Nissan Micra – kobiecy sposób na miasto. Film

O najmniejszym Nissanie w kontekście kobiet - użytkowniczek można napisać wiele. W jaki sposób go można Nissana Micrę postrzegać? Zobaczcie na filmach!

Kobieta i zgrabne autko – jak wiadomo nie od dziś – to idealne połączenie. Zobacz jak można wykorzystac Micrę – nieco niestandardowo 😉

 

 

Najnowsze

Zmiany w motocyklach Harley-Davidson na sezon 2014

Harley - Davidson przebudowuje swoje motocykle turystyczne na sezon 2014 i wprowadza model Fat Bob o odświeżonej stylistyce, nowy model CVO Softail Deluxe oraz ABS dla wszystkich modeli Sportster.

Harley-Davidson na sezon 2014 oferuje gamę motocykli, składającą się z siedmiu modeli Touring, Trike i Custom Vehicle Operations przebudowanych w ramach Projektu Rushmore (o projekcie dowiecie się tu).

Do nowości Harley-Davidson na 2014 rok zaliczają się również limitowany fabryczny custom CVO Softail Deluxe, model Dyna Fat Bob o nowej stylistyce oraz wprowadzenie systemu ABS (system zapobiegający blokowaniu kół podczas hamowania) do wszystkich modeli Sportster (jako opcja w modelu Iron 883).

Co dokładnie zmieni się w motocyklach Harley-Davidson na 2014 rok?
Opracowano od nowa stylistykę Dark Custom modelu Fat Bob, który wygląda teraz jeszcze bardziej stanowczo. Do wyróżniających się elementów można zaliczyć nowy ścięty tylny błotnik z wbudowanym podwójnym, tylnym światłem LED z obwódką. Wszystkie chromowane elementy zastąpiono czarnymi, m.in. jednostkę napędową, osłonę filtra powietrza, osłony tylnych amortyzatorów, półki typu triple clamp, obwódki reflektorów, konsolę oraz osłonę akumulatora. Pełne koła z aluminium są pomalowane proszkowo na czarno i wykończone wygrawerowanym laserowo logo Harley-Davidson oraz paskiem na obręczy.

Harley-Davidson Fat Bob
fot. Harley-Davidson

System ABS (system zapobiegający blokowaniu kół podczas hamowania) jest dostępny we wszystkich modelach Sportster na 2014 rok (jako opcja w modelu Iron 883). Dodatkowo gama modeli Sportster ma nowe przełączniki i elementy układu hamulcowego oraz łatwiejszy dostęp diagnostyczny. Motocykle te wyposażono też w zbliżeniowy system zabezpieczający H-D.

Harley-Davidson Sportster 883 R
fot. Harley-Davidson

Jednym z modeli, z serii limitowanych motocykli CVO na 2014 rok, jest nowy model CVO Softail Deluxe – motocykl turystyczny custom wyposażony w zdejmowaną przednią szybę, system nawigacji GPS, reflektor LED Daymaker, zdejmowane kufry i wyrazisty lakier oraz potężny silnik Screamin’ Eagle o pojemności 1800 cm3, który jest nieodłącznym elementem programu CVO.

Harley-Davidson CVO Road King
fot. Harley-Davidson

Modele CVO Road King oraz CVO Ultra Limited powracają wyposażone w nowe elementy i udoskonalenia w ramach projektu Rushmore (czytaj o nich tu). Masywny chopper CVO Breakout Softail będzie dostępny w trzech nowych motywach lakierowania.

Jednostka napędowa Twin Cam 103 jest obecna we wszystkich motocyklach Harley-Davidson z serii Dyna i Softail.

Najnowsze

Samotnie motocyklem przez świat – rozmowa z Agatą Lange

Mała, ruda, niewywrotna - jak sama siebie określa - Agata Lange zjechała już motocyklem kawałek świata. Czy Kawasaki Zephyr 550, BMW F650 GS czy BMW F800 GS jest jej zdaniem najlepszy do dalekich wojaży? Jak obcokrajowcy reagują na samodzielną motocyklistkę?

Agata Lange od kilku lat intensywnie podróżuje na motocyklu. Swoje emocje i wrażenia opisuje na blogu. Zjechała już sporą część Europy, nieco Azji i Afryki.

Trafiłam na Twojego bloga przez przypadek – strona mi się spodobała, a ty sama mnie zaintrygowałaś. Piszesz o sobie, że jesteś „mała, ruda, niewywrotna”. Ja bym dołożyła odważna i zaradna. Zdradź nam w jaki sposób pojawiły się w Twoim życiu motocykle.
To był zupełny przypadek. Po prostu podłączyłam się do koleżeńskiego wyzwania dwóch facetów – jeden miał zrobić prawo jazdy na kategorię A wtedy, gdy drugi zrobi patent żeglarski. Pewnego dnia usłyszałam po prostu: „Agata, sprawa jest honorowa, muszę zrobić prawo jazdy kat. A”. Na co ja odpowiedziałam bez namysłu „To ja też”. A wcześniej nigdy nawet nie siedziałam na motocyklu! Nie wiedziałam co będzie, jak będzie i czy w ogóle mi się to spodoba. Pierwszy raz przekonałam się „jak to jest” podczas kursu na prawo jazdy. Pierwszego dnia, jak usłyszałam, że mam wsiąść i ruszyć to pomyślałam sobie „no pięknie… ale jak to zrobić”? Potem było coraz fajniej, pomimo kryzysu na trzeciej lekcji, gdzie myślałam, że to wszystko rzucę w diabły. Ale miałam fantastycznych instruktorów – Gosię, Przemka, i przede wszystkim Krzyśka, którzy zmotywowali mnie do dalszych prób i przekonali, że dam radę. Nauczyli solidnych podstaw, a egzamin okazał się bułką z masłem. A potem jazda na motocyklu zassała mnie na dobre.

Jeszcze więcej kobiecych relacji podróży motocyklowych znajdziesz tu.

 

W dniu egzaminu na prawo jazdy pogoda spłatała figla.
fot. z archiwum Agaty Lange
Chorwacja na nakedzie.
fot. z archiwum Agaty Lange

Maszyn miałaś już kilka. Któryś z nich to Twój ulubiony, najlepszy, najfajniejszy?
To bardzo trudne pytanie… Pierwszym motocyklem, na którym jeździłam był Kawasaki Zephyr 550 z 1991 roku. W sumie nie najłatwiejszy sprzęt na początek, bo dość ciężki, stosunkowo mocny, z bardzo mocnymi hamulcami i o konstrukcji, która powodowała „walenie się w zakręt”. Ten motocykl uwielbiał winkle, a moje ówczesne doświadczenie nie było z tego powodu szczególnie szczęśliwe… Ale i tak uwielbiałam ten motocykl i bardzo ciężko było mi się z nim rozstać. Jednak zupełnie nie był stworzony do turystyki (choć byłam nim w Chorwacji) i ustąpił pola BMW F650 GS z 2004 roku. Po prostu stwierdziłam, że mój kierunek rozwoju to turystyka motocyklowa, a tylko ten model turystycznego enduro byłam w stanie „ogarnąć” z moimi gabarytami. Po kolejnych dwóch sezonach i 40 tysiącach przejechanych kilometrów podniosłam sobie poprzeczkę i kupiłam BMW F800 GS. Motocykl bardziej wymagający od poprzednika, większy, mocniejszy. Póki co przejechałam na nim w jeden sezon ponad 22 tysiące kilometrów i jestem zachwycona. Wciąż się go uczę i nie myślę o zmianie, co chyba oznacza, że to ten „najfajniejszy”. Choć nie ukrywam, chodzi mi po głowie dokupienie jakiegoś lekkiego enduro „do kompletu”.

Przeczytałam również, że swoje pierwsze BMW GS nazywałaś Gustawem Stanisławem. Skąd taki pomysł?
Od zawsze nadaję imiona rzeczom, które coś dla mnie znaczą, są dla mnie ważne, a motocykl niewątpliwie jest czymś takim. A skojarzenie narzuciło się chyba samo: GS… Gustaw Stanisław. Dwojga imion.

Gustaw Stanisław na Saharze. Merzouga, Maroko.
fot. z archiwum Agaty Lange

Czy inne Twoje maszyny też miały imiona?
Zephyra nazywałam po prostu Zefirem, a obecny motocykl to Olivier – ze względu na oliwkowy kolor – jego katalogowa nazwa to Kalamata. W sumie najpierw miał się nazywać G-Spot, potem powstała długa lista propozycji, np. Fritz achthundert Grashüpfer Schmetterling III, czy L.Lloyd (to wpisał na klawiaturze kot rodziców!), ale jak go zobaczyłam, to imię samo się wybrało…

Jak przygotowujesz się do swoich podróży i skąd płyną inspiracje?
Pomysły pojawiają się same, czasami zupełnie spontanicznie, podchwytuję też  pomysły innych ludzi. Pierwszy dalszy wyjazd miał być na Bliski Wschód, ale wojna w Syrii pokrzyżowała plany. Kolega był wtedy w Maroku i przesyłał piękne zdjęcia i opisy, więc stwierdziłam – to może tam? I tak odwiedziłam Afrykę. Toskanię zwiedziłam, bo pewnego letniego popołudnia miałam wielką ochotę na lody… A gdzie są najlepsze lody? We Włoszech… i tak powstał projekt „Lody włoskie” i plan wyjazdu, którego „celem” było zjedzenie lodów w każdym odwiedzonym miejscu. Bałkany z kolei odwiedziłam powielając trasę znajomych, którzy w sumie o mało co nie namówili mnie, żebym pojechała z nimi… ale że akurat wtedy nie miałam przy sobie nic, bo wybrałam się tylko na popołudniową wycieczkę, to się nie zdecydowałam, ale… gdym to zrobiła to byłby chyba najbardziej spontaniczny wyjazd w moim życiu. A Kaukaz? Chciałam objechać Morze Czarne. Z powodu zawirowań w życiu ten wyjazd się nie odbył, ale postanowiłam nie rezygnować i spróbować w kolejnym sezonie. Niestety też się to nie udało, ale za to pojawiła się opcja dość podobnego wyjazdu. O tyle „szalonego”, że w całkowicie nieznanym towarzystwie. To było bardzo ciekawe doświadczenie. Najdziwniejszym wyjazdem, mimo, że wcale nie najdalszym, był wyjazd motocyklem… na narty, na jeden z austriackich lodowców. Dlaczego? A dlaczego nie? Nie muszę chyba mówić, że widok motocykla na parkingu pod wciągiem i para butów narciarskich na tylnej części kanapy wywoływały uśmiech i zdziwienie ludzi dookoła.

Przestrzeń. Atlas Wysoki, Maroko
fot. z archiwum Agaty Lange

Przygotowując się do wyjazdów (nie lubię określenia podróże, czy wyprawy – ja jeszcze na nie nie jeżdżę, dla mnie te określenia oznaczają coś dużo większego od moich wojaży), zwracam uwagę na kilka rzeczy. Po pierwsze – dbam o to, żeby jechać sprawnym motocyklem. Wiadomo, różne nieprzewidziane rzeczy mogą się wydarzyć, ale  staram się zadbać o to, o co można, czyli: opony, napęd, płyny, hamulce. Po drugie – przeglądam mapy, opracowuję trasę i dzienne przebiegi. Nie chcę tracić czasu „na miejscu” sprawdzając, co można tam odwiedzić, czy którą trasą przejechać. Oczywiście czasami okazuje się, że ostatecznie wybieram coś innego, niż planowałam, takie spontaniczne decyzje dodają uroku wyjazdowi, ale generalnie trasa jest zawsze „z grubsza” opracowana. Chcę też, żeby zawsze był zapas czasu – w razie nieprzewidzianych sytuacji, problemów czy awarii. Zazwyczaj też nie rezerwuję żadnych noclegów, co najwyżej sprawdzam, jakie są możliwości np. kempingi czy schroniska. Zawsze też kupuję ubezpieczenie, a potem… biorę niezbędne rzeczy, uśmiecham się i jadę. Tyle.

Na końcu Polski. Bieszczady
fot. z archiwum Agaty Lange

Podczas podróży w dalekich krajach motocykliści budzą spore zainteresowanie miejscowej ludności. Jak byłaś odbierana jako kobieta na motocyklu, w podróży np. na Kaukazie?
W zasadzie zawsze spotykam się z życzliwymi reakcjami. Tak też było podczas wyjazdu na Kaukaz. W Turcji wzbudzałam dość spore zainteresowanie – często widziałam szerokie uśmiechy i uniesione kciuki jako wyraz uznania. Zdarzyło się też, że dzięki mnie nie musieliśmy jako grupa płacić za parking – zostałam oddelegowana do uiszczenia opłaty, ale gdy pan parkingowy zauważył, że jestem kobietą, po prostu otworzył szlaban. W Gruzji też spotkała mnie ogromna dawka życzliwości. Była tylko jedna sytuacja, że spotkana osoba popatrzyła na mnie i powiedziała, że na podjeździe sobie nie poradzę, ale był to Polak… a ja mimo wszystko dałam radę.

Zdecydowanie większe zainteresowanie wzbudzałam podczas samotnej podróży po Bałkanach – w zasadzie każda rozmowa z pogranicznikami, lokalnymi mieszkańcami, jak i innymi spotkanymi motocyklistami przebiegała według podobnego schematu: „Sama? Ale jak to? Tak całkiem sama? I to z Polski?”

Choć tak naprawdę, nie trzeba wyjeżdżać za granicę, żeby spotkać się z podobnymi reakcjami – na stacji benzynowej w Międzyrzeczu też kiedyś usłyszałam: „I pani tu sama z Krakowa przyjechała?”

Kolory jesieni w górach. Słowacja
fot. z archiwum Agaty Lange

Co jest dla ciebie najtrudniejsze w podróży?
Czasami trudniejszy teren daje mi w kość. Jeżdżę na dość sporym motocyklu, a sama jestem raczej nieduża. Muszę bardzo uważać gdzie się zatrzymuję, bo nawet na równej powierzchni ledwo dostaję nogami do ziemi, a w terenie często tej nogi „brakuje”. Dodatkowo jeżdżę na oponach, które są bardziej szosowe, więc piach czy błotniste koleiny bywają dla mnie wyzwaniem. Ale pokonuję je. W swoim tempie, czasem z czyjąś pomocą. I jeszcze jedna kwestia… wstyd się przyznać, ale sama nie podniosę swojego motocykla jak się przewróci… Muszę prosić o pomoc, więc jak jeżdżę sama nie zapuszczam się w miejsca, gdzie jest większa szansa na wywrotkę . Nauka podnoszenia motocykla to mój cel na sezon 2014. Musi się dać!

Jak podnieść motocykl po upadku? Czytaj tu.

A co sprawia ci najwięcej frajdy?
Wszystko! To czego się doświadcza w podróży – krajobraz, pogoda, smaki, zapachy, kolory, ludzie… a potem piękne wspomnienia – wynagradza wszystkie trudy i niedogodności czy zmęczenie. Właśnie to wielowymiarowe czucie otoczenia jest tym, co mnie pociąga w jeździe na motocyklu.

Gdybyś miała w kilku słowach powiedzieć, czym dla ciebie jest motocykl, to co by to było?
Wolność, odskocznia, sposób na wyrażenie siebie. Środek do przemierzania świata, a jednocześnie punkt, wokół którego mój świat się ostatnio kręci.

Góry Kaukazu. Gruzja przy granicy z Rosją
fot. z archiwum Agaty Lange

W planach na 2014 rok, o których pisałaś na swoim blogu, jest Bhutan – kraj niedostępny, ale piękny i bardzo ciekawy kulturowo. Wjechać tam niełatwo, podróżować też nie. Mieszkańcy za pomocą przepisów prawnych starają się chronić swoje bogactwo narodowe i ograniczają turystom wstęp. Jak masz zamiar zorganizować tę podróż?
Tym razem poszłam na łatwiznę i skorzystałam z oferty wyjazdu zorganizowanego: lecimy samolotem, wynajmujemy motocykle (więc niestety Olivier nie będzie mi towarzyszył), przejeżdżamy kraj. To chyba najlepsza opcja na ten wyjazd. Po pierwsze jak wspominałaś, indywidualna turystyka w Bhutanie jest dość trudna do zorganizowania (choć możliwa). Po drugie, koszt transportu własnego motocykla byłby pewnie horrendalny, a dodając do tego wysoki koszt samego pobytu w Bhutanie – pewnie zupełnie poza zasięgiem. Poza tym Bhutan nie jest krajem do ekstremalnej turystyki motocyklowej – kraj ma jedną drogę (choć składa się ona z samych zakrętów) i jest nieduży, więc liczba przejechanych kilometrów nie będzie powalająca. Ale ja jadę tam głównie po coś innego – żeby zobaczyć tę niewielką krainę wciśniętą między Indie i Chiny, krainę, gdzie dobrobyt zamiast PKB mierzy się „indeksem szczęścia”, gdzie tradycja jest niesamowicie pielęgnowana, a życie mieszkańców niezakłócone na tyle, na ile to możliwe w dzisiejszym świecie. A to, że uda się zwiedzić ten kraj na motocyklu jest tylko wartością dodaną.

Dziękujemy za rozmowę i życzymy powodzenia w kolejnych wyprawach!

O swoich motocyklowych przygodach Agata pisze na swoim blogu – tutaj.

W oczekiwaniu na wsparcie. Uszguli, Gruzja
fot. z archiwum Agaty Lange

Najnowsze

Motocyklami w Nowej Zelandii: Marta Cwalina-Śliwińska i Łukasz Śliwiński

Marta Cwalina-Śliwińska i Łukasz Śliwiński dzielą się wrażeniami z podróży motocyklowej po Nowej Zelandii.

Marta Cwalina-Śliwińska i Łukasz Śliwiński
fot. Marta i Łukasz, swiatzbliska.pl

Marta i Łukasz w życiu i w podróżach przede wszystkim nie chcą żałować, że czegoś nie spróbowali. Dlatego ciągle szukają okazji do poznania i przeżycia czegoś nowego. Ich ostatnia przygoda to 11-miesięczna podróż dookoła świata zorganizowana na własną rękę, którą opisują na blogu  www.swiatzbliska.pl

Z nami dzielą się swoimi wrażeniami z Nowej Zelandii, którą zwiedzali motocyklami.

Więcej o kobietach w podróżach motocyklowych przeczytasz tutaj.

Od jak dawna jeździcie na motocyklach?
Tak naprawdę nasze doświadczenie w jeździe na motocyklach ogranicza się do kursu na prawo jazdy zrobionego przed wyjazdem w roczną podróż dookoła świata, oraz kilku tysięcy kilometrów przejechanych właśnie przez Nową Zelandię, która była jednym z etapów tej wyprawy. Możemy więc śmiało przyznać, że zdecydowanie bliżej nam do motocyklowych żółtodziobów niż do pogromców szos na dwóch kółkach. Dodamy jeszcze, że egzamin na kategorię A zdaliśmy na trzy tygodnie przed wyjazdem, a dokumenty z wpisanymi już uprawnieniami odbieraliśmy dosłownie na kilka dni przed wylotem. W tej naszej motocyklowej przygodzie mamy więc od samego początku naprawdę bardzo dużo szczęścia.

Gejzery Wai-O-Tapu
fot. Marta i Łukasz, swiatzbliska.pl

Co skłoniło was, aby Nową Zelandię zwiedzać na dwóch kółkach?
Zainspirowali nas znajomi, którzy kilka lat temu przejechali ten kraj na rowerach. Byli zachwyceni wolnością jaką daje podróżowanie na dwóch kółkach i tamtejszą naturą, która odbierana z takiej perspektywy jest jeszcze piękniejsza. My stwierdziliśmy, że rowerowy wycisk to nie dla nas, ale idea podróży na dwóch kółkach została nam w głowach. Tak właśnie zrodził się pomysł podróżowania na motocyklach.

W jaki sposób weszliście w posiadanie motocykli, którymi podróżowaliście po Nowej Zelandii?
Z kupnem i sprzedażą motocykli w Nowej Zelandii nie ma najmniejszych problemów, bo biurokracja jest minimalna, a ofert dużo. Najlepiej szukać ich na portalu trademe.co.nz będącym czymś w rodzaju naszego allegro. W większych miastach, takich jak na przykład Auckland lub Christchurch, można się również wybrać do dealerów, którzy w swojej ofercie mają także używane maszyny. My nasze Suzuki GN250 kupiliśmy właśnie w takim miejscu. Dzięki temu nie musieliśmy się w ogóle martwić o rejestrację czy techniczne badania bo o wszystko zadbał sprzedawca.

Czy wasze motocykle były od razu gotowe do drogi, czy może musieliście wprowadzać jakieś modyfikacje?
Ponieważ na znalezienie pojazdów na miejscu chcieliśmy poświęcić jak najmniej czasu, żeby nie tracić cennych dni podróży,  już kilka tygodni przed przyjazdem do Auckland sprawdziliśmy w Internecie co jest dostępne. Dzięki temu, po dotarciu do Nowej Zelandii oglądaliśmy już tylko te motocykle, które nas interesowały. Jednym z najważniejszych elementów, na które zwracaliśmy uwagę w wyposażeniu, był stelaż na bagaże. Potrzebowaliśmy przecież zamontować do czegoś nasze  dwa małe i dwa duże plecaki, z którymi podróżowaliśmy. A ponieważ dość szybko udało nam się znaleźć maszyny z takimi dodatkiem, nie musieliśmy nic w nich zmieniać.

Transport Marty i Łukasza w Nowej Zelandii
fot. Marta i Łukasz, swiatzbliska.pl

Ile kilometrów przejechaliście waszymi maszynami i jaka była wasza pierwsza myśl, kiedy uświadomiliście sobie ile drogi przed wami?
Podczas siedmiu tygodni spędzonych na obu wyspach Nowej Zelandii przejechaliśmy ponad 4200 kilometrów. Szczerze mówiąc nie od razu wiedzieliśmy, że tyle przejedziemy bo przed wyruszeniem mieliśmy tylko zarys trasy, a nie szczegółowo zaplanowane odcinki. Natomiast jeśli chodzi o pierwszą myśl po tym jak już odebraliśmy maszyny od dealera, ubraliśmy się w stroje ochronne, założyliśmy kaski i rękawiczki to musimy przyznać, że nie było to radosne „Hurra!”. Nie dość, że na motocykle wsiedliśmy pierwszy raz od czterech miesięcy po zrobieniu prawka, to jeszcze musieliśmy od razu przestawić się na ruch lewostronny i przejechać z ruchliwego centrum Auckland na jego obrzeża do miejsca, w którym zatrzymaliśmy się na noc. Jechaliśmy wtedy co najwyżej 40 km/h, ale dzięki temu bez problemów dotarliśmy do pierwszego celu. Potem, w zależności od pogody i trudności trasy, pokonywaliśmy od 100 do 200 km dziennie (dla porównania doświadczeni motocykliści robią tam nawet 400-500 km jednego dnia) i tak uzbierało nam się te kilka tysięcy.

Jak się jeździ po tym dalekim kraju? Przypuszczam, że drogi mają świetne, ale czy da się odbić od głównego szlaku i pojechać motocyklem po mniej uczęszczanych ścieżkach?
Rzeczywiście drogi są świetne i, poza dużymi miastami, bardzo mało uczęszczane. Ponieważ my jeździliśmy głównie mniej ruchliwymi trasami, często zdarzały się takie dni, w których w ciągu godziny mijało nas tylko kilkanaście samochodów. W takich warunkach jazda to naprawdę sama przyjemność. Można jechać z taką prędkością z jaką się chce, podziwiać widoki dookoła i zatrzymywać się w dowolnym miejscu pobocza, żeby porobić zdjęcia. Świetną pomocą w wyborze drogi był motocyklowy atlas Nowej Zelandii kupiony na miejscu, który bardzo dokładnie opisywał trasę i oceniał jej atrakcyjność zarówno pod kątem scenerii, jak i poziomu trudności. Najtrudniejsza trasa jaką pokonaliśmy miała odcinek, na którym przez 56 km były tylko zakręty. Był to nasz motocyklowy Everest, po którym odstawiliśmy maszyny na jakiś czas, żeby po prostu od nich odpocząć.

Nowa Zelandia, choć geograficzne bardzo nam odległa, kojarzy się z m.in. z ekranizacją powieści Władca Pierścieni. Co was w tym kraju najbardziej urzekło?
Natura jest rzeczywiście niesamowita. Oprócz gór, lasów, jezior czy rzek, a więc zwykłych okoliczności przyrody, można tam znaleźć również lodowce, fiordy, jaskinie, wulkany, gejzery, piękne plaże i dzikie wysepki. A wszystko to otoczone bezkresnym oceanem. Nic więc dziwnego, że Nowa Zelandia jest często określana jako świat w pigułce. Ale nas najbardziej zachwyciła sama podróż. Tak jak wspomnieliśmy, były to nasze pierwsze kilometry w samodzielnej jeździe na motocyklach (wcześniej poruszaliśmy się tylko po ulicach Warszawy z instruktorem „na plecaku”), więc radocha jaką mieliśmy z tej formy zwiedzania była nie do pobicia.

Jezioro Wanaka
fot. Marta i Łukasz, swiatzbliska.pl

Jak Nowozelandczycy reagują na podróżników na motocyklach? Czy mają pojęcie, gdzie leży Polska i czy wiedzą coś o naszym kraju?
Nasza motocyklowa podróż wzbudzała spore zainteresowanie wszędzie tam, gdzie się zatrzymywaliśmy, czy to na krótką przerwę czy na nocleg. Bardzo pozytywne emocje wzbudzało już samo to, na jakich maszynach jeździliśmy bo, jak się okazało, na Suzuki GN 250 Nowozelandczycy często uczą się jeździć. Kiedy więc mówiliśmy, że my na tych „błyskawicach” jedziemy przez cały ich kraj, pytaniom nie było końca. Często też trąbiły na nas wyprzedzające nas samochody, a o tym, że są to przyjazne „obtrąbienia” w podziękowaniu za ustąpienie miejsca na drodze, dowiedzieliśmy się dopiero po jakimś czasie. Jeśli zaś chodzi o wiedzę Nowozelandczyków o naszym kraju to trudno powiedzieć, ale skojarzenia z Polską mają raczej dobre. My w każdym razie spotkaliśmy się z samymi pozytywnymi reakcjami.

Co polecacie zobaczyć w Nowej Zelandii? Co jest takim absolutnym hitem tego kraju, bez którego nie można się obejść?
Oprócz pięknej natury i Władcy Pierścieni Nowa Zelandia słynie też ze sportów ekstremalnych. To tutaj ktoś po raz pierwszy skoczył z mostu na bungee i to podobno w tym kraju rocznie oddaje się najwięcej komercyjnych skoków spadochronowych. Oprócz tego można wybrać się na lot widokowy szybowcem, helikopterem, małym samolotem, popływać wśród skał motorówką rozwijającą prędkość prawie 90km/godz., czy powiosłować kajakiem po morzu. Poszukiwacze adrenaliny mają tu naprawdę duży wybór.

Jaką podróż macie w planach na najbliższą przyszłość i czy ponownie odbędzie się ona na motocyklach?
W najbliższą podróż wybieramy się już niedługo do Norwegii gdzie naszym celem jest zobaczenie zorzy polarnej. Ponieważ w czasie kiedy tam będziemy nadal będzie zima, a słońce wychodzi zza horyzontu tylko na kilka godzin, naszym transportem tym razem nie będą motocykle. Ale może kiedyś…

A czy widzieliście kiwi?
Tak, kiwi widzieliśmy w jednym z centrum ochrony tych ptaków i musimy przyznać, że jest to dość komiczny ptak, który chodzi tak jakby się cały czas skradał.

Dziękujemy za rozmowę!
My również.

Droga do Mount Cook
fot. Marta i Łukasz, swiatzbliska.pl

Najnowsze

Pierwsza jazda – Nissan Note i Nissan Micra

Oba nowe modele nas wyjątkowo zaintrygowały. Zmodernizowany wygląd zarówno Micry, jak i Note pozwala sądzić, że wreszcie samochody te mogą się komuś spodobać. Oto nasze wrażenia z pierwszych jazd oboma modelami.

Zdjęcia z naszych pierwszych jazd na Mazurach Nissanem Micra i Nissanem Note obejrzysz tutaj.

Zdjęcia prasowe Nissan Notekliknij tu; Nissan Micrakliknij tu.

Nissan Micra
Nowy Nissan Micra – trzeci wśród najlepiej sprzedających się modeli w gamie Nissana w Europie, plasujący się za modelami Qashqai i Juke – został gruntownie odświeżony.  To czwarta generacja Micry (K13) i naszym zadniem – zdecydowanie najbardziej udana. Nowy wlot powietrza mocniej nawiązuje do wizerunku marki Nissan, w którym okrągły emblemat umieszczony jest w chromowanym wzorze w kształcie litery V. Zmienił się jednak nie tylko wlot powietrza, ale także pokrywa silnika, nadkola, reflektory przednie i przedni zderzak. Światła przeciwmgłowe (dostępne w wybranych wersjach) zyskały nowy, wyrazisty kształt i chromowane obwódki. Z tyłu zastosowano nowy zderzak i diodowe świateła tylne, a także nowy spojler w dolnej części klapy bagażnika. Dopełnieniem wyglądu są 15-calowe felgi ze stopów metali lekkich.

Nissan Micra – nieco przeprojektowany tył nadwozia i ładna barwa lakieru.
fot. Motocaina.pl, Katarzyna Frendl

 

W podstawowym poziomie wykończenia – Visia – wyposażenie standardowe obejmuje
między innymi:
· 6 poduszek powietrznych,
· systemy bezpieczeństwa ABS, ESP oraz BA (wspomaganie hamowania),
· elektrycznie regulowane szyby przednie,
· komputer pokładowy,
· centralny zamek sterowany pilotem.

Na liście opcji dostępnych za dopłatą (w zależności od wersji) znalazły się:
· system inteligentnego kluczyka I-Key, umożliwiający otwieranie auta bez
wyjmowania kluczyka i uruchamianie silnika za pomocą przycisku Start/Stop,
· system pomiaru wielkości miejsca parkingowego, ułatwiający manewrowanie
w mieście,
· multimedialny system NissanConnect 2.0 z 5,8-calowym ekranem dotykowym,
gniazdem USB, kamerą cofania oraz 6 głośnikami,
· automatyczna klimatyzacja.

Wewnątrz udoskonalono układ zegarów; konsola środkowa zyskała nowy wygląd, a otwory wentylacyjne nowy kształt. Zastosowano błyszczące elementy wykończenia konsoli środkowej, a gałka dźwigni zmiany biegów wykończona jest w kolorze srebrnym. Łatwo tu znaleźć wejście Aux-in oraz port USB połączone z systemem audio, a także gniazdo 12 V, dzięki czemu można z łatwością ładować w samochodzie telefony komórkowe i odtwarzacze MP3. Duży kolorowy ekran dotykowy sprawia, że mapy i wskazówki są bardziej czytelne – praktycznym w obecnych czasach rozwiązaniem jest możliwość wyświetlania okładek albumów z biblioteki użytkownika np. smartphona.

Gama dostępnych do tej kolorów nadwozia powiększyła się o dwa nowe: metalizowany
Szarość wolframu oraz perłowy Błękit Pacyfiku. Wnętrze z kolei zyskało dwie nowe
tapicerki.

Co nas zaskoczyło podczas pierwszej jazdy? To, że Micra ma wyjątkowo nieduży promień skrętu – jeden z najlepszych wyników w klasie – zaledwie 4,65 metra. Dodatkowo nie trzeba się natrudzić, aby wykonywać ciasne manerwy, parkować, czy zawracać – wszystko działa jak naoliwione, praktycznie bez użycia siły – idealnie dla tych ze słabszą kondycją. Widoczność dookoła jest wzorowa w tak małym aucie – duży plus dla projektantów.

Nissan Micra – wreszcie ładniejszy przód nadwozia.
fot. Motocaina.pl, Katarzyna Frendl

Podczas jazdy Micra z podstawowym wolnossącym silnikem 1,2 l o mocy 80 KM, ku naszemu zdziwieniu wcale się nie ociągała. Swobodnie przyspiesza – jeśli się tego wyraźnie chce wciskając mocno pedał gazu i redukując odpowiednio biegi. Dobrze hamuje – może nie idealnie, ale w mieście i tak nie rozpędzamy się do prędkości światła, więc wyhamowanie z przepisowej jazdy przychodzi Micrze z ochotą. Podczas szybszego przemierzania okolic aglomeracji nie denerwuje ani zbytnim przechylaniem się w zakrętach, ani przemożnym hałasem (co jest nagminne w 3-cylindrowych silnikach) – ba! Potrafi nawet ucieszyć skwapliwą reakcją zawieszenia na ambicję kierowcy.

Oczywiście, byłoby lepiej mieć pod maską jednostkę o pojemności 1,2 l o mocy 98 KM, wyposażoną w kompresor, ale wówczas należy sie liczyć z nieco większym niż 5 litrów na setkę zużyciem paliwa.

W obu wariantach silnikowych dostępna jest z manualna 5-przełożeniowa lub zautomatyzowana (CVT) skrzynia biegów. Wszystkie wersje nowego Nissana Micra z silnikiem DIG-S oznakowane są logo Pure Drive, dostępnym dla samochodów o emisji CO2 120 g/km lub niższej.

Ceny Nissana Micra na polskim rynku rozpoczynają się od 39 990 zł za wersję Visia z silnikiem 1,2 l 80 KM z manualną skrzynią biegów o 5 przełożeniach. Wszystkie samochody przeznaczone na rynek europejski są produkowane w Indiach.

Nissan Note
Debiut modelu Note to także światowa premiera technologii Safety Shield w klasie małych
samochodów. System ostrzegania o pojeździe w martwym polu, ostrzeganie o zmianie pasa ruchu oraz zaawansowany system wykrywania poruszających się obiektów zostały połączone; wszystkie wykorzystują dane z kamery cofania, która daje wyraźny obraz niezależnie od pogody. Ma wbudowaną funkcję zmywania i suszenia kamery strumieniem powietrza. To naprawdę pomysłowe rozwiązanie.

Nissan Note – w lecie przydadzą się przyciemniane szyby z tyłu.
fot. Motocaina.pl, Katarzyna Frendl

Wśród godnych pochwalenia rozwiązań w Note jest Around View Monitor (System kamer 360° znany z Nisana Qashqai), który pomaga cofać i parkować równolegle. Wykorzystując cztery oddzielne kamery i zamontowany w desce rozdzielczej ekran o przekątnej 5,8 cala, system wyświetla obraz Note w ujęciu od góry. To pomaga kierowcy wzrokowo potwierdzić pozycję samochodu względem otaczającego go obszaru, czyniąc manewrowanie znacznie łatwiejszym i bezpieczniejszym.

Note łączy w sobie szeroki rozstaw osi i krótki zwis przedni, co zapewnia mu dość żywiołowy wygląd.

Wewnątrz – poza wyświetlaczem wbudowanym w deskę rozdzielczą – kierowca ma do dyspozycji dwa zegary wyświetlające informacje o wydajności jazdy. Zegar monitorujący pracę pedału przyspieszenia
ocenia, czy jest on wykorzystywany w sposób ekonomiczny, natomiast drugi zegar informuje kierowcę w czasie rzeczywisty, na ile ekonomiczny jest jego styl jazdy.

Zegary w Nissanie Note są wyjątkowo czytelne.
fot. Motocaina.pl, Katarzyna Frendl

Nissan Note jest wyjatkowo praktyczny – wielki jak Chiny wewnątrz, dysponuje też sporym bagażnikiem. Wszystko jest w nim ustawne, jakby zaprojektowane z myśla o przeprowadzkach i przewożonych wówczas przedziwnych gabarytów przedmiotach. Imponujący jest natomiast kąt otwierania drzwi z tyłu – praktycznie pod kątek 90 stopni, co swobodnie pozwoli umieścić fotelik dla dziecka bez konieczności przeciskania się między słupkami. Miejsca na tylnej kanapie jest tyle, że ma się wrażenie podróżowania autem z szoferem.

Jezdnie Note zachowuje się zarzutu. Jest zwarty podczas szybkich manewrów i zwrotny podczas wolnych. Nie jest najszybszą strzalą w mieście, ale nie do skoskó adrenaliny go stworzono. Podwozie zostało zestrojone w miarę uniwersalnie – nie jest ani zbyt twarde, ani za miękkie. Powoduje przez to niezadowolenie u kierowców, którzy lubią właśnie takie skrajności (wypadanie plomb na dziurach, lub kołysanie zawiasu niczym łodzią). Ten kompromis Note’owi sie udał.

Nissan Note – może się podobać.
fot. Motocaina.pl, Katarzyna Frendl

W ofercie Nissana dostępne są cztery jednostki i warianty skrzyni biegów modelu Note. Oba silniki benzynowe mają pojemność 1198 cm3 (te same co w Micrze) i są to lekkie, kompaktowe jednostki z trzema cylindrami i 12 zaworami. Nierówna praca, często zarzucana silnikom ułomnym w cylindry została zniwelowana poprzez umieszczenie przeciwwagi na piaście wału korbowego, która wyeliminowała przekazywanie pionowych drgań wywołanych przez przemieszczanie się tłoka. Podstawowy silnik o pojemności 1,2 litra ma moc 80 KM osiąganą przy 6000 obr./min i maksymalny moment obrotowy o wartości 110 Nm przy 4000 obr./min. Note z tym silnikiem spalił nam średnio 5,6 litra / 100 km.

Kolejnym silnikiem oferowanym z tym modelem jest jednostka DIG-S o pojemności 1,2 litra i mocy 98 KM osiąganej przy 5600 obr./min oraz maksymalnym momencie obrotowym 142 Nm przy 4400 obr./min.

Gamę silników dostępnych z Nissanem Note uzupełnia nowy czterocylindrowy silnik TDI o pojemności 1,5 litra.

Najnowsze