Nieistniejąca droga, czyli ciężarówką przez Borneo

17 stycznia 2013
Borneo równa się Wielka Przygoda? Zależy, jak na to patrzeć. Czasy wielkich podróżników i odkrywców dawno się już skończyły, zaś ludzie, chcąc zarobić, powycinali prastare, pierwotne deszczowe lasy i w ich miejsce założyli plantacje palmy olejowej.
Loading module...

Las, do którego możne dotrzeć bez specjalnie organizowanej wycieczki ostał się w niewielu miejscach, np. w parku narodowym Kutai w indonezyjskiej części Borneo. Zamieszkuje go coraz mniej liczna populacja orangutanów. Tam jedziemy! Ale jak przejechać ponad dwieście kilometrów po drodze, której nie ma na mapie? Google Maps o niej nie wspomina, w przewodniku zaznaczona jest przerywaną linią. Czy w ogóle istnieje? Internet podpowiada nam, że jeżdżą po tej drodze jakieś autobusy. Kiedy już znajdujemy dworzec, okazuje się, że autobusy kiedyś jeździły. Teraz jedyne, jakie tu przyjeżdżają, to autobusy wożące górników do kopalń. W Indonezji po prostu korzysta się z samolotów albo łodzi. Szybciej, choć na pewno drożej. Jak mamy przemierzyć odcinek Berau-Samarinda? Na piechotę?

 

Nodi, zdolny kierowca
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Lekko zrezygnowani wychodzimy z dworca, który zresztą jest wyjątkowo zaniedbany i brudny. Idziemy zjeść śniadanie do pobliskiej garkuchni. W Azji jest takich pełno i są popularną formą stołowania się poza domem; tanio i szybko.  W budynku obok mieści się biuro o bardzo obiecującej nazwie - Travel Company. Autobusu nie mają, ale przed drzwiami stoi trzech młodych chłopaków. Niżsi ode mnie, chudzi, o dość dziecinnych buziach. Są kierowcami ciężarówek, a wyglądają na grupę dzieciaków. Pojazdy stoją zaparkowane tuż obok. Wielkie jak słonie, a my ich wcale nie zauważyliśmy. Jedna z ciężarówek ma pustą pakę, na drugiej stoi popsuty samochód 4x4. Chłopaki wracają do Samarindy i jeśli chcemy, to możemy pojechać z nimi. Ciężarówką! Pewnie!

 

Samochód marki UD wiele przeżył. Szoferka czystością nie grzeszy, wszędzie kurz, pył, nieporządek. Szczerzą się dziury po wymontowanym radiu i innych urządzeniach. Samochód w wersji bardzo analogowej.

 

Tak wyglądała nieistniejąca droga
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Za kierownicą czerwonego pojazdu zasiada Nodi, lat 27, muzułmanin, mąż i ojciec. Dałabym mu maksymalnie dwadzieścia lat. Chłopaczek, nieduży, w białym zabrudzonym podkoszulku, wytartych dżinsach z paskiem z napisem 'police'. Na nogach sfatygowane klapki japonki. W prawej dłoni nieśmiertelny papieros bez filtra. Pytam, ile zapłacił za paczkę papierosów. Tysiąc rupii indonezyjskich. Trzydzieści dwa grosze. Naprawdę grosze.

 

Nodi pali nieprzerwanie. Potrafi odpalić papierosa między dziurami w drodze, nie tracąc panowania nad pojazdem. A droga? Czy ona w ogóle istnieje? Za Berau jest jeszcze trochę asfaltu, a potem ubita gruntowa jezdnia, pełna dziur i kolein. Tak jakby ktoś tę drogę zaczął robić, a potem o niej zapomniał. Ciężarówka bierze dziury z lewej strony, a my podskakujemy jak pajacyki na sprężynie, nad którymi ktoś uchylił wieczko pudełka. Fotel, na którym siedzę, jest po prostu fantastycznie zamortyzowany, w ogóle nie trzyma się podłogi, więc głębsza dziura oznacza dla mnie chwilowy stan nieważkości, zakończony przywaleniem głową w sufit. Nawierzchnia nie jest cały czas taka sama. Od czasu do czasu pojawia się asfalt. Momentami całkiem niezły. Wtedy Nodi dodaje gazu. Ale taka jazda trwa chwilę zaledwie. Potem znowu tarabanimy się nierównym duktem.

Ale Nodi radzi sobie w każdych warunkach
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Kierowcy bardzo dobrze się znają i są kumplami. Pomagają sobie na trasie. Nie ma w nich zadęcia i zadufania azjatyckich kierowców-szaleńców. Widzimy ciężką fizyczną pracę i skupienie, pełną odpowiedzialność na drodze. I warsztat. Nodi prowadzi z pewnością kierowcy z czterdziestoletnim doświadczeniem za kółkiem. Chce bezpiecznie wrócić do rodziny, na której utrzymanie zarabia swoją bardzo ciężką pracą.
Zatrzymujemy się na pierwszy postój. Nodi na kawę, my na wodę z bułką. Chłopak trasę Samarinda-Berau i z powrotem pokonuje raz w miesiącu, więc zna miejsca na trasie i ludzi, którzy tam mieszkają. Wie, gdzie dobrze zjeść i gdzie dają dobrą kawę.

 

Nodi pyta Adama, czy chciałby poprowadzić samochód. Taka okazja może się nie powtórzyć, więc chłopaki zamieniają się miejscami i Adam rusza. Łatwo nie jest. Jest zupełnie inaczej niż w samochodzie osobowym. Siedzimy na osi, a nie za nią, biegi chodzą jak chcą, a na pewno zupełnie inaczej, niż jest to opisane na dźwigni skrzyni zmiany biegów. Liczniki umarły dawno temu, więc paliwo przez całą podróż jest na tym samym poziomie (co za oszczędny samochód), a licznik prędkości zatrzymał się na dwudziestu kilometrach na godzinę i usnął. Widać, że pojazd nie jest serwisowany wcale, ale w Azji to jakoś nie dziwi. Pojazdy jeżdżą tutaj aż do kompletnego zajeżdżenia, nikt się specjalnie nie przejmuje, czy lampki na desce rozdzielczej się świecą, czy nie.

Adam walczy z hamulcem, który reaguje dopiero, jak się go mocniej dociśnie, ale wtedy samochodem szarpie mocno w przód. Ruchy kierownicą, krótkie i o małym zakresie, prawie nie skręcają kół. Nie jest łatwo prowadzić starą rozklekotaną ciężarówkę po indonezyjskim wertepie. Ale bezpiecznie dojeżdżamy na postój i Adam parkuje tyłem. Nodi pyta i mnie, czy chcę sobie pojeździć. Chciałabym, ale wiem, że sobie nie poradzę, bo mam za słabe ręce, żeby utrzymać tę maszynę w ryzach. Ciężarówka, choć stara, swój charakter ma i od czasu do czasu lubi go pokazać. Nie będę ryzykować. Drugi postój, na obiad, jest miłym doświadczeniem. Oprócz kierowców z drugiej ciężarówki są też inni kierowcy. Witają nas uśmiechem i pytaniami, czy możemy się razem sfotografować. I są dla nas bardzo życzliwi.

 

W drogę!
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Dzień kończymy po dwunastu godzinach jazdy, w mieścinie Wahau. Zrobiliśmy trochę ponad sto kilometrów. Niebywałe, a jednak. Szybciej jechać się nie dało. Kierowca podrzuca nas do hotelu, a sam zostaje w samochodzie. Przez kilka dni w miesiącu ciężarówka UD (skrót od udana?) to jego dom. A hotel... hmmm, no cóż. Może warto wspomnieć, że w Indonezji w każdym hotelu jest kilka rodzajów pokojów - od klasy economy, przez standard, po deluxe i vip. Czym się różnią? Szerokością łóżek na przykład. Poza tym często jest po prostu brudno i nieprzyjemnie. Tak jest i tu. Wilgoć na ścianach, pokój śmierdzi stęchlizną, a z klimatyzacji wieje grzybem. W łazience na ścianie czai się pająk wielki jak dłoń. Ale nie mamy wyjścia. Zasypiamy skuleni w rogu łóżka. Oby do rana.

 

O ósmej rano znowu wsiadamy do naszej czerwonej ciężarówki. Jednak nie od razu ruszamy w kierunku Samarindy. Kierowcy dostali polecenie załadowania wozów i dostarczenia nowego załadunku. Jedziemy więc za miasto po towar, którym okazują się popakowane w worki odpady z produkcji oleju palmowego. Worki stoją w równych rzędach, zaś dookoła piętrzą się hałdy czarnych, nieregularnie ukształtowanych łupinek. Z daleka przypominają węgiel i być może służą do palenia w piecach. Palmy dają nie tylko olej. Wykorzystuje się wszystko, co można z palmy uzyskać. To palmy właśnie zastąpiły deszczowy las. Dla nas to bardzo smutna historia. Wcześniej podróżowaliśmy przez Malezję, w której lasu deszczowego prawie już nie ma. Malezyjskie Borneo zamieniono w wielką plantację. Zaledwie w kilku miejscach można pojechać do takiego lasu, ale za ciężkie pieniądze. Trzy dni to wydatek co najmniej dwóch tysięcy złotych. W niektórych miejscach gości zmusza się do wynajęcia na pobyt osobnych pokoi, tłumacząc to względami religijnymi. Indonezja jest krajem muzułmańskim i spotkaliśmy się tutaj z sytuacjami, w których jako para nie możemy razem przebywać w jednym hotelowym pokoju. A wracając do tematu – lasy wycięto, posadzono palmy i zaczęto produkcję oleju i produktów pobocznych. Każda okołoolejowa działalność przynosi spore pieniądze. Na co komu więc las?

 

Zaplecze gościnnego zajazdu
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

 

W ciągu godziny zjeżdżają się mężczyźni z okolicznych wiosek. Będą ładować worki. Praca na akord, ale każdy sobie dorobi. Nasza ciężarówka zostaje załadowana jako pierwsza. Worki lądują też na przyczepie, na której stoi terenowy samochód. Tak, samochód znika wśród worków. Potem ładunek zostaje szczelnie opieczętowany plandeką i po prawie trzech godzinach możemy ruszać. W czas pracy trzeba wliczyć też częste papierosowe przerwy.
Załadowana ciężarówka prowadzi się dużo lepiej niż pusta. Nie telepie nami jak poprzedniego dnia, a i pokonywanie dziur jest bardziej płynne. Droga sprawia wrażenie nieco lepszej niż wczoraj. Przynajmniej na początku. Jest więcej asfaltu, ale nierzadko jest on jedynie wąską pozostałością nawierzchni. Ostał się jedynie pośrodku traktu. Jest pokruszony, podziurawiony, rozbity. Albo zniknął. Przyczyna być może kryje się w tym, że odwalono tutaj po prostu kiepską robotę, a ciężkie samochody i woda doprowadziły do zrujnowania jezdni. Indonezyjskie drogi zaś należą do najniebezpieczniejszych na świecie. Kierowcy do najbardziej szalonych i nieobliczalnych (choć Nodi jest zaprzeczeniem tej teorii).
Nodi jest zmęczony. Nie wyspał się na wąskiej kanapie w kokpicie samochodu i po pierwszym postoju zamienia się z kolegą z drugiej ciężarówki. Sam idzie spać do tamtego pojazdu. Wątpimy, że uda mu się zmrużyć oczy na tych wertepach. Chłopak wraca do nas po godzinie, a jego zmiennik idzie z powrotem do siebie. Nodi prowadzi sam, w drugim samochodzie kierowców jest dwóch. I we trójkę starają się jakoś zmieniać za kółkiem. Adam wywiesza dziś białą flagę i prowadzenie na poligonowej drodze z dziesięcioma tonami ładunku na pace zostawia zawodowcom.
Przez to, że rano sporo czasu spędziliśmy na załadunku, czeka nas bardzo długi dzień. Plany też nam się lekko zmieniły i wysiądziemy w Sangattcie, a nie, jak planowaliśmy, w Samarindzie. Dzięki temu do parku będzie znacznie bliżej.

 

Worki
fot. z archiwum Anny Marii Dąbrowskiej

Jazda po nocy to nic miłego. Pourywany na poboczach asfalt zwęża jezdnię, a w dole czai się przepaść. Momentami nawierzchnia zamienia się w błoto, ale Nodi perfekcyjnie wyprowadza ciężarówkę z poślizgów. Jak ten chłopak to robi, nie wiem. Po prostu ma talent. Gdyby urodził się gdzie indziej, mógłby zrobić karierę. Spokojnie mógłby startować w Dakarze w wyścigach ciężarówek.

 

Do Sangatty dobijamy po 22.00. Ciemno, niemiło, karaluchy na ulicach. Nodi odjeżdża w swoją stronę.

Komentarze

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy. Twój może być pierwszy!