O rajdowym fotografowaniu opowiada Agnieszka Kujawa

Nie ma jeszcze prawa jazdy, a już rajdy są jej pasją. Nie ma jeszcze matury, a już jest rzecznikiem prasowym. Pierwsze zdjęcia robiła aparatem telefonicznym, a teraz jej galerie są chętnie oglądane przez zawodników. Pasja i dążenie do celu - to mocne strony Agnieszki Kujawy.

fot. Krzysztof Kujawa

Od kiedy interesujesz się rajdami i dlaczego wybór padł na tę dyscyplinę sportu?
Niedawno minęły dokładnie 4 lata od chwili, kiedy pierwszy raz pojechałam do Leszna na Rajd Yeti. Był to KJS, w którym mój brat Maciej brał po raz pierwszy udział jako pilot. Ja, zainteresowana czym jest KJS – musiałam koniecznie to zobaczyć, a przy okazji kibicować bratu. Mimo mrozu i leżącego śniegu spodobało mi się i chętnie jeździłam na kolejne tego typu imprezy, biorąc już ze sobą sprzęt fotograficzny.

Dlaczego padło właśnie na rajdy? To zupełny przypadek. Nigdy wcześniej nie interesowałam się żadnym sportem, w szkole nie lubiłam lekcji wychowania fizycznego. W telewizji jedynie oglądałam z tatą skoki narciarskie i Formułę 1. Od udziału mojego brata w KJS-ie, moje życie się zmieniło. Teraz staram się nie opuszczać żadnego rajdu amatorskiego w mojej okolicy (jeśli mam transport i czas), jeżdżę po całej Polsce uwieczniać zmagania, głównie amatorskich kierowców.

Czy to zainteresowanie fotografią przeniosło się na rajdy, czy odwrotnie: zainteresowanie rajdami skłoniło Cię do złapania za aparat fotograficzny?
Wcześniej, przed 2006 rokiem, robiłam zdjęcia przede wszystkim na wycieczkach i imprezach szkolnych. Tak naprawdę fotografie z pasją zaczęłam robić od momentu zainteresowania się rajdami. Cztery lata temu na Rajdzie Yeti utrwalałam przejazdy brata na prawym fotelu – telefonem komórkowym! Na kolejnym KJS-ie miałam już ze sobą aparat, najprostszy w obsłudze, a i tak nie potrafiłam robić zdjęć w ruchu. Znajomi śmiali się ze mnie, że w galerii mam tylko auta stojące na parkingu. Jednak z każdą kolejną imprezą uczyłam się sportowej fotografii – aż do dziś. W tym sezonie spełniło się moje marzenie, udało się zamienić zwykłą cyfrówkę na profesjonalny sprzęt fotograficzny – lustrzankę. Teraz czas uczyć się i zdobywać wiedzę na temat robienia zdjęć tym sprzętem.

Agnieszka Kujawa jako pilotka w KJS.
fot. Adam Warlich

Robisz piękne zdjęcia przyrodnicze i rajdowe, dwa skrajne kierunki udaje się połączyć?
Pewnie, że tak! Uwielbiam przyrodę, może to też zasługa rodziców, którzy są biologami i od samego urodzenia zabierali mnie na wycieczki krajoznawcze, parędziesiąt razy mówiąc jak się nazywa dany kwiat, a jak ćwierka sikorka, czy inny ptak. Mieszkam też w takim otoczeniu, że trudno byłoby nie zwracać uwagi na to piękno, które jest wokół mnie. Latem, kiedy jeszcze mam wakacje, lubię wyjść z domu, zabrać ze sobą aparat i iść na łąkę, utrwalać motyle siadające na kwiatach. Letnimi wieczorami spaceruję i uwieczniam zachodzące słońce nad, otaczającymi moje miejsce zamieszkania, polami. Zdarza się, że nie śpię całą noc by zrobić zdjęcie wschodzącego słońca. O każdej porze roku znajduję coś, co warto uwiecznić. Podoba mi się to. Zdjęciami rajdowymi zajmuję się głównie w weekendy. Nie jeden raz już szukałam motywów przyrodniczo-rajdowych, myślę, że jeszcze uda się połączyć oba skrajne kierunki na moich fotografiach.

Związałaś się z promowaniem BMW Challenge, dlaczego właśnie te zawody?
Od 2007 roku zaczęłam jeździć do Torunia na zawody cyklu AB CUP. Odbywały się one na torze rallycrossowym. Z Poznania przyjeżdżało na nie wielu moich znajomych,  a ja z chęcią się z nimi zabierałam. Cykl AB CUP trwa do dziś, tylko jego nazwa się zmieniła na: „Pierwszy Ogólnopolski Rallysprint AB CUP”. Organizatorzy tego cyklu w 2008 roku stworzyli równolegle cykl zawodów BMW Challenge. Zawody bardzo mi się spodobały, atmosfera jest na nich zawsze niesamowita. Startują w nich ludzie z pasją, widać, że kochają ten właśnie sport. Od 2007 roku byłam na każdych zawodach, jeśli pozwalał mi na to czas. W sezonie 2009 dostałam propozycję od organizatorów, czy chciałabym z nimi współpracować jako fotograf i rzecznik prasowy. Miałam zajmować się pisaniem relacji z zawodów, zamieszczaniem ich na mojej stronie (www.agniess.kujawa.org.pl) oraz promowaniem imprezy. Oczywiście było to dla mnie ogromne zaskoczenie – zgodziłam się. Przez rok nawiązałam współpracę z wieloma portalami, relacje z tych zawodów wysyłam także do magazynu WRC.

Agnieszce nie straszne są żadne warunki pogodowe.
fot. Tomasz Zabłocki

Zawody BMW Challenge wraz z cyklem AB CUP odbywają się w tym sezonie w całej Polsce, pierwsza runda rusza już 6. marca na lotnisku w Ułężu. Następne rundy odbędą się we Wrocławiu, Bednarach, Toruniu, Zegrzu Pomorskim. Wśród zawodników czuję się bardzo dobrze, jest zabawnie. Atmosfera zawodów sprawia, że chce się tam wracać. Gorąco polecam! 

Najbardziej angażujesz się w lokalne imprezy dla amatorów. Czy mistrzostwa Polski, świata czy wyścigi też Cię pasjonują?
Prawdą jest, że najczęściej spotkać mnie można na amatorskich imprezach w okolicy (mieszkam niedaleko Poznania), jestem na nich już właściwie stałym gościem. Od 3 lat jeżdżę na SuperOS-y, które się tam odbywają, ale także można mnie było spotkać na innych KJS-ach w dalszych zakątkach Polski. Udało mi się też pojechać na Rajd Polski w 2007 r., zobaczyłam też Rajd Krause-Świdnicki i miałam możliwość zrobienia zdjęć na GSMP Rościszów. Należy też wspomnieć o WSMP odbywających się na Torze „Poznań” oraz o Wyścigowym Pucharze Polski, także tam rozgrywanym. A moim marzeniem jest pojechać na Rajdowe Samochodowe Mistrzostwa Świata! 

Próbowałaś swoich sił jako pilotka, jak Ci poszło? Spodobała Ci się ta rola, czy wolisz obserwować rajdowe zmagania z zewnątrz?
Ja w roli pilotki – było to coś, czego chciałam doświadczyć i udało się! Dostałam propozycję od Michała Czuby (młodego, znanego mi dobrze kierowcy), do startu w jego Seicento w ramach odwdzięczenia się, za objęty nad nim patronat medialny. Droga do Poznania w dniu imprezy była milcząca, Michał myślał już tylko i wyłącznie o starcie, a ja miałam w głowie burzę myśli – czy sobie poradzę, czy nie zawiodę kierowcy? Badanie technicznie przeszliśmy bez problemu, zgłosiliśmy się, dostaliśmy mapkę z OS-ami. Kiedy oznakowałam sobie dokładnie każdy z odcinków, był już czas treningu. Oj, pogubiłam się wtedy! I niestety też zahaczyliśmy opony, co spowodowało lekkie uszkodzenie samochodu. Pojawiły się problemy,  a Michał zastanawiał się czy nie zrezygnować ze startu. Po skonsultowaniu się z rajdowymi kolegami, zdecydował – że jedziemy. 

Fascynuje się także fotografią przyrody.
fot. Agnieszka Kujawa

Pierwszy odcinek to dla mnie dość spory stres, za cicho dyktowałam – Michał nie był zadowolony. Na trzeciej pętli było już dobrze. Początki zawsze są trudne, ale z każdym kolejnym przejazdem, było coraz lepiej. Ostatecznie Michał dostał medal za ducha walki w Pucharze Cento-Cup, który odbywał się wraz z SuperOS-em. Mimo początkowych kłopotów, daliśmy radę. Dziękuję mu za możliwość sprawdzenia się w tej roli, ale mimo wszystko, pozostanę przy obserwowaniu rajdowych zmagań z zewnątrz. Prawda jest taka, że w rajdówce emocję są zupełnie inne, inaczej się to przeżywa, czuć szybkość i pokonywanie każdego zakrętu. Po tym SuperOS-ie wiem jaką rolę pełni pilot na tego typu imprezach, przekonałam się, jak to wygląda z tej drugiej strony, może kiedyś spróbuję raz jeszcze przejechać się na prawym fotelu, ale na pewno nie chcę pełnić tej roli za każdym razem. Źle się czuję bez aparatu. Fotografia to moje życie i przy tym chcę pozostać.

Jak dużą rolę w rozwoju Twoich zainteresować pełni internet?
Pełni ogromną rolę, ponieważ odkąd interesuję się rajdami, założyłam swoją własną stronę internetową (www.agniess.kujawa.org.pl), na której zamieszczam przed każdą imprezą informacje o niej, a po – zdjęcia i relacje. Współpracuję także z wieloma portalami min. rallynews.pl, rajdy.hoga.pl, rallyonline.pl, wrumwrum.pl.

Promuję także cykl zawodów BMW-Challenge i AB CUP i prowadzę strony tych obu cyklów. A w ramach współpracy i patronatu nad Michałem Czubą, będę prowadzić i wzbogacać także jego stronę internetową.
Tak naprawdę internet pozwala mi się rozwinąć, codziennie moją stronę odwiedza od 50-100 osób, w dniu kiedy dodaję na stronę zdjęcia – wejść mam w okolicach 200-400. 

fot. Agnieszka Kujawa

Czy rodzina i znajomi podzielają Twoją pasję? Wspierają Cię?
Rodzina bardzo mocno mnie wspiera. Zainteresowanie rajdami zawdzięczam przede wszystkim mojemu bratu – Maciejowi, ponieważ to on mnie zainteresował tą dyscypliną sportu. Pojechałam na pierwszy KJS razem z tatą, co zapoczątkowało także i jego zainteresowanie tymi imprezami sportowymi. Początkowo jeździłam tylko na te imprezy, w których brat brał udział, później Maciej przestał jeździć, a ja nadal w każdy weekend wyciągałam tatę z domu i jeździliśmy, gdzie tylko była okazja. Dlatego dziękuję tacie, który mimo ogromu pracy, znajduje czas i jeździ ze mną, pomagając mi uwieczniać wyjątkowe chwile startujących kierowców i moich znajomych.
Mama na rajdzie nigdy nie była i nie bardzo ma ochotę zobaczyć, czym córka się interesuje. Mimo to, zawsze wspiera mnie duchowo i w dniu mojego wyjazdu, czeka do samego wieczora aż wrócę i opowiem jak było!

Jeśli chodzi o samych znajomych, mam ich bardzo wielu, przywiązuję się do tych, których widzę za każdym razem na imprezach sportowych. Przeżywam razem z nimi ich starty, cieszę się kiedy wygrywają i „płaczę” kiedy spotykają ich na trasie niepowodzenia. Na poznańskim torze poznałam także wielu fotografów, których także spotykam dość często na imprezach amatorskich (przy okazji pozdrawiam K. Białasa, T. Zabłockiego, M. Kurczalskiego). Całe grono znajomych mnie wspiera, są to świetni ludzie, z którymi mogę o wszystkim porozmawiać i za to im bardzo dziękuję. 

Auto startujące w barwach strony internetowej Agnieszki.
fot. Agnieszka Kujawa

Nie masz jeszcze prawa jazdy, odliczasz dni do jego zrobienia? Uczysz się jeździć na polnych drogach? Myślisz, że będziesz miała smykałkę do kierownicy?
Prawo jazdy jest w moich najbliższych planach, myślę że od czerwca zacznę chodzić na naukę jazdy. Mimo tego, że mogłabym już w poprzednim roku zacząć kurs, to zdecydowałam się, że zacznę od wakacji po ukończeniu szkoły. Wystarczy, że moje zainteresowanie rajdami, ma dość duży wpływ na moją szkołę. W maju mam maturę,  chyba czas skupić się bardziej na nauce!

Czasami brat zabiera mnie na polne drogi i uczy jeździć, a także w wolne dni zabieram rodziców, by mnie podszkolili w jeździe – mimo to nauka jazdy wychodzi mi dość opornie. Prawo jazdy jest mi potrzebne, bo na pewno byłabym niezależna i mogłabym sama jeździć na rajdy, nie zabierając ze sobą Taty i jego czasu. Zobaczymy, co będzie…

Chciałabyś w przyszłości zostać zawodniczką? Wiążesz przyszłość z fotografią? Jakie masz plany na przyszłość?
Moje obecne plany na przyszłość to przede wszystkim: zdanie matury, następnie dostanie się do Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu na kierunek dziennikarstwo i komunikacja społeczna oraz zdanie egzaminu na prawo jazdy. Potem chciałabym pogodzić studia z moimi zainteresowaniami i znaleźć czas na robienie zdjęć na rajdowych imprezach. Chciałabym także pójść do Szkoły Fotograficznej, która poszerzy moją wiedzę fotograficzną oraz nauczy patrzeć i szukać ciekawych sytuacji, wydarzeń, obrazów – które warto utrwalić. W przyszłości chcę połączyć oba zainteresowania fotografią i rajdami. A moim szczególnym marzeniem jest stworzyć rodzinną załogę, czyli Maciej Kujawa / Agnieszka Kujawa. Może kiedyś… 

Najnowsze

Najnowsze motocyklowe smaczki Hondy – galeria

Niedawno odbyła się prezentacja motocyklowych nowości Hondy, kolejnych ciekawych jednośladów w ofercie marki. Na rynek wjeżdżają niniejszym modele VFR1200F, Shadow 750 Black Spirit i VT1300CX - zwłaszcza ten ostatni mogą docenić motocyklistki.

Ten magiczny motocykl – VT1300CX – będzie dostępny jedynie w kolorze niebieskim i czarnym.
fot. Honda

Warto zacząć właśnie od VT1300CX, bo to motocykl bezapelacyjnie piękny. Choppery nie podlegąją ocenie jeśli chodzi o funkcjonalność, myślimy o nich w kategoriach stylu, klasy, dźwięku silnika, no i oczywiście wyglądu. Nowy model Hondy to typowy jednoślad typu custom in american style. Co prawda tradycyjne customy, to mozolnie przerabiane, dopieszczane dzieła sztuki, a VT poprostu zjeżdża z taśm japońskiej fabryki w Kumamoto, ale z powodzeniem może z nimi konkurować. Wabi nie tylko unilkalną stylizacją, ale też przysadzistym tyłem, mięsistą oponą (200 mm), klasycznym podwójnym wydechem, które w konfiguracji z filigranowym, jakby przeciągającym się przodem, komponują się w ujmującą całość. Wysoko uniesiona główka ramy i wolna przestrzeń pomiędzy nią, a głowicą cylindra, wydłużona konstrukcja widelca oraz smukły bak, który wykonano w bezszwowej technologii, dopełniają czaru nowego VT.

Nowinki Hondy przypadły do gustu płci pięknej.
fot. Frendl

Maszyna ta ma nisko umieszczone siedzenie (67,8 cm), zatem sprzyjające niewysokim motocyklistkom. Napęd z uroczo połyskującego polerowanym chromem silnika w układzie V2 o mocy 57 KM przenoszony jest na tylne koło bezobsługowym wałem Kardana (najwygodniejsze rozwiązanie dla kobiet – nie trzeba smarować ciągle łańcucha, czy co jakiś czas regulować naciąg paska). Motocykl mierzy ponad 2,5 metra długości (1,8 m rozstaw osi), zatem Honda zbliża się już nieuchronnie do wymiarów samochodowych i jednocześnie twierdzi, że ta maszyna świetnie się prowadzi (co sprawdzimy w naszym teście). Wprost marzy się niespieszna przejażdżka w wyciągniętej pozycji, podczas gdy oryginalna stylizacja gwarantuje spojrzenia większości przechodniów, czy mijanych użytkowników dróg. Honda VT1300CX może z pewnością zapewnić emocje rodem z filmu „Easy Rider”, bez konieczności jakichkolwiek przeróbek.

Kolejną nowością na sezon 2010 jest model Shadow Black Spirit – buntownik z wyboru. Jego mroczny charakter (motocykl dostępny jest tylko w czarnym kolorze lakieru)  zdecydowanie pociąga i zapowiada łobuzerskie usposobienie. Przycięty tylny błotnik, trójkątny profil, pochylony widelec, czy malowane na pogrzebowe barwy detale bez wątpienia wyróżnią maszynę w tłumie. Bezobsługowe przeniesienie napędu wałem Kardana i chłodzony cieczą silnik oraz w miarę lekka budowa (251 kg masy właśnej) i niskie siedzisko (65,2 cm) oznaczają bezstresową eksploatację motocykla – wprost idealną dla motocyklistek. 45 KM mocy w silniku V2 z elektronicznym wtryskiem i chłodzonego cieczą, dostarczana jest przy basowym akompaniamencie. Motocykl został fabrycznie wyposażony w Shadow 750 Black Spirit został wyposażony w immobilizer zniechęcy potencjalnych złodziei.

Honda Shadow Black Spirit – uliczny buntownik.
fot. Honda

Ostatni z prezentowanych motocykli to VFR1200F. Model ten znamy już od 1986 roku, kiedy debiutowała VFR750, choć Honda zastrzega, że nowy jednoślad jest świeżo zaprojektowany od pierwszej kreski, by stać się współczesną interpretacją „sportowego motocykla szosowego”. Za jego kształt odpowiada nie byle kto -Toshiaki Kishi, czyli konstruktor CBR1100XX Blackbird. Chodziło o połączenie motocykla z zadziornymi ambicjami z możliwością komfortowego odbywania dalekich podróży. Wąskie głowice cylindrów i ich rozmieszczenie pozwoliło uzyskać smukłą talię maszyny, umożliwiając obniżenie pozycji siedzenia; ma to dawać poczucie siedzenia w motocyklu, a nie na nim, co ma zasadnicze znaczenie dla wyczucia pojazdu i kontrolowania jego zachowań. Owiewki nadwozia i osłony łączone są tak, by tworzyły jedną spójną powierzchnię aerodynamiczną – całość prezentuje się energicznie, choć niezbyt ekstrawagancko i nieco zachowawczo. Motocykl dostępny jest w trzech kolorach: czerwonym, perłowo-białym i srebrnym.

VFR1200F jest przeznaczony do wygodnego podróżowania także we dwoje.
fot. Honda

Silnik V4 generuje 171 KM mocy i ma zapewniać utrzymanie wibracji silnika na jak najniższym poziomie, co sprzyja dalekim dystansom. Uzyskano taki efekt umieszczając ciekawym zabiegiem: cylindry tylnego rzędu tak blisko siebie, jak to możliwe, podczas gdy cylindry przednie rozstawione są nieco szerzej.

Innym interesującym rozwiązaniem jest też zastosowanie sprzęgła asystującego HASC (HONDA ASSIST SLIPPER CLUTCH), które podobnie jak w modelu CBR1000RR Fireblade, zapobiega przypadkowemu zablokowaniu tylnego koła podczas mocnego hamowania silnikiem i mocniej zakleszcza sprzęgło podczas gwałtownego przyspieszania.

Nie zapomniano również o wygodzie i bezpieczeństwie pasażera. Formowane próżniowo siedzenie pasażera ma oferować pewną pozycję i właściwe rozmiary. Uchwyty są solidne i łatwe do używania, a podnóżki umieszczono tak, by zapewniały wygodę.

Zobacz jak produkuje się najnowszą Hondę VFR1200F w japońskiej fabryce Kumamoto.

Najnowsze

Ania Wódkiewicz rozstaje się z Ariel Team

Po dwóch latach startów na prawym fotelu Citroena C2R2 u Ariela Piotrowskiego z Ariel Rally Team, Ania Wódkiewicz postanowiła podjąć nowe wyzwania.

fot. Motocaina

Praca Ani w zespole owocowała w sezonie 2009 równą i bezproblemową jazdą w każdej eliminacji Rajdowych Samochodowych Mistrzostw Polski. 
– Uważam, że pokazaliśmy „pazur” i dysponując Citroenem C2R2 Max mogliśmy walczyć o zwycięstwo w każdej eliminacji.

Nadchodzi nowy sezon i Ania decyduje się na nowe wyzwania.
– Odnośnie planów na najbliższy sezon to jeszcze nie są one sprecyzowane do końca,  jestem otwarta na nowe propozycje. Ten rok zaczął się bardzo pracowicie w sprawach około rajdowych, „prawy fotel” dla mnie jest jeszcze sprawą otwartą. Ponieważ nie podjęłam jeszcze żadnych decyzji odnośnie startów,  zapraszam do kontaktu poprzez moją stronę internetową www.grafiii.pl, z której na bieżąco każdy dowie się najświeższych informacji o moich rajdowych planach i nie tylko.

Życzymy Ani sukcesów w nowo podjętych wyzwaniach.

 

Najnowsze

Zdała prawko za koleżankę?

Tego łodzianka się nie spodziewała. Zaniemówiła ze zdziwienia, gdy urzędnik łódzkiego wydziału komunikacji podał jej prawo jazdy rzekomo jej 24-letniej córki - pisze w Dzienniku Łódzkim Agnieszka Jasińska.

Sprawa dotyczy łódzkiego WORD, w którym już nie pierwszy raz dochodzi do dziwnych sytuacji.

– Osoba na zdjęciu to nie moja córka – oświadczyła zaskoczona łodzianka. Kobieta chciała odebrać prawo jazdy za córkę, bo ta obecnie mieszka w Anglii. Przyszła więc na początku tego tygodnia do magistratu z ufnością, że szybko załatwi sprawę, a dokonała odkrycia, które na równe nogi postawiło urzędników wydziału komunikacji.

fot. WORD w Łodzi

Rajmund Kądziela, zastępca dyrektora Wydziału Praw Jazdy i Rejestracji Pojazdów Urzędu Miasta w Łodzi, ma swoją teorię wyjaśniającą zdjęcie obcej osoby w dokumencie córki łodzianki:
– Przypuszczam, że ktoś podstawiony zdał egzamin w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego zamiast właściwej osoby. 
Zapowiada skierowanie sprawy do prokuratury.

Kierownictwo WORD odbija piłeczkę. – To wina urzędników wydziału komunikacji. Pomylili zdjęcia kursantek i przez to całe zamieszanie – broni się Zbigniew Skowroński, dyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Łodzi. W wersji WORD-u – dziewczyna, po której dokumenty zgłosiła się jej matka, egzamin na prawo jazdy zdawała w październiku 2009 r. Zdała. Co WORD ma na potwierdzenie tego? Raport z przeprowadzonego egzaminu. Ale koronnym dowodem jest pamięć egzaminatora. Choć minęły cztery miesiące, a tygodniowo egzaminuje średnio 50 osób, to 24-latkę wciąż ma przed oczami, jakby zdawała wczoraj.

– Egzaminowałem właściwą osobę – zapewnia egzaminator Michał Marciniak. – Jak tylko sprawa wyszła na jaw, wpisałem nazwisko kursantki na portalu „Nasza-Klasa”. Zobaczyłem jak wygląda i jestem pewien, że egzaminowałem właśnie 24-latkę, a nie dziewczynę ze zdjęcia w dokumencie przygotowanym przez wydział komunikacji.

Jak to możliwe, że ją tak dobrze zapamiętał, skoro od października przeegzaminował już około 800 osób? – Była szczególnej urody – tłumaczy Marciniak.

Wersji Marciniaka na pewno nie potwierdzi nagranie wideo egzaminu z kamer w elce, bo to zostało skasowane. – Nagrania przechowujemy tylko przez dwa tygodnie – przyznaje Zbigniew Skowroński. – Według mnie pomylili się urzędnicy, ale nie wykluczam innych scenariuszy.

Za poświadczenie nieprawdy grozi od 3 miesięcy do nawet 5 lat więzienia.

Źródło: Dziennik Łódzki

Najnowsze

Motocyklem przez świat – rozmawiamy z Weroniką Kwapisz

Odważna motocyklistka, aktorka, podróżniczka i pasjonatka jednośladów. Kobieta, która realizuje właśnie swoje marzenie - motocyklową wyprawę życia. Pytamy o jej pierwsze maszyny, wypady i autorytety oraz przygotowania do tej niesamowicie zapowiadającej się podróży - Riding Across Europe.

Weronika podczas zlotu na Junaku Millenium
fot. z archiwum W. Kwapisz

24-letnia Weronika Kwapisz to zodiakalna mieszanka Lwa i Panny. Studiuje psychologię społeczną i jest w trakcie pisania pracy magisterskiej. Mieszka pod Warszawą, ale ciągnie ją do zupełnie innych miejsc na świecie. Rozmawiamy z kobietą, która planuje pokonać za kilka miesięcy 20 tysięcy kilometrów, objeżdżając Europę motocyklem z koleżanką, Grażyną Bubałą.

– Dlaczego akurat motocykle, a nie np… garncarstwo?
Bo motocykle od zawsze były obecne w moim życiu. Czuję, że „to jest to”, że na samą myśl o nich, serce zaczyna walić mocniej. Moi dziadkowie przed wojną otworzyli warsztat motocyklowy, do dziś prowadzi go babcia, choć ma już prawie 90 lat. To chyba po niej odziedziczyłam benzynę we krwi.

– Czy jeszcze ktoś z rodziny dzieli z Tobą tę samą pasję? 
To dzięki tacie przejechałam motocyklem tysiące kilometrów, jeździłam z nim jako plecaczek na wszystkie wyjazdy motocyklowe i tak wspólnie przejechaliśmy ponad 60 000 km po Polsce. Mam 2 siostry, lecz one nie podzielają tej pasji, wręcz spoglądają na nas jak na wariatów. Z początku mama bardzo się obawiała o moje bezpieczeństwo, raz nawet ukryła mój dowód rejestracyjny, lecz z biegiem czasu zrozumiała, że moja pasja do motocykli jest wielka i dziś wspiera mnie w moich działaniach. 

Początkowo jeździła za taty plecami.
fot. z archiwum W. Kwapisz

– Czym się interesujesz poza motocyklami?
Od dłuższego czasu rozwijam się aktorsko. Kocham film i to właśnie tej pasji poświęcam każdą wolną chwilę, gdy nie jeżdżę motocyklem. 

– Kiedy przejechałaś pierwsze metry na motocyklu i na jakim? Ktoś Cię na niego wsadził, czy sama wskoczyłaś?
Pewnego dnia do taty przyjechał znajomy na motocyklu, był to ścigacz Hondy… miałam wtedy z 4 lata. Posadzili mnie z tyłu, założyli kask i od tego momentu z mojej twarzy nie schodził uśmiech. Tego dnia nie przejechałam nawet kilometra, była to króciutka przejażdżka z tatą po zamkniętej drodze, ale zapamiętam ją do końca życia. 

Od tamtej pory, już zawsze odwracała mi się głowa na dźwięk nadjeżdżającego motocykla, nie ważne, czy była to SHL-ka, WSK, czy może jakaś japońska maszyna… Pierwsze „dwa kółka” dostałam mając 12 lat, był to skuter Hyosunga o magicznej nazwie Super Cab; głównie jeździłam nim po działce, a później po leśnych i polnych drogach. Sąsiedzi rozpoznawali mnie z daleka, bo jeździłam tym skuterem na stojąco, co wyglądało dość komicznie. Następnie był Junak Qumpel, kolejny skuter, którym już regularnie jeździłam po mieście. Nim zdałam prawko w moim garażu pojawił się Junak Millenium o poj. 250 cm3 . Pierwsze kilometry nawijałam nim na placu u rodziców w firmie, robiąc tysiące ósemek, slalomów, starając się go jakoś poskromić. Z Junakiem przeżyłam niejedną przygodę i wspominam go bardzo miło. W szczególności moją pierwszą zagraniczną wyprawę do Włoch, kiedy to pokonałam nim 3300 km w 6 dni. Coraz dalsze wycieczki zmusiły mnie do poszukania większego motocykla. I tak zbliżał się kolejny wyjazd, tym razem w Alpy, a ja byłam bez motocykla… W ostateczności czekało mnie plecaczkowanie, lecz każdy motocyklista wie, że jak raz zakosztuje się motocyklowej wolności, to już jazda w tandemie nie jest tym samym. Kilka dni przed wyprawą otrzymałam od taty smsa – „mam coś, ale więcej jak wrócisz”, efekt był taki, że motocykl oglądałam o godzinie 23 w blasku reflektorów i powiem szczerze była to miłość od pierwszego wejrzenia. Załatwianie spraw biurokratyczno-logistyczno-urzędowych sprawiło, że moją żółtą „Bee” miałam gotową do jazdy na dwa dni przed godziną zero… a przecież powinnam była się jeszcze wjeździć.

Weronika i jej BMW F650GS
fot. z archiwum W. Kwapisz

– Jakie lubisz jednoślady? Jest jakiś jeden, który wyjątkowo Cię urzeka?
Ojjjj… gdybym miała nieograniczony budżet w moim garażu z pewnością pojawiłyby się takie motocykle jak: Suzuki Volusia, Triumph Bonneville TS100, Suzuki Gladius, jakieś enduro 125 cm3, oczywiście BMW F650GS, no i może jakiś zgrabny skuter, może klasyk… Osa? 

– Umiesz sama naprawiać motocykl?
Podobno mam intuicję. Już kilka razy pomogłam kolegom, co nie było dla nich łatwe do przełknięcia… Ale staram się przestrzegać zasady: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. W trasie oraz na postoju. 

– Odbyłaś już kilka wypraw. Która najbardziej zapadła w Twojej pamieci?
Pierwszy mój wyjazd motocyklem, to był weekendowy wypad do Kotliny Kłodzkiej, połączony z cruiserowaniem po Czechach. Tego wyjazdu nigdy nie zapomnę, był dla mnie bardzo wymagający. W 3 dni przejechałam 1200 km, czekało mnie kilka agrafek, które przyprawiały mnie o zawrót głowy, ale dzisiaj wspominam je z wielkim uśmiechem na twarzy. Pół roku później, kiedy nadszedł nowy sezon pojawiła się na horyzoncie możliwość wyjazdu do Włoch (Santa Monica). Wszystko szło po mojej myśli do czasu, kiedy to mój tata oznajmił, że nie może jechać, bo wypadło mu służbowe spotkanie. Moje marzenie jednak pozostało… i po chwili wątpliwości powiedziałam – jadę! Było w tym więcej działania, niż myślenia. Rodzice byli z początku przerażeni, a ja sama chyba nie zdawałam sobie sprawy, na co się piszę. Ten wyjazd był dla mnie niezapomnianą przygodą; do dziś wspominam moich towarzyszy podróży (byłam jedyną motocyklistką), którzy to wspierali mnie na każdym kroku. To jest też piękno jazdy w grupie, że masz u boku osobę, na którą możesz liczyć. Następnie czekał mnie wyjazd w Alpy, które są rajem dla motocyklistów. Była to jedna z najbardziej wymagających dla mnie tras, trudne odcinki z baśniowymi widokami. Tego nie da się opisać, to trzeba przeżyć. W zeszłym roku, z grupą znajomych wyjechałam do Norwegii, wspólnie pokonaliśmy 4400 km w dwa tygodnie. Po Alpach myślałam, że żaden wyjazd nie będzie mógł się równać z widokami w Austrii, lecz się myliłam. Norwegia powaliła mnie na kolana nieziemskimi pejzażami. Kraina ta może wydawać się łatwiejsza technicznie, niż Alpy i Dolomity, ale przyznam, że jej drogi są bardzo zdradliwe i trzeba być bardzo czujnym.  

Pierwsze wyprawy Junakiem.
fot. z archiwum W. Kwapisz

 – Chciałabyś spróbować kiedyś swoich sił w sporcie motocyklowym, a jeśli tak to w jakiej dyscyplinie i dlaczego?
Jeśli chodzi o sportową jazdę to chyba najbliżej mi do „brudasowej miłości”; kiedyś bardzo chciałabym wystartować w „Pogoni za lisem”, w której to ścigali się mój dziadek oraz tata. 

– Masz jakieś autorytety, swoich idoli, kogoś na kim się wzorujesz?
Jeśli chodzi o świat motocykli, to z pewnością moim idolem jest Gustavo Cislar, który wyruszył w podróż dookoła świata. Podziwiam go za jego odwagę oraz spontaniczność. Bardzo podoba mi się podejście do życia Jaśka Meli, chciałabym mieć tyle siły co on, jest on dla mnie prawdziwym strong manem. 

– 20 tys. kilometrów wokół Europy – jak zrodził się ten pomysł?
Pomysł zrodził się gdzieś pod Wenecją, kiedy jechałam z grupą znajomych do Santa Monica we Włoszech. Była to moja pierwsza wyprawa, jechałam wtedy Junakiem Millenium. Wyprawa dookoła świata Ewana McGregora oraz Charleya Boormana (Long Way Round) nie była mi obca, oglądałam już wcześniej „Dzienniki Motocyklowe”, pomysł dalszej podróży kiełkował we mnie już od dłuższego czasu, lecz dopiero kiedy jechałam przez Włochy zrozumiałam, że marzenia te nie są tak odległe, jakby mogłoby się wydawać. 

– Jak poznałyście się z Grażyną? Długo jeździcie razem?
Z Grażyną poznałyśmy się w klubie, w którym wspólnie śmigałyśmy przez ostatnie lata. Bardzo imponuje mi jej spokojna, wyważona jazda, a warto przypomnieć, że jeździ Yamaha R6. Do tego jest osobą pozytywnie zakręconą, a to bardzo cenię u innych osób.  

Jest też czas na chwilę relaksu.
fot. z archiwum W. Kwapisz

– Jeśli miałabyś poradzić innym, jak trzeba dobierać partnera do tego rodzaju długich wypraw, to na co zwracać uwagę?
Nie ma recepty… trzeba tę drugą osobę lubić, szanować i mieć świadomość, że podczas długich wypraw przyjdzie kryzys. Mogą narodzić się małe konflikty i po prostu trzeba być na to przygotowanym psychicznie. I trzeba mieć świadomość, że czasami to my możemy stwarzać problemy, a nie ta druga osoba, dlatego trzeba umieć się zdystansować. Wszystko to pięknie brzmi, zobaczymy jak będzie w praktyce [śmiech]. 

– Dałabyś radę pojechać na taką wyprawę sama i czy w ogóle bierzesz pod uwagę samotne podróże motocyklowe?
Lubię jeździć w grupie, bardzo ważne są wspólne wspomnienia i świadomość, że masz z kim dzielić się tą szczególną chwilą, którą z pewnością będziesz wspominać przez wiele lat, bez względu na to, czy jest to wyjazd do Kazimierza, czy podróż dookoła kontynentu. 

– Razem planowałyście trasę, czy podzieliłyście obowiązki? Kto jest odpowiedzialny za co?
Do Grażyny przyszłam z gotowym pomysłem, czekając na jej opinię. Jej uśmiech na twarzy uświadomił mi, że mam partnerkę, która jest gotowa znieść wszelkie trudności związane z tak daleką wyprawą. Wspieramy się nawzajem, każda z nas robi wszystko co w jej mocy, aby w tym roku móc wyruszyć w podróż marzeń.  

Widoki urzekają podczas każdej wyprawy.
fot. z archiwum W. Kwapisz

– Trudno zorganizować taką wyprawę w sensie logistycznym, ile wam to zajęło?
Bardzo często obserwujemy poczynania innych, ich reportaże, zdjęcia… i myślimy sobie o jak fajnie. Ci to mają rajskie życie. Ale prawda jest taka, że większość z tych osób, bardzo ciężko pracowała, aby móc wyruszyć w ich podróż i tylko dzięki ich wytrwałości udało im się zrealizować marzenia. 

– Czy w jakiś specjalny sposób przygotowujecie motocykle, poza standardowym przeglądem przed trasą? Zabieracie jakieś części zamienne, czy liczycie na siebie i ew. serwisy w trasie?Chcemy wybrać takie motocykle, które nas nie zawiodą, które będą idealne na tego typu daleką wyprawę. Jaki będzie to model, tego jeszcze nie mogę zdradzić. Z pewnością przy tylu kilometrach ile chcemy przejechać, będziemy musiały zrobić przegląd okresowy naszych motocykli gdzieś na trasie. 

– Będzie czas na jakieś rozrywki, zwiedzanie, kąpiel w morzu?
Naszą największą rozrywką, będzie przede wszystkim sama podróż i jazda motocyklami. Chcemy chłonąć Europę, smakować ją, poznać nowych ludzi i dzięki nim, zrozumieć ich kraj, a nasz kontynent. Z pewnością atrakcji na trasie naszej wyprawy nie zabraknie. Wszystko będziemy uwieczniać na zdjęciach, które będziecie mogli podziwiać na naszej stronie www.ridingacross.com, a także na portalu www.motocaina.pl, który jest naszym patronem medialnym.

Weronika Kwapisz
fot. z archiwum W. Kwapisz

 – Jak tak jedziesz długo motocyklem, co sobie wtedy myślisz?
Jadąc motocyklem trzeba być maksymalnie skupionym, nie ma tutaj czasu na rozmyślanie o problemach, kłopotach… Lecz zawsze znajdzie się chwila na refleksję oraz na kolejne plany motocyklowe. 

– Będziecie mieć intercomy?
Z Grażyną jeździmy dosyć długo w grupie, dlatego mamy opracowanych kilka znaków porozumiewawczych. Oczywiście intercomy mają wiele zalet, lecz zabijają w motocyklach wolność, zamiast uciekać od korporacji, mając wyłączony telefon, dajemy się dopaść wszędzie, co nie jest dobre, gdyż każdy potrzebuje chwili wyciszenia. 

– Nie boisz się tej wyprawy? Co według Ciebie jest najwiekszą trauma w tej podroży, której sie obawiacie? Pogoda, złodzieje, awarie?
Przede wszystkim – jak to mówią motocykliści – nie ma złej pogody, są tylko źle ubrani motocykliści. Staramy się myśleć pozytywnie, zapewne nie będzie łatwo, będą momenty zwątpienia, lecz to nas nie zniechęca. Pieniądze trzeba mieć, choćby na przysłowiową benzynę, w chwili obecnej poszukujemy dalszych sponsorów, którzy pomogą nam zrealizować marzenie. 

– Będziecie spać w hotelach, czy pod namiotem? Macie dokładnie rozplanowane szczegóły?Staramy się, nie wyznaczać sobie konkretnych miejsc, w których będziemy nocować. Chcemy, aby trasa była całkowicie dostosowana do tego, co się dzieje „tu i teraz”, na bieżąco będziemy ją modyfikować. Z pewnością namiot stanie się naszym przyjacielem, a obecnie nasz profil na facebooku – Riding Across Europe, napływają do nas zaproszenia, ludzie wspierają nas mentalnie, proponują spotkania na trasie, a także noclegi. Jest to bardzo miłe. 

Nie ma złej pogody, są tylko źle ubrani motocykliści.
fot. z archiwum W. Kwapisz

– Przygotowujecie się jakoś psychicznie i fizycznie, czy kondycyjnie?
Do motocykli trzeba mieć respekt, zawsze się staram dostosować tempo jazdy do swoich umiejętności oraz trasy jaką pokonuję. Nie mam zamiaru nikomu niczego udowadniać, ani pobijać rekordów. Przygotowania mentalnego jako takiego nie ma, fizyczne ćwiczenia rozpoczną się z początkiem wiosny.

– Co by się musiało stać, aby wyprawa się nie powiodła? Macie jakiś limit czasowy, w którym chcecie sie wyrobić?
Nie dopuszczam takiej myśli, aby wyprawa miała się nie powieść [śmiech], pracuję nad nią ponad 2 lata… Zrobimy wszystko co w naszej mocy, aby w ostatni weekend maja, przekręcić kluczyki w stacyjkach, pomachać rodzinom i wyruszyć przed siebie w trasę liczącą blisko 20 000 km. 

– Będziecie się posługiwać GPS, czy zabieracie mapy?
Z pewnością zabierzemy ze sobą klasyczną, poczciwą mapę, ale GPS’y również znajdą się na naszych motocyklach. 

– Jak się spakujesz na taką długą wyprawę?
Kiedy pakowałam się do Norwegii upychałam swoje rzeczy po sakwach kolegów… Może to być dla nas bardzo trudne logistycznie, gdyż jedziemy same. No ale cóż, nie jedziemy, aby się stroić, tylko po to, aby przeżyć przygodę.

I tego Ci życzymy!

Najnowsze