"OnkoMotoSiostra i jak przeżyć Życie na Picie" - nowe życie Marysi

14 lutego 2021
Kamila „Marysia” Włoczywoda, dzięki chorobie i innym traumatycznym zdarzeniom, znalazła się w miejscu, w którym chce rozpocząć nowe życie. A pasja motocyklowa i treningi pitbike dają jej wielką motywację i siłę do walki o własne marzenia.

W jakim celu założyłaś stronę „Onkomotosiostra #410”? Co Tobie to daje i co dajesz od siebie Ty?

Strona @OnkoMotoSiostra#410 to przewodnik, w którym pokazuję moją historię walki z chłoniakiem - to walka o życie oraz marzenia! „OnkoMotoSiostra i jak przeżyć Życie na Picie” to projekt, który ma trzy główne etapy. Pierwszy to debiut w Pucharze Polski PitBike SM 2021. Realizując te marzenie, chcę udowodnić innym, że my, zwykłe, „szare istoty”, mimo przeciwności losu, choroby i braku funduszy, także jesteśmy w stanie realizować marzenia i pasje. Chcę pokazać, że nie warto się poddawać, a warto marzyć, wierzyć i działać! Warto dzielić się doświadczeniami, a czasem i problemami. Warto pomagać, a także przyjąć pomocną dłoń, z czym, wydaje mi się, wiele osób ma problem. Pragnę dać ludziom nadzieję na lepsze jutro. Pokazać, że wszystko co nas spotyka, nawet te negatywne sytuacje, niosą za sobą pozytywne lekcje i dają możliwość spojrzenia na otaczający nas świat z innej perspektywy. „Nie wystarczy żyć, trzeba jeszcze przeżyć życie”.

 Jakie są kolejne założenia?

Drugi etap to założenie fundacji OMS. Poprzez fundację chcę wesprzeć innych w podobnej sytuacji, którzy przez chorobę, brak funduszy lub inne przeciwności losu, nie są w stanie realizować swoich pasji i marzeń. Chcę wyciągnąć pomocną dłoń do innych, tak jak inni wyciągnęli ją do mnie, dając w ten sposób nadzieję na lepsze jutro i chęci do działania.

Trzeci etap to praca z dziećmi, poprzez zaszczepienie w nich motocyklowej pasji, zaczynając od przygody z pitbike’ami. Dziećmi zapomnianymi, bez autorytetów, wzorców do naśladowania, pozostawionym samym sobie, na początku drogi zwanej „Życiem”. Jeśli chcemy zmienić świat, zacznijmy od siebie, a najlepiej od zalążka – dziecka.

Dlaczego takie wsparcie z motocyklami ma sens?

Sporty motorowe, jak każdy sport, uczą samodyscypliny, współpracy, radzenia sobie ze stresem, a pasja daje chęć do działania. Trenując dzieci i młodzież chcę budować nowe społeczeństwo, w postaci ludzi ambitnych, pewnych siebie, znających swoją i innych wartość. Empatycznych, skorych do dawania i przyjmowania pomocy. Warto jest spełniać marzenia, warto jest robić w życiu to, co się kocha. Warto dawać innym przykład i pomagać innym. Jeśli chcemy zmienić świat, zacznijmy od siebie, aby móc dać przykład innym. Chcę „Przeżyć Życie na Picie”, bo uwielbiam czuć w sercu szczęście - to tak piękne uczucie, więc nie chcę sobie tego odmawiać.

Od kiedy trwa Twoja walka z nowotworem i na jakim jest teraz etapie?

Czy to jest „walka z nowotworem”? Chłoniak nieziarniczy grudkowy jest nowotworem przewlekłym, więc jak można walczyć z czymś, co może towarzyszyć nam do końca życia? Moim zdaniem to bardziej walka z samym sobą. Cała diagnostyka trwała do stycznia 2018 roku. Po trafieniu na SOR (nie z powodu nowotworu), podczas USG brzucha wykryto u mnie powiększone węzły chłonne i śledzionę. W sierpniu miałam operację (termin przekładałam, gdyż jechałam do Czech oglądać MotoGP i nie mogłam tam nie być), która polegała na wycięciu z brzucha węzła okoloaortalnego do badania. Z krwi byłam zdrowa jak koń, natomiast badania wykazały chłoniaka grudkowego G1 CSIIB (naciek w śródpiersiu, zajęte węzły chłonne w przestrzeni zaotrzewnowej – przybiodrowe, miednicze, kreskowe, okoloaortalne). 30-go stycznia 2019 r. skończyłam pierwszą linię leczenia zachowawczego, aby pozbyć się objawów choroby. Udało się osiągnąć fazę remisji, zatrzymania choroby na niespełna rok.

W lutym padłam ofiarą przestępstwa, dlatego w marcu trafiłam na oddział zaburzeń lękowo-afektywnych na 4 miesiące. Poznałam tam wspaniałego człowieka – mojego psychoterapeutę, który towarzyszy mi do dziś i był ze mną przez ostatnie dwa lata, w zdrowiu i chorobie. Dzięki temu traumatycznej zdarzeniu, w szpitalu zostałam poddana miesięcznej diagnozie psychologicznej. Wtedy poznałam samą siebie i dowiedziałam się o zaburzeniu osobowości typu borderline. Z tą informacją poczułam ulgę, bo nareszcie znalazłam odpowiedź na pytanie: „Dlaczego?”.

Pod koniec roku zaczęły wracać objawy takie jak: skrajne wyczerpania, brak apetytu, duszności, świądy skóry, zlewne poty nocne. Marzec 2020 r. to nawrót choroby, stopień csIIIb i dodatkowo zajęte węzły pachowe. Nawrót dał mi możliwość podjęcia leczenia właściwego, jakim była immunochemioterapia, separacja, a następnie przeszczep szpiku kostnego z komórek macierzystych i obecnie dwuletnie leczenie podtrzymujące.

Czy leczenie przynosi pożądany skutek?

Po czterech tygodniach spędzonych w izolatce, po przeszczepie szpiku kostnego i 11 dni po 33-cich urodzinach wyszłam do domu, 15-go października 2020 roku. Pierwsze badania pokazały całkowitą remisję. Teraz przez dwa lata będę pod opieką specjalistów, ze względu na leczenie podtrzymujące. Przez najbliższe dwa lata kontrole mam co dwa, trzy miesiące. Później raz na pół roku, raz na rok itd., przez całe życie.

Jak wyglądało Twoje życie przed diagnozą?

Niestety błędne diagnozy i bagatelizowanie objawów, przyczyniły się to życia z nowotworem, co najmniej 4 lata. Wieczne zapalenie oskrzeli, ciągle stany zapalne i grzybicze miejsc intymnych, świądy skóry, skrajne wyczerpanie, zmęczenie, sen - nawet po 20 godzin, zlewne poty nocne, duszności. Wytłumaczeniami lekarzy były: astma, zła higiena, albo „taka natura”, atopowe zapalenie skóry, nerwica, tarczyca, HIV, cukrzyca, depresja. Życie przed chorobą było burzliwe, długo by opowiadać… Cały czas szukałam odpowiedzi, kim jestem, co ja tu robię i po co? Nie miałam większych perspektyw. Niska samoocena i brak wiary w siebie utrudniały mi realizowanie marzeń i pasji, albo zwyczajnie wydłużały ten proces.

Teraz wszystko się zmieniło?

Teraz jestem tu, z nowym ciałem i nowym umysłem. Nie chcę przepuścić przez palce kolejnych 33-ech lat życia. Bóg dał mi nowe życie i chcę je przeżyć! Przeżyć życie na „Picie”.

Chciałabym też wrócić na studia, zrobić magistra, a potem kształcić się na przyszłego psychoterapeutę. Teraz wiem, że nawet te negatywne zdarzenia niosą za sobą pozytywy. Gdybym nie trafiła do szpitala, to nie dowiedziałabym się tyle o sobie i nie miałabym dziś terapeuty, który pomaga mi przerobić i pozbierać do kupy ostatnie lata życia. Gdyby nie choroba taty, nie wróciłabym do Polski, nie trafiłabym do szpitala i może nadal nic bym nie wiedziała, a objawy coraz bardziej utrudniałyby mi życie.

Na dzień dzisiejszy dziękuję Bogu za wszystkie złe chwile, które wydarzyły się w moim życiu, w tym za chorobę. Bez tego nie byłabym tą osobą, którą jestem teraz – zdeterminowaną, pewną siebie, wytrwałą, a przede wszystkim kochającą samą siebie, mimo niedoskonałości. Dzięki chorobie i innym traumatycznym zdarzeniom, znalazłam się w miejscu, w którym jestem teraz. Nie chcę zaprzepaścić szansy, którą dało mi życie. Wstyd byłoby jej nie wykorzystać.

Kiedy motocykle pojawiły się w Twoim życiu i ile dla Ciebie znaczą?

Motocykle to moja pasja i pierwsza miłość - to duża część mojego przyszłego życia. Narzędzie, dzięki któremu będę mogła przeżyć to życie. Sądzę, że motocykle mam we krwi, gdyż mój tata ma tą samą pasję. Pochodzę z ubogiej rodziny, więc kiedy rodzice potrzebowali pieniędzy na budowę domu, to tata pozbył się pasji, sprzedając motocykl. Od tamtego dnia nie jeździł przez 40 lat. Cała moja przygoda zaczęła się dobre 10 lat temu, dzięki moim kolegom, którzy wciągnęli mnie w świat motocykli i ludzi mających tę pasję. Wiele czasu spędziłam na bydgoskim kartodromie, poznając świat motocykli sportowych i torowania. W międzyczasie zrobiłam prawo jazdy kat. A, jednak finanse nie pozwalały mi na posiadanie własnego motocykla, dlatego sporo lat spędziłam w roli „plecaka”.

Pewnego dnia, pod wpływem impulsu, postanowiłam to zmienić i wyjechałam do Anglii, aby zarobić na spełnienie swojego marzenia o własnym motocyklu. Tak więc ze 100£ w kieszeni, z jedną walizką, bez znajomości języka i nagranej pracy - pojechałam w ciemno podbijać Anglię. Zostałam tam 3 lata. Pewnego dnia nadarzyła się okazja, że kolega miał na sprzedaż fajnego chopperka. Pomyślałam wtedy o tacie, a bardziej o rodzicach, bo zbliżała się ich rocznica ślubu. Postanowiłam kupić im Kawasaki Vulcan 800 i wysłać do Polski, żeby mogli razem podróżować (całe życie moi rodzice pracowali na dom i nigdzie nigdy nie byli) i poznawać ludzi. Ja stwierdziłam, że mam jeszcze czas, żeby odłożyć kasę na swój motocykl. Niestety, jakoś w październiku, dostałam telefon od taty, że ma nowotwór złośliwy prostaty. To był wtorek, a pod wpływem impulsu już w czwartek byłam w domu - wiedziałam, że tato będzie mnie potrzebował, bo ja, z całej rodziny, najbardziej mogłam mu pomóc…

Ale masz w końcu własny motocykl?

Wtedy nie udało mi się spełnić do końca marzenia, jakim było Suzuki GSX-R 600 K9, ale starczyło mi na Suzuki GSF600N, który towarzyszy mi do dzisiaj.

Kiedy zafascynowała Cię jazda pitbike’ami?

Do pitbike’ów serce zaczęło mi bić dzięki koledze, który kilka lat temu, podczas mojego urlopu w Polsce, udostępnił mi swojego pitbike’a do jazdy po torze. Kiedy pierwszy raz się przejechałam – poczułam, że TO JEST TO! Jego dziki i zrywny charakter dokładnie mnie odzwierciedla. Mały, zwinny, dokładnie tak jak ja.

Teraz Twoim celem na kolejny sezon jest start w mistrzostwach pitbike? Na jakim jesteś etapie przygotowań?

Moim marzeniem jest tegoroczny debiut w Pucharze Polski PitBike SM. Mistrzostwa Polski organizowane od zeszłego roku, także chodzą mi po głowie i rozważam temat. W czasie, kiedy byłam jeszcze w szpitalu, skontaktował się ze mną Przemek Pilarski z Łodzi (Treningi Doskonalenia Techniki Jazdy Motocyklem –  MotoSkuniu) i zaoferował swoją pomoc w przygotowaniu do startów, a dokładniej treningi indywidualne od podstaw. Teraz wspólnie pracujemy nad projektem „OnkoMotoSiostra i jak przeżyć Życie na Picie”, jednakże z uwagi na dzielącą nas odległość i konieczność utrzymania odpowiedniej częstotliwości treningów, potrzebne są również środki finansowe na dojazdy.

Następnie odezwał się do mnie P. Miłosz Pawlikowski z Wypożyczalni Moto-Pit Głażewo, który zaproponował udostępnienie pitbike’ów do treningów, podczas ich wyjazdów. To u niego, na torze w Glażewie 1,5 miesiąca po przeszczepie dosiadłam pitbike,  sprawdzając tym samym, jaki wpływ na mój organizm miało ponad półroczne leczenie.

Jarek i Krysztof z Top-Bike Łódź także wspierają projekt OnkoMotoSiostra - sponsorując części i plastiki do udostępnionego mi pitbike. Są dla mnie wsparciem merytorycznym i pomagają mi stworzyć folder reklamowy. Mają doświadczenie w świecie motosportu, więc pomagają mi się w nim odnaleźć w kwestiach organizacyjnych i sponsorskich.

Wraz z moim trenerem Przemkiem, mieliśmy w planach współpracę z 3MMRacing Academy. Po wstępnej rozmowie telefonicznej, na pierwszym treningu na hali gokartowej w Chojnicach, spotkałam się z nimi i to była kolejna „szóstka w totka”! Założyciele 3MMRacing Academy zgodzili się pomóc i przyjęli mnie do swojego team’u, który wystawia zawodników w Pucharze Polski PitBike SM! Razem z Przemkiem staliśmy się częścią składową zespołu i od dwóch miesięcy, w miarę możliwości, jeżdżę co tydzień do Łodzi na treningi indywidualne. Ze względu na pandemię, treningi halowe były bardzo ograniczone, a większość hal pozamykana. Te „otwarte” nie mieściły się w moim budżecie i zasięgu kilometrowym.

Świetnie, że znalazło się sporo osób, którzy gotowi są Ci pomóc w spełnianiu marzeń!

Tak, jak widać są ludzie, którzy mi pomagają. Dlatego też chcę, po raz pierwszy w życiu, doprowadzić, choć jedną sprawę do końca! Nie chcę, aby na drodze stanęły mi pieniądze, a raczej ich brak, kiedy nawet śmierć mi z drogi zeszła. Dlatego pomagać mi można także przez dedykowaną zrzutkę: https://zrzutka.pl/nd9kxs. Bardzo dziękuję za okazane wsparcie, a z pozyskanych środków zakupiłam już kask i ochraniacz kręgosłupa.

Do udziału w zawodach nadal potrzebuję: zgodnego z regulaminem kombinezonu, motocykla (na razie do zawodów mój trener udostępnia mi swój), funduszy na dojazdy i paliwo - trochę kilometrów muszę pokonywać, żeby trenować. Do tego dochodzą opłaty za nocleg, opłaty związane z zawodami itp. itd.. Mimo to, marzę dalej! Wierzę, że się uda i działam z całych sił! Trenuję, ile mogę, na treningach indywidualnych, jak na sucho w domu. Niedługo zaczynają się pierwsze treningi halowe z moim teamem, więc mam zamiar dać czadu! „Nie ważne, czy wygrasz czy nie, ważne że się nie poddasz!”.

Strona fb: https://www.facebook.com/OnkoMotoSiostra

Komentarze

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Twój może być pierwszy!