedł Henk i Michał, wróciłyśmy do namiotów, potem poszłyśmy na stołówkę i spotkałyśmy się m.in. z Brad’em. Ponieważ Agatka, źle się czuła poszła spać ja jeszcze zostałam i siedziałam tam trochę, razem z mechanikami KTMa, było dość sympatycznie. Koło pierwszej wróciłam do namiotu, pobudka o trzeciej.

Etap XIII San Rafael – Santa Rosa

Do końca rajdu zostały tylko dwa etapy, po bardzo szybkim śniadaniu zabrałyśmy swoje rzeczy i poszłyśmy w stronę samochodu, chłopcy jeszcze się pakowali. Zawodnicy już wyjeżdżali na odcinek, spotkałyśmy Kubę Przygońskiego, potem jeszcze Alaina Duclo, który serdecznie nas pozdrowił no i Juana, pozdrowiłyśmy serdecznie chłopaków i uciekłyśmy do samochodu. Pojechaliśmy na start do miejscowości El Nihil, w zeszłym roku była tu zlokalizowana meta jednego z odcinków, do tej pory moje stopy pamiętają kolce które wbijały mi się  w japonki. Tradycyjnie podjechaliśmy pod sam start, w miejsce gdzie już stali zawodnicy. Stałyśmy naprzeciwko nich. Był już Kuba, Juan, w pewnym momencie podszedł do nas Alain i poprosił Agatę, żeby przechowała dla niego zdjęcia, które wręczył mu jakiś fan. Kiedy zawodnicy zaczęli się ubierać pokazałam Juanowi, żeby do mnie podszedł, teraz albo nigdy pomyślałam, powiedziałam mu coś na ucho, ale co to już pozostanie moją tajemnicą. On się uśmiechnął tylko i powiedział do zobaczenia. Tyle mi wystarczyło. Potem szybko poszłyśmy do Krzyśka, tradycyjnie się wygłupialiśmy, trzeba jakoś rozładować stres przed startem, robiliśmy sobie zdjęcia. Już wtedy wiedziałam, że będzie mi tego brakowało. Kiedy już nasi ruszyli, razem z Agatą poszłyśmy spać do samochodu, chłopcy natomiast wyruszyli w poszukiwaniu baru. Antek robił zdjęcia, czekaliśmy na wszystkich łącznie z Grześkiem Baranem. Spałyśmy chyba jakieś trzy albo cztery godziny, gdyby nie narastający upał, to pewnie spałybyśmy dalej. Niestety zmęczenie jest coraz bardziej odczuwalne, no ale po takich dwóch tygodniach to nic nadzwyczajnego. Kiedy towarzystwo już wróciło udaliśmy się w drogę na ostatni biwak do Santa Rosa, jechaliśmy i nie mogłam uwierzyć, że został tylko jeszcze jeden dzień rajdu, chciałabym cofnąć czas i przeżyć to wszystko jeszcze raz. No ale tego nie da się zrobić. Do przejechania mieliśmy jakieś 600 km, było potwornie gorąco, droga była niemiłosiernie długa i nudna. Choć atmosfera w samochodzie była całkiem fajna, chyba wszyscy już się na tyle wyluzowali, że przestaliśmy przejmować się wcześniejszymi nieporozumieniami. Albo po prostu zmęczenie było już tak duże, że było nam wszystko jedno. Nie ważne, najważniejsze że jest ok. Po drodze zatrzymujemy się na stacji benzynowej i kupujemy lody, w sumie to nie za często mieliśmy okazję się nimi zajadać. Siedzimy w cieniu, jest naprawdę przyjemnie. Po krótkim odpoczynku jedziemy dalej, na miejsce dotarliśmy koło godziny 18, chyba do tej pory najwcześniej, na ogół dojeżdżaliśmy koło 21 – 22. Zabrałyśmy swoje rzeczy, zostawiłyśmy już tradycyjnie chłopaków i weszłyśmy na  biwak. Chwilę nam zajęło zanim znalazłyśmy Honda Europe, ja tylko w myślach się modliłam żeby nie wpaść na Juana, chyba zapadłabym się pod ziemię albo po prostu uciekła. Znalazłyśmy naszych, Krzysiek odpoczywał inni zawodnicy spali albo wypełniali road booka, mechanicy pracowali. Rozłożyłyśmy namioty i poszłyśmy wziąć prysznic. Tak poza tym to był ostatni popołudniowo biwakowy prysznic, więc trzeba się było nim nacieszyć, kolejny już w dużej wannie z gorącą wodą. Nie żebym jakoś specjalnie za tym tęskniła. Siedziałyśmy tam z Agatą  jakieś dwie godziny, był to czas tylko dla nas! Wreszcie wróciłyśmy do namiotów, zostawiłyśmy rzeczy i poszłyśmy na stołówkę, cały czas się rozglądałam co zaczęło lekko denerwować Agatę, w końcu usiadłyśmy przy jednym ze stolików, było bardzo dużo ludzi, siedziałyśmy naprzeciwko Rudiego, Rodolpho Mattheisa z Brazylii, to jeden z tych zawodników, którego poznałam na moim pierwszym Dakarze. Powspominaliśmy stare dobre czasy, była okazja podzielić się wrażeniami z całego rajdu.  Rodolpho przypomniał mi jak próbował mi wmówić, że Dakar 2009 był jego pierwszym i ostatnim a ja zapewniałam go, że jeszcze tu wróci. No i miałam rację. Pozwolił mi nawet powiedzieć  trzy magiczne słowa „ A nie mówiłam”.  Powiedział, że za pierwszym razem jechało mu się dużo lepiej, bo jechał na większym luzie i jego celem była meta. Teraz już bardziej jedzie o poprawienie wyniku i przy tym jest większy stres. Z daleka zauważyłyśmy Rafała Martona, pilota naszej jedynej ciężarówki startującej w rajdzie, podeszłyśmy do niego, żeby chwilę porozmawiać, później przeniosłyśmy się na środek stołówki gdzie stali polscy dziennikarze, był też Kuba, z którym wreszcie udało się zrobić zdjęcia. Ostatni biwak to okazja żeby powymieniać się kontaktami z nowo poznanymi osobami, postanowiłyśmy zrobić sobie rundkę po biwaku i odwiedzić naszych znajomych, zawitałyśmy m.in. do mechaników z Francji a potem do Grzegorza Barana, który pozwolił nam wsiąść nawet do ciężarówki.  Wszystko było by super gdyby nie to, że pierwszy stopień miałam na wysokości głowy i nie mogłyśmy się do niej wdrapać. Dżentelmenem okazał się Jarek Kazberuk, od razu wziął nas na ręce i po kolei wrzucił do ciężarówki, jaką miałyśmy wtedy frajdę. Było super, kiedy chciałyśmy już wysiadać, Rafał powiedział, że Grzegorz jedzie do miasta zatankować samochód i jeżeli chcemy możemy się z nim zabrać. Co to w ogóle za pytanie, pewnie, że chcemy! W końcu nie co dzień jeździ się ciężarówką startująca w legendarnym Dakarze. Szczerze mówiąc to nawet miałyśmy poprosić chłopaków żeby nas przewieźli ciężarówką, ale nie miałyśmy odwagi. Mimo wszystko udało się i pojechałyśmy. Ciężarówka na pierwszy rzut oka nie różni się za bardzo od takich seryjnych, ale kiedy wsiadłyśmy do kabiny zobaczyłyśmy, że jest w niej klatka bezpieczeństwa, sportowe fotele, bidony z wodą i urządzenia niezbędne do dobrego wytyczania trasy przejazdu jak np. GPS. Super, kolejne niezapomniane przeżycie.  Tradycyjnie po drodze ludzie robili nam zdjęcia, spowodowaliśmy nawet jedną stłuczkę, jacyś kierowcy zapatrzyli się na nas i po prostu się zderzyli. Krążyliśmy po mieście jakieś pół godziny i nikt nie potrafił nam wskazać gdzie jest stacja benzynowa. Wreszcie dotarliśmy do celu, zatankowaliśmy 300 litrów i pojechaliśmy na biwak. Grzesiek kupił nam lody i coca colę, miło z jego strony,  ogólnie była super przejażdżka. Czułam się jak małe dziecko, strasznie fajne uczucie. Byłyśmy bardzo wdzięczne Grześkowi za to, ze zabrał nas na krótką wycieczkę, to była kolejna fajna rzecz na tym rajdzie i miłe zakończenie dwutygodniowej wyprawy. Ponieważ był to ostatni biwak, plan był jeden tej nocy nikt nie idzie spać! To ostatnia okazja na to aby porozmawiać z ludźmi i dobrze się bawić, nawet zmęczenie jakoś przestało nam wtedy doskwierać. Pierwszą część wieczoru spędziłyśmy przy namiocie cateringowym bo to tam odbywała się najlepsza zabawa, były i śpiewy i tańce i świetna atmosfera i bardzo dużo ludzi. Mechanicy, zawodnicy, dziennikarze, obsługa itd. Po środku paliło się ogromne ognisko, a wokół kręciło się wiele osób. Siedziałyśmy z Agatką przy ognisku po czym dosiadło się do nas kilka osób, rozmawialiśmy, żartowaliśmy, dzieliliśmy się najfajniejszymi wspomnieniami z tych dwóch tygodni. Było naprawdę super! Natomiast drugą część wieczoru spędziłam w jeszcze milszym towarzystwie, czyim? Pewnie się domyślacie… Był to bardzo udany wieczór dla nas wszystkich a tej nocy Santa Rosa nie spała! I tak miało być!

XIV Santa Rosa – Buenos Aires

Zebraliśmy się około 5 rano, wzięłam prysznic, przebrałam się, zrobiłam Krzyśkowi camel baga, pożyczyłam też Isostara Patrickowi, okaz był z niego niezły, do camel baga nalewał Isostara, wodę, coca colę i Red Bulla, to naprawdę musiało dawać kopa… Później poszłam na stołówkę. Nie byłam głodna, zabrałam tylko dwie wody i herbatę dla Agaty bo troszkę źle się czuła. Zabrałyśmy swoje rzeczy i poszłyśmy do samochodu, ja i Agata byłyśmy zupełnie nieobecne tego dnia. Tego dnia chcieliśmy pojechać na metę, nie wiedzieliśmy tylko gdzie dokładnie ona jest. Po drodze na jednej ze stacji benzynowych udało mi się w 5 minut umyć głowę i doprowadzić do porządku,  proszę jakich to pożytecznych rzeczy może się człowiek nauczyć w trudnych warunkach, w te pięć minut zdałyśmy sobie również z Agatą relację z poprzedniego wieczoru. Oczywiście spóźniliśmy się na metę, bo pojechaliśmy zupełnie nie tam gdzie trzeba, nie było już Kuby Przygońskiego, musieliśmy się z nim minąć. Okazało się, że meta była jakieś 4 km od miejsca w którym się zatrzymaliśmy, ja z Michałem - Pawłem i Antkiem szłam tam na pieszo, po drodze mijali nas inni zawodnicy, zatrzymaliśmy Krzyśka Jarmuża i Rafała Sonika, Paweł zrobił krótkie wywiady a później poszliśmy dalej. Agata i Michał dojechali samochodem. Wreszcie dotarliśmy na miejsce na całe szczęście było jeszcze kilku motocyklistów, była okazja porobić sobie z nimi zdjęcia, mam zdjęcia z Chaleco Lopezem, idolem Chilijczyków, z Annie Seel, niesamowitą Szwedką, z Rodolpho Mattheisem i z wieloma innymi. Czekaliśmy na mecie na wszystkich Polaków, ponieważ do przyjazdu samochodów i ciężarówek mieliśmy jeszcze jakieś dwie godziny wróciliśmy do samochodu. Kiedy zaczął się zbliżać czas przyjazdu naszych wróciliśmy na metę, tam spotkałam ponownie Brada, była okazja po raz ostatni pogadać. Jako pierwsze zameldowało się ekipa Jarek Kazberuk, Robert Szustkowski w polskim Pajero, chwilę po nich ekipa Grzegorza Barana, czekaliśmy na nich razem z ekipą polskiej telewizji. Jacy oni byli szczęśliwi, rzadko widzi się taką szczerą prawdziwą radość. Ten rajd ma właśnie w sobie to coś, trwa dwa tygodnie, jest morderczy i niezwykle wyczerpujący, ale jak widzi się twarze tych wszystkich którym udało się dojechać do mety to chce się żyć. W tej jednej chwili zapominają o zmęczeniu, liczy się to że jesteś na mecie i w sumie nie ważne na którym miejscu najważniejsze, że wygrałeś walkę z samym sobą ze sprzętem z przeciwnościami losu. Za to tak bardzo kocham ten sport i marzę żeby kiedyś też osiągnąć ten cel i stanąć na mecie legendarnego Dakaru.

Polska ekipa na Rajdzie Dakar 2010.

fot. z archiwum Celestyny Kubus

Niesamowita podróż dobiegła końca, przed nami już tylko powrót do Buenos Aires i oficjalne zakończenie rajdu w stolicy Argentyny. Mimo ogromnego zmęczenia, wielu niedogodności, kłótni, czasem kompletnie bezsensownych sprzeczek wielokrotnie wynikający po prostu ze zmęczenia i z tego że spędzaliśmy ze sobą tak dużo czasu, kilku stresujących momentów, wiem że była to kolejna niesamowita podróż. Wiem jedno, wszystkie doświadczenia, niesamowite emocje, które towarzyszyły mi nie tylko przy okazji oglądania zmagań zawodników, ale również emocje związane z poznawaniem nowych ludzi i przeżywaniem wielu niesamowitych chwil, fantastyczne przyjaźnie, a czasem nawet coś więcej, wszystko to czego doświadczyłam w ciągu tych dwóch tygodni jest o wiele więcej warte niż wszystkie pieniądze świata i jedno jest pewne nikt nie zabierze mi tego co zobaczyłam i przeżyłam. Dwa lata z rzędu miałam możliwość uczestniczenia w wydarzeniu, które śledzą miliony osób na świecie. Mogłam obcować z ludźmi, którzy jeszcze parę lat temu byli dla mnie idolami z telewizora i nie wyobrażałam sobie, że mogę siedzieć przy jednym stole z takimi osobami jak Marc Coma, Cyril Despres czy Stephane Peterhansel. Przecież, to wydaje się zupełnie nie realne, a jednak, prawda jest taka że marzenia się spełniają! Warto w nie wierzyć i walczyć o nie, bo nic nie napędza nas do działania tak jak nowe cele. Mój sympatyczny przyjaciel z Kanady, Patrick Trahan na pożegnanie powiedział mi tak „Do not give up ever!!! You can put things aside. But do not give up your dreams!” zgadzam się z nim w stu procentach.

Rajd Dakar 2010 podsumowanie.

Trzydziesta pierwsza edycja Rajdu Dakar. Odbyła się w dniach od 1 stycznia do 16 stycznia 2010 roku na bezdrożach Argentyny i Chile i liczyła czternaście etapów ze startem i metą w Buenos Aires.. Do rajdu zarejestrowano 151 motocykli, 25 quadów, 134 samochodów i 52 ciężarówki, jednak na starcie pierwszego etapu stanęło 150 motocyklistów. W rajdzie udział wzięło 14 Polaków. Trasa dla motocykli i Fuadów liczyła 8937km w tym 4717 km odcinków specjalnych. Dla samochodów i ciężarówek trasa to 9030km w tym 4810 odcinków specjalnych.

Liderzy Rajdu Dakar 2010 i wyniki Polaków:

Motocykle

  1. Cyril Despres FRA
  2. Pal Anders Ulevalseter NOR
  3. Francisco Chaleco Lopez CHL

…………

8. Jakub Przygoński POL

16. Jacek Czachor POL

27. Krzysztof Jarmuż POL

33. Marek Dąbrowski POL

Rajd ukończyło 88 motocyklistów ze 150.

Quady

  1. Marcos Patronelli ARG
  2. Alejandro Patronelli ARG
  3. Juan Manuel Gonzalez Corominas ESP
  1. Rafał Sonik POL

Rajd ukończyło 14 quadów z 25.

Samochody

  1. Carlos Sainz ESP
  2. Nasser Al – Attiyah QAT
  3. Mark Miller USA

35. Robert Szustkowski/ Jarosław Kazberuk POL

Aleksander Sachanbiński i Arkadiusz Rabiega odpadają po trzecim etapie. Krzysztof Hołowczyc i Jean Marc Fortin nie ukończyli rajdu odpadając na dziewiątym etapie. Do mety dojechało 57 z 134 ekip samochodowych.

Ciężarówki

  1. Władimir Czagin RUS
  2. Fridaus Kabirow RUS
  3. Marcel van Vielt NED

….

20. Grzegorz Baran/ Rafał Marton/ Paweł Zborowski

Do mety rajdu dojechało 28 z 52 ciężarówek. Wśród osób które nie dojechały do mety był Dariusz Rodewald jadący z kierowcą Joseph’em Adua.



[1] Amaury Sport Organisation (ASO) jest częścią francuskiej grupy medialnej EPA Éditions Philippe Amaury, są odpowiedzialni za organizację takich imprez jak Tour de France, Vuelta a España i Paris–Nice oraz są organizatorami Rajdu Dakar a od 2008 roku Central Europe Rally.

Komentarze

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Twój może być pierwszy!
Podobne artykuły

Motocaina na Youtube

Najnowsze artykuły

Motocaina na Instagramie

Gorące dyskusje