Podatek ekologiczny znowu straszy

Zaledwie rok temu polskim kierowcom groził podatek ekologiczny w wysokości nawet 3000 zł (dla aut wyprodukowanych przed 1992 rokiem), a dziś rząd powraca do tego pomysłu. Podatek miałby być płacony co roku i uzależniony od pojemności silnika, emisji spalin i wieku samochodu. 

Na razie rozpoczyna się dyskusja, ale niewykluczone, że tym razem nie uda się powstrzymać planów dodatkowego obciążenia zmotoryzowanych Polaków.

Zwolennicy wprowadzenia podatku mówią, że dzięki temu Polacy zaczęliby kupować nowe, bardziej ekologiczne samochody. Czy aby na pewno? Polacy mają starsze pojazdy nie z zamiłowania do oldtimerów, ale ponieważ często ich nie stać na nowe auto. Podatek ekologiczny tego faktu nie zmieni. Prędzej większość osób z ciężkim sercem pozbędzie się samochodu, niż zdecyduje się na zaciągnięcie wieloletniego kredytu na auto z salonu, które już po dwóch latach straci nawet połowę swojej wartości. Przedstawiciele koncernów samochodowych mówią wprost, że  brak podatku ekologicznego hamuje sprzedaż nowych aut.

O co więc chodzi – o ochronę środowiska czy może o zyski koncernów samochodowych? 

W dyskusji nad podatkiem ekologicznym używa się argumentu oczyszczenia polskich dróg z jeżdżących po nich wraków. Jeszcze kilka lat temu średni wiek pojazdu w Polsce rzeczywiście wynosił 14 lat. Od dłuższego czasu samochody sprowadzane do Polski mają blisko 10 lat (w 2009 roku nawet około 9), co powoduje odmładzanie się parku – obecnie średni wiek pojazdów wynosi nieco powyżej 11,5 roku. Dla lepszego wyobrażenia sobie tej tendencji warto podać przykład, iż właściciele starych aut, m.in. takich jak Fiat 126p, Cinquecento czy Polonez przesiadają się do lepszych, bezpieczniejszych, ekonomiczniejszych i mniej zanieczyszczających środowisko pojazdów. Najczęściej bowiem wspomniane modele są wymieniane na średnio 10-letnie samochody zachodnie (np. VW Golf czy Audi A4 z 2000 roku), które są nowocześniejsze i często w lepszym stanie technicznym niż pojazdy dotychczas eksploatowane.

Jak podaje firma badawcza MotoFocus, w 2009 rok średni wiek samochodu osobowego w Polsce wyniósł 11,5 roku, a wg firmy Samar było to powyżej 12 lat. Niestety nadal oficjalne statystyki (Centralna Ewidencja Pojazdów) obarczone są wieloma błędami, takimi jak przypadki podwójnej rejestracji tego samego samochodu lub brak informacji o wyrejestrowaniu pojazdu, który trafił na złom. 

Taki rozkład wiekowy parku samochodowego nie może dziwić, gdyż nie należy oczekiwać, iż wszyscy Polacy przesiądą się do aut kupowanych w salonach – są na to zbyt ubogim społeczeństwem, którego siła nabywcza jest od dwóch do trzech razy mniejsza od siły nabywczej społeczeństw Europy Zachodniej. Dla przykładu na nowego Volkswagena Golfa statystyczny Niemiec musi pracować około 12 miesięcy. Polak, żeby zarobić na takie samo auto, potrzebuje aż 28 miesięcy. Należy pamiętać, iż starymi samochodami nikt nie jeździ z wyboru, a raczej z konieczności. Zatem trzeba skupiać się na tym, by tym jeżdżącym zapewnić maksymalne bezpieczeństwo i zgodność z normami emisji spalin. Bez tańszych usług i części oferowanych przez niezależny rynek motoryzacyjny będzie to praktycznie niemożliwe. To samo społeczeństwo, którego nie stać na zakup nowego samochodu, nie będzie też w stanie regularnie serwisować aut przy użyciu najdroższych części oznaczonych logo koncernów samochodowych. 

Najlepszym dowodem małej zamożności polskich kierowców jest fakt, że w czasie ostatniego kryzysu nawet importowane samochody okazały się zbyt drogie jak na naszą kieszeń. 

Zmotoryzowani Polacy to podstawowa grupa, która odczuje skutki wprowadzenia podatku ekologicznego. Druga to niezależny (czyli niezwiązany z koncernami samochodowymi) rynek motoryzacyjny, który tworzony jest przez 28 tys. firm i zatrudnia 220 tys. osób. Droga zachęcająca kierowców do zakupu nowego samochodu, poprzez obłożenie właścicieli przede wszystkim starszych samochodów dodatkowymi opłatami, doprowadzi jedynie do tego, że gwałtownie zacznie spadać wielkość parku samochodowego w Polsce, a spodziewane wpływy do budżetu państwa będą symboliczne. Ze względu na prognozowany spadek liczby samochodów, ograniczeniu ulegnie rynek zbytu dla producentów i dystrybutorów części. Fakt ten, w postaci mniejszej liczby klientów, odczują również warsztaty niezależne, gdyż właściciele nowych aut, średnio do 3 lat, korzystają przede wszystkim z usług autoryzowanych serwisów, obawiając się utraty gwarancji. Z 16,8 mln właścicieli pojazdów w Polsce aż 15,1 mln korzysta z usług niezależnych warsztatów, gdyż po prostu ich nie stać na drogie naprawy w serwisach autoryzowanych. 

W kwestii ochrony środowiska znacznie ważniejszym elementem niż wprowadzenie podatku ekologicznego, będzie zapewnienie niezależnemu rynkowi motoryzacyjnemu dostępu do danych technicznych, w chwili obecnej gwarantowanego przez rozporządzenie GVO. Aby zapewnić zgodność ze standardami UE dotyczącymi emisji spalin, samochody muszą być poddawane regularnej kontroli technicznej. Z tego też powodu dostęp do informacji na temat sposobu serwisowania i naprawy jest niezbędny, aby utrzymać funkcjonalność, bezpieczeństwo oraz zgodność pojazdów z wymogami ochrony środowiska. 

Nowy podatek jako zachęta do zakupu aut bardziej ekologicznych (co dla wielu oznacza fabrycznie nowych) jest wątpliwym pomysłem. Miejmy nadzieję, że i tym razem w dyskusji przeważy głos rozsądku.

Źródło: Stowarzyszenie Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych

Najnowsze

Relacja Idalii Czarnockiej z kartingowego Pucharu Moraw

Tegoroczna pierwsza runda Pucharu Moraw i Mistrzostw Słowacji rozgrywała się na słowackim torze w Trebaticach. Był to pierwszy wyścig po moim zeszłorocznym wypadku - pisze Idalia Czarnocka jedna z niewielu kobiet startujących w zagranicznych wyścugach kartingowych. Oto jej relacja.

fot. Robb Fron

Tegoroczna pierwsza runda Pucharu Moraw i Mistrzostw Słowacji rozgrywała się na słowackim torze w Trebaticach. Był to pierwszy wyścig po moim zeszłorocznym wypadku. Chciałam pokazać się z dobrej strony, choć wiedziałam, że nie mogę od siebie zbyt wiele wymagać.

Z powodu długiej przerwy zaczęłam trenować już w czwartek rano. Początkowo miałam duży problem z przyzwyczajeniem się do zupełnie nowej ramy mojego pojazdu, ale (na szczęście) z każdym okrążeniem szło mi coraz lepiej. Piątkowe treningi polegały na stopniowym poprawianiu czasów okrążeń oraz eliminowaniu błędów, które popełniałam.

Nadeszła sobota, a więc kilka treningów oraz czasówka. Na porannej próbie testowaliśmy kilka nowych ustawień i udało mi się uzyskać drugi czas w stawce. Na następnym treningu chcieliśmy znów się poprawić, ale trochę nam nie wyszło i „przekombinowaliśmy”. Później było jeszcze gorzej – na zmianę padał deszcz i świeciło słońce, więc ciężko było porównywać osiągi, ponieważ tor był mokry.

fot. Pokorna

Na czasówce niestety już nie padało, a szkoda, bo w odróżnieniu do Czechów i Słowaków bardzo lubię jeździć w deszczu. Nie udało nam się poprawnie ustawić sprzętu i przypadło nam dalekie trzynaste miejsce. Mimo to, nie martwiłam się zbytnio, ponieważ 13 to moja szczęśliwa liczba – jak się później okazało – nie tym razem.

W niedzielę rano mieliśmy rozgrzewkę przed trzema startami. Na tych zawodach ogranicza się ona jednak tylko do przejechania się i sprawdzenia sprzętu, ponieważ na ten trening wypuszczane są razem z Rotaxem jeszcze dwie inne klasy o podobnych osiągach. Przy takim tłoku na małym torze, jakim są Trebatice, niemożliwe jest zrobienie jakiegokolwiek dobrego czasu.

fot. Pokorna

Do pierwszego wyścigu startowałam z wewnętrznej strony toru, co teoretycznie jest najlepszym miejscem do startu. Przed startem jest jednak nawrót w lewo, co mojemu silnikowi zdecydowanie się nie podoba. W związku z tym już na starcie straciłam dwie pozycje. Miałam duże problemy z wyprzedzaniem, które były wynikiem długiej przerwy w jeżdżeniu. Wyścig ukończyłam na 14. miejscu. Po naradzie z mechanikiem, nie mając nic do stracenia, ustawiliśmy sprzęt zupełnie inaczej. W drugim wyścigu udało mi się przebić o dwie pozycje do przodu, a na wyjściu z szybszych zakrętów mój silnik spisywał się znakomicie. W ostatnim – trzecim wyścigu, już sama do siebie nie miałam siły. Nie lubię sytuacji, w których widzę, że popełniam błędy ale nie do końca wiem, jak się poprawić. Tuż przed metą była mała bitwa o miejsce w środku stawki, jednak nie udało mi się wyprzedzić rywali i być o te dwa, trzy miejsca do przodu.

fot. Pokorna

Mój kolega stwierdził, że nie powinnam się przejmować, bo to był taki wyścig „na rozgrzewkę”. Niestety, dla mnie ważne są wszystkie wyścigi i ten weekend oraz moje rezultaty w ogóle nie powinny mieć miejsca. Mam nadzieję, że na najbliższych zawodach w Dunajskiej Stredzie uda mi się zawalczyć o jakieś lepsze miejsca.

Najnowsze

Z wybrzeża do Bytowa jednośladem

Dla niektórych motocyklistek sezon się wcale nie rozpoczął, tylko po prostu trwa. Karolina na jesieni przebyła ciekawą, jednośladową trasę Koszalin - Bytów - Koszalin, która może być doskonałą propozycją na majówkowy wypad.

28 listopada 2009 postanowiłyśmy z forumową koleżanką spotkać się „w realu”. Wprawdzie cała wyprawa miała odbyć się już tydzień wcześniej, ale Sławka (Zakręt) nie miała jeszcze papierów. Plan był prosty. Sławka jest z okolic Trójmiasta, ja z Koszalina, żeby było sprawiedliwie, postanowiłyśmy spotkać się po środku. Propozycji było kilka: Słupsk, Ustka, Bytów. Wreszcie trzecia opcja wygrała. Nie bez przyczyny zaproponowałam Bytów… Miasteczko to ma swój klimat, a do tego trasa z Koszalina do Bytowa jest interesująca. 

W dzień wyjazdu, w sobotni poranek, pogoda nie była rewelacyjna. Nie mogłam jednak wycofać się w ostatniej chwili, mówiąc, że „jednak nie jadę”. To nie w moim stylu. Szczególnie, że ostatnimi czasy, w moim życiu, na pierwszym planie jest motocykl. Choć  właściwie, nie byłam pewna, czy jeszcze w tym roku kalendarzowym  wsiądę na maszynę. A nawet gdy pojawiały się myśli o małych podróżach, nie zakładałam żadnych wycieczek powyżej, powiedzmy, około 50 km. Tymczasem los chciał inaczej… Z Koszalina do Bytowa miałam do pokonania około 112 km. W dwie strony dawało to razem 224 km.

fot. z archiwum Karoliny Dudzik

Temperatura sięgała ledwo co 6 stopni, niebo było pochmurne, dobrze, że nie padało. Mokry i śliski asfalt nie sprzyjał przyczepności. Nie wspomnę o wietrze. Zdecydowanie brakowało odrobiny słoneczka.  Jednak chęć wyjazdu była silniejsza, niż racjonalne myślenie. Oczywiście kilka osób odciągało mnie od pomysłu wyjazdu, patrząc jak na wariatkę, która znowu sobie coś ubzdurała. Tak jakbym nie miała nic innego do roboty. Dla wielu ludzi (nie motocyklistów) sama wizja podróży w ostatnie listopadowe dni jest już absurdem. Przecież sezon się dawno skończył…

Pojechałam sama, więc mogłam spokojnie jechać własnym tempem. Ruch na trasie do Bytowa był mały. Przygód jednak nie zabrakło. Na jedynym (jakie do tej pory znałam) rondzie w Miastku pojechałam w złym kierunku, nadrabiając przez to kilka kilometrów. Trasa zajęła mi około 1 h i 10 min. Uważam, że to całkiem niezły wynik. Muszę przyznać bez bicia, że wolno nie jechałam… Wszystko dlatego, że umówiliśmy się na zamku w Bytowie na godzinę 12,   tymczasem ja dopiero o 12 ruszyłam z domu… Wcześniej bywałam już kilka razy w okolicach tego zamku. Jednak kończąc ten etap podróży, nie obyło się bez poszukiwań. Przejechałam Bytów wzdłuż i wszerz, tracąc kolejne cenne minuty. Na szczęście, w końcu, dokładnie zapamiętałam, dojazd i mam nadzieję, że więcej nie zbłądzę w drodze na zamek! Na miejscu, czekało na mnie pięciu zniecierpliwionych motocyklistów. Hmmm… dobrze, że w ogóle na mnie zaczekali. Jakby nie patrzeć spóźniłam się dokładnie 1h i 18min.

Poznałam nowych, pozytywnie zakręconych ludzi, w różnym wieku. I kolejny raz zaznaczę jak bardzo podoba mi się to, że między motocyklistami nie ma bariery wiekowej! Łączy nas pasja do dwóch kółek. A nie dzieli fakt, czy ktoś jest studentem, dyrektorem, kierownikiem czy sprzedawcą. Wreszcie zamówiłam kawę, w końcu po to przyjechałam. Spędziłam kilkadziesiąt cudownych minut z ciekawymi ludźmi. Z koleżanką ustanowiłyśmy zameczek w Bytowie naszym stałym miejscem spotkań. Od razu pojawił się pomysł rozpoczęcia kolejnego sezonu właśnie w tym miejscu. Czas, w miłym towarzystwie, płynął nieubłaganie. Należało jednak podjąć decyzję o powrocie. Tak bardzo nie chciało mi się wracać do szarej rzeczywistości, że postanowiłam pojechać część trasy z nowymi znajomymi. Tym sposobem z zaplanowanych 220 km dobiłam do ponad 320. Wyszła mi zupełnie nieplanowana przejażdżka po Kaszubach. Podróż, która wywołała wspomnienia z wakacyjnej wyprawy…

fot. z archiwum Karoliny Dudzik

Muszę przyznać, że Virażka radziła sobie całkiem nie źle. Szczególnie, że podróżowałam między motocyklami… hmmm ujmę to delikatnie „nie swojego gatunku” (np. Suzuki GS 500F czy Yamaha YZF 1000). W efekcie euforii z jazdy zagalopowałam się aż pod Kartuzy! Niestety , nie mogłam wiecznie odwlekać momentu rozstania. Prędzej czy później musiał on nastąpić. I tak oto na jednym ze skrzyżowań ja pojechałam w lewo na Słupsk a reszta ekipy w prawo na Trójmiasto.

Do pokonania miałam jeszcze około 130 km. Przygód nie było końca. Przede wszystkim nie wiedziałam, gdzie dokładnie jestem. Gdzieś między Kartuzami a Słupskiem… Zajechałam na stację benzynową, musiałam napoić Motóra. Napisałam też smsa do domu, że powoli wracam z okolic Kaszub. Ruszyłam w samotną jesienną i wieczorną podróż. Robiło się coraz zimniej i ciemniej… cały czas było mokro… momentami ślisko. Dumnie i dzielnie jechałam, pewnie wielu puszkarzy patrzyło ze zdziwieniem „co za samotny wariat na motocyklu”.

fot. z archiwum Karoliny Dudzik

Kilometry sprawiały wrażenie coraz dłuższych odcinków. Z tablic informacyjnych wynikało, że do Słupska tylko 56 km. Wydawało się być blisko a podróż coraz bardziej się dłużyła. Nadszedł też moment kryzysu. Nie czułam się bezpiecznie w miejscach, których nie znałam, aż tak dobrze. Szczególnie jeden odcinek utkwił mi w pamięci. Trasa, którą jechałam w wakacje. Wtedy za dnia, w towarzystwie plecaczka i przy ładnej pogodzie. Tym razem sama, zimną wieczorną porą. Nie minął mnie ani jeden samochód. Z prawej las, z lewej las… ciemno, mokro, wiało chłodem. Pomyślałam sobie „gdzie ja w ogóle jestem i co ja tu robię?”. Tak na dobrą sprawę, gdyby w tamtym momencie przydarzył mi się jakiś „nieplanowany wypadek” nikt by mnie nawet nie znalazł. Z jednej strony zaczęłam zastanawiać się nad mówiąc potocznie „wszystkim”, zadając sobie pytanie „po co mi to było?”. Z drugiej strony gnałam dalej przed siebie, by jak najszybciej poczuć się bezpiecznie. Nie ukrywam, że te kilkadziesiąt samotnych i wieczornych kilometrów w nieznanym wzmocniło mnie. Teraz wiem, że mogę więcej od siebie wymagać. Niektórzy po prostu nie zdecydowali by się na taką podróż. Ja wróciłam cała i zdrowa, ba nawet pozostał niedosyt. Patrząc na tą podróż, z perspektywy czasu, jeszcze bardziej jestem dumna, że poradziłam sobie.

Trasa z Słupska do Koszalina, nie była już taka emocjonująca. Może i lepiej? odpoczęłam od myśli, zaprzątających głowę. Czułam się bezpiecznie jak w domu, mimo że do pokonania było jeszcze 70km. Odcinek Słupsk – Koszalin znam dobrze. Często jeżdżę tą drogą samochodem czy motocyklem. Nie spieszyłam się, bo nie było po co, bardziej zmarznięta i tak być nie mogłam. Jechałam spokojnie około 70 km/h. Do domu wróciłam dokładnie o 17:45. Było ciemno i mroźno. Cieszyłam się, że byłam już na miejscu. Pozostało wstawić motocykl do garażu…

Szkoda, że większość znajomych mam tak daleko… Aby się z nimi spotkać, często, muszę nadrabiać kilkadziesiąt kilometrów. Taką zimową porą zastanawiam się, gdzie jest granica przyjemności jazdy na motocyklu? Bo czy przyjemna może być podróż w deszczu, po ciemku i samej przy temperaturze bliskiej 0 stopni? Bez podgrzewanych manetek, bez owiewek. Dla mnie jeszcze może. Ale ciągnąc ten temat. Jak długo taka podróż może być przyjemnością? 10 km, 20 km? Przyznam się, że przy 130 km zaczęłam wątpić. W końcu wróciłam zamarznięta. Nie było to nawet zamarznięcie do szpiku kości. To było zamarznięcie przez szpik kości na wylot! Ponad trzy godziny grzałam się, pijąc gorącą herbatę, w dalszym ciągu zastanawiając się nad granicą przyjemności jazdy na motocyklu. Jednak w ciepłym domku, po udanej podróży, wniosek mógł być tylko jeden. Te 130 km zdecydowanie nadal jest przyjemnością. Poczułam, że osiągnęłam mały sukces. Takich sukcesów i wam życzę! Jest o czym myśleć, jest co wspominać… Nasz sezon się po prostu nie kończy!

Szerokości!

Najnowsze

Jazda bez organiczeń prędkości w Polsce?

Prędkość jest jednym z najbardziej pasjonujących elementów jazdy samochodem. Tymczasem przepisy drogowe nie pozwalają w pełni się nią cieszyć. Są jednak miejsca, w których nie obowiązują żadne ograniczenia. Gdzie można legalnie zasmakować prędkości?

fot. Frendl

Adrenalina, poczucie wolności, przekraczanie barier – wychylająca się wskazówka prędkościomierza budzi wiele emocji. Nic więc dziwnego, że najszybsze pojazdy błyskawicznie stają się obiektem marzeń kierowców. Producenci prześcigają się w konstruowaniu jak najmocniejszych maszyn i biciu kolejnych rekordów. Zawrotna prędkość 400 km/h została przekroczona po raz pierwszy na publicznej drodze już w 1937 roku. Auto Union C Streamline osiągnęło wtedy 406,32 km/h. Jednak wielu lat potrzeba było, aby poszczycić się nią mogły także seryjnie produkowane samochody. Na dzień dzisiejszy najszybszym autem dopuszczonym do ruchu na drogach publicznych jest SSC Ultimate Aero TT z wynikiem 412,23 km/h, a tuż za nim Bugatti Veyron. Co prawda większość samochodów, którymi poruszamy się na co dzień, nie przekracza 200 km/h, ale i tę prędkość rzadko kiedy możemy poczuć. Chyba, że znamy miejsca, w których ograniczenia nie istnieją. 

fot. Frendl

Niemcy są jedynym krajem europejskim, gdzie nie obowiązuje powszechny limit prędkości na autostradach. Istnieją odcinki, na których nie ma żadnego ograniczenia. Wprowadzono co prawda zalecaną prędkość maksymalną, wynoszącą zazwyczaj 130 km/h, jednak jej przekroczenie nie jest w żaden sposób karane. Nie oznacza to zupełnej swobody. Ustawodawcy zakładają kompetencję kierowców do samodzielnego wyznaczenia bezpiecznej prędkości i wierzą w ich rozsądek, a za inne wykroczenia grożą surowe mandaty. Wynikiem zniesienia limitów ma być wzrost odpowiedzialności na drodze. Poza Niemcami tego typu autostrady można spotkać na przykład w Peru, Wenezueli i amerykańskim stanie Montana. 

fot. Frendl

Nie musimy jednak wybierać się w zagraniczne podróże, aby legalnie móc pojechać ponad 130 km/h. Nawet w Polsce istnieją miejsca, w których nie ma ograniczenia prędkości. Są to profesjonalne tory samochodowe. Tam, w kontrolowanych warunkach, na przystosowanej do tego nawierzchni, można samej decydować, jak szybko chce się jechać. Legalnie, komfortowo, a przede wszystkim bezpiecznie.
– Wielu naszych klientów przyjeżdża na tor, aby wypróbować możliwości swojego samochodu i podszkolić swoje umiejętności – potwierdza Violetta Bubnowska dyrektor ośrodka doskonalenia techniki jazdy Tor Rakietowa we Wrocławiu. – Co ważne, tutaj duża prędkość nie wiąże się z wysokimi mandatami. Profesjonalne autodromy są  doskonałym miejscem dla rywalizacji i emocjonującej jazdy, ale przede wszystkim służą doskonaleniu umiejętności i nabywaniu prawidłowych nawyków prowadzenia samochodu. Kontrolowane „szaleństwo” na torach samochodowych jest praktykowane szczególnie przez młodych kierowców w

Prędkość jazdy głównie zależy jednak od nas samych. To od niej uzależnione jest nasze bezpieczeństwo, dlatego należy dostosować ją do warunków panujących na drodze i naszych umiejętności. Musimy pamiętać, że brak ustanowionych limitów nie zwalnia nas z myślenia. Wręcz przeciwnie, musimy same wziąć odpowiedzialność za naszą jazdę.

Bezpiecznych wojaży majówkowych życzy Motocaina.pl

Najnowsze

Aktorki połknęły bakcyla rajdowego – galeria

Niesamowitych emocji na pętlach Baja Gothica dostarczył kobiecy zespół, a jednocześnie uroczy, aktorski duet, startujący w barwach RMF Caroline Team - Ania Dereszowska i Daria Widawska, które podczas niedzielnej rywalizacji zajęły 8. lokatę.

fot. RMF Caroline Team
fot. RMF Caroline Team

– To był mój off-roadowy debiut. Wiem już, że jeśli będę miała kolejną możliwość takiej rywalizacji, na pewno wezmę w niej udział. Atmosfera w Teamie i na trasie była rewelacyjna – powiedziała z uśmiechem na twarzy Ania Dereszowska.

– Jechało nam się cudownie. W połowie się zmieniłyśmy. Taka jazda daje olbrzymia frajdę. Widziałam to także po Ani. Ona dziś połknęła off-roadowego bakcyla – dodała na mecie rozpromieniona Daria Widawska.

100% damski team niedzielną rywalizację ukończył na 8. lokacie.

fot. RMF Caroline Team

– Cieszy mnie postawa dziewczyn. To co dziś pokazały to było coś niesamowitego. Są po prostu fantastyczne – chwalił aktorski duet twórca RMF Caroline Team.

Także męskie załogi odniosły sukces – to ich drugi występ w tym sezonie i drugi raz na pudle. Załogi RMF Caroline Team wywalczyły dwa miejsca na podium w Baja Gothica 2010. Aleksander Fazi Szandrowski i Przemysław Niemyjski uplasowali się na 2. pozycji, a duet Rafał Płuciennik/Maurycy Wolny zdobył 3. miejsce.

Najnowsze