Oszczędzaj litry paliwa

Wakacyjne powroty często oznaczają podróże z odległych zakątków Polski i Europy. Kierowcy, którzy jeżdżą zgodnie z zasadami eko-jazdy, na dystansie 350 kilometrów mogą zaoszczędzić około 3,5 litra paliwa, a rocznie - nawet około 700 złotych.

Eko-jazda oznacza sposób prowadzenia samochodu, który jest równocześnie ekologiczny i ekonomiczny. Ekologiczny – ponieważ zmniejsza negatywne oddziaływanie samochodu na środowisko naturalne, ekonomiczny – bo pozwala na realne oszczędności paliwa. Przy założeniu, że przeciętnie kierowca pokonuje rocznie 15 tysięcy kilometrów, poruszanie się zgodnie z zasadami eko-jazdy daje ok. 150 zaoszczędzonych litrów*. Oznacza to, że w portfelu kierowcy zostaje rocznie około 700 złotych. Jeśli pokonywany dystans jest dłuższy, tym bardziej możemy odczuć oszczędności. 

Możesz zaoszczędzić także nie obciążając nadmiernie samochodu. Zastanów się, czy aby na pewno wozisz ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy?
fot. Renault

Głównym założeniem eko-jazdy jest prowadzenie samochodu w sposób płynny i przewidywalny. Ekonomiczny i ekologiczny styl jazdy dla wielu kierowców oznacza zmianę przyzwyczajeń
i wyeliminowanie błędnych nawyków. Kierowcy powinni pamiętać, że jedną z podstawowych zasad eko-jazdy jest zmiana biegu na wyższy już w momencie, kiedy silnik osiąga ok. 2000 obr./min w przypadku silników wysokoprężnych oraz ok. 2400 obr./min dla silników benzynowych. Przy prędkości 50 km/h i większej auto powinno jechać na 5. biegu. Optymalnie, jeśli to możliwe, samochód powinien poruszać się ze stałą prędkością.
– Istotne jest także umiejętne hamowanie. Powinno się ono odbywać poprzez redukcję biegów – radzą trenerzy Szkoły Jazdy Renault. – Dojeżdżając do skrzyżowania, samochód nie powinien znajdować się na biegu jałowym, czyli na tak zwanym „luzie”. Jest to niezgodne z zasadami eko-jazdy, ale przede wszystkim bardzo niebezpieczne. Gdy zaistnieje nagła sytuacja na drodze, kierowca w toczącym się aucie nie ma możliwości wykonania szybkiego manewru – może to zrobić dopiero po włączeniu biegu. W obliczu zagrożenia, kiedy liczy się każdy ułamek sekundy, na taki manewr może już nie wystarczyć czasu. 

* Przy założeniu 15-procentowej oszczędności wynikającej z zastosowania zasad eko-jazdy na przykładzie samochodu z silnikiem benzynowym, spalającym średnio 6,7 l/100 km.

Najnowsze

Kontuzja Idalii podczas Puchar Rotax w Gostyniu

VII i VIII runda polskiej edycji Pucharu Rotax odbyła się pod koniec sierpnia na torze w Gostyniu. Ponieważ nigdy wcześniej nie byłam na tym obiekcie, treningi rozpoczęłam już w czwartek. Początkowo miałam problemy z wjeżdżeniem się w tor, ale z każdym następnym treningiem podobał mi się coraz bardziej - pisze Idalia.

Ponieważ nie mieliśmy żadnych ustawień „bazowych”, od których moglibyśmy zacząć cały czwartek i piątek poświęciliśmy na ustawienie sprzętu. Te dwa dni spędziłam też na podpatrywaniu innych zawodników, ich błędów i tym samym na eliminowaniu swoich.

fot. z archiwum Idalii Czarnockiej

W sobotę rano, po rozgrzewce, nie miałam zbytnich powodów do radości – na treningu wykręciłam dopiero 10. czas. Popełniłam błąd i zaczęłam się za bardzo przejmować kiepską pozycją na treningu, przez co bardzo denerwowałam się przed czasówką, na której uzyskałam 9 czas. Muszę przyznać, że w przedfinale dałam się ponieść złości i schrzaniłam wszystko co mogłam od startu zaczynając. Przez własne błędy wyścig ukończyłam na dziesiątej pozycji. W finale z powodu zbyt szybkiego najazdu powtarzaliśmy start. Tuż za pierwszym zakrętem kilku zawodników wpadało na siebie, a ja próbowałam to wykorzystać i ich ominąć. Pech chciał, że zawodnik za mną „trochę” nie orientował się w sytuacji w wyniku czego wykonał, ponoć bardzo efektowny, lot przez moje ramię, zatrzymał się na chwilę na mojej kierownicy, po czym wylądował przede mną. Pięć osób nie ukończyło biegu, w tym dwie były lekko poszkodowane – niestety także ja. Jak wcześniej wspomniałam kolega jadący za mną zaparkował na moment na mojej kierownicy i mojej lewej dłoni, w wyniku czego wygięłam kierownicę w bardzo ładny „pierożek”. Na szczęście bardzo mili panowie sanitariusze (gorąco pozdrawiam!) nas opatrzyli i zmrozili.

fot. z archiwum Idalii Czarnockiej

Sezon 2010 już się zakończył, więc mogę się przyznać, że rozważałam wycofanie się z niedzielnych wyścigów z powodu kontuzjowanej ręki. Miałam duży problem z utrzymaniem kierownicy, nie mogłam swobodnie zginać palców. Jednak tata wraz z mechanikiem bardzo mnie zmotywowali do tego, żeby jednak spróbować. Zawzięłam się i na porannym treningu wykręciłam czwarty czas, choć nie starałam się zbytnio o dobre okrążenia – moim celem było utrzymanie kierownicy i przejechanie paru kółek, tak aby ręki nie zmęczyć. Na czasówce zajęłam piąte miejsce, więc do przedfinału startowałam z trzeciej linii. Mimo iż wiem, że po jakimkolwiek wypadku zawodnik powinien pozostać takim samym zawodnikiem jakim był przed – na starcie nie udało mi się przezwyciężyć strachu i już przed pierwszym zakrętem spadłam o kilka pozycji. Ostatecznie wyścig skończyłam na 8. pozycji, bardzo niezadowolona z siebie samej. Start do finału przebiegł spokojnie, jechałam na 6. pozycji, ale na cztery okrążenia przed końcem pękł mi łańcuch, tak więc i ten bieg ukończyłam na 8. pozycji (oprócz mnie było jeszcze czterech innych pechowców, którzy w wyniku przepychanek na torze skończyli wyścig wcześniej).

Wróciłam z zawodów bardzo niezadowolona i od wyników badania, i mojego samopoczucia zależało, czy wystartuję tydzień później w Pucharze Moraw.

Najnowsze

Kobiecy wypad na Red Bull X-Fighters w Madrycie i rajd Baja Espana Aragon

Dwie maniaczki motocyklowe - mistrzynie improwizacji, wybrały się do Hiszpanii na niesamowite wydarzenia: Red Bull X-Fighters w Madrcie i rajd Baja Espana Aragon. Oto ich szalona relacja i bogata galeria zdjęć.

Mistrzynie improwizacji – Agata (z lewej) i Celestyna.
fot. z archiwum Celestyny Kubus

Okazuje się, że w sytuacjach stresowych umiejętność improwizacji i kreatywność jest bezcenna. Wyjazd do Hiszpanii na dwie niesamowite imprezy, Red Bull X-Fighters w Madrcie i rajd Baja Espana Aragon, okazał się niezapomnianym przeżyciem, nie tylko ze względu na sportowe emocje. Do Madrytu wybrałyśmy się we dwie, ja i Agata, obie maniaczki motocyklowe, lubiące życie pełne adrenaliny i wielu pozytywnych emocji, związanych przede wszystkim z naszą motocyklową pasją. Poleciałyśmy dzień przed Red Bull X- Fighters. Agata dotarła już na miejsce po południu, a mój przesunięty lot sprawił, że do stolicy Hiszpanii dotarłam z ponad trzygodzinnym opóźnieniem. Całe szczęście załapałam się jeszcze na metro; najważniejsze, że mimo przygód dotarłam do mojego ukochanego Madrytu, mojego miejsca na ziemi.

Hostel, w którym się zatrzymałyśmy, był zaledwie pięć minut od areny Las Ventas – to tu od 2002 roku rozgrywane są najważniejsze zawody FMX, czyli Red Bull X-Fighters. Po to tu pojechałyśmy – Freestyle Motocross! Arena Las Ventas to jedna z najpiękniejszych aren walki byków na świecie, która raz do roku zamienia się w arenę walki najlepszych na świecie zawodników FMX. Andre Villa, Eigo Sato, Danny Torres, Robbie Maddison, Levi Sherwood, Mat Rebeaud, Cameron Sinclair to zaledwie kilka nazwisk, które w tym roku zawitały do Madrytu.

Pierwszy dzień zawodów to kwalifikacje i walka o dziką kartę. Mimo, że początek imprezy był zaplanowany na godzinę 21.30, już po godzinie 19 pod areną kręcił się tłum ludzi. Dominowali Hiszpanie, potem kibice ze Stanów Zjednoczonych i Szwajcarii oraz dość hałaśliwa grupa Norwegów z fan clubu Andre Villi. Atmosfera panująca przed zawodami i w ich trakcie jest praktycznie niemożliwa do opisania. Jedyne słowo oddające ten klimat to fiesta… Uwielbiam tę specyficzną mentalność, charaktery i sposób życia Hiszpanów  – są niesamowicie pozytywni, otwarci i kochają zabawę.

Marc Coma, Ivan Cervantes, Jackson Strong – czy to już raj?
Mimo gigantycznej kolejki do wejścia na teren areny, liczba ludzi stojących przed nami szybko się zmniejszała. Dzięki temu w niecałe piętnaście minut znalazłyśmy się w środku. Obowiązkowo otrzymałyśmy trójkątne białe chustki, nieodłączny element zawodów w Madrycie i Meksyku. Znalazłyśmy swój sektor i poszłyśmy poszukać jakiegoś dobrego miejsca. To moja trzecia wizyta na tych zawodach i za każdym razem, kiedy tam jestem, arena robi na mnie takie samo wrażenie.

Tej atmosfery nie da się łatwo opisać słowami…
fot. z archiwum Celestyny Kubus

Trybuny z minuty na minutę coraz bardziej się zaludniały. Tuż przed rozpoczęciem na Las Ventas zasiadło ponad 20 tysięcy ludzi! Coś fantastycznego: od samego początku atmosfera zabawy, walka kibiców na piły mechaniczne (oczywiście w przenośni), meksykańska fala, no i zaczęło się! W jednym z sektorów zrobiło się spore zamieszanie – uwaga wszystkich zwróciła się ku schodom, na których pojawił się nagle Ivan Cervantes – Mistrz Świata w Rajdach Enduro. Skakał motocyklem po trybunach, a potem wjechał na środek areny – tłum szalał; nikt nie spodziewał się takiego początku zawodów. Mistrz wykonał kilka popisowych skoków i na arenie pojawili się bohaterowie wieczoru. Szli okryci płachtami, które na co dzień służą hiszpańskim torreadorom, wsiedli na motocykle i wystartowali. 

Rozpoczęto od rywalizacji dziesięciu zawodników walczących w kwalifikacjach; wśród nich można było dostrzec Andre Villa, Robbie Maddison, Eigo Sato. Ten ostatni, podczas skoku w powietrzu doznaje kontuzji i z hukiem spada z kilku metrów na ziemię. Arena zamiera do chwili, kiedy Eigo podnosi rękę i pokazuje, że jest ok. Niestety kontuzja wykluczyła go z dalszej rywalizacji. I znów nastały backflipy, gigantyczne whipy, superflipy, seat graby, cliffhangery i wiele wiele innych nieziemskich tricków, a na trybunach istne szaleństwo: wszyscy śpiewają, biją brawo, skandują. Największe poruszenie zapanowało, kiedy na arenę wjechał Danny Torres – wówczas już już nikt nie siedział, wszyscy poderwali się śpiewając: Espanol, Espanol!

Motocykliści z płachtami na byka.
fot. z archiwum Celestyny Kubus

Po kwalifikacji przyszedł czas na walkę o dziką kartę; walczyło o nią pięciu zawodników. W przerwie, na arenę, w dziwnym czterokołowym pojeździe (oczywiście z logo Red Bulla), wjechał Marc Coma -zwycięzca Rajdu Dakar z 2009 roku – jeden z najlepszych zawodników startujący w Mistrzostwach Świata Cross Country. Dla mnie Marc jest motocyklowym idolem i geniuszem, na równi z Cyrilem Despresem. Czy ja jestem w raju?

Pomiędzy przejazdami poszczególnych zawodników cały czas grały rockowe kapele i odbywały się przejazdy pokazowe. Przepięknym momentem okazał się „taniec” jeźdźca na koniu i motocyklisty -takie połączenie tradycji z nowoczesności; towarzyszyła temu spektaklowi fantastyczna muzyka i niesamowita gra świateł. To po prostu trzeba zobaczyć! W pewnym momencie jeździec wyciągnął flagę Hiszpanii i wjechał na usypaną górkę po środku areny. Oczywiście nawiązanie do Mistrzostwa Świata w piłce nożnej było rzeczą naturalną, w końcu to najważniejsze trofeum zdobyte prze Hiszpanów w historii kraju. Tłumy szlalały… Tymczasem swoją rywalizację kontynuowali zawodnicy dalej walczący o dziką kartę. Zwycięzcą został Australijczyk, Jackson Strong.

Witaj Baja España Aragon!
Zawody skończyły się po północy i ani myślałyśmy o tym, żeby iść spać. Przeniosłyśmy się do centrum miasta, aby kontynuować imprezę. Już o siódmej rano wsiadłyśmy do autobusu i ruszyłyśmy w stronę Zaragozy, a kilka godzin później do Alcañiz. 10 kilometrów od tej miejscowości znajdował się tor Motorland Aragon, na którym tego dnia był rozgrywany prolog rajdu Cross Country – Baja España Aragon. Okazało się, że na tor nie jeździ nic poza taksówkami, które trzeba zamówić z jednodniowym wyprzedzeniem. Kiepsko to wyglądało, no ale podobno nadzieja umiera ostatnia… Nie pozostało nam nic innego jak ruszyć w kierunku toru i liczyć na szczęście. Przez godzinę próbowałyśmy złapać stopa. Niestety w Hiszpanii nie jest to zbyt popularna forma transportu. Do rozpoczęcia rajdu została zaledwie godzina, a my nadal nie dotarłyśmy do celu. W końcu zatrzymał się przesympatyczny Hiszpan i dowiózł nas pod samą bramę. Szybko trafiłyśmy do strefy serwisowej. Na miejscu spotkałyśmy m.in. Krzysztofa Hołowczyca i polskich fotoreporterów. Umówiłyśmy się z nimi na powrót do Zaragozy, ponieważ kolejnego dnia rajd już ruszał własnie z tego miasta. Pokręciłyśmy się trochę po serwisie. Zawodnicy właśnie przygotowywali się do startu w prologu. Pierwsze jechały quady, potem motocykle (i mój dobry, hiszpański znajomy, Juan Pedrero Garcia), a na końcu samochody.

Taki widok – Polacy na starcie – serce roście!
fot. z archiwum Celestyny Kubus

Start prologu zlokalizowano kilka kilometrów od toru. Właśnie wystartowały quady. Przejrzałyśmy trasę odcinka na mapie i postanowiłyśmy porobić zdjęcia przy końcu prologu. Ruszyłyśmy w drogę, jak się okazało przez mękę – wszędzie kłujące roślinki, kamienie i piasek, więc pokaleczyłysmy nogi. Po ok. dwóch kilometrach okazało się, że droga właśnie się skończyła i po obu stronach mamy płot. Nie było sensu się wracać; obawiałyśmy się, że nie zdążymy zrobić zdjęć motocyklistom. Nie pozostało nam nic innego jak przejść przez płot: na pierwszy ogień poszła Agata, tylko lekko się porysowała (szorty to nie jest najlepszy strój na łażenie po płotach), potem ja – tradycyjnie w japonkach… Siedząc na bramie doszłam do wniosku, że z niej zeskoczę. To nie była przemyślana decyzja. Wylądowałam na kamieniu; poczułam straszny ból w prawej nodze. Na całe szczęście okazało się, że miałam tylko mocno stłuczoną stopę, od razu wyskoczył na niej gigantyczny siniak. Miałyśmy nadzieję, że przed nami już tylko wrażenia sportowe…

Wreszcie dotarłyśmy do miejsca, w którym kończył się prolog. Znalazłyśmy idealne miejsce na robienie zdjęć motocyklistom i samochodom. Kiedy przejechał Krzysztof Hołowczyc, akurat poszłyśmy w stronę mety, bo stamtąd miałyśmy zabrać się z chłopakami z Polski do Zaragozy. Jednak jedyne, co zdążyłyśmy zobaczyć, to jak odjeżdżają… Nie mogłyśmy uwierzyć w to że nas zostawili, ponad 100 kilometrów od Zaragozy, bez możliwości powrotu… Ostatni autobus z Alacañiz odjeżdżał o 19, a było już dobrze po 20. Umiesz liczyć licz na siebie. Przed przyjazdem na rajd skontaktowałam się przez jeden z portali społecznościowych z zawodnikami z Włoch i Hiszpanii z zapytaniem, czy znają kogoś, z kim mogłybyśmy zabrać się na rajd. Wówczas nie dali mi ostatecznej odpowiedzi, ale po cichu wierzyłam, że może teraz nas „uratują”. Najpierw przyjechał Frances Termens z Hiszpanii, chwilę z nim pogadałyśmy, niestety miał problem z samochodem i stwierdziłyśmy, że to nie jest najlepszy moment, żeby zawracać mu głowę. Ostatnia nasza nadzieja to Giacomo. Kiedy podjechał na metę, poszłyśmy z nim porozmawiać, powiedziałyśmy mu że dojechałyśmy tutaj autobusem, a potem polscy koledzy zostawili nas na lodzie. W dwie minuty miałyśmy transport do Zaragozy! Zabrałyśmy się z jednym z mechaników Giacomo jego kabrioletem. Po powrocie do Zaragozy poszłyśmy jeszcze do parku serwisowego porozmawiać z zawodnikami, porobiłyśmy trochę zdjęć i wróciłyśmy do mieszkania moich znajomych. Tam czekała już na nas przepyszna hiszpańska kolacja z tortilla de patatas i wieczór pełen opowieści.

Orlen Team na hiszpańskich szutrach.
fot. z archiwum Celestyny Kubus

Rano pobudka przed 6, taksówka i jedziemy do bazy. Na drugi etap rajdu mamy się zabrać z ekipą Krzysztofa Hołowczyca. Wyjechaliśmy godzinę przed pierwszym zawodnikiem, czyli Hołkiem, który wygrał dzień wcześniej prolog i startował z pierwszej pozycji. Było potwornie zimno, 17 stopni; na szczęście zabrałyśmy ze sobą bluzy i długie spodnie. Poczekałyśmy na start zawodników, potem w ciągu dnia byłyśmy w kilku miejscach na odcinku – miałyśmy okazję zobaczyć spory kawałek rajdu. Trasy są tam przepiękne, poprowadzone w bardzo zróżnicowanym terenie: od dróg szutrowych, poprzez piaszczyste i pola. Na jednym z takich pól stał niewysoki domek, nie więcej jak dwa metry wysokości. Wdrapałyśmy się na niego, by mieć lepszy ogląd sytuacji. Na koniec dnia pomoczyłyśmy stopy w rowie meriolacyjnym… Hiszpania jest po prostu przepiękna. Za każdym razem, kiedy tu przyjeżdżam zakochuję się w niej coraz bardziej.

Każdego dnia rajdu przeprowadzano dwa odcinki specjalne, z przerwą na serwis trwająca 50 minut. W tym czasie wszyscy zawodnicy zjeżdżali do bazy w Zaragozie i tam mieli czas na poprawienie usterek i odpoczynek. Udało nam się znaleźć w kilku fajnych miejscach i zobaczyć niesamowite widoki. Dzięki Panowie.

Z Hołkiem na ulicach Zaragozy.
fot. z archiwum Celestyny Kubus

Pierwszy dzień rajdu zakończył się pechowo dla naszego sympatycznego Włocha. Giacomo i jego kierowca Roberto, zakończyli rajd z powodu zepsutego sprzęgła. Było nam bardzo przykro, żałowałyśmy że nie możemy im jakoś pomóc. Krzysztof Hołowczyc po pierwszym dniu był piąty, ale mocno wierzyłyśmy, że drugi dzień może przynieść mu podium. Ostatecznie załoga Orlen Team wskoczyła na pudło. Mieli przy tym dużo szczęścia, bo Gadasin, który prawie do samego końca był przed polską ekipą, odpadł z powodu awarii. Dla nas był to powód do radości, bo będziemy miałyśmy okazję zobaczyć polski zespół na podium.

W niedzielę rywalizacja zakończyła się około godziny 15, później odbyła się konferencja prasowa, a po godzinie 19, na Paseo de la Independencja, w samym centrum miasta ustawiono podium i tam wręczano puchary. Na rozdanie nagród wyciągnęłyśmy naszych znajomych, Kasię i Kamila, którzy stali z polską flagą wśród tłumu, podobnie jak my. Myślę, że dla Krzysztofa Hołowczyca było miłe, że zobaczył polskich kibiców z flagami.  Po zakończeniu dekoracji przyszedł czas na zdjęcia i rozmowy. Cieszę się, że mogłyśmy w tym uczestniczyć.

Polska załoga na podium – warto było tu przyjechać.
fot. z archiwum Celestyny Kubus

Po zakończeniu rajdu przyszedł czas na zwiedzanie Zaragozy i powrót do Madrytu. Tam mogłyśmy wreszcie trochę odpocząć, choć prawda jest taka, że w tym mieście nie można spać; szkoda tracić tego, co się tam dzieje przez 24 h. Bilans tygodnia spędzonego w Hiszpanii to niesamowity FMX podczas Red Bull X- Fighters, praktycznie zero snu, podróż do Zaragozy, następnie z Zaragozy do Alcañiz. Łapanie stopa, dojazd do Motorland Aragon, spotkanie z dakarowymi znajomymi, znów łapanie stopa, dojazd na odcinek, pokaleczone nogi, przeskakiwanie przez bramę, stłuczona prawa stopa, „prezent” od polskich kolegów, którzy zostawili nas ponad 100 km od Zaragozy bez samochodu, bezinteresowna pomoc Włochów i Portugalczyków, powrót do Zaragozy z Portugalczykiem, z którym okazało się, że znamy się z Dakaru, odcinki specjalne przejechane na stopa, fantastyczny rajd, niesamowite widoki, wspaniali ludzie i mega dziwna pogoda: straszny wiatr i parzące słońce, piękne zakończenie rajdu: Polak na podium, dekoracja na Paseo Independencja, polskie flagi i szampan. Na koniec zwiedzanie Zaragozy, sangria, paella, tortilla de patatas, powrót do Madrytu, Santiago Bernabeu, imprezy do białego rana, cudowne Toledo i 44 stopnie w słońcu… nos encantamos España!

Najnowsze

Szkoła kartingowa N-Gine Grand Prix

Wraz z rozpoczęciem roku szkolnego tor kartingowy N-Gine Grand Prix, zlokalizowany na trzecim poziomie warszawskiego centrum handlowego Blue City, uruchamia szkółkę dla najmłodszych adeptów kartingu.

Chcesz, aby Twoja pociecha była kiedyś Mistrzem Świata Formuły 1? Od czegoś trzeba zacząć…
fot. N-Gine Grand Prix

Karting halowy to nie tylko wspaniała i przepełniona adrenaliną rozrywka. Rywalizacja z przyjaciółmi czy znajomymi może być także pierwszym krokiem w profesjonalnej karierze kierowcy wyścigowego. Aby wyjść naprzeciw rosnącemu zainteresowaniu sportem wyścigowym w Polsce, tor N-Gine Grand Prix rozpoczyna cykl szkoleń dla dzieci, które chcą szlifować swoje umiejętności za kierownicą gokartów pod okiem doświadczonych fachowców.

Program kursu składa się z ośmiu godzinnych bloków. Plan szkoleń obejmuje wykłady teoretyczne oraz treningi na torze. Część teoretyczna obejmuje m.in. zajęcia z bezpieczeństwa i zachowania na torze, podstawy mechaniki oraz obsługi gokarta, szczegółowe omówienie zagadnień związanych z techniką jazdy (hamowanie, pokonywanie zakrętów, doskonalenie optymalnego toru jazdy) oraz podstawowe przepisy obowiązujące w sporcie kartingowym. W czasie zajęć praktycznych uczestnicy kursu będą doskonalić technikę jazdy, ćwiczyć poszczególne elementy zawodów sportowych (symulacje treningów, sesji kwalifikacyjnych, procedur startowych oraz wyścigów), a na zakończenie kursu wezmą udział w zawodach z atrakcyjnymi nagrodami.

Gokarty zostały przygotowane specjalnie dla dzieci.
fot. N-Gine Grand Prix

Uczestnicy kursu, którzy będą chcieli kontynuować przygodę z kartingiem na poziomie zawodów rangi mistrzostw Polski, będą mogli skorzystać z pomocy i wskazówek doświadczonego personelu N-Gine Grand Prix przy stawianiu pierwszych kroków w roli profesjonalnych zawodników.

Zajęcia w szkole kartingowej N-Gine Grand Prix będą odbywały się w grupach wiekowych: do 10 lat, 10-14 lat i powyżej 14 lat. Uczestnicy muszą spełniać warunek minimalnego wzrostu: 130 centymetrów. Najmłodsi uczniowie korzystać będą ze specjalnie przygotowanych gokartów dla dzieci (silnik Honda 120 cm³ o mocy 4,5 KM, regulowany fotel, pedały i kierownica, bezpieczny zagłówek). Dodatkowe bezpieczeństwo zapewniają homologowane do zawodów kartingowych kaski włoskiej firmy OMP. Składający się z ośmiu godzinnych bloków kurs rozplanowany jest na cały miesiąc, a zajęcia będą odbywały się w weekendy w godzinach przedpołudniowych.

Instruktorem w szkole kartingowej N-Gine Grand Prix jest Maciej Tonderski, były zawodnik i mechanik kartingowy, instruktor sportowej i bezpiecznej jazdy oraz mistrz Polski w rallycrossie, posiadający uprawnienia sędziego kartingowego.

Kontakt oraz zapisy:
rezerwacje@grandprix.com.pl
+48 22 311 7333 

RAMOWY PLAN SZKOLEŃ:

DZIEŃ 1:
Zapoznanie z torem i gokartami, szkolenie z zasad bezpieczeństwa i zachowania na torze, jazdy zapoznawcze

DZIEŃ 2:
Zajęcia z techniki jazdy (hamowanie, skręcanie), ćwiczenia praktyczne – slalom, jazdy treningowe

DZIEŃ 3:
Omówienie formatu weekendu wyścigowego, ćwiczenia praktyczne – treningi oraz kwalifikacje, jazdy kwalifikacyjne

DZIEŃ 4:
Omówienie procedur oraz techniki startów, ćwiczenia praktyczne – trening różnych rodzajów startu, jazdy treningowe

DZIEŃ 5:
Wyścigi treningowe, omówienie zasad zachowania na torze w czasie neutralizacji, jazdy wyścigowe

DZIEŃ 6:
Omówienie budowy, obsługi, zasad działania gokarta, jazdy treningowe i wyścigi

DZIEŃ 7:
Omówienie ustawiania gokarta, jazdy treningowe i wyścigi

DZIEŃ 8:
Zawody kończące kurs – treningi, kwalifikacje oraz wyścigi, dekoracja i wręczenie dyplomów

Najnowsze

Królowa Sofia w Peugeot iOn

Hiszpańska Królowa Sofia podczas swoich wakacji na Majorce poruszała się wyjątkowo specyficzną „limuzyną" po wyspie. Zdziwionym mieszkańcom machała z okna najnowszego pojazdu elektrycznego Peugeot iOn, którego była pierwszym, oficjalnym kierowcą.

Królowa Sofia podczas wakacji na
Majorce podróżowa elektrycznym Peugeotem iOn.
fot. Peugeot

Królowa jeździła Peugeotem iOn podczas swojego wakacyjnego pobytu w Palmie na Majorce. Dla francuskiej marki to niebywały prestiż, że członkini hiszpańskiej rodziny królewskiej, znana z entuzjazmu do wszystkiego co ekologiczne, zechciała skorzystać właśnie z elektrycznego modelu. Samochód będzie dostępny w oficjalnej sieci wynajmu w Europie dopiero pod koniec 2010 roku. Płacąc ok. 500 euro miesięcznie będzie można liczyć na pełen serwis auta oraz assistance w razie potrzeby („Auto partage”- krótkoterminowy wynajem samochodu).

Niewielki model Peugeot mierzy zaledwie 3,48 metra długości, lecz oferuje 4 miejsca siedzące; jest cichy, łatwy w prowadzeniu  i stosunkowo energiczny. Jego elektryczny silnik generuje 47 kW, czyli ok. 64 koni mechanicznych. Bateria – którą ładuje się 6 godzin – zapewnia zasięg  150 kilometrów. Możliwe jest naładowanie jej w 80 procentach w 30 minut korzystając ze specjalnego „szybkiego terminala”.

i0n, opracowany w kooperacji z Mitsubishi Motor Company (MMC), został zaprezentowany na ostatnim salonie samochodowym we Frankfurcie .

Najnowsze