On, Ona i KTM

Nieprawdą jest, że motocyklowe podróże są tylko dla ludzi niezależnych i bez rodzinnych zobowiązań. Marta opowiedziała nam, jak wygospodarować czas przy trójce dzieci, by wraz z mężem realizować marzenia o podróżach na motocyklu.

Kiedy zaczęliście wspólne podróżowanie? Wcześniej mąż był już motocyklistą?

Mąż jeździł jako dzieciak na motorynkach, skuterach i małych motocyklach. Potem miał długą przerwę do 2010 roku, kiedy zrobił prawko kat. A i kupił Yamahę MT03. Wtedy, nawet do głowy mi nie przyszło, żeby z nim jeździć gdziekolwiek. Właściwie trudno było o tym myśleć, będąc w ciąży, a potem z malutkim synkiem (śmiech). Następnie zamienił „MTeka” na Suzuki GSR600 i jak syn nam trochę podrósł, to stwierdził, że powinnam spróbować (niestety nie pamiętam, czy to był koniec 2011 roku czy już 2012). Zaczęliśmy jeździć razem, raczej jednodniowo, a dłuższe wyjazdy mieliśmy na razie dwa i już na motocyklu KTM.

Czyli Wasze plany zmienił i rozwinął zakup KTM?

Ford Ranger po tuningu od Carlex Design to prawdziwy wojownik
Zdecydowanie! Wcześniej mąż jeździł na dalsze wypady (Rumunia, Turcja) z kumplami. Zmiana na KTM-a rozwinęła możliwości jazdy, umówmy się – Suzuki do tego się nie nadawało (śmiech). Potem razem pojechaliśmy po KTM do Bydgoszczy i wtedy już nie było innej opcji, jak jazda we dwoje.

Czy nauka bycia dobrym (i niekłopotliwym) dla kierowcy pasażerem jest trudna? O czym trzeba pamiętać?

Nie wiem czy trudna, ale wydaje mi się, że nie można ot tak, po raz pierwszy, bez wcześniejszej rozmowy z motocyklistą, wsiąść na tylną kanapę motocykla. Ja nie wiedziałabym, jak się mam zachować… Przed pierwszą jazdą miałam w głowie opowieści męża o jego doświadczeniach z pasażerem, który nie współpracował z motocyklem i usiłował zachować pion, względem ziemi na zakrętach. Taka walka pasażera z motocyklem i kierowcy z utrzymaniem motocykla, może się skończyć najzwyczajniej – glebą, tudzież „szlifowaniem” własnego ciała, a chyba nie o to chodzi! Trzeba pamiętać o współpracy z kierowcą i motocyklem podczas jazdy, w zakrętach, przy hamowaniu, a także stojąc na światłach. Każdy wykonany przez pasażera nieprzemyślany i nieskoordynowany ruch, jest odczuwany przez kierowcę. Ale ja chyba dobrze się spisuje w tej roli, ponieważ mąż nigdy bardzo na mnie nie narzekał. Jeśli ma jakieś uwagi, to zawsze na bieżąco je przekazuje na najbliższym postoju.

Gdy wybieracie się w podróż, to kto zajmuje się Waszymi dziećmi?

Mamy troje dzieci: córka nr 1 – prawie 17 lat, córka nr 2 – na wiosnę skończy 10 i syn, który wiosną skończy 4. W związku z tym nasze dłuższe wyjazdy wymagają uzgodnienia z moimi rodzicami – terminu i czasu nieobecności. Bo to oni zajmują się dzieciakami u nas w domu (jeśli jest to rok szkolny), albo na swojej działce na wsi (w wakacje). Jeśli są to krótkie jedno- lub dwudniowe wyjazdy, to dzieci zostawiamy też pod opieką męża mamy.

Czy rodzice, teściowie – mają zrozumienie dla Waszych wypadów? Musieliście ich przekonywać?

Moi rodzice chyba potrzebowali chwili czasu na oswojenie się z tą myślą. Aczkolwiek, jak mąż jeździł sam w dłuższe trasy, to mama miała trochę pretensji, że ja siedzę w domu. Ale chyba jednak nie myślała, że będę jeździła z nim (śmiech). Teraz wydaje mi się, że nawet są zadowoleni, że mamy jakieś zainteresowania i nas dopingują. Mama nawet pomagała mi znaleźć instruktora do jazdy motocyklem, na próbę. Niestety z powodu pogody nic z tego nie wyszło, ale wie, że chce zrobić prawo jazdy i nie protestuje. Nie znaczy to oczywiście, że bez mrugnięcia okiem, zgadza się na pilnowanie w tym czasie naszych dzieciaków (śmiech). Czasami trzeba negocjować terminy i dostosować się też do jej możliwości czasowych. Dlatego staram się zawsze organizować ten czas ze sporym wyprzedzeniem. Rodzice męża są „oswojeni” od dziecka z tym, że wyjeżdża motocyklem, więc tu nie było większych dramatów (śmiech).

A co na to Wasze dzieci?

Nasza najstarsza córka za każdym razem bardzo się denerwuje, jak wyjeżdżamy motocyklem i uważa, że to nie jest dobry pomysł, abyśmy oboje jeździli. Aczkolwiek, był taki moment, że sama miała ochotę zrobić sobie kat. A1. Druga córka zazwyczaj każe nam na siebie uważać, a syn wiosną obraził się na nas, ale chyba dlatego, że nie było nas prawie tydzień. Także „młody” nie zawsze ma zrozumienie dla naszej nieobecności (śmiech).

Czy mąż czasem zabiera dzieciaki na małe przejażdżki?

Raz, najstarszą córkę zabrał na krótką przejażdżkę po osiedlowych drogach – niestety szesnastolatki (albo w ogóle nastolatki), niekoniecznie rozumieją konieczność założenia odzieży ochronnej na czas jazdy. Im się chyba wydaje, że wystarczy włożyć kask na głowę i można jechać przez zakorkowane ulice miasta. My uważamy, że to nie wystarczy, więc kolejna jazda odbędzie się dopiero wtedy, kiedy uzna, że włożenie kurtki i butów motocyklowych nie jest „obciachem” (śmiech). Młodsza córka bardzo by chciała wsiąść z tatą na motocykl, ale na pewno musi poczekać do nowego sezonu. Syn natomiast – chwilowo nie jest zainteresowany.

Będąc w podroży często myślicie o domu i rodzinie? Macie częsty kontakt z nimi? Czy to raczej jest tak, że otwieracie się na świat, a rodzina to jest gdzieś daleko…

Ford Ranger po tuningu od Carlex Design to prawdziwy wojownik
 Codziennie, czy jedziemy czy nie, to o nich myślimy – inaczej się nie da! W końcu zostawiamy w domu troje dzieci, każde na innym etapie swojego życia, z innymi sprawami i problemami. Kontaktujemy się codziennie, przynajmniej z najstarszą córką, a dzięki dostępnym aplikacjom jest to możliwe bez ponoszenia dodatkowych kosztów, gdy mamy dostęp do wi-fi. Musimy też na bieżąco wiedzieć, jak się trzymają młodsze dzieciaki. Z moją mamą kontaktujemy się też, choćby sms-em, by wiedziała, że u nas wszystko w porządku. Staramy się zobaczyć jak najwięcej, zapamiętać jak najwięcej, ale nie da się zostawić dzieciaków daleko za sobą i o nich nie myśleć, i nie tęsknić, mimo że na co dzień, czasami człowiek ma ochotę uciec daleko (śmiech).

Macie w planie podróżowanie z nimi w przyszłości i drugi motocykl dla Ciebie?

Nie wiem, nie myślałam o tym do tej pory. Mamy za to w planach zakup niedużego motocykla dla mnie, abym mogła nauczyć się jeździć. W planach jest też mój kurs prawa jazdy.

Jesteś zwolenniczką stopniowego zwiększania pojemności motocykla względem doświadczenia?

Zdecydowanie tak. Wiem, że prawo jazdy robi się teraz na sporej pojemności, ale jazda z instruktorem z wielką „eLką” na plecach to nie to samo, co jazda po ulicach miejskiej dżungli. Jestem zdania, że powinno się zaczynać od niewielkich pojemności, aby wypracować pewne zachowania i nawyki, a z biegiem czasu można zwiększać moc, bo przecież nie tylko o pojemność motocykla chodzi…

W wyobraźni już widzisz siebie w trasie, na drugim motocyklu?

Jestem w stanie sobie siebie wyobrazić na motocyklu w ogóle, ale czy na takich dłuższych wyjazdach? To nie mam pewności. W zasadzie nawet, nie chodzi o samą jazdę, tylko to są dość kosztowne wycieczki, które finansujemy z własnej kieszeni. Ale i tak zamierzam zrobić prawo jazdy, jeśli wszystko się ułoży, to jeszcze tej wiosny. Przyda się, ponieważ na tak długim wyjeździe wszystko jest możliwe.

Jakie dłuższe wycieczki udało Wam się do tej pory zrealizować?

Dwa razy podchodziliśmy do trasy na Bałkany i dwa razy nam się nie udało. Wiosną z powodów zdrowotnych musieliśmy trzymać się blisko kraju, a latem z powodu deszczu zmieniliśmy kierunek. Tym sposobem wiosną odwiedziliśmy Gdańsk, Berlin, Pragę i Wieliczkę, a latem pojechaliśmy dookoła Bałtyku: Wilno, Ryga, Tallin, Sztokholm, Malmo, Hamburg, Poznań. O tym wszystkim można przeczytać na naszym blogu: www.ononaiktm.blogspot.com

Kiedy zdecydowałaś się pisać na blogu o Waszych podróżach?

O blogu zaczęliśmy myśleć na wiosennym wyjeździe. Pisać postanowiłam, jak byliśmy na wyjeździe dookoła Bałtyku, który miał być wyjazdem na południe Europy. A pisać zaczęłam w sierpniu (śmiech).

Czy takie podróże na tylnej kanapie nie są męczące? Zdarza Ci się zasnąć?

Męczące w jakim sensie? Jeśli to lubisz – to męczysz się tylko fizycznie. W zasadzie męczy się „twoja tylna część ciała”, a u mnie dodatkowo kolana. Dlatego jedziemy jednorazowo taki dystans, żeby po krótkiej przerwie móc wsiąść z powrotem i jechać dalej. A w ciągu dnia pokonujemy taką odległość, żeby rano obudzić się i czekać na dalszą część jazdy z przyjemnością, mimo bolących tyłków (śmiech). Psychicznie człowiek w podróży ma szansę nawet odpocząć i pobyć tylko w swoim, własnym towarzystwie. Niestety jazda autostradą bywa baaardzo nudna i muszę naprawdę się pilnować, żeby nie usnąć. Bywały takie momenty, że zamykałam na chwilę oczy, ale z pełną świadomością, że muszę je niemal natychmiast otworzyć, bo w przeciwnym razie zostanę gdzieś po drodze, odpadając od kierowcy (śmiech).

A w sytuacjach niebezpiecznych masz poczucie bezradności, że nie masz na jazdę motocykla wpływu? Musisz mieć duże zaufanie do kierowcy?

Ford Ranger po tuningu od Carlex Design to prawdziwy wojownik
Na szczęście takich sytuacji było niewiele, a większość z nich spotyka nas na naszych, krajowych drogach. Nigdy nie można przewidzieć, jak zachowa się kierowca bez wyobraźni prowadzący ciężarówkę, albo wariat ciągnący przyczepkę ze zbyt dużą prędkością. Nie da się też przewidzieć sytuacji, jadąc w dość silnym deszczu. Nie mam wtedy wpływu na rozwój wypadków, jestem bardziej skoncentrowana i może nawet bardziej spięta, niż normalnie. Jazda motocyklem, czy to za kierownicą czy jako pasażer – to nie jest zabawa i nie wyobrażam sobie (na razie przynajmniej), wsiadania za plecy osoby do której nie mam zaufania. I wydaje mi się, że działa to w obie strony – kierowca nie powinien brać za plecy osoby, której nie ufa. Na szczęście moim kierowcą jest mój, doświadczony w jeździe mąż, więc myślę, że nie mamy z tym problemu (śmiech).

Czy takie przebywanie na jednym motocyklu poprawia i pogłębia relacje małżeńskie? Znacie się już ładnych, parę lat – wspólna pasja scala małżeństwo?

Akurat odpowiadam Ci w 17 rocznicę naszego ślubu! A znamy się trochę dłużej, niż parę, ładnych lat – to już prawie dwie dekady jak jesteśmy parą (śmiech). Przebywanie na jednym motocyklu i spędzanie czasu we dwoje, pozwala na pewno pogłębić relacje, uczy współpracy w warunkach innych, niż domowe. Poznajemy się z różnych stron i w różnych sytuacjach, odrębnych od tych codziennych. Naszemu małżeństwu sprzyja wspólna pasja, choć na początku była to pasja tylko męża, którą mnie zaraził. Myślę, że ludzie powinni mieć pasje i je realizować bez względu na to, czy są wspólne czy każdy ma swoją własną, nie mogę one tylko szkodzić tej drugiej osobie.

Macie komunikator i rozmawiacie w czasie jazdy?

Komunikatora nie mamy, jeszcze. Mamy w planach zakup takiego urządzenia, niestety posiadamy kaski z dwóch, różnych firm, więc to będzie nie lada wyzwanie, żeby znaleźć taki, który będzie pasował do obu. Porozumiewamy się tylko drobnymi gestami, ewentualnie stojąc w korku lub na światłach (z podniesioną blendą). Komunikator na dłuższe trasy – to dla nas rzecz niezbędna, choćby po to, abym w końcu nie usnęła na którejś, bardziej nudnej autostradzie (śmiech).

Czy spakowanie się na kilka dni w kufry to spory problem? Były na początku jakieś wpadki, że czegoś ważnego nie zabraliście, a coś niepotrzebnie?

Mąż ma jakieś doświadczenie w pakowaniu się z wcześniejszych wypadów z kumplami, więc korzystaliśmy z jego wiedzy. Niestety wciąż zabieramy trochę za dużo ciuchów na zmianę. Póki co, nie zdarzyło się nam zapomnieć zabrać ważniejszych rzeczy, były to raczej jakieś duperele, typu moja szczotka czy też odżywka do włosów, bez której ani rusz (śmiech). Poza tym nasze dotychczasowe wyjazdy nie odbywały się w jakieś bardzo odludne, czy też ekstremalne miejsca, nocowaliśmy w hotelach, więc nie potrzebowaliśmy większego ekwipunku: namiotu, kuchenki, śpiworów. Ale wszystko jeszcze przed nami! Damy znać w przyszłości (śmiech).

Przeglądając Twoje archiwum zdjęć z podróży widzę, że niewiele masz takich, na których jesteś, dlaczego?

Co tu dużo tłumaczyć, powód jest bardzo prosty – to ja jestem lepsza w robieniu zdjęć od męża, więc robię je częściej. Oczywiście jest więcej takich, na których jestem, ale nadają się tylko do oglądania w pojedynkę, a nie do pokazywania światu (śmiech). Mam nadzieję, że w przyszłym sezonie to jednak nadrobimy! Liczę na to, że uda nam się nabyć kamerę GoPro i ramię do aparatu, żebym mogła, sama sobie, zrobić więcej zdjęć (śmiech). Tak zwane selfie, póki co, najlepiej wychodzą mojej, prawie siedemnastoletniej córce (śmiech).

Jakie macie plany na motocyklowy sezon 2015?

Chcieliśmy zamienić motocykl, więc KTM szuka nowego właściciela, ale nic na siłę… To fajny sprzęt i dobrze się nim podróżowało, jednak, ponieważ planowaliśmy wyjazd na NorthCape i zobaczenie Norwegii – chcieliśmy „wstąpić w związek” z GS R1200 Adventure. Będzie to możliwe dopiero wtedy, gdy rozstaniemy się z KTM-em (nie potrzebne są nam dwa, tak duże sprzęty). Jeżeli nam się to uda, to chyba będę musiała zorganizować konkurs na rozwinięcie skrótu KTM w nazwie bloga (śmiech), ale póki co – nie mam tego problemu.

Po drodze na NorthCape chcemy zobaczyć Moskwę i Sankt Petersburg, a wracając pooglądać fiordy, tylko nie wiemy, czy uda się nam zrealizować, akurat taką trasę. Stwarza nam ona sporo problemów logistycznych ze względu na czas, kiedy powinniśmy, a kiedy możemy tam się udać oraz sytuację polityczną w Rosji. Ostatnio pojawiła się myśl obrania kierunku na Stambuł (mąż już tam był z kumplami) i zobaczenia Belgradu, Gruzji, ale do tej trasy nie mamy jeszcze konkretnego planu. Ponadto, oczywiście zamierzamy wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję na podróże „wokół komina”, a ja mam w planie podejść do kursu na prawo jazdy kategorii A (B posiadam od 17 roku życia).

Podczas jazdy próbnej zniszczył Ferrari F40 warte fortunę. Smutny widok!

Co Wam dają wspólne wypady motocyklowe?

Przede wszystkim oddech od codzienności (śmiech), chwile tylko dla siebie, możliwość spotkania nowych osób, poznania nowych miejsc. Jak do tej pory jeździliśmy tylko we dwoje, bez żadnego towarzystwa, więc mieliśmy możliwość zatrzymywać się kiedy chcemy, gdzie chcemy i jechać jak chcemy. Niestety takie przebywanie 24 godziny na dobę w swoim własnym towarzystwie oraz zmęczenie organizmu, po kilku dniach generuje też drobne spięcia z jakiegoś, durnego powodu, np. czy wieźć paliwo w kanistrach na prom czy też nie? (śmiech). Na szczęście to są zwykle jakieś głupoty. Wracamy zmęczeni, ale zadowoleni i z naładowanymi bateriami. Takie wyjazdy pozwalają nam złapać oddech od codziennych obowiązków, złapać dystans do codziennych spraw oraz rozwijać i budować wspólne zainteresowania, snuć plany…

Blog Marty: www.ononaiktm.blogspot.com

Najnowsze

Sebastien Loeb wystartuje w Citroenie DS 3 WRC w Rajdzie Monte Carlo 2015

Dziewięciokrotni Rajdowi Mistrzowie Świata i siedmiokrotni zwycięzcy Rajdu Monte-Carlo - Sébastien Loeb i Daniel Elena – wracają do rywalizacji na trasach rajdów WRC i wezmą udział w pierwszej rundzie Rajdowych Mistrzostw Świata 2015, za kierownicą DS 3 WRC.

Ten pojedynczy występ, w jednej z najbardziej prestiżowych rund w przyszłorocznym kalendarzu WRC, uświetni wejście do świata sportów motorowych nowej marki DS.

Od Szwecji przez Argentynę aż po Australię, cykl WRC odbywający się na wszystkich rodzajach nawierzchni i przy ekstremalnie różnych warunkach pogodowych, jest niewątpliwie wielkim wyzwaniem. Mając na koncie dwa tytuły mistrzowskie w kategorii producentów i 23 zwycięstwa w pojedynczych rundach, DS 3 WRC jest jednym z najbardziej utytułowanych samochodów, biorących udział w rywalizacji. Legendarny Rajd Monte-Carlo organizowany w południowo-wschodniej Francji, odbędzie się w przyszłym roku w terminie19-25 stycznia i po raz kolejny otworzy rajdowy sezon.

Najnowsze

Test Seat Ibiza Cupra 1.4 180 KM DSG – i nie ma mocnych!

Cieszy jak nowa sukienka, pobudza jak włoskie espresso. Rozstanie z nią bywa prawdziwym koszmarem; niestety w mieszkaniu zajmuje zbyt dużo miejsca. Ma całkiem zacną konkurencję, ale Ibiza Cupra jest dla niej bezlitosna.

Czy rozmiar ma znaczenie? Już nie. Ten stereotyp został brutalnie rozjechany przez małe samochody naszpikowane mocą do granic możliwości. Peugeot 208 GTI, Ford Fiesta ST, Renault Clio RS, bo o nich właśnie mowa, to małe, szybkie i niepokorne urwisy. Częścią tej wesołej szajki jest również model Ibiza Cupra – prawdziwa córka rozbójnika.

Z zewnątrz to grzeczna i ułożona dziewczyna; zgrabnych kształtów nie deformują napompowane nadkola, czy zderzaki ciągnące się po ziemi. Linie nadwozia są zdecydowane i ostre, co jest oznaką wszystkich nowych modeli spod znaku Seata. Duże, siedemnastocalowe aluminiowe felgi dodają całości szczypty pikanterii, a trójkątna, centralnie umieszczona końcówka wydechu ma być przedsmakiem tego, co najlepsze. Uchylam duże i ciężkie drzwi dając się wieść ciekawości.

Wnętrze – gra pozorów
Ibiza Cupra swojej drapieżnej natury postanowiła nie zdradzać również we wnętrzu. Kabina pasażerska została wykończona niczym komnata klasztoru: prosto i skromnie. Króluje tu czerń i… nic poza tym. Kto oczekuje kolorowych przeszyć i rasowych dodatków może się poczuć nieco zawiedzony. Wnętrze nie różni się niczym od spokojniejszej siostry Ibizy. Fotele, ubrane w czarną skórę, to jedyny symptom sportowej natury. Nie tylko doskonale trzymają kierowcę i pasażera na zakrętach, lecz są równie twarde, co zasady gry w Monopol. W oczy rzucają się jedynie białe wstawki na fotelach. Dlaczego wykonane są z materiału, a nie skóry naturalnej? To pozostanie tajemnicą producenta.

Tylna kanapa wbrew pozorom nie jest jedynie namiastką przestrzeni. Oprócz damskiej torebki bez problemu ugości dorosłego pasażera, pod warunkiem, że będzie to kobieta krucha niczym ważka. Nie daje się jednak zwieść pozorom. Wiem, że w tym samochodzie pod każdym skrawkiem materiału został zaszyty prawdziwy diabeł.

Jeep Renegade 4xe i Jeep Compass 4xe

Jazda – czysta ekstaza   
Po przekręceniu kluczyka do uszu dociera przyjemny pomruk, a do świadomości kierowcy fakt, że oto w tej niewinnej istocie budzi się do życia prawdziwa puma. Jej sercem jest benzynowy silnik o pojemności 1.4 litra oraz mocy 180 KM. Pod tym względem Ibiza Cupra ustępuje swoim rywalom, bo Renault Clio RS dysponuje mocą 200 KM, Peugeot 208 GTI podobnie, zaś Forda Fiestę ST napędza całe 182 KM. I kiedy mogłoby się wydawać, że konkurencja zostawia Seata w tyle, wystarczy delikatnie nacisnąć pedał gazu, aby moc zaklęta pod maską wręcz eksplodowała. Już po kilku przejechanych metrach nie można oprzeć się wrażeniu, że ten samochód jest jak pittbull, który próbuje zerwać się ze smyczy. Taki efekt to zasługa zastosowania podwójnego doładowania silnika: w niższym zakresie obrotów do cylindrów powietrze tłoczy kompresor. Przy wyższych obrotach do akcji wkracza  turbosprężarka. Radość w sercu, w głowie ekstaza, nic oprócz jazdy już nie ma znaczenia. Warto mieć na uwadze, że jej obecność na drodze nie wpływa zbyt dobrze na innych uczestników ruchu. Co niektórzy panowie zaczynają odczuwać emocjonalną biegunkę i wtedy zaczyna się prawdziwy pościg rodzinnych kombi i ociężałych vanów. Seat Ibiza Cupra brutalnie odziera ich ze złudzeń.

Jeep Renegade 4xe

Samochód można nabyć jedynie z automatyczną, dwusprzęgłową 7-biegową skrzynią DSG, która jest prawdziwym technologicznym cudem. Wprawdzie Clio RS również zostało wyposażone w dwusprzęgłową skrzynię, ale to DSG jest szybsze i bardziej precyzyjne. Zmiana biegów odbywa się równie niepostrzeżenie, co mrugnięcie powieką. Po przestawieniu w tryb Sport, wskazówka obrotomierza ochoczo wędruje aż po czerwony kres. Do tego sztywne zawieszenie oraz czuły układ kierowniczy i niech benzyna w baku nigdy się nie kończy! Niestety, wizyty na stacji benzynowej są nieuniknione; Ibiza Cupra potrafi zużyć nawet 13,5 litra paliwa na setkę. Przy spokojnej i umiarkowanej jeździe w cyklu miejskim zadowoli się 8,8 litrami benzyny. Ale tylko tej 98-oktanowej. Wybredna bestia.

Zakup – czy warto?
Zdecydowanie tak. Wprawdzie zasobem koni mechanicznych ustępuje konkurencji, ale stylem prowadzenia nikt jej nie dorówna. Podwójnie doładowany silnik oraz wybitna automatyczna skrzynia to cały sekret ukryty w tym niewinnym nadwoziu. Jest zarówno świetną zabawką jak i wygodnym środkiem transportu w zatłoczonym mieście. Choć fotele są zbyt twarde, a duże felgi boją się dziurawych dróg, to ten samochód owija sobie kierowcę wokół małego „palca”. Dodatkowo jego ceny startują od 76 900 złotych, co w porównaniu z konkurencją stanowi atrakcyjną propozycję (Renault Cliio RS 89 900 zł, Ford Fiesta ST 74 600 zł, Peugeot 208 GTI od 83 300 zł). Po prostu brać!

Na TAK:
– doskonały silnik
– bardzo szybka, dwusprzęgłowa skrzynia DSG
– zawieszenie nie za twardo zestrojone; wygodne również podczas codziennej jazdy

Na NIE:
– zbyt ubogie wnętrze
– twarde fotele

Seat Ibiza Cupra 1.4 180 KM DSG dane techniczne:
Silnik – benzynowy, TSI, kompresor + turbosprężarka, 4 cylindry
Pojemność – 1390 cm3
Moc – 180 KM przy 6200 obr/min
Moment obrotowy – 250 Nm przy 1250-4500 obr/min
Prędkość maksymalna – 228 km/h
Przyspieszenie 0-100 km/h – 6,9 s
Skrzynia biegów – dwusprzęgłowa, automatyczna, 7-biegowa, DSG
Napęd – na przednią oś
Pojemność bagażnika – 236 litrów
Pojemność zbiornika paliwa – 45 litrów
Długość/szerokość/wysokość – 4043/1693/1428 mm

Najnowsze

Test Peugeot 208 GTI – nie mów do mnie kotku…

Model 205 GTI był dla motoryzacji niczym The Beatles dla świata muzyki. Jego narodziny w 1987 roku zapisały się na kartach historii równie trwale, co Mikołaj Kopernik i jego dzieło „O obrotach sfer niebieskich”. Wycofanie z produkcji w 1994 roku było swoistym zachodem słońca. Ale wygląda na to, że jednak to „słońce” znowu wschodzi.

Pierwsze egzemplarze 205 GTI były wyposażone w benzynowy silnik o pojemności 1.6 litra. Wprawdzie moc 105 KM nie przyprawia o zawrót głowy, ale w połączeniu z bardzo niską masą pojazdu (niecałe 900 kilogramów), ten samochód po prostu od siebie uzależniał. A że apetyt rośnie w miarę jedzenia, francuski producent zapragnął na swoim talerzu o wiele większych sukcesów. W efekcie tego głodu, na bazie seryjnego 205 zbudowano prawdziwego niszczyciela: Peugeot 205 T16, który w latach 1984-1987 całkowicie zdominował rajdową grupę B. Dziś ta mała legenda powraca na rynek. Sprawdźmy w jakiej formie.

Z zewnątrz to mały, niepozorny kociak. Nie pręży mięśni w postaci wydętych nadkoli, nie szczerzy kłów w agresywnych spojlerach. Od wizerunku łagodnej 208-ki odcina się jedynie czerwonymi wstawkami na atrapie chłodnicy. Ma też nieco dłuższe pazury w postaci 17 calowych felg. Niech Wasza czujność jednak nie zasypia.

Wnętrze – namacalny pomruk
Kabina pasażerska jest skąpana w czerwieni, co ma podkreślić narowisty charakter tego samochodu. Dla zachowania równowagi do wnętrza wpuszczono również sporo czerni. Efekt skutecznie podnosi ciśnienie z wyjątkiem czerwonego tworzywa na drzwiach oraz środkowym panelu, które przywodzi na myśl kawał: teściowa jest jak skarb – najlepiej ją głęboko zakopać. Za to fotele ze sportowym rodowodem są powodem do prawdziwej dumy. Boczki napompowane niczym piersi Pameli Anderson nie tylko gwarantują doskonałe trzymanie boczne na zakrętach, ale przede wszystkim komfort podróżowania, którego tak bardzo zabrakło w konkurencyjnym Seacie Ibiza Cupra (fotele twarde jak mur Berliński).

Opel Corsa-e

A teraz prawdziwe fanfary, czyli kierownica. Jej zalety niejednokrotnie były podkreślane (gości również w modelach 208 oraz 308), ale trudno się oprzeć wrażeniu, że w tym skórzanym krążku została zaklęta cała „Oda do radości”. Grubość? Idealna. Rozmiar? Wymarzony. Niewątpliwie jest jedną z najmniejszych na rynku, ale jednocześnie najwygodniejszą. Aż nie chce się jej wypuszczać z rąk. I wcale nie trzeba – już inżynierowie (poprzez dobór przełożenia układu), skutecznie się o to postarali.

„Jesteś, a jakby Cię nie było” – śpiewał kiedyś zespół Maanam, który z pewnością nie miał na myśli tylnej kanapy w Peugeot 208 GTI. Ale to właśnie te słowa idealne oddają jej charakter. Zagwarantuje wygodną pozycję tylko tym pasażerom, którzy do perfekcji opanowali oplatanie uszu własnymi nogami. Tylko, że po przekręceniu kluczyka w stacyjce, wszelkie tego typu niedogodności przestają się liczyć.

Jazda – lejce w dłoń
Wewnątrz małego wojownika skrywa się benzynowa jednostka THP, będąca wspólnym dziełem koncernu PSA oraz BMW. Pojemność 1.6 litra to dokładnie ten sam wynik, co w legendarnym 205 GTI, ale dzięki zastosowaniu turbosprężarki stado koni mechanicznych rozrosło się do okrągłych 200. Po uruchomieniu silnika nie słychać ryku Króla Lwa, zaś praca układu wydechowego nie zakłóca ciszy nocnej.  Jest cicho, grzecznie, po prostu kultura. I to całkiem wysoka – silnik dyskretnie wspina się na wysokie obroty, nie dając odczuć nawet najmniejszych wibracji. Za to odezwie się maksymalna moc: 200 KM jest dostępne od 5800 obr./min. I wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa, do której ten samochód został stworzony.

Nieduża masa (1160 kilogramów) oraz sztywne i zwarte nadwozie w połączeniu z tak dużą mocą, to prawdziwa pigułka szczęścia. Choć przy gwałtownym ruszaniu opony nie zrywają asfaltu, to po przekroczeniu 3000 obrotów można poczuć, jak ten samochód odrywa się od ziemi. „Sztywny” pedał hamulca posłusznie reaguje na każde dotknięcie. Przy jego mocniejszym potraktowaniu rozpędzony pocisk zastyga w miejscu niczym mucha w bursztynie, a to dzięki zastosowaniu wentylowanych tarcz hamulcowych na przedniej osi. Zawieszenie jest twardo zestrojone i mało komfortowe, ale na zakrętach samochód ani przez chwilę nie puszcza się asfaltu. Do tak dobrej przyczepności przyczyniają się również opony o profilu grubości kartki papieru. Całość została sprzężona z manualną, 6 biegową skrzynią biegów. Wprawdzie skoki lewarka są dosyć krótkie, ale większa precyzja pracy byłaby mile widziana.

Zużycie paliwa – to informacja, którą w tego typu samochodach przyjmuje się dzielnie i z pokorą. Zwłaszcza w przypadku 208 GTI, który na kompromisy raczej nie chadza i w cyklu miejskim nie schodzi poniżej 10 litrów na setkę.

Wciąż legenda czy tylko mgliste wspomnienie?
Gdyby nie likwidacja rajdowej grupy B (z powodu kilku tragicznych wypadków na trasach rajdowych), kto wie, jak potoczyły by się sportowe losy marki? Jedno jest pewne: francuski producent potrafi budować zabawki nie tylko dla dużych dziewczynek. Peugeot 208 GTI zdecydowanie jest tego przykładem. Mały, szybki, sztywny, zwinny – jest nie tylko idealnym środkiem transportu w betonowym, miejskim buszu. To przede wszystkim lek na odczuwanie szeroko pojętej radości z jazdy. Jego ceny zaczynają się od 83 300 złotych i za tę kwotę otrzymujemy bardzo bogato wyposażone auto, które zdecydowanie jest grzechu warte.

Na TAK:
– doskonałe właściwości jezdne
– bardzo wygodne fotele
– mała i wygodna kierownica

Na NIE:
wysokie zużycie paliwa
– czerwony plastik jako część wykończenia kabiny

Peugeot 208 GTI dane techniczne:
Silnik – benzynowy, turbodoładowany THP, R4
Pojemność – 1598 cm3
Moc – 200 KM przy 5800 obr/min
Maksymalny moment obrotowy – 275 Nm przy 1700 obr/min
Prędkość maksymalna – 230 km/h
Przyspieszenie 0-100 km/h – 6,8 sekundy
Skrzynia biegów – manualna 6 biegowa
Napęd – na przednią oś
Długość/szerokość/wysokość – 3962/1739/1460 mm

Polecamy także film reklamowy Peugeota 208 GTI, który naszym zdaniem jest wybitnie udany, bo czerpie z historii.

https://www.youtube.com/watch?v=9zTheyLIvRc

Najnowsze

Test: praktyczny organizer do bagażnika samochodowego – Stayhold. Film

Latające po bagażniku zakupy, brak pomysłu na przewiezienie doniczki z kwiatkiem, zabezpieczenie oleju silnikowego na dolewki, czy kosmetyków samochodowych, które zwykle wozimy w kufrze? Skąd my to znamy... Teraz można jednak wszystko świetnie przymocować.

Do naszej redakcji trafił ciekawy gadżet, który po zamontowaniu w bagażniku redakcyjnego renault i świąteczno-sylwestrowym użytkowaniu na polskich, wyboistych często drogach, przestałyśmy traktować jak gadżet. To wyjątkowo praktyczny, wręcz nieodzowny organizer do bagażnika, bez którego obecnie nie mogłybyśmy się obyć. Nazywa się Stayhold Super Pack.

Składowe Stayhold
Zestaw składa się z jednego, większego plastikowego elementu, którego spód jest wyklejony rzepem, a bok ma cztery przegródki mieszczące od niewielkich butelek, po te 1,5 litrowe, czy litrowe, prostokątne opakowania oleju silnikowego. To największe „cargo” utrzyma między jednym z boków bagażnika, a sobą, nawet 150 kilogramów, czyli wyjątkowo duże zakupy, skrzynkę wina lub piwa, walizkę narzędziową, czy po prostu – bagaż. Gdy mamy np. pusty bagażnik i włożymy do niego tylko jedną walizkę, wiadomo co się z nią dzieje na zakrętach. Przytwierdzenie do podłogi bagażnika dużego elementu pozwala zablokować poruszanie się walizki po całym kufrze.

Kolejnymi elementami w zestawie są dwie mniejsze „podpórki” – jak zwykłyśmy o nich mawiać – o wysokości 12 centymetrów każda, które również mają pod spodem rzep i jednocześnie można przymocować do nich także drobne przedmioty. To one właśnie wyśmienicie posłużą za utrzymanie – choćby na środku bagażnika – doniczki z kwiatkiem, garnka z zupą, czy farby ściennej. Te podpórki utrzymają obiekty o masie do 45 kilogramów.

Test Mini Cooper SE - elektryczny mini gokart

W pudełku znajdziemy także dwa paski polipropylenowe, długie, zakończone praktyczą klamrą (niczym pasek do spodni), które umożliwiają przymocowanie do elementów plastikowych wszelkich rzeczy, które tego wymagają. Począwszy od rzeczonych doniczek, czy nawet wiader, przez zbiorniki płynu do spryskiwaczy, apteczkę, po nieforemne torby zakupowe – pasy utrzymają po 35 kilogramów każdy. Zabezpieczą rzeczy, które wymagają wiązania lub powieszenia. Można w nie np. związać luźne przedmioty, które mogą ulec rozsypaniu (listewki, kable, narzędzia, rozwijające się maty, czy ręczniki papierowe).

Zestaw zawiera również dwa małe paski zakończone rzepami, które wykonane są z materiału elastycznego, będące alternatywą do przymocowania butelek w przegródkach elementów plastikowych. Przez swą „gumowatość”, można je dopasować zarówno do małych puszek np. 0,33 litra, jak i do większych butelek, np. takich szerokich jak od szampana.

Jak to działa?
To proste jak oddychanie! Wstawiasz zakupy ustawiając je maksymalnie do jednego boku bagażnika, a następnie podpierasz dużym elementem i gotowe! Jeśli zakupy nie zajmują całego boku kufra, możesz je dodatkowo podeprzeć jednym lub dwoma małymi elementami zestawu. Masz pojedynczą rzecz do przewiezienia? Wystarczy umieścić organizer obok tego przedmiotu, który chcesz zabezpieczyć i docisnąć go do dywanu bagażnika.

A co z kobiecą torebką? Nie musi się „walać” na przednim siedzeniu pasażera kusząc złodzieja. Można ją również przytwierdzić „na sztywno” do welurowego dywanika zarówno z przodu auta, jak i za fotelami, mając pewność, że przy manewrowaniu zawartość torebki pozostanie na swoim miejscu.


Dla kogo?
Naszym zdaniem Stayhold jest najlepszym rozwiązaniem do przechowywania i organizacji rzeczy w bagażniku. Oczywiście, jeśli w samochodzie nie ma zestawu siatek i mocowań bagażnikowych. Ale nawet te nie do końca potrafią spełniać dobrze swe zadanie, nie mieszczą dużych gabarytów, a przewiezienie doniczki nadal stanowi problem. Rozwiązanie Stayhold jest tak uniwersalne, że posłuży zarówno w aucie firmowym (jedyny warunek to tekstylna, a nie gumowa wykładzina bagażnika), mężczyznom majsterkowiczom lub tym, którzy przewożą w kufrze mnóstwo „niebywale potrzebnych” gadżetów do samochodu.

Test Mini Cooper SE - elektryczny mini gokart
Jednak wybitnie ucieszą się z zestawu kobiety, które lubią porządek i już nie raz zbierały po całym bagażniku rozsypane jabłka, czy pomidory, zmywały wylany olej silnikowy, czy płyn do spryskiwaczy, który swobodnie „latał” po bagażniku. Panie docenią Stayhold zwłaszcza przy codziennych zakupach (jajka), przewożeniu zgrzewek napojów, czy pudełek z butami, przeróżnych artykułów spożywczych (nam zestaw wybitnie się sprawdził w przewożeniu warzyw), sprzętu sportowego czy chemii kosmetycznej, a także innych, nietypowych przedmiotów (czego my czasem dziwacznego nie kupujemy…). Dzięki zastosowanemu systemowi mocowania na rzepy organizery są łatwe w montażu i w szybki sposób można je przenieść w dowolne miejsce bagażnika. Cały zestaw umożliwia szereg zastosowań nie tylko w bagażniku, ale i w innych miejscach samochodu (np. za fotelami kierowcy i pasażera).

Czy Stayhold ma jakieś wady? My znalazłyśmy jedną: w zestawie jest za mało pasków krótkich, dzięki którym można przymocować do dużego elementu małe przedmioty.  Jeśli masz wykorzystane dwa duże paski do innych celów i dwa krótkie również przytwiedziły już jakieś przedmioty, pozostaje Ci skorzystanie z naszego pomysłu: wystarczy nieduży kawałek szerokiej gumy z pasmanterii (za grosze) i zestaw pasków mocujących powięsza się znacząco. Jeśli zależy Ci jednak na identycznym design’ie pasków z tymi z zestawu, można je dokupić odrębnie.

Produkt został zaprojektowany w Irlandii, jest wesoło pomarańczowy (można wybrac też szary) i wygląda jakościowo. Wyprodukowano go w Chinach. Dystrybutorem tego produktu w Polsce jest firma TOSE International z Warszawy. Koszt jednego zestawu Stayhold Super Pack to około 110 złotych (na allegro). Produkt ma gwarancję 2 lata.

Polecamy!

Najnowsze